PODZIEL SIĘ

images

Jaki jest najniższy, stosowany przez bank centralny poziom oprocentowania pieniądza? Do niedawna było to zero procent. Od pewnego czasu mamy oprocentowanie negatywne.

Szkodliwe oszczędzanie

Pomijając absurdalność takiego poziomu wydawać by się mogło, że zero to już jest najniżej. Tymczasem nie jest. W kilku krajach, o czym za chwilę, obowiązuje oprocentowanie negatywne, ujemne – znane jako Negative Interest Rate Policy (NIRP). Banki, przekonane, że po osiągnięciu oprocentowania na poziomie zero, będą mogły dalsze luzowanie kredytu zatrzymać, odkryły w końcu, że są w błędzie. I się zaczęło.

Banki komercyjne, w ślad za swymi patronami z banku centralnego, dla powstrzymania procesu oszczędzania (bo innego powodu nie sposób sobie wyobrazić) zdecydowały się na politykę negatywnych stóp procentowych, czyli zaczęły liczyć swoim klientom za przywilej korzystania z bankowych sejfów. Na swoje usprawiedliwienie można im zapisać to, że banki centralne liczą im za prawo utrzymywania u siebie nadwyżek powyżej kwoty rezerw obowiązkowych. Przerzuciły swój koszt na klienta.

Ujemne stopy procentowe wprowadzono w krajach odpowiedzialnych za 25 procent światowego produktu brutto, wliczając w to strefę euro, Szwajcarię, oraz ostatnio także Japonię. Podobną politykę rozważa bank centralny Stanów Zjednoczonych (Federal Reserve Board). Uważa się, że nastąpi to w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Powód: nieskuteczność dotychczasowego luzowania kredytu; gospodarki nadal znajdują się w stagnacji. Dlatego, za wskazaniami Keynesa, urzędnicy z FED i innych banków centralnych, uważają, że negatywne stopy procentowe zniechęcą do utrzymywania gotówki w banku, zachęcając ich do wprowadzeniu jej na rynek. Jak uczy przykład Japonii oraz Niemiec, klienci bankowi +z tych krajów istotnie wycofują ze swych kont gotówkę, tyle że równocześnie wzrasta sprzedaż domowych sejfów.

Trafiła kosa na kamień

Polityka negatywnych stóp procentowych – przestrzega David Stockman, mister z rządu Reagana i zaciekły wróg bankowych manipulacji – przynosi więcej strat niż pożytku. Nie dość, że niszczy indywidualnych inwestorów, zwłaszcza z grupy emerytów i osób utrzymujących się tradycyjnie z dochodu z lokat bankowych, to także banki płacą jej wysoką cenę.

W swym zamierzeniu, a więc teoretycznie, polityka negatywnych stop procentowych (to znaczy, gdy banki komercyjne płacą bankowi centralnemu za prawo utrzymywania w nim sum przewyższających ich obowiązkowe rezerwy):

(a) miała zachęcać banki komercyjne – by w celu uniknięcia opłat – udzielały jak najwięcej kredytu;

(b) wywołuje spadek wartości walut krajów, w których polityka ta obowiązuje, prowadząc do wzrostu eksportu, który dzięki tańszemu pieniądzowi staje się tańszy;

(c) ponieważ równocześnie doprowadza do wzrostu kosztów importu, jej efektem jest nasilenia się inflacji;

(d) negatywne stopy procentowe obniżają atrakcyjność obligacji, co w zamierzeniu ma przyciągnąć inwestorów na rynek akcji, a to ma prowadzić do wzrostu gospodarczego;

(e) NIRP są komplementarnym narzędziem potanienia kredytu, obok QE (luzowania ilościowego, czyli drukowania pieniędzy), które ma dodatkowo pomagać bankom centralnym w promowaniu polityki wyższej inflacji.

Teoria a praktyka

Tak to miało wyglądać w teorii Keynesa, o której wiadomo, że jest fałszywa zanim ujrzała światło dzienne. Politycy i pseudoekonomiści nadal się przy niej upierają, bo daje im poczucie władzy nad gospodarką. Efektem tego uporu są częstsze narzekania na negatywne stopy procentowe.

Zamiast starać się zrozumieć, że NIRP i wszystkie inne ingerencje w rynek, włącznie z ratowaniem zagrożonej gospodarki, to polityka błędna porównywana do szukania kwadratury koła, dziwują się zatroskani, że oto teoria rozchodzi się z praktyką. Mają za złe wszystkim, że ich dobre intencje napotykają na dziwne do zrozumienia konsekwencje.

Kilka dni temu przeczytałem na portalu CNBC, uznawanym za tubę keynesizmu, wypowiedź Christopher Swanna z UBS Wealth Management, w której autor przedstawia rewolucyjną jak to środowisko myśl, że może należałoby stopy procentowe podnieść, a nie zaniżać. Że co prawda, negatywne stopy procentowe potaniają kredyt (i to jest to, co widać) z drugiej strony kija pojawia się wniosek, że negatywne stopy procentowe podnoszą koszty, a tym samym obniżają rentowność banków komercyjnych.

Oto co na ten temat pisze dr Mateusz Machaj z Instytutu Misesa:

Zgromadzone przez banki nadwyżki pieniężne – zwłaszcza w czasie gdy ryzyko jest wysokie – nie mogą być odłożone w banku centralnym, który kiedyś płacił za nie jakieś odsetki. Teraz za to karze i pobiera opłatę. Dlatego ta „bezpieczeniejsza” część portfolio banków przynosi zwyczajnie mniejsze zyski, a w zasadzie staje się uciążliwym kosztem. Opłatą za posiadanie czegoś bezpieczniejszego. Warto przy tym pamiętać, że regulacje bankowe zmuszają w zasadzie banki i tak do kupowania jakiejś ilości obligacji państwowych, czy też „bezpiecznych papierów”, które w sytuacji ujemnych stóp oznaczają tracenie pieniędzy. Efekt ten występuje – ceteris paribus – niezależnie od tego, jakie stawki chce bank oferować kredytobiorcom. Poza tym istnieje też kwestia ryzyka, które kosztuje. Niby można poszukać odbiorców, którzy zapłacą wyższe odsetki, ale zazwyczaj są to ryzykowni odbiorcy – trzeba np. więcej płacić za ich kontrolowanie, monitorowanie, ocenę, ubezpieczenie tej grupy kredytów, zarządzanie nimi itd.

Koszt w postaci opłaty wnoszonej przez bank komercyjny za własny depozyt w banku centralnym obniża rentowność tego pierwszego, nierzadko poniżej progu opłacalności. Na pewno jednak zniechęca bank do pożyczania. W pewnych przypadkach bankowi nie będzie się w ogóle opłacało pożyczać – pisze Swann, dodając, że tak się dzieje wskutek niemożności nałożenia negatywnych odsetek na depozytariuszy banku.

I znowu, możliwość podniesienia opłat teoretycznie istnieje, ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie trzymać pieniędzy w banku, który sobie za to przechowywanie liczy. Materac, czy nawet sejf wychodzą taniej. Przy obecnej polityce bankowej są też nierzadko bezpieczniejsze.

W efekcie negatywnych stóp procentowych, banki duńskie i szwajcarskie podniosły (zamiast obniżyć) koszty pożyczania pieniędzy na cele hipoteczne. I mamy to, czego nie było widać. Polityka luzowania kredytu, zmierzająca do uatrakcyjnienia pożyczania na cele inwestycyjne, prowadzi do czegoś kompletnie przeciwnego.

Rynek papierów wartościowych

Rozczarowanie polityką banków, a zwłaszcza omawianymi negatywnymi stopami procentowymi dotknęło także rynku papierów wartościowych. Co prawda wyhamowane zostało zainteresowanie obligacjami, których cena przekroczyła górne, a rentowność dolne  granice absurdu, nie towarzyszy temu proporcjonalny wzrost zainteresowanie inwestowaniem w akcje. Zjawisko to wyjaśnia się na wiele sposobów, zapominając o najważniejszym, że duża podaż taniego kredytu wywołuje efekt bańki spekulacyjnej, którego skutkiem jest absurdalna aprecjacja cen akcji, a przede wszystkim ryzyko pęknięcia bańki.

Innym rezultatem szkodliwego wpływu negatywnych stóp procentowych na rynek papierów wartościowych jest wpływ sektora bankowego na wartość kapitalizacyjną tego rynku. Skoro w warunkach negatywnych stóp procentowych banki pożyczając pieniądze na kupno akcji tracą, to im więcej pożyczają, tym gorzej dla nich, ale także dla całej gospodarki. Pozycja finansowa banków (zwłaszcza w Japonii, w Stanach Zjednoczonych i w Niemczech), ma duży wpływ na wartość indeksów; jeśli pozycja ta spada, banki ciągną indeksy giełdowe w dół, co z kolei osłabia zainteresowanie akcjami w ogóle.

Oczekiwanie, że negatywne oprocentowanie kredytów deprecjonuje walutę kraju, w którym ma miejsce okazuje się nie zawsze prawdziwe. Odkąd Bank of Japan wprowadził NIRP japoński jen zyskał w stosunku do dolara amerykańskiego aż 5,4 procent, co było skutkiem spadku tolerancji inwestorów na ryzyko wynikające z różnicy w oprocentowaniu. Wskutek słabej konkurencji ze strony lokat bankowych, zainteresowanie japońskim rynkiem akcji wzrosło bardziej niż wynosi różnica stóp procentowych między USA a Japonią.

Prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi, wierny uczeń macherów z Goldman Sachs, odgraża się, że “potencjalne luzowanie kredytu nie ma granic”, ale on się niestety myli. Jeśli bowiem negatywne odsetki będą zbyt wysokie (czyli odsetki zbyt niskie), to znaczy, gdy klienci banków komercyjnych będą musieli im płacić za trzymanie na kontach swoich depozytów, wówczas wyciągną te oszczędności z banku i umieszczą je w sejfie czy banku ziemskim.

W drodze do NIR(P)vany

Kolejnym krajem, który zmierza w stronę negatywnych stóp procentowych (poprawniej należałoby mówić o opłatach za trzymanie depozytów, jako że z matematycznego punktu widzenia procent nie może być mniejszy niż zero) będzie najprawdopodobniej Kanada. Kanadyjski bank centralny pragnie w ten sposób przyspieszyć wzrost gospodarczy, ale i podnieść wskaźnik inflacji. Dlaczego w celu osiągnięcia wzrostu trzeba kreować inflację, tego nie wyjaśniają. Tymczasem każde dziecko wie, że inflacja to nielegalny podatek, który nie tylko okrada obywateli, ale na domiar szkodzi gospodarce.

Kanajdyczycy, którzy z wielkim poświęceniem osiągnęli poziom zero procent, pragną przejść na wyższy (to znaczy niższy) etap bankowości centralnej, czyli sięgnąć poniżej zera.

Tylko to – ich zdaniem – może pomóc zdeformowanej gospodarce kraju. Nie wiedzą jeszcze, że w ich przypadku też należy się spodziewać niezamierzonych skutków ubocznych. Zresztą to żadna rewelacja. Dla kogoś, kto stawia konsumpcję przed produkcją, produkcję przed inwestowaniem, a konsumpcję przed oszczędzaniem, takie konsekwencje są czymś naturalnym. Trudno je zresztą nazywać niezamierzonymi, skoro bank/rząd, które prowadzi tę  niefrasobliwą politykę, robią wszystko, aby się nie udała.

Kolejną fazą tej polityki będzie niezamierzony, ale łatwy do przewidzenia kryzys gospodarczy, a nawet krach. Odwiedzajcie nas na menger.pl, dowiecie się kiedy to nastąpi.

Jan M Fijor

P.S. W tekście korzystałem z uwag zamieszczonych na stronie CNBC 16 lutego 2016 roku, pióra Głównego Stratega w UBS Wealth Management, Christophera Swanna, oraz analiz Davida Stockmana (autora naszego bestsellera Wielka deformacja) zaczerpniętych z bloga www.davidstockmanscontracorner.com. Przypomnijmy też, że Swann i UBS Wealth Management mają pod swą opieką aktywa wartości 2 bilionów dolarów. Strach pomyśleć o losie posiadaczy tych pieniędzy.

 

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułW drodze do zniewolenia. Kenneth Rogoff, czempion nowego społeczeństwa (III)
Następny artykułCzego boją się Amerykanie najbardziej?
Uwielbiam podróże, zwiedziłem do tej pory (17 września 2015) 142 kraje, w tym tak egzotyczne, jak: Surinam, obie Gujany, Fiji, Vanuatu, Madagaskar, Malawi, Bhutan. Rwanda, Burundi, Haiti czy Myanmar. W samej Ameryce Łacińskiej, do niedawna moim ulubionym regionie, byłem przynajmniej 70 razy. Myślę, że wreszcie należałoby zacząć te wspomnienia spisywać, tym bardziej, że jest co: 4 Mundiale piłkarskie, wyrok 10 lat więzienia w Peru, spotkanie w cztery oczy z generałem Pinochetem, potem w Chiapas, z subkomendante Marcosem, wyciągałem ludzi z więzień (Panama, Abu Dabi). wspólnik ukradł mi hotel na Karaibach i parę innych historyjek.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ