PODZIEL SIĘ

Aby dokonać wolty i przejść na drogę reform wolnorynkowych i wolnościowych, Brazylijczycy musieli w kilka lat zbudować od zera grupę liderów propagujących nauki Misesa, Rothbarda, czy Hoppe’go. Polska jest w o wiele lepszej sytuacji. My takich liderów mamy wielu, i to od 30 lat.

Jak to się stało?

Po latach korupcji, paraliżującej na zmianę z interwencjonizmem gospodarkę kraju, Brazylijczycy w wyborach 2018 roku odrzucili dominujący, zresztą nie tylko tam, model socjaldemokratyczno-faszystowski, opowiadając się za wolnym rynkiem, swobodą wyboru i, nie bójmy się tego słowa, kapitalizmem.

Skąd nagle, w kraju zdominowanym przez socjalistyczną elitę, struktury militarno-feudalne i skorumpowane związki zawodowe pojawiło się tak ogromne poparcie dla kandydatów sprzyjających rynkowi i wolności? Co prawda, nie wiadomo jeszcze jak potoczą się losy obecnych reform, wiadomo jednak, że Brazylijczycy, w przeciwieństwie do Polaków w 1989 roku, których do transformacji prowadziły lewicujące elity intelektualne, zanim rozpoczęli swoją zmianę, uświadomili klasie robotniczej, masom w ogóle, że kapitalizm, kapitalista i rynek są jego sojusznikami, a nie wrogami.

Na czele marszów protestujących milionów robotników Sao Paulo, Santos czy Rio de Janeiro szedł nastolatek, Kim Kataguiri, z tomem Ludzkiego działania Ludwiga von Misesa, który po jej zakończeniu tłumaczył masom, że wolny wybór, kapitał i zysk nie biorą się z wyzysku, decyzji parlamentu czy rządu, lecz są suwerennym wyborem człowieka pracy; dobrobyt jest właśnie rezultatem wolnego wyboru. Coraz więcej przedstawicieli klasy robotniczej rozczarowanych retoryką marksistów i promotorów teologii wyzwolenia  zaczęło przechodzić na stronę liberałów, a nawet libertarian.

Nasze elity, od pierwszych dni rewolucji Solidarnościowej, o kapitalizmie mówiły coraz wstydliwiej i do tego szeptem, ośmieszając nielicznych apologetów wolnego rynku (Janusza Korwina-Mikke, nieżyjących już: Mirka Dzielskiego, Krzysztofa Dzierżawskiego, oraz kilku innych), określając ich epitetem: pozbawionych realizmu oszołomów. Nawet środowiska opozycji demokratycznej, początkowo życzliwe gospodarce wolnorynkowej i kapitalizmowi, z chwilą wejścia do obozu władzy przechodziły na pozycje socjaldemokratyczne, lub otwarcie lewicowe. Kulminacją tego okresu było wymazanie z praktyki tzw. Ustawy Wilczka, a więc liberalnego ustawodawstwa gospodarczego wprowadzonego, o ironio, przez odchodzący w niepamięć porządek realnego socjalizmu. To wtedy spopularyzowane zostało przez Leszka Balcerowicza określenie, że oto mamy w Polsce dwie lewice: lewicową i prawicową. Podobnemu skrzywieniu ulegał po 1989 roku polski Kościół.

Zamiast żeby nowe pokomunistyczne elity sięgnęły po Misesa, Heidela, czy nawet felietony JKM, zamiast wytłumaczyć masom, że państwo ma tylko tyle pieniędzy, ile zabierze  obywatelom, i nikt lepiej nie zajmie się gospodarką niż przedsiębiorca, nowa władza przywłaszczyła sobie retorykę Keynesa, a nawet postmodernizmu, wdrażając coraz bezczelniej interwencjonizm i centralizując decyzje gospodarcze. Klasa polityczna, stosując przymus – nakazy i zakazy – wystąpiła w roli oświeconej warstwy wszechwiedzących, wypierając z życia politycznego wolne decyzje wolnych ludzi. A nawet z tymi ostatnimi walcząc. Dyskusję o sprawnym modelu gospodarczym, zastąpiły od tego czasu krucjaty w kwestii aborcji i pozycji kobiet, praw dla odmiennych praktyk seksualnych, a ostatnio, na temat uchodźców, czy 500+.

Mimo usunięcia z dysputy publicznej kwestii wolności gospodarczej i systematycznej rozbudowy lewiatana, coraz większe grupy Polaków opanowane zostały przez ideę państwa minimalnego, nie angażującego się w gospodarkę, pełniącego rolę „stróża nocnego” strzegącego bezpieczeństwa i majątku obywateli. Wprawdzie, pod względem liczebności tzw. środowisk wolnościowych, dzierżymy dziś niekwestionowaną palmę pierwszeństwa, wyprzedzając takie bastiony liberalizmu, jak Holandia, Włochy, Szwajcaria, a nawet Wielka Brytania. W kraju, w którym rządzą wyłącznie lewice, grupa ta nie była jednak w stanie wypracować sobie odpowiedniej pozycji i nadal stanowi margines życia politycznego. Coraz więcej jej przedstawicieli znużonych swą bezsilnością i bezskutecznością, przechodzi na pozycje oportunistyczne. Ktoś policzył, że ok. 20 proc. posłów UW, PO, i niewiele mniej w PiS, to ludzie, którzy na jakimś etapie swojego życia byli członkami lub sympatykami UPR, Kongresu Prawicy, czy innej hybrydy politycznej stworzonej przez JKM lub jego stronników. W rezultacie, największą popularnością w Polsce cieszy się władza, która nie ukrywa, że chce powrotu do kolektywizmu.

W czasie, gdy pozbawiona do niedawna tradycji wolnościowych, dotknięta kryzysem gospodarczym i społecznym Brazylia szuka rozwiązań liberalnych, rynkowych, kapitalizmu, Polska wraca do socjalizmu. Spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak do tego doszło?

Brazylia czyta!

Światło na temat powstania brazylijskiego liberalizmu, a właściwie libertarianizmu rzuca Raphael Lima, na portalu mises.org. Zresztą, sami Brazylijczycy zastanawiają się nad swoim fenomenem. Bo, ziarno, które zasiał Kim Kataguiri, założyciele

Movimiento do Brasil Libre (Ruch Wolnej Brazylii) nie ma właściwie precedensu.  Coraz więcej osób, w tym ludzi z klasy średniej i niższych przybywa na spotkania szkoleniowe, gdzie – nierzadko za dość słoną opłatą, bo liczba miejsc jest zwykle ograniczona  – studiują i cytują dzieła Misesa, Rothbarda i Hoppe’go, przeciwstawiając się równocześnie  dominującym życie publiczne (świat akademicki, media, politykę) „lewicowym nauczycielom, głoszącym ewangelię wszechwiedzącego państwa”. Mnożą się na Internecie strony, na których można się zarejestrować w jednym z wielu stowarzyszeń i grup libertariańskich”. Zaprzyjaźniony ze mną przedsiębiorca z Sao Paulo, Guilherme Spina, pisze, że tylko w promieniu Sao Paulo naliczył ponad 150 takich organizacji. Jak grzyby po deszczu mnożą się komórki libertiańskie na brazylijskich uczelniach, a nawet w szkołach średnich.

Ruch ten ma przeciwko sobie właściwie cały establishment, na czele z mediami, akademią, oraz partiami lewicowymi, których w Brazylii, podobnie jak i w Polsce, aż się roi, libertarianie i zwolennicy nowej prawicy, czyli porządku opartego na wolnym wyborze, nieagresji  i konkurencji krytykowani są w państwowych i  prywatnych mediach głównego nurtu. Rozlega się w nich lament, że pod wpływem skrajnych liberałów (skąd my to znamy?) „ludzie przeciwstawiają się obowiązkowym, jedynie słusznym regulacjom i dogmatom etatyzmu”. Wrogiem numer 1 głównego nurtu kraju stał się Internet i „neoliberalni” autorzy, tacy właśnie jak Mises, argumentujący – o, zgrozo! – na rzecz wolnego, prywatnego państwa. To państwo zaczyna wciskać się do władz lokalnych.

Libertarianie się jednak nie poddają. Jednym z bardziej intrygujących przykładów tych zmagań, pisze Lima, jest historia radnego miejskiego z kilkudziesięciotysięcznego miasteczka na południu Brazylii. Człowiek ten, reprezentujący nic nie znaczącą dotąd partyjkę, który po zaprzysiężeniu zaczął studiować z pasją teorię państwa i ekonomię. Do studiów tych posłużył mu kanał YT brazylijskiego Instytutu Misesa. Pod jego wpływem przeczytał kilka książek i w rok później ogłosił, że to, czym do tej pory zajmowała się gmina  miejska, jest stratą czasu i pieniędzy. Po czym rozpoczął jej reformowanie.

Nie trzeba lecieć do Brazylii, żeby zorientować się, że dzieją się tam rzeczy „dziwne”. Wystarczy prześledzić ranking książek sprzedawanych na brazylijskim portalu Amazon. Takich książek, jak mi oświadczyła kiedyś prof. Urszula Grzelońska z PAN, polscy ekonomiści nie czytają w ogóle. Tymczasem w Brazylii, napisana w ponad pół wieku temu, książeczka Misesa, wydana w Polsce pod tytułem, Ekonomia i polityka, znajduje się na trzecim miejscu najlepiej sprzedających się książek ekonomicznych. Inna praca tego samego autora, Mentalność antykapitalistyczna, jest na miejscu jedenastym. Książka Fernando Ulricha na temat Bitcoina jest na pozycji czternastej, a Murraya N. Rothbarda Złoto, banki, ludzie na 15. Tuż za nią plasuje się, znane w Polsce jedynie w kręgach libertarian, Ludzkie działanie, pierwszą dwudziestkę zamyka nieznane w Polsce kompletnie, arcydzieło Adama Smitha. Mimo ogromnej kontrakcji lewicy, w pierwszej 50. książek wolnościowych znajduje się dzieło myśli politycznej H.H. Hoppego, Demokracja, bóg który zawiódł.

Jeszcze większym powodzeniem cieszą się brazylijskie kanały libertariańskie na YouTube. Liczba ich subskrybentów sięga ok. pół miliona, liczba wyświetleń sięga 80 milionów i wciąż rośnie.  Z jednej strony badania przeprowadzone w marcu 2018 pokazują, że większość Brazylijczyków nadal popiera duże państwo, z drugiej zaś, co 25 Brazylijczyk (ok. 4%) uważa, że państwo nie powinno się zajmować opieką społeczną, edukacją, ochroną zdrowia, zapewnieniem emerytury, opieką nad ludźmi starymi, czy tym bardziej wyrównywaniem nierówności dochodowych. Populacja przeciwników mieszania się państwa w relacje między płciami i grupami mniejszościowymi wynosi ponad 10 % , czyli 22 miliony osób. Tyle samo Brazylijczyków opowiada się za „całkowicie wolnym rynkiem”.

Pamiętajmy, że zmiana świadomości potężnego narodu spod Krzyża Południa dokonała się zaledwie w trzy, może cztery ostatnie lata.

Widmo Wenezueli

Jeszcze w 2011 roku, kandydatka „tradycyjnej” lewicy, Dilma Rousseff, pomimo swej oczywistej niekompetencji i skandali korupcyjnych, w jakie była zamieszana, stosunkowo swobodnie wygrała wybory prezydenckie. Opozycja, tak formalna, jak i intelektualna w Brazylii nie istniała. Kolejny rząd miał właśnie zdecydować o nowych podatkach. regulacjach, uszczelnieniach, programach inwestycyjnych i innych wydatkach rządowych zasilanych z bezdennej kieszeni  podatnika. Dla ludzi zatroskanych o przyszłość kraju, wszystko wydawało się stracone. Miliony Brazylijczyków, w obawie o wejście ich kraju na drogę Wenezueli,  przygotowywały się do wyjazdu na emigrację.

Jeszcze pięć lat temu – mówi Kim Kataguiri – który właśnie w 2012 roku, w wieku niespełna 16 lat rozpoczynał swą polityczną karierę – pies z kulawą nogą nie interesowałby się wolnością, a tym bardziej Misesem. Spotkania nielicznych grup libertariańskich w Rio czy  Sao Paulo przyciągały 50 – 60 osób. Służby lewicowego

rządu nawet nas nie prześladowały. Wydawali się niepokonani. Byliśmy dla nich jak powietrze”.

Wystarczyło 40 miesięcy, by mentor pani Rousseff, odchodzący prezydent Luiz Inacio da Silva, do niedawna jeszcze dobrodziej uciśnionych mas i ojciec opatrznościowy Mundialu 2014, Olimpiady 2016 i innych brazylijskich ekstrawagancji, które miały wynieść kraj na światowy Olimp, znalazł się w kryminale. Pani prezydent wywinęła się co prawda od więzienia, ale została brutalnie usunięta z urzędu. Mimo impeachmentu, Dilma Rousseff wzięła udział w tegorocznych wyborach, i chociaż agencje rankingowe wróżyły jej zwycięstwo, przegrała z kretesem i do parlamentu nie weszła. Wszedł doń 21. letni dziś Kim Kataguiri, z dystryktu Sao Paulo, który zdobył mandat parlamentarny z drugim wynikiem w Brazylii, zdobywając blisko pól miliona głosów.

Cdn.

Jan M Fijor

Milionerstwo.pl

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here