PODZIEL SIĘ

Podłożem systemów kolektywnych, czy to socjalizmu, czy komunizmu nie są wcale głębokie analizy społeczne, dialektyka historyczna czy wysublimowane kategorie filozoficzne, lecz zwykła ludzka zawiść. Ona również tłumaczy niechęć tak wielu ludzi do wolności, wolnego wyboru i kapitalizmu.

Sprzeczność pozorna

Częstym argumentem zawistnych nieudaczników, przeciwników gospodarki rynkowej, biznesu i kapitalizmu jest twierdzenie, słuszne zresztą, ze swej istoty, że zachęcanie ludzi do otwierania własnych biznesów czy wspieranie prywatnej przedsiębiorczości mija się często z celem, gdyż z jednej strony nie wszyscy mają talent do robienia interesów, z drugiej zaś, sam talent do interesów nie wystarczy. W rezultacie, obie wspomniane grupy: przedsiębiorcy oraz ludzie pozbawieni smykałki (czy choćby ochoty) do interesów, charakteryzują się przeciwstawnymi interesami, skutkiem czego, są wobec siebie nastawieni wrogo.

Pół biedy gdyby tylko chodziło o nastawienie. Praktyka uczy, że przedsiębiorcy – utożsamiania z właścicielami biznesu – mają z reguły mniej problemów materialnych i żyje im się lepiej niż ludziom pozbawionym inicjatywy i talentu do interesów, utożsamianym z grupą zatrudnionych pracowników najemnych. Jeśli nawet taka opinia jest powierzchowna lub uproszczona, gołym okiem widać, że ci pierwsi są najczęściej od drugich bogatsi. Ta konkluzja wyjaśnia niechęć, jaką grupy te siebie darzą.

O ile jednak przedsiębiorcy rzadko kiedy domagają się czegoś od pracowników najemnych, o tyle ci ostatni, biedniejsi, czyli gorsi rekompensują sobie krzywdę forsowaniem polityki interwencji państwa, które w ten sposób ma im wyrównać dysproporcje materialne.       Zamiast szukać sposobów, by lukę tę zmniejszyć, nieudacznik uruchamia mechanizm niszczący, szukając w ten sposób usprawiedliwienia i rekompensaty dla swej miernoty. Jakie są skutki tej zawistnej ideologii, zwłaszcza w Polsce, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Tam gdzie dwóch się bije, tam korzysta państwo, łupiące zarówno biznes, jak i tych, którzy pod biznesem kopią dołki. Tych ostatnich nawet bardziej.

Tymczasem mogłoby być zupełnie inaczej. Zwłaszcza, że zarówno biznes, jak i jednostki mniej przedsiębiorcze są nie tylko sobie potrzebne, one wręcz nie mogą bez siebie żyć. Ma to swój wyraz w procesie inwestowania i tworzenia kapitału, bez którego nie ma produkcji i wzrostu gospodarczego. Symbioza ta odbywa się na terenie rynku, polega na wzajemnym świadczeniu sobie usług, wyrównując – czy ktoś tego chce, czy nie – szanse obu grup.

Płaszczyzna wymiany

Zamiast więc ze sobą walczyć, i dopatrywać się w przedsiębiorcach bezwzględnych krwiopijców, wyzyskujących społeczeństwo czy naród, ludzie nie posiadający smykałki do interesów, powinni zacząć ich wspierać, zwłaszcza że dzięki przedsiębiorcom i biznesmenom mogą w sposób znaczący podnieść własny poziom życia i zamożności, osłabiając równocześnie największego szkodnika gospodarczego, jakim jest państwo i rząd.

Jak w praktyce wyglądać powinna ta współpraca? Tak jak wszystko na wolnym rynku, gdzie ludzie wymieniają się tym, co posiadają w zamian za to, co chcieliby posiadać. I tak, przedsiębiorca, biznesmen ma pomysł, czyli (a) wie, jak odczytać nastroje rynkowe, a więc dostrzega to czego ludziom/konsumentom  potrzeba, (b) potrafi tę potrzebę zaspokoić, ale niekiedy brak mu do tego środków (c) wie także, jak dokonać wymiany dobra, które ją zaspokaja na dobro, które zaspokaja potrzeby biznesmena. Z drugiej strony jest ktoś, nazwijmy go: bierny inwestor, kto posiada środki mogące zaspokoić ludzkie potrzeby, ale (a) nie wie, które to potrzeby, (b) nie wie, w jaki sposób je zaspokoić, (c) wreszcie, nie potrafi dokonać wymiany swoich środków na dobra, których sam potrzebuje.

Spotkanie biznesmena/przedsiębiorcy z biernym inwestorem rozwiązuje zasadnicze problemu oby tych podmiotów: (a) przedsiębiorca zyskuje kapitał, dzięki któremu jego przedsięwzięcie ma szanse sukcesu, (b) inwestor korzystnie lokuje swoje nadwyżki (kapitał), a (c) społeczeństwo, czyli i jedni i drudzy, ma możliwość zaspokojenia swoich życiowych potrzeb i ambicji. Tym samym z dychotomii: biznesmen – konsument, czy nawet: biznesmen (wyzyskiwacz) – potrzebujący (wyzyskiwany) powstaje nowa kategoria społeczna: kapitalista. Obie strony tego procesu stają się kapitalistami; współtworzą kapitał, współtworzą miejsca pracy oraz współprodukują dobra zaspokajające życiowe potrzeby społeczeństwa.

Tak pojęta współpraca jest nie tylko społeczną (sprawiedliwą) gospodarką rynkową, charakteryzuje się ponadto wyższą efektywnością (wydajnością), lepszą jakością, niższą ceną i optymalną alokacją rzadkich zasobów. To jest właśnie istota kapitalizmu, formacji społecznej, która wytwarza synergię wszystkich podmiotów rynkowych.

Obszarem, na którym, dochodzi do wymiany/synergii jest rynek, w tym najlepiej znany jego fragment, jakim jest giełda.

Austriacy na Wall Street

Pośród współczesnych teorii ekonomicznych, tą, która to dostrzegła najwyraźniej i aktywnie rozwija jest tzw. austriacka szkoła ekonomii. Austriacy, pod wpływem arcydzieł swych najważniejszych przedstawicieli, Carla Mengera (twórcy szkoły), oraz Ludwiga von Misesa (najbardziej znanego ekonomisty szkoły) dostrzegli w gospodarce człowieka. Zamiast ślęczeć nad indeksami, macierzami, wykresami PKB i szukać punktów równowagi, swoją uwagę skupili na działającym człowieku, czyniąc go głównym aktorem działalności gospodarczej. Rezultatem humanizacji działalności gospodarczej była najpierw prakseologia, czyli nauka o działającym człowieku, później zaś katalaktyka, czyli teoria wymiany. Składają się one na ekonomię, to jest naukę obiektywną, pozbawioną pierwiastka wartościującego, opisywaną poprzez zjawiska i prawa funkcjonujące niezależnie od tego, co na ich temat myślimy czy chcemy.

Człowiek jest wolny. Człowiek działa, aby pozbyć się możliwie jak najwięcej dyskomfortu. Bez wolności i działania by nie przeżył. W sposób wolny ludzie wymieniają się owocami swej pracy, skutkiem czego wszystkie strony wymiany otrzymują więcej niż same dają. Świat się rozwija.

Nie trzeba być politologiem, aby zrozumieć, że teoria ekonomiczna, w której państwo nie jest bogiem, cudotwórcą-dobrodziejem, który nagradza, chroni i karze człowieka, co więcej, w której gros instytucji to zbyteczna narośl utrudniająca ludziom życie nie cieszy się wzięciem aparatu władzy, biurokracji, czy innych elit opartych na nakazach/zakazach, a siłą rzeczy, ciemiężących człowieka.

Rynek papierów wartościowych

O ile władza może zmusić człowieka do pracy, o tyle nie jest w stanie sprawić, aby ta praca była wydajna i uczciwa. Władza może drukować pieniądze w dowolnych ilościach, jednakże nie jest w stanie nadać im odpowiedniej wartości. Może, pod groźbą uwięzienia czy wręcz eksterminacji, konfiskować owoce ludzkiej pracy, jeśli jednak będzie okrutna, czy niesprawiedliwa, nie zmusi go do tworzenia bogactw, które nadal mogłaby konfiskować.

Zawsze musi istnieć, wolna od ingerencji siłowej płaszczyzna, na której ludzie będą dobrowolnie tworzyć, produkować i wymieniać się swoimi produktami/usługami z innymi. Nazywamy ją rynkiem. Pod nieobecność rynku niemożliwa jest kalkulacja cenowa, jedyny skuteczny mechanizm sterujący ludzką działalnością, produkcją, wymianą i gospodarką zasobami. Można, co prawda, rynek zniekształcać, lub zaburzać – i to się powszechnie dzieje – nie odbywa się to jednak bezkarnie. Upadek centralnie planowanego (antyrynkowego) systemu gospodarczego w PRL, a także kryzysy przez jakie przez ostatnie ćwierć wieku 20 przechodzi świat są tego najlepszym przykładem.

Austriacka szkoła ekonomiczna – pisze autor książki – pozostaje w znacznym stopniu wolna od charakterystycznego dla współczesnych ekonomistów prostytuowania się w pogoni za wpływami i dochodem. Niegdyś najwięcej ekonomistów pracowało w Związku Radzieckim. Dzisiaj prym wiodą banki centralne, a wśród nich przede wszystkim System Rezerwy Federalnej USA (Fed); obecnie dla Rady Gubernatorów Fed pracuje między 200 a 300 absolwentów makroekonomii, nie licząc stanowisk dla asystentów. Każdego roku Rada Gubernatorów rozdziela setki milionów dolarów na dotacje dla ekonomistów.

Skutkiem sprostytuowania ekonomii przedstawiciele establishmentu politycznego, bankierzy centralni, a zwłaszcza służące im wiernie środowiska akademickie trzymają się od szkoły austriackiej z daleka. Prawdy nie da się jednak zmienić, dlatego coraz więcej wielkich inwestorów, giełdowych guru, w tym najwybitniejsi przedstawiciele tej grupy tacy jak: Warren Buffett, Doug Casey, Jim Rogers, Peter Schiff, George Soros, Mark Skousen i wielu innych są zafascynowani skutecznością szkoły austriackiej. Żadna inna teoria ekonomiczna nie potrafi tak celnie przewidzieć szkodliwych konsekwencji manipulacji monetarnych, polityki sztucznego napędzania koniunktury, skutków odejścia od standardu złota czy keynesistowskiego ulepszania rynku pracy przy pomocy interwencji politycznych, co Austriacy. Ich wnioski sprawdzają się szczególnie dobrze w sytuacja kryzysowych, kiedy wyczerpany zostaje arsenał tricków banksterskich, akademickich post prawd, czy zwyczajnych kłamstw polityków.

Teoria austriacka stała się atrakcyjna także dla zwykłych inwestorów, takich jak ty czy ja. Dzięki przejrzystym mechanizmom, uwolnieniu się od arbitralnych sądów wartościujących, a przede wszystkim dlatego, że zwolennicy szkoły austriackiej dostrzegają w gospodarce jej głównego aktora, czyli pracownika, przedsiębiorcę, człowieka i związane z jego funkcjonowaniem mechanizmy: konkurencję, wolny wybór, rzadkość dóbr itp. rynek papierów wartościowych przestaje być zestawem wykresów czy indeksów, będąc obrazem działania ludzi. W książce Taghizadegana, przewidzianej właśnie dla zwykłych inwestorów,  widać to szczególnie wyraźnie.  Nie trudno więc zrozumieć, dlaczego ekonomia austriacka staje się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej popularna, a książki wykorzystujące ją do analizy rynku papierów wartościowych, nieruchomości czy metali szlachetnych są wręcz rozchwytywane.

Bestsellerem są, wydane przez Fijorr Publishing, prace Marka Skousena, Austriacka Szkoła Ekonomii dla inwestorów, oraz Inwestowanie w jednej lekcji. Wierzymy, że będzie nim także Szkoła austriacka – praktyka inwestycyjna. Tendencja ta potwierdza fakt, że zarzuty środowiska akademickiego, jakoby odkrycia Mengera, Misesa, Rothbarda miały charakter teoretyczno-historyczny i nie przystawały do współczesnej rzeczywistości są chybione, wręcz nieprawdziwe. Żadna inna szkoła ekonomiczna nie jest dziś tak praktyczna, jak właśni teoria austriacka. Nigdzie nie widać tego lepiej niż na Wall Street.

W Polsce ośrodków myśli austriackiej jest stosunkowo mało, jednakże ilość ludzi zainteresowanych ekonomią wolnorynkową, ekonomią austriacką rośnie od 10 lat w tempie dwucyfrowym, o czym świadczy chociażby sukces naszego wydawnictwa.

  Dzięki swojej przejrzystości, prostocie, a przede wszystkim rezygnacji z upolityczniania dyskursu, szkoła austriacka może być skutecznym lekarstwem przeciwko chorobie czerwonych oczu, kolektywizmowi, a zwłaszcza zmorze naszych czasów, jaką jest państwo opiekuńcze: republika kolesiów żyjących na koszt ciężko pracujących ludzi, którym wmawia się, że mniej znaczy więcej.

     „Zwolennicy szkoły austriackiej – pisze autor książki – obserwują szaleństwo trzeźwym okiem.” Ta zasadniczo paradoksalna postawa wpłynęła na szkołę austriacką, wyraźnie odróżniając ją od innych tradycji ekonomicznych. Może wpłynie też na mieszkańców nadwiślańskiego kraju, którzy zrozumieją wreszcie, że zawiść i jej pochodne w postaci socjalizmu, nacjonalizmu, antysemityzmu i innych metod leczenia kompleksów, szkodzą nie tylko tym, wobec których są kierowane. W znacznie większym stopniu, szkodzą bowiem tym, których mają uleczyć, którzy się nimi posługują.

Udanej lektury!

 

Jan M Fijor

Blog Milion plus

Milionerstwo.pl

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułW obronie Lecha Wałęsy
Następny artykułLicytacja skradzionych dóbr
Uwielbiam podróże, zwiedziłem do tej pory (17 września 2015) 142 kraje, w tym tak egzotyczne, jak: Surinam, obie Gujany, Fiji, Vanuatu, Madagaskar, Malawi, Bhutan. Rwanda, Burundi, Haiti czy Myanmar. W samej Ameryce Łacińskiej, do niedawna moim ulubionym regionie, byłem przynajmniej 70 razy. Myślę, że wreszcie należałoby zacząć te wspomnienia spisywać, tym bardziej, że jest co: 4 Mundiale piłkarskie, wyrok 10 lat więzienia w Peru, spotkanie w cztery oczy z generałem Pinochetem, potem w Chiapas, z subkomendante Marcosem, wyciągałem ludzi z więzień (Panama, Abu Dabi). wspólnik ukradł mi hotel na Karaibach i parę innych historyjek.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here