PODZIEL SIĘ

Generalskaja doczka

(fragment najnowszej książki Jana M Fijora, zatytułowanej Reisefieber, Fijorr Publishing, Warszawa, 2018)

Księdza Bruno Rychłowskiego poznałem, gdy miał już solidnie po 80.tce, z czego ponad 60 lat spędzonych w Santiago. Zmarł w Chile 5 maja 2001 roku, w wieku blisko 90 lat

Urodził się w 1911 roku pod Krakowem.  W wieku 17 lat wstąpił do Salezjanów, a rok później, tuż po złożeniu ślubów zakonnych, wybrał się na miejsce swoich misji do Chile. Spędził tam całe  dorosłe życie. Tam stał się kapłanem, filozofem i nauczycielem. Był człowiekiem powszechnie w Chile znanym. Drugim po Domeyce rodakiem, który dostąpił zaszczytu przyznania mu obywatelstwa na wniosek parlamentu. W 1963 roku został rektorem Polskiej Misji Katolickiej, a w półwiecze swego pobytu, w 1978 roku, w uznaniu zasług w krzewieniu edukacji, oświaty, a zwłaszcza filozofii otrzymał honorowe i formalne obywatelstwo Chile. Był przez wiele lat profesorem filozofii uniwersytety katolickiego w Santiago. Dzięki cotygodniowym publikacjom swoich felietonów i esejów w dzienniku La Nacion, twierdzi Jose Pińera, wybitny ekonomista chilijski, był bez wątpienia najbardziej znanym filozofem w Chile.

W niedzielę, dwa dni po spotkaniu z córką generała, poszedłem do kościoła Polskiej Misji Katolickiej na Mszę św. Poszedłbym tam nawet, gdyby nie ks. Rychłowski. Lubię polskie parafie  emigracyjne. Odwiedzam je z sentymentem i zaciekawieniem. Znam dobrze kościółek na ulicy Mansilla w Buenos Aires, ośrodek w „Maciaszkowie” w Martin Coronado w Argentynie, kościółek na Botafogo w Rio de Janeiro i w Kurytybie, polski kościół na „Murzynowie” w Saint Louis, w stanie Missouri, kaplicę jezuitów na Avers w Chicago, parafię św. Stanisława B.M. w Rzymie, czy św. Krzyża w Southampton w UK. Poznałem w nich egzotycznych ludzi, dowiadywałem się ciekawych historii, jest przy tym okazja poprosić Boga o powodzenie czy to na emigracji czy w podróży.

W Madrycie, dzięki życzliwości rektora tamtejszego kapelana Polonii, nieżyjącego już, ks. Mariana Walorka, w polskim kościółku misyjnym przy Nicasio Gallego 22 poznałem małżonkę ostatniego pretendenta do tronu rumuńskiego, Michała; na Mansilla, żonę generała Andersa, przyjaciół Gombrowicza: Helenę Grodzicką, Alejandro Rusovicha czy Mariano Betelu, Jana Szychowskiego jednego z najbogatszych Polaków w Argentynie, na Botafogo zaś księcia Romana Sanguszkę, oraz ówczesną dyrektor Opery w Rio de Janeiro, Natę Nieć, pisarza, Teda Szulza, rodzinę pułkownika Stanisława Trelli, bohatera II Korpusu, inżyniera Zygmunta Kicińskiego, który elektryfikował Patagonię, a na Callao w Santiago de Chile spowiednika gen. Pinocheta, Bruno Rychłowskiego oraz Andrzeja Białousa, „kapitana Jerzego”, dowódcę batalionu Zośka.

Po mszy podszedłem do księdza rektora Rychłowskiego, przedstawiłem się, że jestem polskim dziennikarzem i szukam na antypodach śladów polskości. Lepiej nie mogłeś trafić, powiedział, zapraszając mnie do swego mieszkanka nad kaplicą. Posadził mnie między stertą książek a wieżą manuskryptów, zrobił herbatę i zamiast opowiadać spytał, co słychać w Polsce. Dziwni są ci Polacy na wychodźstwie. Im w większej głuszy żyją, im dłużej w Polsce nie byli, tym bardziej za nią tęsknią. Pamiętam pana Maurycego Schelembauma, który w chwili wyjazdu z Polski, w 1935 roku, miał 9 lat, gdy go spotkałem 50 lat później w La Paz kazał sobie opowiadać ze szczegółami o tym, jak dzisiaj wygląda rynek w jego rodzinnym Przeworsku. Nie mógł pojąć, jak ja, dziennikarz i Polak z Polski mogłem przeżyć tyle lat nie będąc nigdy w życiu w Przeworsku.

Można sobie wyobrazić ciekawość księdza Rychłowskiego, który, gdy go wtedy spotkałem w Santiago, obchodził 56 rocznicę pobytu w Chile. Zresztą ja też już byłem na emigracji 10 lat. Nie wiedziałem, co się dzieje w Alwerni. Nie znałem odpowiedzi na pytanie, czy przebudowano Drogę Krzyżową w Kalwarii, a także jak się miewa W., o którym nawet nie słyszałem. Rozmowa nam się wyraźnie nie kleiła, bałem się, że zaraz powiem coś, za co mnie ksiądz rektor wyprosi i do generała się nie dostanę. Próbowałem go zachęcić do opowiadania o sobie, ale wyraźnie nie miał ochoty, w końcu rzutem na taśmę spytałem:

– Jakie było księdza stanowisko wobec reżymu generała Pinocheta?

Spojrzał na mnie chłodno, jakby badając moje intencje i odrzekł:

– A jakie miało być? Znaliśmy się od lat. Byłem jego spowiednikiem od 1963 roku, odkąd objął w Santiago posadę dyrektora Akademii Wojskowej. Chrzciłem jego dzieci, udzielałem im sakramentów małżeństwa. Byliśmy przyjaciółmi. Budynek, w którym mieści się siedziba Polskiej Misji Katolickiej w Chile, właśnie ten, w którym teraz siedzimy zbudowany został za pieniądze jego rodziny i przyjaciół. To zacny człowiek, wielki patriota…

– Czy mogę go spotkać? Porozmawiać z nim, Czy ksiądz może mi w tym pomóc?

– Ależ, oczywiście. Dlaczego od razu nie mówiłeś. Zaraz zadzwonię do córki…- ożywił się.

– Czy chodzi o Lucię?

– Tak…

– Już z nią rozmawiałem…– bąknąłem, ale ksiądz Rychłowski nie usłyszał. Wyszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie znajdował się telefon. Wrócił po 10 minutach uśmiechnięty, ożywiony.

– Załatwione – rzucił – Za chwilę Lucia zadzwoni i powie, kiedy możesz się z ojcem widzieć. Poczułem na skórze rozkoszny dreszcz dobrze załatwionej sprawy. A jednocześnie lęk przed spotkaniem z Pinochetem. Propaganda z czasów peerelu zrobiła swoje. Mimo ciepłej rekomendacji od ks. Rychłowskiego trudno mi było wykrzesać w sobie choć odrobinę  obiektywizmu, nie mówiąc o optymizmie. Co będzie, jeśli mnie generał wyrzuci? Co ja o nim wiem? To, że nie lubił się z czerwonym, że niszczył komunę nie znaczy przecież, że jest szlachetnym człowiekiem. Co prawda, opinia księdza Bruno rozjaśniła nieco obraz generała, ale  przecież i on nie był obiektywny. Czułem jednak, że to nie będzie łatwa rozmowa. Podobało mi się, to co Pinochet zrobił dla Chile, szukałem jednak całej prawdy, a ta mogła być dla mojego rozmówcy niewygodna. Tak mi się przy najmniej wydawało.

Pamiętałem, na przykład, co mi w 1978 roku opowiadał o juncie chilijskiej Enrique, pilot chilijskich sił zbrojnych, którego poznałem w Argentynie. Enrique był uchodźcą, nie ukrywał swoich lewicowych przekonań, ale kto wtedy nie był pod Krzyżem Południa rewolucjonistą.      Poznałem w Ameryce Łacińskiej ludzi z establishmentu, których sam bym chętnie rozwalił. Gdy, w1988 roku zostałem aresztowany w Peru pod zarzutem szpiegostwa, nie skazali mnie lewacy, tylko porządny, konserwatywny rząd, któremu rzekomo nie podobał się mój polski paszport, a w rzeczywistości chciało im się moich zielonych banknotów. Minister Larco był zagorzałym katolikiem, przeklinał bezbożnika, Fidela Castro, ale po nasze pieniądze wyciągał rękę bez skrupułów, mimo, iż byliśmy gośćmi jego przyjaciela, Zakrzewskiego i rodakami Jana Pawła II. To bydło nie ludzie. Albo Ignacio Rez, przedsiębiorca budowlany z La Paz, który w klubie Circulo Israelita chwalił się, że ma na sumieniu śmierć kilkorga dzieci, które – swołocz! – na zapleczu magazynu jego firmy, urządziły sobie ognisko („żeby się ogrzać” – skomentował ochroniarz Ignacia). To, że Seńor Rez chodzi na co dzień z bronią gotową do strzału nie wynika z obawy przed nieletnimi piromanami, lecz dlatego, iż boi się żeby go nie zastrzelił jakiś porywczy narcotraficante, od którego – właśnie za pośrednictwem kilkunastoletnich chłopców – kupuje „kuka mati”, czyli surowiec do produkcji kokainy.

Gdybym nosił przy sobie nóż, to by mi się on sam w kieszeni otworzył, gdy poznałem Oscara, właściciela kilkuset tysięcy hektarów ziemi w brazylijskiej Mato Grosso, którą jego dziadek kupił od campesinos za jakieś śmieszne grosze, obiecując im pracę i prawo do uprawy jego ziemi, po czym wypędził ich pod groźbą kulki i cały obszar obsadził lasem z drzew babau i gajami palmares. Oscar, gdy go poznałem w Sao Paulo miał blisko 50.tki i nigdy majątku odziedziczonego po dziadku nie widział. Nie przeszkadzało mu to kasować za wyrąb lasu 300 tysięcy reali rocznie, w owym, czasie prawie 200 tysięcy dolarów. Każdego, kto zarabiał od niego mniej, lub pracował więcej nazywał Oscar „bobo” (kretynem) albo „puto”(pedałem).

Arogancja klas rządzących w większości krajów Ameryki Łacińskiej może budzić obrzydzenie. Augusto Pinochet w peerelowskich mediach identyfikowany był z sitwą feudalną, dla której odsunął od władzy, miłującego sprawiedliwość, prezydenta Salvadora Allende, mordując przy okazji miliony niewinnych robotników i chłopów Chile. Taką gębę przyprawiły Pinochetowi komunistyczne media. I chociaż od czasu puczu z września 1973 minęło ponad 40 lat, komuna rządzi już tylko w Korei Północnej, w Wietnamie i na Kubie, Pinochet wciąż uchodzi za mordercę i dyktatora, a Fidel Castro stawiany jest przez amerykańskich intelektualistów za wzór do naśladowania. Nikt z zachodniego mainstreamu nie zadał sonie trudu poznać prawdy o mordercy narodu, za którego duszę konstytucyjna większość Chilijczyków nadal się modli.

Mimo iż czułem, że prawda o juncie Pinocheta i jej zbrodniach jest bardziej skomplikowana niż to co pisał w Trybunie Ludu redaktor Marzec, a po powrocie z placówki w Santiago, opowiadał ambasador – redaktor Daniel Passent, korciło mnie, żeby temu sztywnemu generałowi o pokerowej twarzy dowalić.

– Pytał pan o moją opinię na temat Pinocheta – przerwał me rozmyślania głos księdza rektora, kładącego mi swą chudą, żylastą rękę na ramieniu. Moim zdaniem – westchnął – to porządny, odważny, może trochę pechowy człowiek. Spotka go pan, i sam wyrobi sobie zdanie na jego temat…Niech go pan pyta. On się trudnych pytań nie boi. On ich wręcz potrzebuje

Następnego dnia, Andrzej Zabłocki, szef szwedzkiej filii, Atlas Copco, lider miejscowej Polonii, przedstawił mi lokalnych Polaków. Pojechaliśmy do Valparaiso, miasta, o którym w dzieciństwie śniłem, a którego wielkość i sława głównego portu na drodze między Azją a Europą zgasła wraz z budową Kanału Panamskiego. W portowej knajpeczce zjedliśmy soczystą ośmiornicę, wypili vino chileno i wrócili do hotelu. Nazajutrz rano miał po mnie przyjechać generalski samochód i zabrał mnie do klubu oficerskiego, w którym Generał Pinochet, dwa razy w tygodniu, spożywa śniadanie. Oznajmiono mi, że Pan Generał ma dla mnie tylko 20 minut, więc aby nie marnować czasu, spisałem na kartce kilka prostych pytań i przesłałem je wieczorem faksem do córki Lucii.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDekalog Granta (I)
Następny artykułSanacyjny etatyzm (1926-1939)  
Uwielbiam podróże, zwiedziłem do tej pory (17 września 2015) 142 kraje, w tym tak egzotyczne, jak: Surinam, obie Gujany, Fiji, Vanuatu, Madagaskar, Malawi, Bhutan. Rwanda, Burundi, Haiti czy Myanmar. W samej Ameryce Łacińskiej, do niedawna moim ulubionym regionie, byłem przynajmniej 70 razy. Myślę, że wreszcie należałoby zacząć te wspomnienia spisywać, tym bardziej, że jest co: 4 Mundiale piłkarskie, wyrok 10 lat więzienia w Peru, spotkanie w cztery oczy z generałem Pinochetem, potem w Chiapas, z subkomendante Marcosem, wyciągałem ludzi z więzień (Panama, Abu Dabi). wspólnik ukradł mi hotel na Karaibach i parę innych historyjek.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here