PODZIEL SIĘ

Autor: Michał Płociński

(fragment większej całości)

W dużej części krajów Zachodu utylitarne podejście do wychowania dzieci już dawno wyparło ideę autonomii rodziny. Formalnie wciąż mówi o niej prawo międzynarodowe, np. Karta praw dziecka ONZ z 1989 r. w art. 3: „Aby zapewnić dziecku prawo do posiadania domu zbudowanego na małżeństwie, odpowiedzialne rządy będą poszukiwały z całą roztropnością środków zachęcających do legalnego zawierania małżeństw, będą uznawały pierwszoplanowe istnienie i autonomię rodziny, a zniechęcały do rozwodu”. Trudno jednak udawać, że w Norwegii czy w Niemczech prawo to jest przestrzegane choćby w najmniejszym stopniu.

– Tam to państwo zdecydowanie narzuca model wychowania dzieci, a rodziny mają go po prostu realizować. Niesubordynacja jest karana. W krajach skandynawskich nie postrzega się już rodziny biologicznej jako naturalnego gwaranta dobra dziecka – zauważa w rozmowie z „Plusem Minusem” Jerzy Kwaśniewski, prezes Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. I tłumaczy, że inne stanowisko w europejskiej debacie najgłośniej przedstawiają kraje takie jak Węgry, Rumunia, Chorwacja, a ostatnio także Polska.

Rzeczywiście od ostatnich wyborów parlamentarnych nad Wisłą wiele się zmieniło. Politycy PiS ukuli nawet bonmot, że „nie będzie już odbierania dzieci z powodu biedy rodziców”, a Sejm uchwalił na początku 2016 r. odpowiednią nowelę kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. – Zabieranie rodzinom dzieci rzeczywiście wyhamowało. Urzędnicy boją się uciekać do tak drastycznych metod, a i sędziowie mniej chętnie zatwierdzają takie decyzje. Władza częściej stosuje inne środki zamiast zabierania dzieci – ocenia prezes Ordo Iuris. A warto wiedzieć, że w latach 2010–2015 nastąpił nawet czterokrotny skok liczby decyzji o odebraniu dzieci rodzicom –z kilkuset do nawet 2 tys. rocznie.

Inna sprawa, że takie właśnie były oczekiwania społeczne, a rozbudziły je działania nie polityków, ale organizacji społecznych, takich jak Instytut Ordo Iuris, którego prawnicy bronili w sądach poszkodowanych rodziców, czy mediów, jak „Rzeczpospolita”, bo to na naszych łamach dziennikarz Bartosz Marczuk (dziś wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej) przez lata opisywał nadużycia aparatu opieki społecznej. I tak narodził się kulturowy opór przeciwko nadmiernej ingerencji w autonomię rodziny.

Tylko czy wraz z rządami PiS rzeczywiście problem zniknął, jak to zwykli przedstawiać politycy? Niestety nie, co pokazuje choćby przykład państwa Pawlak, których dom spłonął pod koniec 2016 r., a do dziś są ciągani po sądach i boją się utraty dzieci. Anna Andrzejewska, jedna z założycielek Związku Dużych Rodzin 3 Plus, mówi „Plusowi Minusowi”, że na organizowanych przez nią szkoleniach dla rodziców, np. w szkole rodzenia, cały czas spotyka osoby, które boją się wypić kieliszek wina do obiadu, by ktoś nie doniósł na nich do opieki społecznej. Ba, z tego samego powodu niektóre matki nie chcą puszczać dzieci na wycieczkę do lasu, by nie złapały kleszcza.

Te obawy brzmią nieracjonalnie? – Niekoniecznie – odpowiada Jerzy Kwaśniewski. – Zasadniczo te lęki są jak najbardziej uzasadnione. Cały czas nie zmieniono przepisów ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Wciąż istnieje ryzyko, że przez z pozoru błahą sprawę dziecko może zostać odebrane kochającym rodzicom. Bo „przemoc” w tej ustawie jest niezwykle szeroko zdefiniowana – wyjaśnia prezes Ordo Iuris.

– Ingerencja pomocy społecznej w życie rodziny może się zacząć np. od tego, że dziecko dwa dni z rzędu nie przyniesie kanapki do szkoły. Problem w tym, że pod tak drobiazgową kontrolą państwa powinien znaleźć się raczej margines społeczny, a tymczasem najbardziej tłumaczyć się muszą ciężko pracujący, tzw. wydolni rodzice, którym władza nieustannie wkracza w prywatność i odmawia kompetencji wychowawczych – mówi Andrzejewska. I tłumaczy, że państwo rzeczywiście czasem powinno przekraczać autonomię rodziny, pytanie tylko, gdzie leży granica, za którą jest to naprawdę konieczne.

ETATYZM SZKODLIWY DLA WSZYSTKICH

Władza stroni od bezpośredniej ingerencji w rodzinę, bo wie, że wywołałoby to społeczne niezadowolenie, ale nietrudno zauważyć, że wcale rodzinie nie ufa. Bo jak inaczej wyjaśnić, że właściwie na każdym polu ją dyskryminuje względem opieki organizowanej przez państwo?

Polskie prawo wciąż pozwala odbierać dzieci nawet bez sądowego wyroku, choć nie jest to zgodne z konstytucją. Od 2010 r. decyduje o tym tzw. trójka: lekarz, policjant i pracownik socjalny. Na szczęście miesiąc temu politycy PiS zaproponowali nowelizację tych przepisów. Wyznaczenie czerwonej linii, której urzędnicy nie mogą przekraczać, będzie bardzo ważną decyzją dla rodzin, miejmy nadzieję, na lata. Z drugiej strony władza zamiast wesprzeć rodziny długofalowo, robi wszystko na skróty. Łatwo naprawić oczywiste błędy poprzedników, dużo trudniej jednak stworzyć klimat prawdziwie przyjazny rodzinie.

– To dość schizofreniczny układ. Politycy mówią o wsparciu rodziny, gdy jest to dla nich politycznie korzystne, ale nie wzmacniają rodziny jako takiej. Raczej dalej uzależniają ją od władzy publicznej, ograniczając także swobodę rodziców w wyborze trybu edukacji lub metod wychowawczych – ocenia Jerzy Kwaśniewski.

Problem symbolicznie oddają nowe przepisy o opiece nad dziećmi w wieku do lat trzech, które weszły w życie z początkiem 2018 r. Ustawa kontynuuje etatystyczne podejście do opieki nad małymi dziećmi, na czym tracą absolutnie wszyscy: dzieci, rodzice, a także państwo.

Z pieniędzy publicznych finansowane są praktycznie tylko żłobki. W kampanii samorządowej, choćby w walce o warszawski ratusz, politycy prześcigają się w deklaracjach, kto ile ich wybuduje. Skąd to umiłowanie do tak drogiej i nieefektywnej formy opieki, od której na Zachodzie raczej się odchodzi? Żłobki oczywiście pękają w szwach, ale to dlatego, że wielu rodziców musi z nich korzystać ze względu na swoją sytuację ekonomiczną.

Problem w tym, że żłobki wcale nie odciążają rodziców tak skutecznie, jak inne formy opieki. Dzieci przebywają bowiem w żłobkach przez mnie więcej trzy dni w tygodniu. Resztę czasu dziecko musi spędzać w domu, czy to z powodu choroby czy innych problemów, a rodzice i tak muszą brać wolne lub sięgać po pomoc rodziny, sąsiadów czy niani, co ich dodatkowo kosztuje. Co ciekawe, koszt zatrudnienia niani, z którą nie ma takich problemów, nie odbiega znacząco od kosztu utrzymania jednego dziecka w żłobku, który w wielu miastach przekracza 1,5 tys. zł.

Dlaczego państwo nie chce, by dzieci zostawały w domu z babcią, ciocią czy nianią? Dlaczego zgadza się dopłacać miliardy złotych do nieuzasadnionej ekonomicznie opieki żłobkowej, a nie daje nawet zniżek podatkowych rodzicom, którzy gotowi są poświęcić się dla odpowiedniego wychowania potomka?

MILENIALSI CHCĄ BYĆ RODZICAMI

Jacek Kaniewski od 2012 r. prowadzi rodzinne gospodarstwo agroturystyczne w Beskidzie Sądeckim. Wędruje z młodzieżą po górach jako przewodnik, tłumaczy z języka angielskiego i łaciny. Wyjechał z rodziną z Warszawy, by pracować z żoną i wspólnie wychowywać trójkę dzieci na wsi. W rozmowie z „Plusem Minusem” ocenia, że główną winę za wejście państwa w rolę rodziców ponosi współczesny system pracy, który nie przewiduje wychowania dzieci. Przy czym nie uważa, że całodniowa praca poza domem obojga rodziców jest dziś zawsze ekonomiczną koniecznością.

– Żyjemy jako społeczeństwo bardzo dostatnio. Wiele rodzin spokojnie mogłoby sobie pozwolić na zwolnienie tempa. To raczej jest ich wybór, że wolą oddać dziecko na wychowanie państwu, niż samemu z czegoś zrezygnować, oczywiście dla dobra pociech. W porównaniu ze straszną biedą, jakiej dzieci doświadczają, nie mając na co dzień w domu ojca i matki, te parę tysięcy, które rodzice są w stanie dodatkowo dorzucić do domowego budżetu, urabiając się po łokcie, absolutnie nie są warte świeczki – mówi Kaniewski. I opowiada, że gdy dzieci odwiedzające jego gospodarstwo dowiadują się, że Gabrysia i Tomek nie chodzą, tudzież nie chodzili do przedszkola, to często patrzą na nich, jakby co najmniej nie jedli. Dziś dzieciom po prostu nie mieści się w głowie, że można nie chodzić do przedszkola.

Anna Andrzejewska twierdzi jednak, że takie myślenie wyłącznie o własnej karierze kosztem wychowania dzieci było raczej typowe dla pokolenia wchodzącego na rynek pracy na przełomie lat 80. i 90. XX w. To tzw. pokolenie X wypychało dzieci do instytucji opieki, za to młodsi milenialsi, którzy coraz mocniej rozpychają się w polskich firmach, chcą właśnie więcej czasu spędzać z dziećmi. – Trzeba ich wesprzeć, a nie krytykować, że to na pewno przez 500+ wypadają z rynku pracy, a nie z własnego świadomego wyboru – mówi „Plusowi Minusowi” Andrzejewska.

Na to wszystko nakłada się kulturowa deprecjacja macierzyństwa. – Dawniej matki poświęcały karierę i rozwój, by ofiarować się dzieciom. Teraz jest to niedoceniane, ludziom nie mieści się w głowie, że kobieta może się w ten sposób realizować. Nawet matki potrafią dziś krytykować swoje córki, gdy te chcą zostać w domu z dziećmi. A nikt poza kobietą nie może przecież być matką – tłumaczy Kaniewski. – A jeśli nie matka, to niech ojciec zostanie w domu, niech on wychowa dzieci. Bo ktoś z czegoś musi zrezygnować, nie można mieć wszystkiego. Ale niech dzieci mają dom.

Ten sam etatystyczny sposób myślenia, który każe politykom budować żłobki i wyciągać małe dzieci z rodzinnego domu, prowadzi ich również do wzmacniania państwa właściwie na każdym polu. Oczywiście, kosztem rodziny. Państwo przejmuje rolę wychowawczą poprzez wydłużanie edukacji i wzmacnianie kontroli nad programem nauczania. A rodzice tracą jakikolwiek wpływ na realizowany w szkole model wychowania.

Ostatnio zresztą państwo ograniczyło subwencje szkołom, w których zarejestrowane są dzieci podlegające tzw. edukacji domowej. Choć dziecko uczone było w domu przez rodziców, to szkoła formalnie była za nie odpowiedzialna, sprawdzała jego wiedzę egzaminami i sprawowała nad nim opiekę pedagogiczno-psychologiczną.

Jacek Kaniewski, który wraz z żoną uczy trójkę swoich dzieci w domu, przyznaje, że system jest bezduszny, choć osobiście nie ma do polityków pretensji, że nie potrafią zaufać edukacji domowej: – Nikt tego w Polsce przez długi czas nie robił, więc rodzi to wiele pytań. Nie mamy żadnego wsparcia, państwo jeszcze bardziej podejrzliwie na nas patrzy, mamy chwilowy etap przykręcania śruby. Ale to normalne, że państwo dużo lepiej się sprawdza w szukaniu patologii niż w znajdywaniu rozwiązań pozytywnych. Już lepiej by się wycofało z edukacji domowej, nie finansowało jej, niż miało zacząć przeszkadzać – mówi Kaniewski.

– To wylewanie dziecka z kąpielą – ocenia Jerzy Kwaśniewski. – Nawet ograniczając subwencję dla szkoły, można było część tych pieniędzy oddać rodzicom, którzy przecież ponoszą duże koszty, ucząc dzieci samemu – dodaje prezes Ordo Iuris. Szczególnie że przed wojną nauczanie domowe było przecież normalną formą edukacji. – W tzw. dobrych domach dzieci były kształcone indywidualnie. Trudno zrozumieć, dlaczego dziś tak mocno się z tym walczy. Z pewnością edukacja domowa jest dużo skuteczniejsza niż publiczna szkoła. Znam rodziny, w których materiał szkolny realizuje się w pełni w pół roku, a pół roku pozostaje na inne aspekty wychowania i socjalizacji – mówi Anna Andrzejewska.

Ta nieufność do rodziców uczących w domu jest trudna do zrozumienia w przypadku partii takiej jak PiS. W końcu często na edukację domową decydują się rodziny mocno religijne, którym nie odpowiada świecki model nauczania w szkole. Albo rodziny po prostu konserwatywne. Zmierzamy w kierunku etatystycznych Niemiec, gdzie edukacja domowa jest absolutnie zakazana. Niemieckie władze potrafią ścigać po całym świecie rodziny, które uchylają się od obowiązku państwowej edukacji. Uwe i Hannalore Romeike dostali nawet w 2010 r. azyl w USA po tym, jak amerykańskie władze uznały, że byli w Niemczech prześladowani ze względu na chrześcijańskie poglądy.

PRAWO NASTĘPNYCH POKOLEŃ

Z pewnością kilka prostych rozwiązań wsparcia rodziny jest na wyciągnięcie ręki, władza musiałyby tylko zmienić sposób myślenia i zamiast tylko deklarować zaufanie, rzeczywiście zawierzyć rodzinie.

– Podstawową formą wsparcia powinno być promowanie elastycznego zatrudnienia. Przydałyby się na pewno ulgi dla firm, w których pracownicy mieliby szanse więcej czasu spędzać z dziećmi. Dzisiejszy system pracy przecież często nie wymaga naszej stałej obecności za biurkiem – uważa Anna Andrzejewska. I proponuje także zmianę systemu finansowania opieki nad małymi dziećmi: – Dobrym rozwiązaniem byłby sugerowany od lat przez różne organizacje bon wychowawczy, by to rodzice mogli wybierać, jaka forma opieki jest w ich sytuacji najbardziej korzystna. W zasadzie żłobki są najlepszym wyborem jedynie dla rodzin w faktycznie ciężkiej sytuacji, dysfunkcyjnych itd.

Podobnie jak bon wychowawczy mógłby też działać bon edukacyjny. Pomysł również nie jest nowy, ale władza boi się go jak ognia. Każdy rodzic dostawałby bon na dziecko, który wystarcza na wykupienie miejsca w publicznej szkole. Jeśli chciałby posłać dziecko do prywatnej – zapewne musiałby dopłacić. A jeśli chciałby uczyć je sam, to sam by na tym zarabiał. Oczywiście państwo by go kontrolowało, czy rzeczywiście należycie wywiązuje się z tego obowiązku poprzez liczne testy i kontrolę psychologiczną.

– Bon oświatowy dawałby rodzinom możliwość skutecznego nacisku na szkoły. Jeśli w jakiejś szkole publicznej nauczyciele nie trzymaliby poziomu lub realizowali model wychowania sprzeczny z poglądami rodziców, mogliby oni przenieść dziecko do innej placówki, a szkoła by to natychmiast odczuła. Inaczej niż dzisiaj, gdy finansowanie szkoły często zależy od układów, jakie ma dyrektor z władzami samorządowymi. Finansowanie powinno być narzędziem nacisku w rękach rodziców – tłumaczy prof. Michał Wojciechowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, ekspert wolnorynkowego Centrum im. Adama Smitha.

Innym pomysłem wzmocnienia rodziny jest propagowane m.in. przez wicepremiera Jarosława Gowina tzw. głosowanie rodzinne. Nie chodzi o to, by dzieci miały głos wyborczy, ale by siłę głosu rodzin w praktyce zrównać z siłą głosu singli. Bo następne pokolenia też mają prawo do godziwego życia, a tego, bez wzmocnienia rodziny, nie da się im zagwarantować.

PLUS MINUS

Rzeczpospolita 1 czerwca 2018

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułSto dni udręki
Następny artykułKraje Skandynawskie nie są socjalistyczne!
Uwielbiam podróże, zwiedziłem do tej pory (17 września 2015) 142 kraje, w tym tak egzotyczne, jak: Surinam, obie Gujany, Fiji, Vanuatu, Madagaskar, Malawi, Bhutan. Rwanda, Burundi, Haiti czy Myanmar. W samej Ameryce Łacińskiej, do niedawna moim ulubionym regionie, byłem przynajmniej 70 razy. Myślę, że wreszcie należałoby zacząć te wspomnienia spisywać, tym bardziej, że jest co: 4 Mundiale piłkarskie, wyrok 10 lat więzienia w Peru, spotkanie w cztery oczy z generałem Pinochetem, potem w Chiapas, z subkomendante Marcosem, wyciągałem ludzi z więzień (Panama, Abu Dabi). wspólnik ukradł mi hotel na Karaibach i parę innych historyjek.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here