Strona główna Blog Strona 10

W drodze do zniewolenia. Kenneth Rogoff, czempion nowego społeczeństwa (V)

0
w drodze do zniewolenia spoleczenstwa v

Wątpliwości podatkowe

pobrane-1

Mimo naukowego tonu, w jakim wypowiada się Rogoff, na podstawie tego co pisze trudno wyciągnąć wniosek, czy ilość papierowej gotówki w obiegu, a tym bardziej sam fakt jej istnienia ma wpływ na przestępczość pospolitą. A jeśli nawet ma, to jak duży? Nie wiadomo też, czy wszystkie przestępstwa, o jakie arcymistrz obwinia posiadaczy dużych ilości papierowej gotówki są naprawdę przestępstwami.

Weźmy na przykład takie pranie pieniędzy.

Zacznijmy od tego, że samo pojęcie: pranie pieniędzy, jest dość mało precyzyjne i jeśli już ma być zakwalifikowane do kategorii występków podatkowych to wyłącznie do (a) przepisów prawa o charakterze opresyjnym/represyjnym, (b) przepisów wysoce arbitralnych/subiektywnych, oraz (c) z obu tych względów, przepisów zawierających w sobie pierwiastek przestępczy. Aby uznać je za przestępstwo trzeba do łańcucha rozumowania przemycić normę mówiącą, że podatki są czymś koniecznym; że rząd jest czymś koniecznym; co więcej, że zarówno rząd, jak i podatki są źródłem dobrostanu obywateli, czy jak to określają zawodowi ekonomiści, podnoszą użyteczność krańcową, przyczyniając się do poprawy życia ludzi.

Trzeba być pozbawionym wyobraźni, aby uważać, że istnienie szkół, szpitali, więzień, dróg, latarń morskich i innych instytucji kojarzonych z istnieniem państwa jest możliwe wyłącznie dzięki łaskawości rządu i polityków. Wszystkie te instytucje wzięły swój początek w sektorze prywatnym i w warunkach wolnorynkowych funkcjonują znacznie lepiej i taniej niż w wydaniu państwowym. To, że dzisiaj sektor państwowy się rozrasta, nie jest wynikiem logiki rozwoju gospodarczego, lecz skutkiem deformacji systemu kapitalistycznego przez demokrację, czyli rządy większości, państwo opiekuńcze, oraz wywołane nimi kryzysy. Do tego wątku wrócimy w dalszej części naszych rozważań.

Na razie zauważmy jedynie, że gdyby prawo podatkowe było racjonalne, albo gdyby wolny rynek był powszechniej obowiązującą zasadą funkcjonowania gospodarki, pranie pieniędzy nie miałoby większego sensu i nie byłoby przestępstwem. Zniknęłyby najprawdopodobniej wszystkie przestępstwa podatkowe. Dowodzą tego chociażby przykłady wzrostu wpływów podatkowych towarzyszące liberalizacji polityki fiskalnej. Tak było na przykład za prezydentury Ronalda Reagana (1980-1988), który obniżył marginalną stopę podatku dochodowego (PIT) o ponad 25 punktów procentowych: z 70 procent (w epoce poprzedzającej bezpośrednio reformy Reagana) do poziomu ok. 40 procent 7 lat później . Mimo to wpływy podatkowe, osłabionej ciężkim, trwającym od początku lat 80. XX wieku załamaniem, gospodarki wzrosły z 244 miliardów dolarów (rok 1980) do 446 miliardów (rok 1989). Jest to wzrost rzędu 45 procent.

W kontekście tak wysokiego przyrostu wpływów podatkowych należy podkreślić dwa zasadnicze fakty: po pierwsze, od początku swej prezydentury, rząd Ronalda Reagana, zmagał się z trwającą od 1979 roku do końca 1982 roku jedną z najcięższych recesji gospodarczych w dziejach USA: produkcja spadła o blisko 10 procent; tyle samo wynosiła stopa bezrobocia. Spadek Produktu Narodowego Brutto był w tym okresie tak głęboki, że poziom PKB z 1979 roku osiągnięty został dopiero w roku….2003. Drugim czynnikiem, który trzeba w tym kontekście podkreślić, to to, że udział podatków płaconych przez przedstawicieli klasy średniej spadł z 57,5 procent w roku 1981, do 48,7 procent siedem lat później.

Konkludując: (a) wzrost wpływów podatkowych państwa po obniżeniu progów podatkowych wzrasta, oraz (b) pomimo wzrostu wolumenu podatków, w kieszeniach podatnika pozostaje więcej pieniędzy. Jeśli zatem wysokie podatki są zachętą do przestępstw podatkowych, a jednocześnie ograniczają wolumen wpływów państwa, to może obniżmy podatek, a pozbędziemy się obu tych problemów równocześnie.

Poprawi się przy okazji strukturę kapitałową gospodarki, w której większa część kapitału znajdzie się w rękach znacznie efektywniejszych i bardziej produktywnych przedsiębiorców prywatnych.

Świadkami opisanych tendencję byliśmy w 2003 roku, gdy rząd Leszka Millera obniżył podatek dochodowy dla biznesu (CIT) z 27 procent do 19 procent, przy czym nowy podatek miał charakter liniowy. Podobną reformę w ślad za przykładem Polski wprowadziła Estonia, Litwa, Łotwa, Rosja, Ukraina i Słowacja. W krajach tych, z powodu, a raczej dzięki obniżce progu podatkowego wzrosły wpływy podatkowe rządu, konkurencyjność i dynamika gospodarki, a przede wszystkim poziom inwestycji w przedsiębiorczość. Można więc mówić, nie tylko o sytuacji: win-win, lecz o działaniu all-win!

Z podobnym efektem mieliśmy w Polsce do czynienia w 2002 roku, gdy doszło do obniżki akcyzy na ciężkie alkohole. Obniżenie poziomu akcyzy zaowocował wzrostem wpływów podatkowych o ok. 10 procent, spadkiem przestępczości celnej i podatkowej, a jednocześnie zwiększeniem eksportu polskich alkoholi o ponad 20 procent.

 

Pomysł Friedmana

 

Dlaczego, pomimo wszystkich tych doświadczeń, rząd PiS chce podnieść akcyzę na szereg produktów, zlikwidować liniowy podatek CIT, wprowadzając w jego miejsce skalę progresywną? Na pewno nie jest to ignorancja.

To przecież Charles-Maurice de Talleyrand-Périgord, francuski biskup, dyplomata i polityk zauważył dwa wieki temu, że nie ma takiej podłości, przed którą cofnąłby się rząd, gdy mu zabraknie pieniędzy. Dlaczego akurat tym razem rząd miałby zrezygnować z okazji zarobienia dużych pieniędzy? Przeraził się perspektywą protestów ze strony opozycji? Raczej nie. We współczesnym państwie różnice programowe czy ideowe między poszczególnymi partiami są niewielkie. Opozycja wierzy w to, że kiedyś odzyska władzę, nie będzie więc dzisiaj łamać świętej zasady Talleyranda i domagać się ograniczenia swych przyszłych wpływów podatkowych. Może zatem władzę hamuje strach przed nieposłuszeństwem obywatelskim? Też nie.

W państwie opiekuńczym obywatele są wspólnikami rządzących. Nie patrzą na to, ile zarabiają, zadowalając się tym, co im łaskawie pracodawca prześle na konto. Diabelski pomysł Miltona Friedmana, który wymyślił, że rząd ma prawo do „zaliczki na poczet podatku dochodowego”, osłabił zainteresowanie pracowników najemnych skutkami opodatkowania. Malo kto zastanawia się nad tym, dlaczego z nominalnych 4800 zł miesięcznie dostaje na rękę 2345 zł. Jeśli już obwinia kogoś o konfiskatę, to pracodawcę, a nie państwo zwane w tym kontekście enigmatycznym, żeby nie powiedzieć, szelmowskim określeniem fiskus.

Gdyby każdy z nas otrzymywał pensję brutto, to jest przed potrąceniami na podatek, i musiał raz w miesiącu wyliczyć, a potem przesłać do urzędu skarbowego, należną państwu daninę, świat wyglądałbym całkiem inaczej. Po trzech, czterech miesiącach odprowadzania na rzecz państwa połowy albo i więcej własnej pensji, ludziom puściłyby nerwy i bez rewolucji by się nie odbyło. Tarczą chroniącą rząd przed buntem jest właśnie pomysł Friedmana (mówi się, że to właśnie ten pomysł był powodem przyznania mu nagrody Nobla z ekonomii), któremu sprzyja bierność tzw. milczącej większości obywateli, jej skłonność do działania po najmniejszej linii oporu; pokora wyuczona na lekcjach wychowania obywatelskiego i religii, oraz wrodzona niechęć większości ludzi do podejmowania decyzji.

Wprawdzie istnieje grupa obywateli, która się od milczącej większości różni, a nawet jej sprzeciwia, w systemie demokratycznym, gdzie rządzi większość nie wytrzymuje ona konfrontacji z biernymi masami. Mam na myśli przedsiębiorców, ludzi, którzy efektywną pracą i kreatywnością zabiegają o owoce swojej pracy, chroniąc je przed chciwością rządzących. Mimo iż dzięki przedsiębiorcom tworzone jest bogactwo narodu, tym samym zaspokajane potrzeby ludności, nie są oni w stanie oprzeć się pasywności mas, a zwłaszcza atakom ze strony polityków, intelektualistów, a nawet kościoła, stając kozłem ofiarnym tych, którym się wiedzie gorzej i żyjących nich kosztem władzy.

Dlatego cnotami współczesnego społeczeństwa stały się bieda, bierność, posłuszeństwo, a nie praca i bogacenie się. Milcząca większość z entuzjazmem wita każdą podwyżkę podatków, byle tylko była ona dla bogatszych bardziej dotkliwa. Równocześnie ignoruje ona fakt, że takim postępowaniem strzela sobie w stopy: podatki skierowane przeciwko najbogatszym najsilniej podnoszą koszty życia najbiedniejszych.

Cdn.

Jan M Fijor

Latarnia Morska w Teorii Ekonomii (Lighthouse in Economics)

0
Latarnia Morska w Teorii Ekonomii (Lighthouse in Economics)

Ronald H. Coase

(Copyright for the Polish edition by Fijorr Publishing)

  1. Wstęp.

Lighthouse in Economics

Latarnia morska pojawia się tekstach ekonomistów ze względu na światło jakie ich zdaniem rzuca na kwestię gospodarczych funkcji rządu. Używana jest często jako przykład czegoś, co musi by dostarczane przez rząd w przeciwieństwie do przedsiębiorstwa o charakterze prywatnym. To co  ekonomiści maja zazwyczaj na myśli, to to, że niemożność zapewnienia sobie opłat ze strony właścicieli statków, którzy korzystają z istnienia latarni morskich czyni nieopłacalnym dla osób lub firm prywatnych zaangażowanie się w takie przedsięwzięcie jak budowa i zapewnienie funkcjonowania latarni morskich.

John Stuart Mill w „Zasadach Ekonomii Politycznej” w rozdziale zatytułowanym „O podstawach i granicach laissez-faire czyli zasady niewtrącania się.” pisał:

„… jest więc właściwa funkcją rządu budowanie i utrzymywanie latarni morskich, instalowanie boi, itd. dla zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi; albowiem ponieważ niemożliwe jest, by statki na morzu, które korzystają z latarni, zmusić do uiszczenia opłaty za skorzystanie z jej światła, nikt nie będzie budował latarni morskich kierowany motywem osobistego interesu, chyba, że będzie opłacany lub wynagradzany z przymusowej opłaty ściąganej przez państwo.”[1]

Podobnie Henry Sidgwick w swoich „Zasadach Ekonomii Politycznej” w rozdziale zatytułowanym „System Wolności Naturalnej Rozpatrywany w Swoim Związku z Produkcją” stwierdzał:

„… istnieje znaczna i bardzo zróżnicowana klasa przypadków w odniesieniu do których przypuszczenie [że jednostka może zawsze otrzymać w wyniku wolnej wymiany wynagrodzenie odpowiednie do usług, które świadczy] jest w sposób oczywisty błędne. Po pierwsze, istnieją niektóre usługi, które, ze swej natury, nie mogą by w praktyczny sposób przywłaszczane przez tych, którzy je wytwarzają, lub byliby gotowi je zakupić. Na przykład, łatwo może się zdarzyć, że korzyści z dobrze ulokowanej latarni morskiej mogłyby być wykorzystywane przez statki, z których nie da się w wygodny sposób ściągnąć jakiejkolwiek opłaty.”[2]

Również Pigou The Economics of Welfare użył przykładu Sidgwicka latarni morskiej dla zilustrowania przypadku nieopłaconej usługi, dla której „marginalny produkt netto jest znacznie mniejszy niż marginalny produkt społeczny netto, gdyż mamy tu do czynienia z incydentalnymi świadczeniami na rzecz osób trzecich, za które, z przyczyn technicznych, bardzo trudno jest ściągnąć zapłatę.”[3]

Paul A. Samuelson, w swej książce Economics, jest bardziej kategoryczny niż wcześniejsi autorzy. W rozdziale poświeconym „Ekonomiczne funkcje rządu.” pisze on, że „rząd zapewnia pewne niezbędne usługi publiczne bez których nie można by sobie wyobrazić życia zbiorowości i które z samej swej natury nie mogą być pozostawione w rękach przedsiębiorstw prywatnych.” Jako „oczywiste przypadki” podaje zapewnienie obrony narodowej oraz utrzymanie prawa i pokoju wewnętrznego, administrację sprawiedliwości i przestrzegania umów, na końcu dodając w przypisie następującą uwagę:

„A oto i kolejny przykład usługi świadczonej przez rząd: latarnie morskie. Ocalają one życie i ładunki; ale latarnicy nie są w stanie ściągać opłat od kapitanów. „Mamy wiec tutaj do czynienia” – powiada zaawansowany traktat ekonomiczny – „z różnica pomiędzy prywatną korzyścią i kosztem pieniężnym [w perspektywie człowieka na tyle dziwnego, że zapragnął wzbogacić się na zarządzaniu latarniami morskimi] a prawdziwymi społecznymi korzyściami i kosztami [mierzonymi wartością ocalonych żyć i ładunków w porównaniu z (1) całkowitym kosztem latarni morskiej, i (b) dodatkowym kosztem wynikającym z pozwolenia na skorzystanie ze światła latarni przez jeden dodatkowy statek].” Filozofowie i mężowie stanu zawsze uznawali konieczną rolę rządu w tego rodzaju sytuacjach różnic między „prywatnymi i publicznymi korzyściami ekonomicznymi.”[4]

W dalszej części swojego tekstu Samuelson ponownie określa latarnię morską jako „działalność rządową uzasadnioną efektami zewnętrznymi.” Powiada tak oto:

„Przyjrzyjmy się raz jeszcze naszemu przykładowi latarni morskiej ostrzegającej przed skałami. Jej światło pomaga wszystkim, którzy mogą je dostrzec. Biznesmen nie mógłby jednak zbudować jej dla zysku, gdyż nie byłby w stanie ściągnąć zapłaty od każdego użytkownika. Jest to w sposób oczywisty rodzaj działalności, która w naturalny sposób podjąć może rząd.”[5]

Samuelson na tym jednak nie kończy. Używa także przykładu latarni morskiej dla uzasadnienia innego argumentu, którego u poprzednio cytowanych autorów nie da się znaleźć:

„ …w przykładzie latarni należy jedno jeszcze zauważyć: fakt, że zarządzający latarnią nie są w stanie dokonać apriopriacji w formie ceny opłaty od tych, którzy korzystają z jej usług czyni to przedsięwzięcie w sposób oczywisty dobrem społecznym lub publicznym. Jednak nawet jeśli zarządzający latarnią byli w stanie – na przykład przy pomocy radaru – od każdego znajdującego się w pobliżu użytkownika, fakt ten nie spowodowałby jeszcze, by należało uznać, iż jest rzeczą społecznie optymalną dostarczanie tej usługi w formie dobra prywatnego po określonych przez rynek indywidualnych cenach. Dlaczego nie? Dlatego, że społeczeństwa nic nie kosztuje dopuszczenia do skorzystania z tej usługi jednego statku więcej; tak więc wszystkie statki zniechęcone do poruszania się po tych wodach ze względu na istnienie opłaty za usługi tej latarni przedstawiają sobą społeczną stratę ekonomiczną – nawet, jeśli żądana od wszystkich cena nie jest wyższa niż cena niezbędna do pokrycia długoterminowych wydatków na prowadzenie latarni. Jeśli wybudowanie i prowadzenie latarni jest społecznie korzystne – a nie musi tak być – bardziej zaawansowane opracowanie może pokazać, że to społeczne dobro warto jest optymalnie uczynić dostępnym dla wszystkich.”[6]

W stanowisku Samuelsona kryje się element paradoksu. Rząd ma dostarczać latarni morskich dlatego, że prywatne przedsiębiorstwa nie są w stanie ściągać opłaty za usługi latarni. Okazuje się jednak, że gdyby prywatne przedsiębiorstwa znalazły jakiś sposób na ściąganie tych opłat, nie powinno się im na to pozwolić (co, skądinąd, znowu wymaga interwencji rządu). Stanowisko Samuelsona różni się od stanowiska Milla, Sidgwicka bądź Pigou. Tak jak rozumiem tych autorów, to właśnie trudność pobierania opłat za korzystanie z latarni morskich stanowi kluczowy punkt posiadający istotne konsekwencje dla zasad polityki w stosunku do latarni morskich. Autorzy ci nie mieli żadnych obiekcji w stosunku do pobierania opłat jako takiego, i, w konsekwencji, gdyby było to możliwe, do prywatnego zarządzania latarniami. Można jednak zauważyć, że argument Milla nie jest pozbawiony dwuznaczności. Stwierdza on, że rząd powinien budować i prowadzić latarnie, gdyż, jako że od statków, które korzystają z latarni, nie można ściągnąć zapłaty, przedsiębiorczość prywatna nie będzie dostarczała tego rodzaju usługi. Dodaje jednak natychmiast „chyba, że będzie opłacany lub wynagradzany z przymusowej opłaty ściąganej przez państwo.” Sformułowanie „z przymusowej opłaty” rozumiem jako oznaczające nałożenie opłaty na statki, które skorzystały z usług latarni (zapłata ta byłaby w istocie mytem). Dwuznaczność sformułowania Milla dotyczy tego, czy chodziło mu o to, że „przymusowa opłata” umożliwiłaby ludziom „kierowanym motywem osobistego interesu” budowanie latarni morskich, co pozwoliłoby uniknąć zaangażowania rządu, czy też chodziło mu raczej, iż nie było możliwe (albo pożądane) aby prywatne firmy były „opłacane lub wynagradzane z przymusowej opłaty ściąganej przez państwo”, co wymagałoby zaangażowania się rządu.

Zgodnie z moja opinią Mill miał na myśli pierwszą z tych możliwych interpretacji, co oznaczałoby, jeśli miałbym rację, że teza, że budowanie i prowadzenie latarni należy „do właściwych funkcji rządu” powinna by opatrzona istotnym zastrzeżeniem. Tak czy tak, wydaje się, że Mill nie miał nic przeciwko ściąganiu myta.[7] Argumentacja Sidgwicka (na która powołuje się Pigou) nie stwarza żadnych problemów interpretacyjnych. Jej charakter jest jednak niezmiernie ograniczony. Powiada on, że „łatwo może się zdarzyć, że korzyści z dobrze ulokowanej latarni morskiej mogłyby być wykorzystywane przez statki, z których nie da się w wygodny sposób ściągnąć jakiejkolwiek opłaty.” Nie oznacza to, że pobieranie opłaty jest niemożliwe; w istocie, implikuje coś wręcz przeciwnego.

W istocie jest tu powiedziane, że mogą istnieć warunki, w których większość z tych, którzy korzystają z latarni, może uniknąć zapłacenia myta. Nie ma w tym fragmencie stwierdzenia, że nie istnieją okoliczności, w których korzyści z latarni morskiej odnoszą przede wszystkim statki, z których można by ściągnąć opłatę w łatwy sposób, i sugeruje on, że w tych okolicznościach, nałożenie myta byłoby pożądane – co umożliwiłoby prywatne zarządzanie latarniami.

Trudno jest, jak sądzę, dokładnie zrozumieć, co Mill, Sidgwick i Pigou mieli na myśli, bez nieco większej wiedzy na temat funkcjonowania brytyjskiego systemu latarni morskich, gdyż autorzy ci, choć najprawdopodobniej nie znali wszelkich szczegółów funkcjonowania brytyjskiego systemu latarń, bez wątpienia znali jego ogólne cechy i mieli je z tyłu głowy, gdy pisali na temat latarni morskich. Co więcej, wiedza o brytyjskim systemie latarni morskich pozwala nie tylko lepiej zrozumieć Milla, Sidgwicka i Pigou, ale dostarcza także kontekstu, w którym lepiej zrozumieć można to, co na temat latarni morskich pisze Samuelson.

  1. Brytyjski System Latarni Morskich

Instytucje, które zajmują się w Wielkiej Brytanii budową i zarządzaniem latarni morskich to Trinity House dla Anglii i Walii, the Commisioners of Northern Lighthouses (Nadzorcy Północnych Latarni Morskich) dla Szkocji oraz the Commisioners of Irish Lights (Nadzorcy Irlandzkich Świateł) dla Irlandii. Wydatki tych trzech instytucji pokrywane są z Ogólnego Funduszu Latarni Morskich. Wpływy tego Funduszu pochodzą ze „składki latarniowej” płaconej przez właścicieli statków. Odpowiedzialność za zbieranie „składki latarniowej” i za prowadzenie odpowiednich kont i rozliczeń spoczywa na Trinity House (bez względu na to, czy latarnia ulokowana jest w Angli, Walii, Szkocji czy Irlandii), choć zbiórka opłat prowadzona jest przez władze celne w portach. Pieniądze ze składki celnej zasilają Ogólny Fundusz Latarni Morskich, który znajduje się pod kontrolą Ministerstwa Handlu. Instytucje zarządzające latarniami czerpią środki na pokrycie swoich wydatków z Ogólnego Funduszu Latarni Morskich.

Relacja pomiędzy Ministerstwem Handlu a poszczególnymi instytucjami zarządzania latarniami podobna jest w jakimś stopniu do relacji miedzy Ministerstwem Skarbu a poszczególnymi ministerstwami Rządu Wielkiej Brytanii. Budżety wszystkich instytucji muszą być zatwierdzone przez Ministerstwo Handlu. Proponowane przez trzy instytucje budżety składane są w Ministerstwie w okolicach Bożego Narodzenia i dyskutowane w trakcie Konferencji ds. Latarni Morskich mającej miejsce każdego roku w Londynie. W Konferencji tej, obok przedstawicieli władz trzech instytucji zajmujących się zarządzaniem latarniami ora Ministerstwa Handlu, biorą także członkowie Komitetu Doradczego ds. Latarni Morskich, oraz specjalny komitet Izby Armatorów (jest to stowarzyszenie handlowe) reprezentujący armatorów, ubezpieczycieli oraz kapitanów. Komitet Doradczy ds. Latarni Morskich, choć nie ma żadnych statutowych uprawnień, odgrywa istotna rolę w całym procesie, i opinie, które wyraża, są najczęściej brane pod uwagę tak przez instytucje zarządzania latarniami w trakcie przygotowywania przez nie budżetów jak i przez Ministerstwo przy podejmowaniu decyzji o zatwierdzaniu tych budżetów. Wysokość składek latarniowych wyznaczana jest przez ministerstwo na takim poziomie, który zapewnia, w dłuższym okresie kilku lat, zebranie takiej ilości pieniędzy, która jest wystarczająca do pokrycia prawdopodobnych wydatków. Podejmując decyzje o programie inwestycji lub o zmianie istniejących reguł, uczestnicy Konferencji, a w szczególności członkowie Komitetu Doradczego ds. Latarni Morskich, mają na względzie skutki, jakie te inwestycje czy też zmiany reguł, mieć będą na poziom składki.

Podstawą prawną do ściągania składek na latarnie morskie jest Drugi Załącznik do Ustawy o Marynarce Handlowej (Funduszu Marynarki Handlowej) z 1898 roku.[8] Pewne zmiany wysokości składek i oraz dotyczące innych kwestii wprowadzone zostały od tego czasu w drodze rozporządzeń Rady Ministrów, jednak obecna metoda ściągania składki jest taka sama jak ta ustalona w 1898 roku. Składka płacona jest w jakiejś wysokości od tony netto płatna od rejsu za wszystkie statki wpływające do lub wypływające z portów Wielkiej Brytanii. W przypadku statków „Handlu Wewnętrznego” po pierwszych dziesięciu rejsach w roku składka spada do zera, a w przypadku statków „Żeglugi Zagranicznej” nie ponoszą one dalszych opłat po pierwszych 6 rejsach w roku. Wysokość składki latarnianej jest różna dla obu wspominanych wyżej kategorii statków, i ustalana jest na takim poziomie, że opłata za 10 rejsów statku „Handlu Wewnętrznego” jest w przybliżeniu taka sama jak za 6 rejsów statku „Żeglugi Zagranicznej.” Niektóre kategorie statków płacą składkę o niższej wysokości od tony niż inne statki – jak na przykład statki żaglowe o wyporności ponad 100 ton oraz statki turystyczne. Holowniki i jachty obciążone płacą składkę za rok nie za rejs. Dodatkowo, niektóre statki są zwolnione z opłat latarniowych: dotyczy to statków należących do Rządu Brytyjskiego oraz innych rządów (z wyjątkiem tych, które przewożą ładunek lub pasażerów dla celów zarobkowych), statki rybackie, barki i pogłębiarki, statki żaglowe (z wyjątkiem jachtów) o wyporności poniżej 100 ton, wszystkie statki (także jachty) o wyporności mniejszej niż 20 ton, statki z balastem (różne od holowników i jachtów), wreszcie statki przybijające do portu celem bunkrowania lub aprowizacji lub z powodu stanu morza. Od wszystkich powyższych sformułowań istnieją wyjątki. Oddają one jednak klarownie ogólną naturę i intencje systemu.

Obecna sytuacja polega wiec na tym, że koszty funkcjonowania Brytyjskiego Systemu Latarni Morskich pokrywane są z Ogólnego Funduszu Latarni Morskich, którego przychody pochodzą ze składki na latarnie morskie. Poza pokrywaniem kosztów funkcjonowania latarni w Wielkiej Brytanii i w Irlandii, Fundusz ten pokrywa także koszty funkcjonowania kilku latarni kolonialnych a także koszty oznaczania i usuwania wraków (w tym zakresie, który nie jest pokryty przez firmę wydobywania wraków), choć płatności te stanowią jedynie bardzo niewielki procent wszystkich wydatków. Istnieją także wydatki na latarnie pokrywane z innych źródeł niż  Fundusz Ogólny. Koszty budowy i utrzymania „lokalnych świateł”, tych, z których korzystają jedynie statki używające danego portu, nie są pokrywane z Funduszu Ogólnego, który ogranicza się do finansowania latarni morskich służących „żegludze ogólnej”. Wydatki związane z pokrywaniem kosztów „lokalnych świateł” pokrywane są z przez władze portowe i pochodzą z opłat portowych.

 

  • Ewolucja Brytyjskiego Systemu Latarni Morskich.

Mill, którego słowa pochodzą z 1848 roku, oraz Sidgwick, który pisał swój tekst w 1883 roku, w tym stopniu, w jakim odnosili się do Brytyjskiego Systemu Latarni Morskich, z natury rzeczy musieli odnosić się do rozwiązań istniejących wcześniej. Chcąc zrozumieć Milla i Sidgwicka musimy wiedzieć coś o funkcjonowaniu latarni morskich w XIX wieku i o jego ewolucji. Zbadanie historii Brytyjskiego Systemu Latarni Morskich nie jest użyteczne tylko dlatego, że pozwala nam lepiej zrozumieć Milla i Sidgwicka, ale także dlatego, że pozwala nam rozszerzyć nasza wizję alternatywnych rozwiązań instytucjonalnych pozwalających zarządzać usługami latarni morskich. Analizując historię brytyjskich usług latarnianych ograniczę się do Anglii i Walii, a więc do tej części całego systemu, którą Mill i Sidgwick najprawdopodobniej najlepiej znali.

Główną instytucją zarządzającą latarniami morskimi w Anglii i w Walii jest Trinity House. Instytucja ta stanowi także główną agencję usług pilotów morskich w Zjednoczonym Królestwie. Utrzymuje ona domy i zarządza charytatywnymi funduszami dla marynarzy i ich żon, wdów oraz sierot. Sprawuje ona także wiele pomniejszych funkcji, jak na przykład nadzór i regulacja „świateł lokalnych”, oraz zapewnienie Morskich Specjalistów Wyceny oraz Prawników Morskich dla spraw sądowych dotyczących spraw morskich. Przedstawiciele agencji wchodzą też w skład władz wielu portów, w tym we Władzach Portu Londyn, i są członkami wielu komitetów (w tym rządowych) zajmujących się sprawami morza.

Trinity House jest instytucją wielce starożytną. Wydaje się, że wyłoniła się ze średniowiecznego cechu marynarzy. Petycja dotycząca jej inkorporacji złożona została w 1513 na ręce króla Henryka VIII i dostała ona list patentowy już w 1514 roku.[9] Statut Trinity House dawał jej prawo regulowania pilotażu, co, przez wiele lat, obok funkcji charytatywnych, było jej głównym zajęciem. Latarniami morskimi zajęła się dopiero wiele lat później.

Wydaje się, że przed wiekiem XVII nie było w Wielkiej Brytanii wielu latarń morskich, a w XVIII wieku też przybyło ich niewiele. Istniały jednakże rozmaitego rodzaju oznakowania dróg morskich. Większość z nich znajdowała się na lądzie i nie była przeznaczona bezpośrednio jako pomoc dla marynarzy. Były to wierze kościołów, domy, skupiska drzew i tym podobne. Jako pomoc w nawigacji używane były także boje i znaki świetlne na morzu. Harris wyjaśnia, że te znaki świetlne nie były latarniami morskimi, lecz „kijami wbitymi w dno morza, lub ustawionymi na brzegu, ze stara lampą przytwierdzoną do wierzchołka.”[10] Regulacja znaków na wodzie oraz dostawa boji oraz znaków świetlnych znajdowała się we wczesnym wieku XVI w gestii Lorda Admiralicji. Dla sfinansowania dostaw boi i znaków świetlnych Lord Admiralicji posiadał pełnomocników zbierających opłaty od statków, które uważano za te, które korzystały z oznakowania. W 1566 roku prawo dostarczania i regulowania boi i znaków świetlnych przekazano Trinity House. Korporacja posiadała także prawo kontrolowania, czy prywatne znaki morskie były dobrze utrzymane.

Tytułem przykładu, kupiec, który bez pozwolenia ściął grupkę drzew, które służyły jako znak morski został upbraided „za przedłożenie niewielkiej prywatnej korzyści dla siebie ponad ogólne dobro publiczne.”[11] Wymierzono mu karę w wysokości 100 funtów (którą podzielono po równo pomiędzy Koronę a Trinity House). Jak się wydaje, istniały pewne wątpliwości, czy Ustawa z 1556 roku dawała Trinity House prawo do umieszczania znaków na wodzie. Wątpliwość ta została rozwiana w 1594 roku, kiedy Lord Admiralicji zrzekł się prawa do ustawiania boi i znaków świetlnych na rzecz Trinity House. Jak wyglądało to w praktyce, nie jest jasne, gdyż po 1594 Lord Admiralicji nadal regulował kwestie boi i znaków świetlnych, nie ulega jednak wątpliwości, że uprawnienia Trinity House w tym zakresie były coraz powszechniej uznawane.

W początku wieku XVII Trinity House zbudowała latarnie morskie w Caister i w Lowestoft.[12] Olejna latarnię zbudowano jednak dopiero pod koniec wieku. W międzyczasie w budowanie latarni zaangażowały się osoby prywatne. Jak pisze Harris: „Charakterystycznym elementem społeczeństwa Elżbietańskiego byli promotorzy projektów uzasadnianych dobrem publicznym lecz w rzeczywistości mające na celu prywatne korzyści. Latarnie morskie nie umknęły ich uwadze.”[13] Nieco dalej Harris dodaje: „Wraz z ukończeniem latarni morskiej w Lowesoft, Trinity House osiadła na laurach i nic więcej nie zrobiła (…) kiedy w lutym 1614 roku zwrócono się do Korporacji o zrobienie czegoś pozytywnego, a mianowicie o wybudowanie latarni morskich w Winterton w odpowiedzi na petycję około trzystu armatorów, rybaków i kapitanów, nie było żadnej reakcji. Brak odpowiedzi na tego rodzaju prośby nie tylko nadwyrężyło zaufanie do Korporacji; ponieważ istniała możliwość osiągnięcia zysku, ten brak reakcji był w praktyce zaproszeniem dla prywatnych promotorów. Bardzo szybko wkroczyli oni na scenę.”[14] W okresie 1610 – 1675 rinnity House nie zbudowała żadnej latarni morskiej. Jednak co najmniej 10 latarni wybudowanych zostało przez osoby prywatne.[15] Dążenie prywatnych przedsiębiorców spowodowało, iż Trinity House znalazła się w kropce. Z jednej strony, Korporacja pragnęła być uznaną za jedyną instytucję mającą prawo budowania latarni morskich; z drugiej strony, nie miała ochoty inwestować w budowę latarni swoich własnych środków. Korporacja sprzeciwiła się więc budowie latarni przez osoby prywatne, ale nie był to sprzeciw skuteczny. Oto komentarz Harrisa: „Promotorzy latarni morskich byli typowymi spekulantami tego okresu: usługa publiczna nie była podstawową motywacją ich działania. (…) W tym, co Sir Edward Coke powiedział w Parlamencie w 1621 roku było wiele prawdy: „Promotorzy, jak ludzie wody, patrzą w jedną stronę a wiosłują w drugą: pretendują, że korzyści będą publiczne, a zamierzają uzyskać prywatne.”[16] Problem polegał jednak na tym, że ci, którzy kierowali się poczuciem interesu publicznego nie budowali latarni. Jak Harris pisze nieco dalej: „Rzeczywiście, głównym motywem promotorów budowy latarni była prywatna korzyść; ale ludzie ci przynajmniej działali, budowali latarnie.”[17]

Metodą stosowaną przez osoby prywatne do obchodzenia statutowego prawa Trinity House było uzyskiwanie patentów Korony na budowanie latarni morskich i pobierania myta od statków uznanych za korzystające z ich usług. Sposób, w jaki to robiono, polegał na organizowaniu petycji armatorów i kapitanów, w której stwierdzali oni, że wielce skorzystają na zbudowaniu latarni morskiej i że gotowi są płacić myto za korzystanie z jej usług. Podpisy pod petycjami otrzymywano, jak zakładam, tą samą metodą jakiej zawsze używano do zbierania podpisów pod petycjami tego rodzaju, i najczęściej były one istotnie zapisem woli opinii publicznej. Król używał przyznawanie tych patentów jako sposobu wynagradzania tych, którzy dobrze mu służyli. W późniejszym okresie prawo do budowy latarni i ściągania myta przyznawane było osobom prywatnym przez Parlament.

Myto pobierane było w portach przez agentów (którzy pracowali często dla wielu latarni), którzy byli albo osobami prywatnymi albo, najczęściej, urzędnikami instytucji celnych. Wysokość opłat była różna w zależności od latarni i statki płaciły myto w zależności od tonażu od każdej latarni, którą mijały w swej drodze. Zazwyczaj była to opłata od tony (powiedzmy ćwierć lub pół pensa) za każdą podróż. W późniejszym czasie publikowano rejestry wymieniające latarnie minięte w trakcie różnych podróży i opłaty, jakie powinny być uiszczone.

Trinity House, tym czasem, przyjęła politykę, która pozwalała jej na utrzymanie swych praw i utrzymanie dochodów (lub nawet ich zwiększenie). Korporacja sama występowała o patent na budowę i prowadzenie latarni, a następnie dzierżawiła, za opłatą, to prawo osobie prywatnej, która budowała latarnię za swoje własne pieniądze. Dla osoby prywatnej korzyść z takiego rozwiązania leżała w tym, że zapewniała jej współpracę ze strony Trinity House zamiast jej opozycji.

Dobrą ilustracją tego rodzaju relacji jest budowa i przebudowa najsłynniejszej prawdopodobnie brytyjskiej latarni morskiej, Eddystone, na skalnej rafie około 14 mil od brzegu koło Plymouth. D. Alan Stevenson tak opisał tą budowę: „Budowa czterech kolejnych latarni morskich na skale Eddystone w okolicach 1759 roku jest najbardziej dramatycznym rozdziałem w historii latarnictwa: w ich walce z siłami wodnego żywiołu, budowniczowie tej latarni zademonstrowali przedsiębiorczość, pomysłowość i odwagę najwyższej próby.” [18] W 16665 roku petycja o budowę latarni morskiej na skałach Eddystone trafiła do brytyjskiej Admiralicji. Komentarz Trinity House brzmiał, że choć latarnia taka była w istocie pożądana, „nie sposób było jej zbudować.”[19] Jak powiada Samuel Smiles, kronikarz prywatnej przedsiębiorczości: „ (…) upłynęło dużo czasu, zanim znalazł się jakikolwiek prywatny śmiałek gotowy podjąć się tak odważnego przedsięwzięcia jak wybudowanie latarni morskiej na Eddystone, gdzie przy wysokiej wodzie widoczny był tylko kawałeczek skały, nie będący w stanie dostarczyć podstawy strukturze o najwęższej nawet podstawie.”[20] W 1692 roku propozycje budowy latarni Eddystone przedstawił niejaki Walter Whitfield, i Trinity House zawarła z nim umowę zgodnie z którą miał on wybudować latarnię, a Trinity House miała otrzymywać 50% ewentualnego zysku. Whitfield nie rozpoczął jednak budowy. Jego prawa nabył Henry Winstanley, który, w 1696 roku, po negocjacjach z Trinity House, podpisał nową umowę zgodnie z którą Winstanley miał otrzymywać całość zysków w okresie pierwszych pięciu lat, później zaś Trinity House miała otrzymywać 50% ewentualnych zysków w okresie kolejnych 50 lat. Winstanley wybudował jedną wieżę, która potem zastąpił inną, i latarnia została ukończona w 1699 roku. Wielki sztorm 1703 roku zmył jednak latarnię, a Winstanley, latarnicy, oraz kilku robotników straciło życie. Do tego momentu koszty budowy wyniosły 8 tysięcy funtów (w całości opłacone przez Winstanleya), natomiast wpływy wyniosły 4 tysiące funtów. Wdowa po Winstanleyu otrzymała od rządu 200 funtów jednorazowo oraz dożywotnią rentę w wysokości 100 funtów. Gdyby budowa latarni pozostawała wyłącznie w rekach osób kierujących się publicznym interesem, skała Eddystone pozostałaby na długo bez latarni. Chciwość znowu jednak uniosła swą paskudną głowę. Dwóch ludzi, Lovett i Rudyard, podjęło decyzję o budowie olejnej latarni. Trinity House zgodziła się o wystąpienie o uzyskanie Ustawy Parlamentu zezwalającej na odbudowę latarni i pobieranie opłat oraz na wydzierżawienie tych praw nowym budowniczym. Warunki umowy były lepsze, niż warunki uzyskane przez Winstanleya – dzierżawa opiewała na 99 lat, roczna renta wynosiła 100 funtów, a budowniczowie mieli prawo zatrzymać 100% zysków. Nowa Latarnia została ukończona w 1709 roku i funkcjonowała do 1755 roku, kiedy to została zniszczona przez pożar. Dzierżawa opiewała jeszcze na 50 lat, interes przeszedł w inne ręce. Nowi właściciele postanowili odbudować latarnię i w tym celu zaangażowali najwybitniejszego inżyniera tego czasu, Johna Smeatona. Podjął on decyzję o wybudowaniu nowej latarni całkowicie z kamienia, w przeciwieństwie do poprzednich latarni, które były drewniane. Latarnia została ukończona w 1759 roku. Funkcjonowała do 1882 roku, gdy zastąpiła ją nowa konstrukcja wzniesiona w całości przez Trinity House.[21]

Rolę, jaką w budowie latarni morskich w Wielkiej Brytanii odegrała przedsiębiorczość prywatna, zrozumiemy najlepiej, jeśli przyjrzymy się sytuacji panującej w latarnictwie w początkach XIX wieku. W 1834 roku Komitet ds. Latarni Morskich stwierdził w swym raporcie, że w tym czasie w Anglii i w Walii (z wyłączeniem świateł pływających) istniały 42 latarnie należące do Trinity House; 3 latarnie wydzierżawione przez Trinity House osobom prywatnym; 7 latarni wydzierżawionych przez Koronę osobom prywatnym; 4 latarnie w rękach właścicieli prywatnych, pierwotnie na podstawie patentu, a następnie usankcjonowane Ustawami Parlamentu; łącznie 56 latarni, z których 14 prowadzonych było przez osoby i organizacje prywatne.[22] Pomiędzy rokiem 1820 a 1834 Trinity House wybudowała 9 nowych latarni, zakupiła 5 latarni wynajętych osobom prywatnym ( w przypadku Burnham zastępując zakupioną latarnię przez wybudowanie dwóch nowych nie wliczonych do 9 nowych latarni), i zakupiła 3 latarnie morskie będące własnością Szpitala w Greenwich (który znalazł się w posiadaniu tych latarni, wybudowanych przez Sir Johna Meldruma około 1634 roku w wyniku zapisu testamentowego z 1719 roku). W 1820 roku istniały 24 latarnie prowadzone przez Trinity House oraz 22 latarnie prowadzone przez osoby i organizacje prywatne.[23] Wiele latarni znajdujących się w rękach Trinity House nie było jednak wybudowane przez Korporację, lecz nabyte w drodze zakupu lub w wyniku wygaśnięcia dzierżawy (przykładem tego rodzaju była latarnia Eddystone, której dzierżawa wygasła w 1804 roku). Z 24 latarni zarządzanych przez Trinity House w 1820 roku, 12 nabyte zostało w wyniku naruszenia warunków dzierżawy, a jedna przejęta od rady miejskiej Chester w 1816 roku, co oznacza, że tylko 11 z 46 latarni morskich istniejących w 1820 roku było pierwotnie wybudowane przez Trinity House, podczas gdy 34 latarnie wybudowane zostały przez osoby prywatne.[24]

Ponieważ zaangażowanie Trinity House w budowę latarni morskich zaczęło się dopiero pod koniec XVIII wieku, dominacja prywatnych latarni morskich w wcześniejszym okresie musiała być jeszcze większa. Pisząc o sytuacji istniejącej w 1786 roku, D.A. Stevenson stwierdza: „Trudno jest ocenić ówczesne stanowisko Trinity House w stosunku do budowania latarni morskich na wybrzeżu Anglii. Wnosząc po jej działaniach, w przeciwieństwie do  jej zapewnień, determinacja Korporacji do wznoszenia latarń nie była zbyt wielka; do 1806 roku, gdy tylko nadarzała się okazja, obowiązek budowy latarni zawsze przekazywany był dzierżawcy. W 1786 roku Trinity House kontrolowała latarnie morskie tylko w 4 miejscach: w Caister i w Lowestoft (gdzie zarządzała latarniami w związku ze swym lokalnym obowiązkiem stawiania boi) oraz w Winterton i w Scilly (gdzie obie latarnie zbudowane zostały przez Trinity House by uniemożliwić budowę osobom prywatnym chcącym uzyskać korzyści z myta w oparciu o patenty Korony).”[25]

W 1834 roku, jak to już widzieliśmy, istniały jednak łącznie 56 latarnie, z czego Trinity House zarządzała 42. W Parlamencie istniało także znaczne poparcie dla projektu zakupu przez Trinity House pozostałych latarni znajdujących się w rekach prywatnych. Po raz pierwszy zasugerowane to zostało w 1822 roku przez Select Committee Izby Gmin. Wkrótce potem Trinity House wykupywać zaczęła niektóre prywatne udziały w latarniach morskich. Ustawa Parlamentu z 1836 roku powierzyła wszystkie latarnie morskie w Anglii Trinity House, wyposażając ją przy tym w środki niezbędne do wykupienia wszystkich latarni morskich z rąk prywatnych.[26] Proces wykupu zakończył się w 1842 roku, po której to dacie nie było już w Anglii żadnych prywatnych latarni morskich, z wyjątkiem „świateł lokalnych.”

Nabycie przez Trinity House w okresie 1823 – 1832 pozostałych jeszcze dzierżaw na latarnie Flatholm, Ferns, Burnham, oraz North i South Forelands kosztowało około 74 tysiące funtów.[27] Pozostałe prywatne latarnie morskie wykupione zostały po uchwaleniu Ustawy z 1836 roku za sumę około 1miliona 200 tysięcy funtów, przy czym największa suma zapłacona została za latarnię Smalls, na którą pozostały jeszcze okres dzierżawy opiewał na 41 lat, oraz za trzy latarnie, Tynemouth, Spurn i Skerries, które pierwotnie przyznane zostały osobom prywatnym Ustawą Parlamentu opiewającą na nieskończony okres. Sumy zapłacone za te cztery latarnie wynosiły: Smalls – 170 tysięcy funtów; Tynemouth – 125 tysięcy funtów; Spurn – 330 tysięcy funtów, Skerries – 445 tysięcy funtów.[28] Są to znaczne sumy, 445 tuysięcy funtów zapłacone za latarnię Skerries stanowi dziś ekwiwalent (według kompetentnych ocen) około 7 do 10 milionów funtów, przy czym, ze względu na podatki, suma ta przynosiła w przeszłości znacznie większy dochód niż przynosiłaby obecnie. Nie tylko więc znajdujemy przykłady ludzi, którzy byli, by użyć słów Samuelsona, „na tyle dziwni, by usiłować dorobić się fortuny w biznesie latarni morskich”, ale i przykłady ludzi, którym się to udało.

O powodach tak silnego poparcia dla konsolidacji latarni morskich w rękach Trinity House możemy się dowiedzieć z Raportu Select Committee Izby Gmin z 1834 roku:

„Komitet Wasz dowiedział się ze zdziwieniem, że w budowa latarni morskich w wielu częściach Zjednoczonego Królestwa miała miejsce pod zupełnie różnymi systemami; różnymi tak jeśli chodzi o sposób wyłaniania Zarządu, różnymi jeśli chodzi o wysokość myta czy też opłat za światła, oraz różnymi jeśli chodzi o zasady pobierania. Dowiedzieliśmy się, że budowle te, tak ważne dla Morskich i Handlowych Interesów Królestwa, miast wznoszone być pod bezpośrednim nadzorem Rządu, w ramach jednolitego systemu, i pod kontrolą Urzędników Publicznych, z właściwym uwzględnieniem dla kwestii zapewnienia bezpieczeństwa Żeglugi w najbardziej skuteczny sposób, i w oparciu o najbardziej ekonomiczne plany, wyrastały niejako same z siebie, stopniowo, zgodnie z lokalnymi potrzebami, często dopiero po katastrofalnych stratach na morzu; i można, by może, uczyni z tego zarzut temu wielkiemu krajowi, że, w poprzednich epokach, jak i zresztą w czasie obecnym, znaczna część przedsięwzięć latarniczych stała się instrumentem ciężkiego opodatkowania Handlu tego kraju dla korzyści kilku osób prywatnych, którzy obdarzeni zostali tym przywilejem przez ówczesnych Ministrów i Suwerenów.

Komitet Wasz uważa za nieuzasadnione niepotrzebne opodatkowywanie przez Rząd jakiejkolwiek gałęzi Krajowego Przemysłu; w szczególności zaś nieuzasadnione jest opodatkowanie Żeglugi, której sytuacja jest pod wieloma względami niekorzystna, zmuszając ją w ten sposób do nierównej konkurencji z Żeglugą innych krajów. Komitet Wasz jest zdania, że Żegluga powinna, z tych specjalnych względów, zostać zwolniona z wszelkich lokalnych i nierównych podatków niezwiązanych ze świadczeniem usługi, celem finansowania której są pobierane.

W związku z tym, co powiedziane zostało powyżej, Komitet Wasz rekomenduje z przekonaniem, aby wszystkie Opłaty Świetlne zostały zmniejszone do najniższego poziomu umożliwiającego utrzymanie istniejących Latarni Morskich i Świateł Pływających, a także umożliwiającego budowę i utrzymaniem takich nowych budowli, jakich wymagają korzyści Handlu i Żeglugi kraju.

Komitet Wasz, co więcej, wyraził żal, że tak kompetentne władze tak mało uwagi zwracały na proceder, sprzeczny z wyrażonymi wyżej zasadami, poboru tak dużych sum jakie ściągane były rocznie, rzekomo tytułem Opłat za Światła, celem pokrycia kosztów funkcjonowania Latarni Morskich, gdy w rzeczywistości płynęły one do kilku uprzywilejowanych osób prywatnych, oraz na inne cele nie brane pod uwagę w czasie budowania tych Latarni. Szczególnie naganne wydaje się przedłużenie Dzierżaw na kilka Latarni Morskich, mimo, że Select Committee tej Izby zwrócił już na ta kwestię uwagę Parlamentu 12 lat temu (…)”[29]

Choć w cytowanym tu raporcie podkreślono brak przejrzystości istniejących rozwiązań oraz zwrócono uwagę (w tym i w innych fragmentach) na złe zarządzanie niektórymi latarniami prywatnymi, nie ulega wątpliwości, że głównym powodem tak znacznego poparcia dla konsolidacji latarni morskich w rękach Trinity House było przekonanie, że będzie to prowadzić do niższych opłat za latarnie. Padła też, oczywiście, sugestia, że latarnie morskie powinny być opłacane z kasy publicznej, co prowadziłoby do zniesienia opłat za światła,[30] ponieważ ni została ona jednak przyjęta, nie będziemy tutaj zajmować się tą kwestią.

Nie jest jasne, na jakiej podstawie sądzono, że konsolidacja latarni morskich w rękach Trinity House spowoduje obniżenie opłat. Istnieją pewne podstawy dla takiego punktu widzenia w teorii monopoli komplementarnych, ale Cournot opublikował swoje rozważania dopiero w 1838 roku, tak więc nie mogły one wpłynąć na poglądy osób zajmujących się brytyjskimi latarniami nawet gdyby doceniły one szybciej znaczenie analizy Cournot profesjonalni ekonomiści.[31] Tak czy tak, istniały istotne powody, by uważać, że konsolidacja nie spowoduje większego spadku opłat za światła, jeśli w ogóle. Ponieważ właściciele latarni morskich mieli być wykupieni, potrzebne było pobieranie takich samych pieniędzy, jak przedtem. Dodatkowo, jak to zauważył Trinity House, ponieważ „Myta stanowią zabezpieczenie spłaty pożyczonych pieniędzy (…) Myta mogą by zlikwidowane dopiero po spłacie długu.”[32] I rzeczywiście, opłaty za światła zostały zmniejszone dopiero po 1848 roku, kiedy długi zostały spłacone.[33]

Inną drogą do obniżenia opłat świetlnych byłaby rezygnacja Trinity House z dochodu netto na prowadzeniu swoich własnych latarni. Pieniądze te, rzecz jasna, przeznaczone były na cele charytatywne, głównie na wsparcie emerytowanych marynarzy oraz wdów i sierot. Takie przeznaczenie pieniędzy mających swe źródło w opłatach za światła napotkało na zastrzeżenia Komitetów Parlamentarnych w 1822 roku i w 1834 roku. Komitet 1834 roku, zauważając, że ze środków tych 142 osoby utrzymywane były w domu ubogich, a 8 431 mężczyzn, kobiet i dzieci otrzymywało sumy od 36 szylingów do 30 funtów rocznie, zaproponował, aby wypłatę wszystkich rent zakończyć wraz ze śmiercią osób już je utrzymujących i nie przyznawać żadnych nowych rent, ale nie zostało to zrobione.[34]

W 1853 roku rząd zaproponował, aby środki uzyskane z opłat za światła przestały być dłużej używane dla celów charytatywnych. Trinity House odpowiedziało na tą propozycję, stwierdzając w swej prezentacji dla Królowej, że dochody te były tak samo jej dochodami jak był dochodem prywatnych właścicieli latarni morskich (których wykupiono):

„Zarządzanie latarniami morskimi powierzane było Trinity House, od czasu do czasu, specjalnymi decyzjami Korony lub Parlamentu. Akceptacja tych decyzji w żadnym jednak stopniu nie zmieniła prawnej sytuacji Korporacji jako prywatnego cechu, z tym wyjątkiem, że uczyniła utrzymywanie świateł warunkiem utrzymania nadanych tymi decyzjami uprawnień. Prawna pozycja Korporacji wobec Korony i interesu ogólnego w niczym nie różniła się od pozycji jednostek, które otrzymały indywidualne nadania uprawnień dotyczących utrzymania świateł czy też innych uprawnień dotyczących rynków, portów, targów etc. Argumentacja, iż Korporacja była kiedykolwiek prawnie zobowiązana do zmniejszenia opłat za światła do wysokości kosztów utrzymania świateł, włączając w to, lub wyłączając, odsetki związane z kosztami budowy, i ze nie miała prawa przeznaczyć wpływów na inne cele, jest całkowicie nieuzasadnione tak w świetle prawa jak rozumu (…) uprawnienie jest uzasadnione, jeśli tylko przyznane wpływy były rozsądne co do wysokości w momencie ich przyznania, i nadal jest uzasadnione, bez względu na to, że ewentualne późniejsze zwiększenie opłat pobieranych od statków może przynosić zysk. Korona działa w takich wypadkach w imieniu interesu publicznego; i jeśli w jakimś momencie wchodzi w transakcję, która jest w tym momencie rozsądna, nie może w późniejszym czasie zmienić warunków. (…) Prawny tytuł Korporacji w stosunku do latarni morskich przez nią wybudowanych stoi na równi z tytułami [właścicieli prywatnych].  (…) i charytatywne cele, na realizację których część tych dochodów jest przeznaczona, czynią roszczenia Korporacji co najmniej w takim stopniu zasługującymi na życzliwe rozważenie, jak roszczenia tych właścicieli prywatnych. (…) Latarnie morskie oraz wpływy z opłat za światła należą do [Trinity House], dla realizacji celów Korporacji, i, w ścisłym tego słowa znaczeniu, są jej własnością dla realizacji tych celów. (…) Propozycja Rządu jego Królewskiej Mości wydaje się sugerować, że używanie tej całej masy majątku powinno być przekazane armatorom, bez jakiegokolwiek obciążenia z wyjątkiem wydatków na utrzymanie tych świateł. Propozycja ta stanowi, ze względu na fakt, iż dotyka działalności charytatywnej Korporacji, pozbawienie własności wykorzystywanej dotąd dla dobra zmarłych ludzi morza i marynarzy oraz ich rodzin, oraz darowanie tej własności armatorom.”[35]

Wniosek ten skierowany został do Rady ds. Handlu, która uznała zawarte w nim argumenty Trinity House za nie mające podstaw:

„Lordowie zasiadający w Komitecie nie kwestionują prawa Korporacji Trinity House do własności uznawanej za jej przynależną; istnieje jednak (…) różnica pomiędzy sytuacja Korporacji a sytuacją przywoływanych tu osób prywatnych, w każdym razie w odniesieniu do kwestii opłat za światła, powierzonych jej dla realizacji celów publicznych, która to kwestia, w konsekwencji, rozważana być powinna w kontekście polityki publicznej. Lordowie  nie mogą uznać, że redukcja opłat pobieranych dla celów publicznych stanowi pogwałcenie zasady własności, w sytuacji, gdy żadne interesy prywatne nie weszły w posiadanie praw do tych obciążeń; i gdy rozważane opłaty obciążają jedną z klas poddanych jej Królewskiej Mości bez otrzymywania w zamian przez tą klasę odpowiednich korzyści (a każda nadwyżka opłat za światła ponad koszty konieczne do utrzymania świateł stanowi obciążenie o takim charakterze). W tej sytuacji zmniejszenie tego rodzaju obciążenia nie tylko nie stanowi pogwałcenia zasady własności, ale jest w najwyższym stopniu potrzebna i sprawiedliwa. Lordowie nie są gotowi uznać żadnych prywatnych interesów w oczekiwaniu na rozdawanie podług kaprysów Korporacji nadwyżki z wpływów z takich opłat za światła biednym marynarzom i ich rodzinom; esencją bowiem istnienia takich interesów prywatnych jest to, iż osoby, którym taki przywilej jest przyznany są znane prawu i jasno zidentyfikowane; i choć Lordowie skrupulatnie uchyliliby się przed naruszeniem w jakimkolwiek stopniu rent i podobnego rodzaju świadczeń już przyznanym jakiejś osobie, nie są gotowi do uznania za niesprawiedliwe usiłowania, w oparciu o zasady interesu publicznego, odmowy przyznania komukolwiek prawa, do którego w obecnej chwili nikt nie może zgłosić roszczenia bądź tytułu. (…) Ich Lordowskie Moście uważają, że światła powinny by utrzymywane z opłat za światła; uważają także, że to, co zapobiegliwość poprzednich generacji stworzyła w drodze wydatkowania opłat pobieranych od statków dla wybudowania świateł celem zapobieżenia rozbijaniu się okrętów, stanowi naturalne i sprawiedliwe dziedzictwo tych, którzy żeglują wzdłuż wybrzeży Zjednoczonego Królestwa w obecnym czasie, i powinno być przez nich używane po najniższych możliwych kosztach na jakie okoliczności pozwalają, a żadne inne konsyderacje nie powinny pod żadnym pozorem wpływać na rozważanie tej kwestii.”[36]

Wykorzystywanie wpływów z opłat za światła na cele charytatywne zostało zakończone w 1853 roku. Uczyniło to możliwym niewielkie obniżenie opłat za światła, ceny zbliżyły się do marginalnych kosztów, a wielu starych marynarzy oraz ich rodziny, nieznanych ani prawu ani nam, pozbawionych zostało jakiejś części środków do życia. Zauważyć jednak trzeba, że osiągnięcie tych celów nie wymagało bynajmniej konsolidacji wszystkich latarni morskich w rękach Korporacji Trinity House.

Zmiana ta była częścią szerszej reorganizacji, w ramach której, w 1853 roku, ustanowiono Fundusz Marynarki Handlowej,  do którego wpływały opłaty za światła (oraz inne środki) i z którego pokrywane były koszty usług latarniczych oraz niektóre inne koszty związane z żeglugą.[37] W roku 1898 system ten znowu został zmieniony. Fundusz Marynarki Handlowej został zlikwidowany i utworzono Ogólny Fundusz Latarni Morskich. Fundusz ten zasilany był tylko i wyłącznie opłatami za światła i służyć miał wyłącznie utrzymaniu usług latarniczych. Równolegle dokonano zasadniczego uproszczenia sposobów naliczania opłat za światła – opłata za każdą podróż przestała zależeć od liczby latarni morskich, jakie statek mijał na swej trasie, i z których usług mógł skorzystać.[38] System utworzony w 1898 roku był zasadniczo tym samym system finansowania i administracji latarni morskich, co system dzisiejszy, opisany w części II. Miały, rzecz jasna, miejsce zmiany niektórych szczegółów, ale zasadnicze zręby systemu pozostały nienaruszone od 1898 roku.

Mój szkic kształtu i ewolucji brytyjskiego systemu latarni morskich zawarty w częściach II i III pokazuje wyraźnie, jak ograniczone są wnioski, jakie można czerpać z uwag Milla, Sidgwick’a i Pigou. Mill wydaje się twierdzić, że gdyby nie istniało coś takiego, jak brytyjski system finansowania i zarządzania latarniami morskim, prywatny system zarządzania latarniami morskimi nie byłby możliwy (choć większość współczesnych czytelników nie interpretowała by go w ten sposób). Sidgwick i Pigou twierdza, że jeśli istnieją statki, które korzystają z latarni morskich, lecz od których nie sposób pobrać myta, sytuacja taka wymaga interwencji rządu. Można jednak przypuszczać, że większość statków, które korzystają z brytyjskich latarni morskich jednocześnie za nie płacąc, to statki zagraniczne, które są własnością zagranicznych armatorów i które nie zawijają do brytyjskich portów. Taka sytuacje nie daje jasnych wskazówek co do pożądanego kształtu interwencji rządu ani co do tego, który rząd powinien interweniować. Czy byłoby, na przykład, wskazane, aby rządy Rosji, Norwegii, Niemiec i Francji zmusiły swych obywateli do płacenia opłaty za światła nawet jeśli posiadane przez nich statki nie zawijają do brytyjskich portów, lub aby rządy te wniosły do Ogólnego Funduszu Latarni Morskich opłatę pochodzącą z ogólnych wpływów budżetowych? Czy może raczej to rząd brytyjski powinien wpłacać do Ogólnego Funduszu Latarni Morskich sumy pochodzące z ogólnych podatków brytyjskich celem kompensaty braku tego rodzaju wpłat ze strony obcych rządów?

Zastanówmy się teraz co by się najprawdopodobniej stało, gdyby, jak wydaje się tego chcieć Samuelson, opłaty za światła zastąpione zostały finansowaniem z ogólnego budżetu. Po pierwsze, spowodowałoby to wzrost stopnia w jakim Rząd Jego Królewskiej Mości, a w szczególności Ministerstwo Finansów, czułoby zobowiązane do nadzoru nad operacjami służb latarniczych celem kontroli wielkości udzielanego subsydium. Interwencja Ministerstwa Finansów spowodowałaby lekki spadek efektywności zarządzania latarniami morskimi. Rozwiązanie takie miałoby jeszcze jeden efekt. W chwili obecnej, ponieważ przychody pochodzą od konsumentów świadczonej usługi, utworzony został Komitet Doradczy ds. Latarni Morskich, złożony z Armatorów, Ubezpieczycieli i Kapitanów, który regularnie konsultowany jest w takich kwestiach jak budżet, funkcjonowanie służb latarniczych, oraz, i w szczególności, w sprawie budowy nowych latarni. Komitet ten sprawia, że producenci usługi latarni morskich są bardziej wrażliwi na potrzeby konsumentów tych usług; dodatkowo, ponieważ to właśnie przemysł żeglugowy płaci za dodatkowe świadczenia, sądzić można, że Komitet ten będzie popierać uruchamianie nowych usług tylko wtedy, gdy dodatkowe korzyści płynące dla konsumentów z nowych świadczeń będą większe niż dodatkowe koszty. W sytuacji, gdy usługi latarni cze finansowane będą z przychodów o charakterze ogólnym, Komitet taki prawdopodobnie zostanie zlikwidowany, co pogorszy jakość świadczonych usług. Przewodniczącym Komitetu Badającego Fundusz Marynarki Handlowej w roku 1896 był Leonard Courtney M.P. Odpowiadając tym, którzy chcieli, aby usługi latarnicze finansowane były z ogólnych podatków, Courtney, który był ekonomistą, stwierdził: „ (…) podstawowym argumentem za utrzymaniem służb latarniczych w ich obecnym kształcie jest to, że armatorzy są obecnie przekonani – i jest to przekonanie niezmiernie pożyteczne – że ponoszą ciężar tej usługi, że bardzo skrupulatnie podchodzą do jej finansowania, i że uczestniczą w jej administracji; mówiąc inaczej, że są ludźmi, którzy finansują te usługi, mają możliwość kontrolowania wydatków, którymi są zainteresowani, oraz pilnują tej prerogatywy. To wielce korzystna sytuacja, i mniemam, że przyczynia się ona do podniesienia efektywności i ekonomiki służby latarni morskich; w konsekwencji sadzę, że zmiana systemu zapewniającego oszczędną i jednocześnie wystarczającą administrację latarni  morskich byłaby niewskazana. Armatorzy z wielką uwagą śledzą administrację latarni morskich i przekonani są, słusznie, jak sadzę, że mają wpływ na dotyczące ich kwestie. Jeśli koszty oświetlenia naszych wybrzeży zostaną przerzucone na Wyborców, znikną wszelkie istniejące dziś hamulce ograniczające bezkresne żądania dające o sobie znać w tych eksplozjach uczuć, w które naród zawsze popada po wielkich katastrofach morskich.” [39]

Ogólnie rzecz biorąc wydaje się bezpiecznym wniosek, że zmiana systemu na rzecz opłacania usług latarni morskich z ogólnego budżetu zaowocuje gorsza strukturą zarządzania. Na czym polega korzyść jaką widzi Samuelson w tego rodzaju zmianie finansowania latarni morskich? Na tym, że niektóre statki, które obecnie zniechęcone są do pływania do Wielkiej Brytanii z powodu wysokości opłat za światła w przyszłości zdecydują się tam zawinąć. W chwili obecnej tak się rzeczy mają, że dla większości statków wysokość opłat za światła oraz zwolnienia z nich nie wpływają na liczbę rejsów do Wielkiej Brytanii. W przypadku „Handlu Wewnętrznego” po przekroczeniu liczby pierwszych dziesięciu rejsów, a w wypadku „Żeglugi Zagranicznej” pierwszych sześciu rejsów, poziom opłat za światła już się nie zmienia, spadając do zera. W opinii ekspertów w dziedzinie żeglugi morskiej w swoich ostatnich podróżach w roku przeważająca większość statków nie będzie musiała płacić żadnych opłat za światła. Prom żeglujący po Kanale La Manche wyczerpuje swoja pulę płatnych podróży w przeciągu kilku dni. Statki przewożące towary do Europy lub do Ameryki Północnej z całą pewnością nie będą musiały uiszczać opłat latarnianych w swych ostatnich podróżach w roku. Z kolei statki pływające do Australii nie będą w stanie odbyć ilości rejsów uprawniających je do zwolnienia z opłat. Być może istotnie jakaś ilość statków rzeczywiście zbankrutuje z powodu opłat za światła, ale nie będzie to ilość znaczna, jeśli w ogóle ta kategoria nie okaże się pusta.[40] Trudno mi jest uniknąć konkluzji, że korzyść wynikająca z rezygnacji z poboru opłat za światła jest korzyścią niezmiernie mało znaczącą i że taka zmiana sposobu administrowania usługami latarni morskich pociągnie za sobą pogorszenie jakości usługi.

Pozostaje nam odpowiedzieć na następujące pytanie: Jakim cudem w pracach ekonomicznych tych wielkich ludzi znajdujemy stwierdzenia dotyczące latarni morskich, które są niezgodne z faktami, których znaczenie, jeśli przyjrzeć się im z dbałością o szczegół, jest więcej niż niejasne, wreszcie, które, w tym stopniu, w jakim zawierają wnioski co do kierunków polityki, są najprawdopodobniej fałszywe? Odpowiedź wydaje się zawierać w stwierdzeniu, że konstatacje tych ekonomistów odnoszące się do latarni morskich nie są wynikiem przeprowadzenia przez nich badań nad latarniami morskimi ani nawet uważnej lektury prac innych Ekonomistów na ten temat. Według mej najlepszej wiedzy, mimo, że latarnie morskie bardzo często występują w literaturze ekonomicznej, żaden ekonomista nie napisał dotąd wyczerpującego studium finansowania i zarządzania latarniami morskimi. Latarnia morska wyciągana jest po prostu z kapelusza by służyć za ilustrację. Zadaniem latarni morskiej jest po prostu dostarczenie „potwierdzającego szczegółu, mającego w swej intencji nadanie artystycznego podobieństwa skąd inąd suchemu i nieprzekonywującemu wywodowi.”[41]

Nie jest to dobre podejście. Nie mam oczywiście niczego przeciw dążeniu do uogólnień, które dawały by nam wskazówki co do sposobów organizacji i finansowania rozmaitych przedsięwzięć. Uogólnienia takie nie będą nam jednak w niczym pomocne jeśli nie będą oparte na szczegółowych analizach najrozmaitszych instytucjonalnych ram prowadzenia tego rodzaju przedsięwzięć w realnym świecie. Analizy takie pozwoliłyby nam na identyfikację ważnych i nieważnych czynników determinujących efekty tych przedsięwzięć i prowadziłyby do uogólnień mających solidne podstawy. Służyłyby innemu jeszcze celowi, a mianowicie ukazywałyby nam bogactwo instytucjonalnych alternatyw spośród których możemy wybierać.

Opis działania brytyjskiego systemu latarni morskich przedstawiony w tym artykule odsłania jedynie ułamek tych możliwości. Wczesna historia tego systemu pokazuje, że, wbrew przekonaniom wielu ekonomistów, usługi latarnicze mogą być świadczone przez prywatna przedsiębiorczość. W tych czasach armatorzy i kapitanowie mogli zwracać się do Korony o zezwolenie osobie prywatnej na wybudowanie latarni morskiej i na pobieranie (określonego) myta od korzystających z niej statków. Latarnie morskie były więc wznoszone, zarządzane, finansowane i posiadane przez osoby prywatne, które, co więcej, mogły sprzedać latarnię morską lub zapisać ją w spadku. Rola rządu ograniczała się do ustanowienia i gwarantowania praw własności do latarni. Myto pobierane było w portach przez agentów działających na rzecz właścicieli latarni. Problem egzekwowania tych praw niczym nie różnił się od problemu egzekwowania praw innych dostawców dóbr i usług dla armatorów. Ten rodzaj praw własności wyróżniał się tylko tym, że zawierał cenę, po jakiej usługa miała być świadczona.[42]

Później zarządzanie latarniami morskimi w Anglii i Walii powierzone zostało Trinity House, prywatnej organizacji mającej pewne publiczne zobowiązania, finansowanie usługi nadal miało jednak miejsce w oparciu o pobieranie myta od statków. System, który Samuelson tak wyraźnie faworyzuje, finansowanie latarni morskich przez rząd z ogólnego budżetu, w Wielkiej Brytanii nigdy nie zaistniał. System finansowania rządowego nie musi wykluczać udziału przedsiębiorstw prywatnych w budowaniu latarni lub w zarządzaniu nimi, wydaje się jednak wykluczać prywatną własność latarni, z wyjątkiem form niezmiernie ograniczonych, i z całą pewnością wielce różnił by się od systemu brytyjskiego istniejącego przed rokiem 1830.  Rządowe finansowanie pociąga za sobą, rzecz jasna, rządową własność i rządowe zarządzanie latarniami morskimi. Nie wiem, jak w szczegółach funkcjonowałby taki system. Definicja amerykańskiej latarni morskiej Bierce’a jako „Wysokiego budynku na wybrzeżu, w którym rząd umieszcza lampę i przyjaciela jakiegoś polityka.”[43] – nie mówi całej historii.

Konkludując możemy stwierdzić, że ekonomiści nie powinni używać latarni morskiej jako przykładu usługi, która może być dostarczana tylko przez rząd. Celem tego artykułu nie jest jednak rozstrzygniecie kwestii tego, w jaki sposób usługi latarnicze powinny być zorganizowane i finansowane. Zadanie takie musi poczekać na bardziej szczegółowe analizy. W międzyczasie ekonomiści chcący pokazać studentom rodzaj usługi, której dostarczanie najlepiej wychodzi rządowi, powinni znaleźć sobie ilustrację o solidniejszych podstawach.

Przełożył: Jerzy Strzeleck.i

[1] / John Stuart Mill, Principles of Political Economy., tom 3 .w The Collected Works of John Stuart Mill, wyd. J.M. Robson, (Toronto: University of Toronto Press, 1965), str. 968.

[2] / Henry Sidgwick, The Principles of Political Economy., trzecie wydanie, (Londyn: Macmillan & Co., 1901), str. 406. W pierwszym wydaniu (1883) zdanie dotyczące latarni morskich jest takie same, ale reszta fragmentu (ale nie jego sens) brzmi nieco inaczej.

[3] / A.C. Pigou, The Economics of Welfare., wydanie 4, (Londyn: Macmillan & Co., 1932), str. 183-184.

[4] / P.A. Samuelson, Economics: An Introductory Analysis., wydanie 6, (Nowy Jork: McGraw-Hill, 1964). Wszystkie przypisy do tej książki Samuelsona dotyczyć będą tego 6 wydania.

[5] / Samuelson, Economics, str. 159.

[6] / Ibidem, str. 151.

[7] / Patrz: Mill o ściąganiu myta w Principles of Political Economy, str. 862-863.

[8] / Patrz: 61 & 62 Victoria. rozdział 44, załącznik 2.

[9] / GG. Harris, Trinity House of Deptford 1515 – 1600 (Londyn, Athlone Press, 1969), str. 19-20. Mój szkic wczesnej historii Trinity House jest w znacznym stopniu oparty na tej pracy, w szczególności na rozdziale 7 „Światła, Oznakowania i Znaki dotyczące morza” oraz na rozdziale 8 „Niepewne światło.”

[10] / Ibidem, str. 153.

[11] / Ibidem, str. 161.

[12] / Ibidem, str. 183 – 187.

[13] / Ibidem, str. 180 – 181.

[14] / Ibidem, str. 187.

[15] / D. Alan Stevenson, The World Lighthouses Before 1820 (Londyn, Oxford University Press, 1959), str. 259.

[16] / G. G. Harris, Trinity House, str. 214.

[17] / Ibidem, str. 264.

[18] / D. Alan Stevenson, World’s Lighthouses, str. 113.

[19] / Ibidem, vii.

[20] / Ibidem.

[21] / Opis budowy i odbudowy latarni Eddystone oparty jest na pracy Stevensona, World’s Lighthouses, str. 113 – 126.

[22] / Patrz: Report from the Select Committee on Lighthouses, w Parliamentary Papers Session 1834, tom 12, str. vi (Reports from Committtee, tom 8 – dalej cytowane jako „Raport 1834”).

[23] / Ibidem, vii.

[24] / Spośród 24 latarni morskich zarządzanych przez Trinity House w 1820 roku, latarnie w Foulnes (1), Portland (2), Caskets (3), Eddystone (1), Lizard (2), St. Bees (1) oraz Milford (2) wydają się nabyte w wyniku wygaśnięcia dzierżawy lub naruszenia jej warunków oraz wybudowane oraz prowadzone przez osoby prywatne. Teza ta oparta jest na informacjach zawartych w pracy Stevensona World’s Lighthouses. Założyłem, że w sytuacji, kiedy patent przyznany był Trinity House, a następnie dzierżawiony osobom prywatnym, ciężar budowy latarni i jej finansowania spoczywał na osobie prywatnej, co wydaje się zgodne z rzeczywistą sytuacją. Patrz: Ibidem, str. 253, 261.

[25] / Ibidem, str. 65.

[26] / Ustawa o Przekazaniu Latarni Morskich, Świateł oraz Znaków Morskich na Wybrzeżu Anglii Korporacji Trinity House z Deptford Strond, 6&7 William, 4 rozdział 79 (1836).

[27] / „Raport 1834”, str. vii.

[28] / Report of the Select Committee on Lighthouses, w: Parliamentary Papers Session 1845, tom. 9, str. vi (dalej cytowany jako „Raport 1845”).

[29] / „Raport 1834”, str. iii-iv.

[30] / Select Committee ds. Latarni Morskich z 1845 roku rekomendował „aby wszystkie wydatki związane z budową i utrzymaniem Latarni Morskich (…) ponoszone odtąd były z przychodów publicznych.” Patrz „Raport 1845”, str. xii

[31] / Patrz: Augustin Cournot, Researches into the Mathematical Principles of the Theory of Wealth, tłumaczenie Nathaniel T. Bacon, (New York: Macmillan Co., 1897), str. 99 – 104. Patrz także omówienia analizy Cournot przez Alfreda Marshalla w Principles of Economics, tom 1, wydanie 9 (variorum), (Londyn: Macmillan dla Royal Economic Society, 1961) str. 493 – 495.

[32] / „Raport 1845”, str. vii.

[33] / T. Golding, Trinity House from Within (Londyn: Smith & Ibbs, 1929), str. 63.

[34] / „Raport 1834”, str. xiii.

[35] / Działalność Charytatywna Trinity House: Wniosek Korporacji Trinity House do Rady Jej Królewskiej Mości dotyczący propozycji Rządu zaniechania używania Opłat za Światła oraz Innych Opłat na Cele Charytatywne. W Parliamentary Papers Session 1852 – 1853, tom 98: str. 601, 602 – 603.

[36] / Ibidem, str. 605 – 606.

[37] / The Merchant Shipping Law Amendment Act of 1853, 16 & 17 Victoria, rozdział 131 paragrafy 3 – 30.

[38] / The Merchant Shipping (Mercantile Marine Fund) Act of 1898 (Ustawa o Marynarce Handlowej (Funduszu Marynarki Handlowej z 1898 roku), 61 & 62 Victoria, rozdział 44. Patrz: „Committee of Inquiry into the Mercantile Marine Fund, Report Cd No. 8167 (1896), „, także w Parliamentary Papers Sessions 18896, tom 41, str. 113, jeśli chodzi o powody zmian w sposobie obliczania opłat za światła. Rekomendacje tego Komitetu zostały przyjęte przez Rząd i wprowadzone do Ustawy z 1898 roku. Zastrzeżenia do starego systemu związane były z tym, że lista latarni morskich, z których statki miały jakoby korzystać w danym rejsie, oparta była na przyjęciu za podstawę wyliczeń trasy podróży żaglowca w przeciwieństwie do parowca, oraz z tym, że opłaty od statków zagranicznych pobierane były w ostatnim porcie, do jakiego statek wpływał  w Zjednoczonym Królestwie zamiast w pierwszym, choć za główny powód podawano skomplikowana naturę sposobu naliczania opłat.

[39] / 40 Parliamentary Debates (4 seria), str. 186 – 187 (1898). Mówiąc inaczej, Courtney twierdził, że metoda finansowania oznaczała, że armatorzy mieli podobny wpływ na wydatki jaki obecnie posiada Komitet Doradczy ds. Świateł.

[40] / Nie udało mi się znaleźć żadnych dokładnych liczb na ten temat, ale wszystko wskazuje na to, że w Wielkiej Brytanii opłaty za światła stanowią bardzo małą część kosztów działalności handlu morskiego. Istniejące statystyki wspierają taki wniosek. Wpłaty do Ogólnego Funduszu Latarni Morskich w okresie 1971 – 1972 wynosiły 8 milionów 900 tysięcy funtów. General Lighthouse Fund 1971 – 1972, H.C. Paper No. 301 (stanowiący dalszy ciąg H.C. Paper No. 211), str. 2 (3 lipca 1973). W 1971 roku przychody statków będących własnością firm zarejestrowanych w Zjednoczonym Królestwie oraz wynajętych przez nie statków przewożących import do i eksport z UK, oraz turystów odwiedzających UK oraz rezydentów UK wynosiły około 700 milionów funtów. Dodatkowo, przychody morskiego handlu wewnętrznego wynosiły około 50 milionów funtów. Opłaty na rzecz zagranicznych armatorów za przewóz dóbr importowanych do i eksportowanych z UK wynosiły najprawdopodobniej w 1971 roku około 600 milionów funtów. Sugeruje to, że roczny koszt statków przewożących towary do i z UK wynosiły około 1 miliarda 400 milionów funtów. Szacunki te oparte są na liczbach uprzejmie dostarczonych mi przez Ministerstwo Handlu. Niektóre z liczb stanowiących podstawę do sporządzenia tych szacunków są bardzo zgrubne, ale oddają rząd wielkości o jakich mówimy, i błędy jakie zawierają w niczym nie podważają wniosku, że opłaty na rzecz Ogólnego Funduszu Latarni Morskich stanowią jedynie bardzo nieznaczną część kosztów handlu morskiego ze Zjednoczonym Królestwem.

[41] / William S. Gilbert, The Mikado.”

[42] / Rozwiązanie to likwidowało problem podniesiony przy dyskusji problemu latarni przez Arrow’a. Arrow napisał: „W moim przekonaniu problem latarni morskiej najlepiej analizować jest jako problem małych liczb a nie problem trudności wykluczenia [z korzystania z usługi – JSt.], choć oba są w nim obecne. Aby uprościć sprawę, będę abstrahował od niepewności, co oznacza, że latarnik doskonale wie, kiedy jakiś okręt będzie potrzebował jego usługi, oraz od niepodzielności (gdyż światło jest albo włączone albo wyłączone). Załóżmy dalej, że tylko jeden statek będzie się w danym momencie znajdował w zasięgu latarni. W takiej sytuacji wykluczenie jest jak najbardziej możliwe: latarnik po prostu powinien wyłączyć latarnię, gdy w jej zasięgu znajduje się statek, który nie wniósł opłaty. W takiej sytuacji istnieć będzie jednak tylko jeden kupujący i tylko jeden sprzedający, co oznacza, że nie będzie konkurencji popychającej obie strony do równowagi. Dodatkowo, jeśli koszty targowania się będą wysokie, może się okazać, że najefektywniejszym rozwiązaniem jest oferowanie usługi za darmo.” Patrz: Kenneth Arrow, „The Organization of Economic Activity: Issues Pertnent to Choice of Market versus Non-Market Allocation.”, w: U.S. Congress, Joint Economic Committee, Subcommittee on Economy in Government, 91st Congress, 1st Session, „The Analysis and Evaluation of of Public Expenditures: the PPB System, tom 1, str. 47 i 58. (Joint Committee, Print 1969). Surrealistyczny obrazek Arrrow’a latarnika wyłączającego światło latarni gdy tylko stanie się ona potrzebna i negocjującego z kapitanem wysokość opłaty (zakładając, że statek w międzyczasie nie wpadł na skały) ma się nijak do prawdziwych problemów zarządzania latarniami. W Wielkiej Brytanii nie miały miejsca żadne negocjacje dotyczące wysokości myta i żaden latarnik nigdy nie wyłączył świateł w tym celu. Konkluzja Arrow’a iż „może się okazać, że najefektywniejszym rozwiązaniem jest oferowanie usługi za darmo.” nie jest niczym wyjątkowym ale w niczym nie pomaga, gdyż równie prawdopodobne jest, że tak nie jest.

[43] / Ambrose Bierce, The Devil’s Dictionary, (New York: A. & C. Boni, 1925), str. 193.

W drodze do zniewolenia. Kenneth Rogoff czempion nowego społeczeństwa (IV).

0
w-drodze-do-zniewolenia-kenneth-rogoff-czempion-nowego-spoleczenstwa-iv

Rogoff – czempion nowego społeczeństwa (IV)

Tym, co jest szczególnie niepokojące to cynizm, z jakim – zarówno Rogoff, jak i Ben Bernanke, p. Janet Yellen i ich akolici z sektora centralno-bankowego i ogólnie, finansowego – proponują szokujące rozwiązania monetarne, o których od dawna wiadomo, że nie przynoszą one gospodarce żadnej korzyści. Okradają w ten sposób ludzi, prowadząc do spowolnienia gospodarczego.

pobrane-5

Retoryka strachu

Trudno uznać, że proponowana przez Rogoffa likwidacja gotówki odbędzie się z korzyścią dla obywateli Stanów Zjednoczonych.

Ameryka jest tu tylko przykładem. W podobnej sytuacji finansowej znajduje się wiele innych państw. Polska pod rządami PiS (a wcześniej PO) zmierza do tego klubu szybkimi krokami. Ratowanie finansów publicznych kosztem opodatkowania majątku zgromadzonego przez ciężko pracujący lud, to katastrofa. Komfort bezkarności i wygoda polityków nie może być osiągana kosztem dobrobytu, czy może raczej nędzy obywateli. Byłoby to nie tylko sprzeczne z większością konstytucji, ale co gorsza, niosłoby ze sobą szereg dodatkowych problemów gorszych od niewypłacalności państwa. Najgorsze z nich wiążą się niewątpliwie z abolicją pieniądza gotówkowego.

Formalnie, zalecenia Rogoffa sugerujące zniesienie gotówki mają być panaceum na szerzące się wokoło zbrodnie, oszustwa podatkowe i najstraszliwszy ze wszystkich: terroryzm. Takie argumenty znakomicie przemawiają do wyobraźni niewyedukowany w matematyce, a jednocześnie śmiertelnie przerażonych ewentualną utratą wpływów czy władzy establishment. Nie ma znaczenia fakt, że prawdopodobieństwo śmierci Amerykanina w wyniku aktu terrorystycznego jest statystycznie zaniedbywalne, czyli bliskie zeru. W przypadku przestępstw, w których nie ma ofiar, takich jak narkomania, czy prostytucja, wielu Amerykanów traktuje je jako kwestie moralności. Szansa ich likwidacji jest równie niewielka, co szansa pokonania nielegalnego obrotu alkoholem w okresie prohibicji.

Strach ma wielkie oczy, stąd posługiwanie się nim w polityce jest skuteczne i to nawet wtedy, gdy przeczą temu argumenty racjonalne.

Uśmiercenie kochanki

images-3Zjawiskiem, które prof. Rogoff w swoich modelach ekonometrycznych kompletnie pomija są skutki, jakie zakaz posiadania/używania gotówki (pieniądza papierowego) wywoła w życiu zwykłych ludzi.

Pierwszą, i naturalną reakcją na zniesienie gotówki będzie barter. Człowiek ma swoje sekrety i tajemnice, z którymi nie chce się dzielić ze światem. Mamy skłonność do prywatności, co tylko z pozoru wygląda na występek.

Posiadanie kochanek czy nałożnic, w pewnych okolicznościach może być uzasadnione, zwłaszcza gdy nikt z jego powodu nie cierpi. I odwrotnie, znajomość cudzych tajemnic czy sekretów może być, i najczęściej jest zagrożeniem cudzego bezpieczeństwa, czy chociażby interesu. Czy interes banku centralnego, albo tym bardziej lokalnego uzasadnia pozbawienie Kowalskiego czy Smitha prawa do posiadania kochanki, o której nie wie ich ślubna żona?

Już samo to pytanie wygląda jak farsa.

Podobnych tajemnic jest więcej. Oto kilka z nich, naprawdę realnych.

Pani Krysia, krawcowa, która zajmuje się reperacją i poprawkami mojej odzieży zarabia za mało na to, by zalegalizować formalnie swój warsztacik. Wykonuje swe zajęcie w szarej strefie. Likwidacja gotówki jest tożsama z pozbawieniem jej tego źródła utrzymania, co oznacza ubóstwo trzyosobowej rodziny. W warunkach pieniądza elektronicznego, urząd skarbowy jest w stanie odkryć „proceder” i pociągnąć ją do odpowiedzialności karnej w ciągu zaledwie kilkunastu sekund.

W podobnej sytuacji znajdzie się sąsiadka, która za drobną opłatą zajmuje się czyimś kotem, stawia bańki mieszkańcom naszego bloku, a także samotna matka z naprzeciwka, która dorabia jako pedicurzystka. Analogicznie do zauważalnego w czasach komunizmu/socjalizmu spadku zakresu prywatnej filantropii, w warunkach społeczeństwa bezgotówkowego zaczną znikać prezenty, niespodzianki i tp. akty/darowizny służące jako nieformalna kompensacja ludzkiej życzliwości. W społeczeństwie zdominowanym przez pieniądz elektroniczny system je wyłapie, wyliczy, opodatkuje, ozusuje etc.

Banki, będąc depozytariuszem naszych oszczędności, staną się posiadaczami ludzkich tajemnic i poufności. Analogicznie do tego, co w sferze biznesu robi dzisiaj Google Inc. który kontroluje naszą firmę i zachowania konsumenckie w gospodarce. W warunkach wyłączności pieniądza elektronicznego, instytucje te będą wiedzieć o nas wszystko. Dosłownie!

pobrane-6

Od banku do urzędu skarbowego i innych służb państwa tylko krok. Już dzisiaj państwo jest w stanie zmusić bank (czy to pod pozorem walki z praniem pieniędzy, czy w interesie rzekomego bezpieczeństwa kraju itp.) do ujawnienia wszystkich posiadanych przezeń tajemnic o posiadaczach kont. Gdyby nawet, tak jak to niedawno uczynił Google Inc., jakiś bank sprzeciwił się rozkazom państwa, to ostatnie uchwali ustawę, którą trzeba będzie respektować. W przeciwnym razie bank nie otrzyma licencji na prowadzenie biznesu.

Barter nie jest rozwiązaniem

Pomijając fakt, że barter oznacza cofnięcie się gospodarki o kilka stuleci, w początkowej fazie nowego społeczeństwa ludzie będą się ratować barterem; ja tobie poprawki krawieckie, ty mnie pedicure. Co jednak zrobić, gdy pedicurzystka nie szuka krawcowej, lecz szewca? Krawcowa zostanie bez pedicure.

Ale i na to można znaleźć remedium. Jest nim prawdziwy pieniądz, czyli złoto i srebro. Nie trzeba być Rothschildem, że przewidzieć iż w warunkach pieniądza elektronicznego bankierzy centralni „namówią” polityków, aby zakazali posługiwania się złotem i srebrem kruszcowym. W warunkach, w których interes banków, bankierów i polityków jest nadrzędny wobec interesu obywateli, narodów, a nawet całej cywilizacji ludzi trudno będzie znaleźć kogokolwiek, kto by się takiemu rozwiązaniu oparł.

Zresztą precedens już był. Nie tylko w Polsce Ludowej, ale nawet w Stanach Zjednoczonych gdzie w 1934 roku uchwalona została ustawa, w myśl której obywatele amerykańscy nie mieli prawa prywatnego posiadania złota kruszcowego. Ustawa nakazywała sprzedaż Departamentowi Skarbu posiadanych monet, sztabek, czy innych form złota po cenie ustalonej przez państwo na poziomie 35 dolarów za uncję (ok. 31,1 g). Zakaz ten został nieco złagodzony po 30 latach, uchylony zaś dopiero w 1975 roku.

Pamiętajmy jednak, że zakazowi posiadania złota w latach 1934 – 1975 nie towarzyszył zakaz posiadania pieniądza papierowego. Dzisiaj banki i rząd będą w znacznie bardziej uprzywilejowanej pozycji. Co oznacza, niemal kompletne zniewolenie człowieka. Krawcowa przestanie szyć; z powodu okrycia niewierności małżonka, mnożyć się będą rozwody; znikną wprawdzie łapówki, ale nie zniknie na przykład korupcja. Co gorsze, korupcja się nasili.

Tak się dzieje w warunkach monopolu. Monopol państwa komunistycznego, totalitarnego to nic w porównaniu z monopolem banków centralnych i prywatnych instytucji komercyjnych. Bo nie ulega wątpliwości, że zmuszenie obywateli, biznesów, instytucji, szkół i innych podmiotów do trzymania wszystkich swoich zasobów gotówkowych w posiadaniu banku to najgorszy terror, jaki do tej pory zgotował człowiek człowiekowi.

Bank stanie się naszym panem i władcą. Będzie wprawdzie istniała konkurencja na polu usług bankowych, ale będzie to konkurencja pozorna. W zamian za przysługę informowania państwa/rządu o postępowaniu konsumentów/obywateli, to pierwsze udzieli bankierom daleko idących koncesji odnośnie dowolnego kształtowania warunków utrzymywania kont, zaciągania kredytów, czy tp. Banki staną się superbiznesami, który będą miały wpływ na każde ludzkie działanie.

Zacznijmy od tego, że kartel bankowy uwolni banki od gorsetu wolnego rynku i konkurencji. Tym samym staną się one monopolem. Monopolistyczne będą ceny prowadzenia kont, oprocentowanie kredytu czy inne warunki wywiązywania się z zobowiązań finansowych. Można sobie wyobrazić, że miesięczna opłata za prowadzenie konta czy przelew wzrośnie 10 – 20 razy. Pomimo tego, że w posiadaniu banków znajdą się wszystkie  znajdujące się na Ziemi pieniądze, koszty kredytu będą również wysokie. Skartelizowany monopolista bankowy będzie sobie za swe usługi liczył słono. Dlaczego?  Bo będzie mógł, i będzie bezkarny.

 

Cdn.

Jan M Fijor

 

Czego boją się Amerykanie najbardziej?

0
czego boja sie amerykanie najbardziej

P.T. Barnum (1810-1891), biznesmen, artysta cyrkowy i showman, który uważany jest za prekursora wiedzy na temat public relations (PR) powiedział kiedyś, że aby zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych wystarczy mieć dobrą powierzchowność oraz wiedzieć, czego boją się Amerykanie.

pobrane-3

Lista strachu

Dzięki tej mądrości (i sprytowi) Phineasa T. Barnuma prezydentami zostali: Andrew Jackson, Martin van Buren oraz William Harrison. Odnosząc się zapewne do tej tradycji, amerykański ogólnokrajowy dziennik, USA Today, na miesiąc przed wyborami 2016 przedstawił listę „10 rzeczy, których Amerykanie boją się najbardziej”.

Oto amerykański ranking lęków.

Najgroźniejsza, zdaniem wyborców z USA jest korupcja w rządzie, w której aż 61 procent Amerykanów upatruje dla siebie największego zagrożenia. Na drugim miejscu znalazło się zagrożenie atakiem terrorystycznym, które przeraża już tylko 41 procent obywateli. Braku wystarczającej ilości pieniędzy, a ściślej, perspektywy tego, że przeżyje się swoje pieniądze obawia się najbardziej 39,9 procent Amerykanów.  Możliwość bycia ofiarą terroryzmu przeraża 38,5 procent populacji, to jest dokładnie tylu , ilu obywateli Stanów Zjednoczonych upatruje największej groźby życiowej w proponowanym przez niektórych polityków, zakazie konstytucyjnego prawa do posiadania broni.

W dalszej kolejności są ci, dla których największym nieszczęściem jest możliwość utraty najbliższej, najukochańszej osoby, co spędza sen z powiek 38,1 procent mieszkańców Ameryki. Kryzysu gospodarczego bądź krachu finansowego lęka się najbardziej 37,5 procent, kradzieży tożsamości 37,1 procent, zaś możliwości zachorowania na śmiertelną obłożną dolegliwość nieco mniej niż 36 procent obywateli USA. Jest to jedynie 0,4 procenta mniej niż strach przed – istniejącym zaledwie od czterech lat – systemem przymusowej państwowej opieki medycznej, znanym jako Obamacare, którego obawia się 35,5 procent amerykańskich wyborców.

Logika

Zdumiała mnie ta lista zagrożeń, a właściwie nie tyle sama lista, co waga, jaką każdemu z tych zagrożeń przypisują Amerykanie.

W przypadku narodu kojarzonego z miłością do pieniądza, do dóbr i rozkoszy materialnych, pośledniejsza pozycja lęku przed stratą materialną czy kryzysem finansowym, od lęku przed ograniczeniem prawa do wolności czy swobód konstytucyjnych, każe zweryfikować opinię na temat Stanów Zjednoczonych in plus. Z rankingu strachu wynika też, że naród ten bardziej obawia się rządu niż ubóstwa. Znajduje to zresztą głębokie uzasadnienie w działaniach obecnej administracji waszyngtońskiej, której polityka nadregulacji i ograniczania praw prowadzi prostą drogą do ubóstwa.

pobrane-4

Przykładem wspomnianych działań jest chociażby ukaranie gigantyczną karą grzywny, zajmującej się ochroną tożsamości, firmy LifeLock, z powodu uchybienia mało ważnej procedurze konsumenckiej. LifeLock, spółka zajmująca się ochroną narażonych na kradzieże ludzkiej tożsamości została skazana przez rządową Komisję Handlu na karę w wysokości 100 milionów dolarów za to, że obiecywała klientom ochronę tożsamości, gdy tymczasem istniały wątpliwości, czy to nie są przypadkiem przechwałki. I to pomimo iż nikt im niczego nie zarzucił, nie mówiąc o tym, że nikt ich o nic nie oskarżył.

Równie znamienny jest zapał i zaciekłość z jaką Biały Dom tępi ex-agenta CIA, Edwarda Snowdena, za to że ujawnił szereg przypadków „foul play” jakich dopuszcza się wobec obywateli Waszyngton, a także straszenie śmiercią australijskiego hackera Juliana Assange’a za to, że ujawnia światu szwindle światowej elity władzy.

Czy trudno się dziwić, że strach przed terroryzmem, któremu – po zamachu z 11 września 2001 roku – podporządkowano całe nowe ministerstwo (Homeland Security) jest o 20 punktów procentowych za strachem przed korupcją? Amerykanie boją się swego rządu, i to bardziej niż lękają się groźnych ataku ze strony terrorystów.

Do analogicznego wniosku prowadzić może wysoka pozycja lęku przed kradzieżą tożsamości. Podobnie, jak utraty tożsamości  boją się Amerykanie ograniczenia swych wolności ustawowych, do czego odnoszą się aspiracje obecnej władzy (Obama) zmierzającej energicznie do rewizji czy nawet likwidacji II Poprawki do konstytucji – tej, która gwarantuje każdemu obywatelowi prawo posiadania i noszenia broni palnej.

Dysonanse

Tym, co mnie jednak zdumiało najbardziej jest dysonans, z jakim omawiany ranking lęków odnosi się do aktualnych notowań preferencji wyborczych amerykańskich wyborców. Dysonans ten czuć szczególnie wyraźnie, gdy chodzi o panią sekretarz Clintonową, która w obecnej kampanii jest przedstawicielką obozu rządzącego, który – co tu ukrywać – jest sprawcą większości nieszczęść, jakich Amerykanie boją się najbardziej.

Jak to możliwe, że w sytuacji, gdy Amerykanie bardziej od śmierci w akcie terrorystycznym, czy straty materialnej boją się korupcji, przewaga kandydatki na najwyższy urząd w państwie, zamieszanej w sprzedawanie agentom obcych rządów przysług w zamian za darowizny na rzecz fundacji jej męża w rankingach przedwyborczych w niektórych stanach wynosi aż 10 procent? Jak to możliwe, że obawiający się korupcji Amerykanie nie protestują wobec postępowania Departamentu Sprawiedliwości czy FBI tolerujących jawne naruszanie przez Panią Sekretarz naruszanie zasad bezpieczeństwa narodowego czy lżenie przed komisją Kongresu? Czyż nie jest to czystej wody korupcja?

 

Nie brzydzi ich zachowanie pani prezydentowej, która po zakończeniu kadencji męża (w 200 roku) bezceremonialnie przywłaszczyła sobie część mebli z Białego Domu? To, że je pod presją opinii publicznej oddała nie usprawiedliwia takiego postepowania zwłaszcza wobec kandydata na urząd prezydenta najpotężniejszego kraju świata.

Amerykanie boją się krachu finansowego, ale przecież ku termu zmierza właśnie polityka tzw. łatwego pieniądza uprawiana przez faworytka prezydenta Obamy p. Janet Yellen z Federal Reserve Board (FED). Prezydentura pani Clinton oznacza kolejne lata utrzymywania status quo wpędzającego Amerykanów w strach. Jak więc wytłumaczyć tak ogromne poparcie dla kandydatki?  Tym bardziej, że Donald Trump obiecuje rozprawę zarówno z Fedem, jak i ze status quo, bez czego obecne lęki Amerykanów są niczym w porównaniu z Armagedonem gospodarczym, jaki czeka Amerykę jeśli nie zaprzestanie polityki łatwego pieniądza i nie odejdzie od zerowych stop procentowych.

Niemały udział w preferencjach i lękach Amerykanów, mają media stojące murem za p. Clintonową i niszczące bezpardonowo jej przeciwnika, Trumpa. Dlaczego Amerykanie, którzy w wielu rankingach ujawniają, iż mediom nie wierzą, tak ochoczo wpisują się w ich klangor i godzą na łamanie zasad, już nie tylko demokracji, ale wręcz prawa?

Szczytem ironii czy raczej głupoty jest z jednej strony obawa przed „obamacare”, a równocześnie poparcie dla współautorki tego ustawowego bubla. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że to Hillary Clinton przyłożyła się do obecnego marazmu w amerykańskiej służbie zdrowia.

I pomyśleć, że to zaciemnienie świadomości ma miejsce w sytuacji, gdy przeciwnik Clintonowej w wyścigu do Białego Domu, Donald Trump chce z większością patologii wymienionych na liście 10 najgroźniejszych zdarzeń, walczyć. To właśnie on stawia na czele swej politycznej agendy walkę z korupcją, przeciwstawianie się łamaniu konstytucji, ograniczenia regulacji, uwolnienie gospodarki z gorsetu zakazów i nadmiernych podatków, abolicję obamacare, kwestie bezpieczeństwa narodowego – słowem, większość powodów do obaw Amerykanów.

Jak to możliwe, że w 330 milionowym narodzie, stanowiący ułamek procenta, znienawidzony i cyniczny establishment jest w stanie pomieszać umysły ludzi w sprawach, których się ci obawiają najbardziej? Czyżby Amerykanie stracili instynkt, który ich przez prawie ćwierć tysiąca lat prowadził ku szczęściu i prospericie? O tym przekonany się już 8 listopada 2016. Trudno uwierzyć, że Amerykanie jednocześnie boją się pani Clinton, i chcieliby ją mieć jako głównodowodząca.

A może ankietowani wyborcy, ze strachu przed reperkusjami ze strony sił, którym tak zależy na utrzymaniu status quo i wyborze Pani Clintonowej po prostu ukrywają swe prawdziwe preferencje? Przekonamy się już z 16 dni.

Jan M Fijor

Niezamierzone konsekwencje

0
niezamierzone konsekwencje

images

Jaki jest najniższy, stosowany przez bank centralny poziom oprocentowania pieniądza? Do niedawna było to zero procent. Od pewnego czasu mamy oprocentowanie negatywne.

Szkodliwe oszczędzanie

Pomijając absurdalność takiego poziomu wydawać by się mogło, że zero to już jest najniżej. Tymczasem nie jest. W kilku krajach, o czym za chwilę, obowiązuje oprocentowanie negatywne, ujemne – znane jako Negative Interest Rate Policy (NIRP). Banki, przekonane, że po osiągnięciu oprocentowania na poziomie zero, będą mogły dalsze luzowanie kredytu zatrzymać, odkryły w końcu, że są w błędzie. I się zaczęło.

Banki komercyjne, w ślad za swymi patronami z banku centralnego, dla powstrzymania procesu oszczędzania (bo innego powodu nie sposób sobie wyobrazić) zdecydowały się na politykę negatywnych stóp procentowych, czyli zaczęły liczyć swoim klientom za przywilej korzystania z bankowych sejfów. Na swoje usprawiedliwienie można im zapisać to, że banki centralne liczą im za prawo utrzymywania u siebie nadwyżek powyżej kwoty rezerw obowiązkowych. Przerzuciły swój koszt na klienta.

Ujemne stopy procentowe wprowadzono w krajach odpowiedzialnych za 25 procent światowego produktu brutto, wliczając w to strefę euro, Szwajcarię, oraz ostatnio także Japonię. Podobną politykę rozważa bank centralny Stanów Zjednoczonych (Federal Reserve Board). Uważa się, że nastąpi to w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Powód: nieskuteczność dotychczasowego luzowania kredytu; gospodarki nadal znajdują się w stagnacji. Dlatego, za wskazaniami Keynesa, urzędnicy z FED i innych banków centralnych, uważają, że negatywne stopy procentowe zniechęcą do utrzymywania gotówki w banku, zachęcając ich do wprowadzeniu jej na rynek. Jak uczy przykład Japonii oraz Niemiec, klienci bankowi +z tych krajów istotnie wycofują ze swych kont gotówkę, tyle że równocześnie wzrasta sprzedaż domowych sejfów.

Trafiła kosa na kamień

Polityka negatywnych stóp procentowych – przestrzega David Stockman, mister z rządu Reagana i zaciekły wróg bankowych manipulacji – przynosi więcej strat niż pożytku. Nie dość, że niszczy indywidualnych inwestorów, zwłaszcza z grupy emerytów i osób utrzymujących się tradycyjnie z dochodu z lokat bankowych, to także banki płacą jej wysoką cenę.

W swym zamierzeniu, a więc teoretycznie, polityka negatywnych stop procentowych (to znaczy, gdy banki komercyjne płacą bankowi centralnemu za prawo utrzymywania w nim sum przewyższających ich obowiązkowe rezerwy):

(a) miała zachęcać banki komercyjne – by w celu uniknięcia opłat – udzielały jak najwięcej kredytu;

(b) wywołuje spadek wartości walut krajów, w których polityka ta obowiązuje, prowadząc do wzrostu eksportu, który dzięki tańszemu pieniądzowi staje się tańszy;

(c) ponieważ równocześnie doprowadza do wzrostu kosztów importu, jej efektem jest nasilenia się inflacji;

(d) negatywne stopy procentowe obniżają atrakcyjność obligacji, co w zamierzeniu ma przyciągnąć inwestorów na rynek akcji, a to ma prowadzić do wzrostu gospodarczego;

(e) NIRP są komplementarnym narzędziem potanienia kredytu, obok QE (luzowania ilościowego, czyli drukowania pieniędzy), które ma dodatkowo pomagać bankom centralnym w promowaniu polityki wyższej inflacji.

Teoria a praktyka

Tak to miało wyglądać w teorii Keynesa, o której wiadomo, że jest fałszywa zanim ujrzała światło dzienne. Politycy i pseudoekonomiści nadal się przy niej upierają, bo daje im poczucie władzy nad gospodarką. Efektem tego uporu są częstsze narzekania na negatywne stopy procentowe.

Zamiast starać się zrozumieć, że NIRP i wszystkie inne ingerencje w rynek, włącznie z ratowaniem zagrożonej gospodarki, to polityka błędna porównywana do szukania kwadratury koła, dziwują się zatroskani, że oto teoria rozchodzi się z praktyką. Mają za złe wszystkim, że ich dobre intencje napotykają na dziwne do zrozumienia konsekwencje.

Kilka dni temu przeczytałem na portalu CNBC, uznawanym za tubę keynesizmu, wypowiedź Christopher Swanna z UBS Wealth Management, w której autor przedstawia rewolucyjną jak to środowisko myśl, że może należałoby stopy procentowe podnieść, a nie zaniżać. Że co prawda, negatywne stopy procentowe potaniają kredyt (i to jest to, co widać) z drugiej strony kija pojawia się wniosek, że negatywne stopy procentowe podnoszą koszty, a tym samym obniżają rentowność banków komercyjnych.

Oto co na ten temat pisze dr Mateusz Machaj z Instytutu Misesa:

Zgromadzone przez banki nadwyżki pieniężne – zwłaszcza w czasie gdy ryzyko jest wysokie – nie mogą być odłożone w banku centralnym, który kiedyś płacił za nie jakieś odsetki. Teraz za to karze i pobiera opłatę. Dlatego ta „bezpieczeniejsza” część portfolio banków przynosi zwyczajnie mniejsze zyski, a w zasadzie staje się uciążliwym kosztem. Opłatą za posiadanie czegoś bezpieczniejszego. Warto przy tym pamiętać, że regulacje bankowe zmuszają w zasadzie banki i tak do kupowania jakiejś ilości obligacji państwowych, czy też „bezpiecznych papierów”, które w sytuacji ujemnych stóp oznaczają tracenie pieniędzy. Efekt ten występuje – ceteris paribus – niezależnie od tego, jakie stawki chce bank oferować kredytobiorcom. Poza tym istnieje też kwestia ryzyka, które kosztuje. Niby można poszukać odbiorców, którzy zapłacą wyższe odsetki, ale zazwyczaj są to ryzykowni odbiorcy – trzeba np. więcej płacić za ich kontrolowanie, monitorowanie, ocenę, ubezpieczenie tej grupy kredytów, zarządzanie nimi itd.

Koszt w postaci opłaty wnoszonej przez bank komercyjny za własny depozyt w banku centralnym obniża rentowność tego pierwszego, nierzadko poniżej progu opłacalności. Na pewno jednak zniechęca bank do pożyczania. W pewnych przypadkach bankowi nie będzie się w ogóle opłacało pożyczać – pisze Swann, dodając, że tak się dzieje wskutek niemożności nałożenia negatywnych odsetek na depozytariuszy banku.

I znowu, możliwość podniesienia opłat teoretycznie istnieje, ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie trzymać pieniędzy w banku, który sobie za to przechowywanie liczy. Materac, czy nawet sejf wychodzą taniej. Przy obecnej polityce bankowej są też nierzadko bezpieczniejsze.

W efekcie negatywnych stóp procentowych, banki duńskie i szwajcarskie podniosły (zamiast obniżyć) koszty pożyczania pieniędzy na cele hipoteczne. I mamy to, czego nie było widać. Polityka luzowania kredytu, zmierzająca do uatrakcyjnienia pożyczania na cele inwestycyjne, prowadzi do czegoś kompletnie przeciwnego.

Rynek papierów wartościowych

Rozczarowanie polityką banków, a zwłaszcza omawianymi negatywnymi stopami procentowymi dotknęło także rynku papierów wartościowych. Co prawda wyhamowane zostało zainteresowanie obligacjami, których cena przekroczyła górne, a rentowność dolne  granice absurdu, nie towarzyszy temu proporcjonalny wzrost zainteresowanie inwestowaniem w akcje. Zjawisko to wyjaśnia się na wiele sposobów, zapominając o najważniejszym, że duża podaż taniego kredytu wywołuje efekt bańki spekulacyjnej, którego skutkiem jest absurdalna aprecjacja cen akcji, a przede wszystkim ryzyko pęknięcia bańki.

Innym rezultatem szkodliwego wpływu negatywnych stóp procentowych na rynek papierów wartościowych jest wpływ sektora bankowego na wartość kapitalizacyjną tego rynku. Skoro w warunkach negatywnych stóp procentowych banki pożyczając pieniądze na kupno akcji tracą, to im więcej pożyczają, tym gorzej dla nich, ale także dla całej gospodarki. Pozycja finansowa banków (zwłaszcza w Japonii, w Stanach Zjednoczonych i w Niemczech), ma duży wpływ na wartość indeksów; jeśli pozycja ta spada, banki ciągną indeksy giełdowe w dół, co z kolei osłabia zainteresowanie akcjami w ogóle.

Oczekiwanie, że negatywne oprocentowanie kredytów deprecjonuje walutę kraju, w którym ma miejsce okazuje się nie zawsze prawdziwe. Odkąd Bank of Japan wprowadził NIRP japoński jen zyskał w stosunku do dolara amerykańskiego aż 5,4 procent, co było skutkiem spadku tolerancji inwestorów na ryzyko wynikające z różnicy w oprocentowaniu. Wskutek słabej konkurencji ze strony lokat bankowych, zainteresowanie japońskim rynkiem akcji wzrosło bardziej niż wynosi różnica stóp procentowych między USA a Japonią.

Prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi, wierny uczeń macherów z Goldman Sachs, odgraża się, że “potencjalne luzowanie kredytu nie ma granic”, ale on się niestety myli. Jeśli bowiem negatywne odsetki będą zbyt wysokie (czyli odsetki zbyt niskie), to znaczy, gdy klienci banków komercyjnych będą musieli im płacić za trzymanie na kontach swoich depozytów, wówczas wyciągną te oszczędności z banku i umieszczą je w sejfie czy banku ziemskim.

W drodze do NIR(P)vany

Kolejnym krajem, który zmierza w stronę negatywnych stóp procentowych (poprawniej należałoby mówić o opłatach za trzymanie depozytów, jako że z matematycznego punktu widzenia procent nie może być mniejszy niż zero) będzie najprawdopodobniej Kanada. Kanadyjski bank centralny pragnie w ten sposób przyspieszyć wzrost gospodarczy, ale i podnieść wskaźnik inflacji. Dlaczego w celu osiągnięcia wzrostu trzeba kreować inflację, tego nie wyjaśniają. Tymczasem każde dziecko wie, że inflacja to nielegalny podatek, który nie tylko okrada obywateli, ale na domiar szkodzi gospodarce.

Kanajdyczycy, którzy z wielkim poświęceniem osiągnęli poziom zero procent, pragną przejść na wyższy (to znaczy niższy) etap bankowości centralnej, czyli sięgnąć poniżej zera.

Tylko to – ich zdaniem – może pomóc zdeformowanej gospodarce kraju. Nie wiedzą jeszcze, że w ich przypadku też należy się spodziewać niezamierzonych skutków ubocznych. Zresztą to żadna rewelacja. Dla kogoś, kto stawia konsumpcję przed produkcją, produkcję przed inwestowaniem, a konsumpcję przed oszczędzaniem, takie konsekwencje są czymś naturalnym. Trudno je zresztą nazywać niezamierzonymi, skoro bank/rząd, które prowadzi tę  niefrasobliwą politykę, robią wszystko, aby się nie udała.

Kolejną fazą tej polityki będzie niezamierzony, ale łatwy do przewidzenia kryzys gospodarczy, a nawet krach. Odwiedzajcie nas na menger.pl, dowiecie się kiedy to nastąpi.

Jan M Fijor

P.S. W tekście korzystałem z uwag zamieszczonych na stronie CNBC 16 lutego 2016 roku, pióra Głównego Stratega w UBS Wealth Management, Christophera Swanna, oraz analiz Davida Stockmana (autora naszego bestsellera Wielka deformacja) zaczerpniętych z bloga www.davidstockmanscontracorner.com. Przypomnijmy też, że Swann i UBS Wealth Management mają pod swą opieką aktywa wartości 2 bilionów dolarów. Strach pomyśleć o losie posiadaczy tych pieniędzy.

 

 

W drodze do zniewolenia. Kenneth Rogoff, czempion nowego społeczeństwa (III)

0

Rogoff – czempion nowego społeczeństwa (III)

Prawo do życia

pobrane-1

W kręgach obrońców prawa i służb porządkowych – pisze Rogoff – rzadko kiedy dyskutuje się na temat tego, w jaki sposób pieniądz gotówkowy (papierowy) ułatwia czy wręcz powoduje szerzenie się przestępczości, wymuszenia, oszustwa, przemyt i handel narkotykami, handel żywym towarem, korupcję wśród urzędników administracji publicznej, nie mówiąc o terroryzmie (…) To – zdaniem harwardczyka – nie przypadek, iż za każdym razem, gdy policja czy inne służby likwidują szajkę handlarzy narkotykami, czy innych łobuzów funkcjonariusze znajdują w ich kryjówkach ogromne ilości gotówki. W konkluzji dochodzi do tego, że dla dobra obywateli należy zakazać używania banknotu studolarowego, po prostu go zlikwidować.

Rozumowanie to przypomina pokrętną argumentację przeciwników II Poprawki do Konstytucji amerykańskiej, tej o prawie obywateli amerykańskich do posiadania broni, dla których panaceum na zbrodnie z użyciem broni palnej jest po prostu likwidacja broni palnej, a konkretnie zakaz posiadania jej przez bogobojnych obywateli. Problem w tym – tłumaczy wyborcom kandydat na prezydenta w wyborach 2016 roku, Donald J. Trump – że ograniczanie zbrodni z użyciem broni palnej nie polega na rozbrojeniu zacnych i niewinnych obywateli, lecz na pozbawieniu broni rzezimieszków i kryminalistów.

pobrane-2

W przypadku abolicji II Poprawki i pozostawienia obywateli bezbronnych, uzbrojeni zostaną wyłącznie bandyci oraz funkcjonariusze władzy, a przecież to właśnie przeciwko nadużyciom i przestępstwom ze strony obu tych grup Ojcowie Założyciele wymyślili prawo do posiadania broni, które de facto sprowadza się do prawa do ochrony własnego życia.

Analogicznie jest z prawem do posiadania pieniądza. Ponieważ pieniądz reprezentuje dobra, jakie są nam niezbędne do życia, utrudnianie dostępu do pieniądza, może narażać nas na straty, które są równoznaczna z ograniczeniem wolności, czyli ograniczeniem oprawa do życia.

Oba te argumenty są wzięte z sufitu.

Kto, jak kto, ale wybitny matematyk i arcymistrz powinien wiedzieć, że prawdopodobieństwo tego, iż w Stanach Zjednoczonych terrorysta uderzy akurat w posiadacza banknotu studolarowego, jest bliskie zero, ponieważ w USA studolarówka nie cieszy się, ani nigdy nie cieszyła jakimś szczególnym powodzeniem. Ktoś, kto nie popełni zbrodni przy pomocy studolarówki, popełni ją przy pomocy dwóch „pięćdziesiątek” albo pięciu „dwudziestodolarówek”. Poza przedstawicielami półświatka przestępczego, mało kto nosi banknot z podobizną prezydenta Benjamina Franklinem przy sobie. Jeśli już Amerykanie tezauryzują swoje zaskórniaki, to raczej w postaci złotych dwudziestodolarówek, sztabek złota, a szczególnie w papierach wartościowych.

Co prawda, większość zasobów dolarowych tezauryzowanych poza granicami USA przechowywana jest właśnie w „setkach”, Rogoff nie pisze jednak o bezgotówkowych społeczeństwach Indii, Chin czy Ukrainy, lecz o Ameryce.

Z daleka widać, że nie chodzi tu o bezpieczeństwo obywateli, czy nawet kraju. To ostatnie, to zaledwie zasłona dymna prawdziwego problemu.

Cała prawda

Zdaniem wspomnianego już Petera Diekmeyera (www.sprottmoney.com), „wymyślone przez Rogoffa społeczeństwo bezgotówkowe” to właściwie jedyny „elegancki” sposób rozwiązania kluczowego problemu dręczącego Rezerwę Federalną”, jakim jest dług publiczny. Innymi słowy, likwidacja gotówki ma na celu zdjęcie z rządu obowiązku spłaty zaciągniętego długu, co sprowadza się do ochrony establishmentu, a w konsekwencji, dalsze bezkarne zniewalanie narodu przy pomocy państwa interweniującego w każdą, najdrobniejszą nawet cząstkę naszego życia, pozbawiającego nas wolności w imię iluzorycznego interesu państwa opiekuńczego, czy – jak kto woli – państwa dobrobytu.

Rogoff pośrednio przyznaje, że likwidacja gotówki to ostateczność, ale też zaznacza, że innego wyjścia dla obecnego status quo nie tylko nie widzi, ale wręcz takiego nie ma. Zamiast więc zmienić status quo, co byłoby pośrednio przyznaniem, że państwo opiekuńcze nie radzi sobie, ergo należy od tej koncepcji odejść, on woli zaprzeczyć prawom natury (bo prawa ekonomii – głoszą ekonomiści austriaccy – to przecież skutek istnienia natury człowieka), byleby dalej dążyć do zniewolenia ludzi.

Tym bardziej, że rozwiązanie – zdaniem współczesnych zwolenników teorii Keynesa, z Rogoffem czy Krugmanem na czele – jest proste; skoro nie da się stymulować konsumpcji, a tym samym wzrostu gospodarczego poprzez zachęcanie do nich przy pomocy taniego kredytu, gdyż na przeszkodzie stoi odwieczna skłonność człowieka do oszczędzania, zlikwidujmy gotówkę i problem zniknie. Pieniądz leżeć będzie wyłącznie w banku, człowiek będzie mógł z niego korzystać wyłącznie na konsumpcję, osiągniemy nirwanę. Zapominają oni jednak o konsekwencjach takiego stanu rzeczy.

Oto najważniejsze z nich:

  1. w społeczeństwie pozbawionym pieniądza papierowego (pod nieobecność pieniądza złotego) cały nasz majątek pozostanie w rękach bankierów, którzy go w ten sposób zmonopolizują. Przy zachowaniu istniejącego systemu rezerwy cząstkowej, narażając dodatkowo na niewypłacalność;
  2. ewentualna konkurencja między bankami zagrożona będzie monopolem władzy, która nagradza bankierów licencjami i prawem, wedle którego działają. W konsekwencji, to państwo będzie zarządzać naszymi pieniędzmi;
  3. przy bardzo prawdopodobnym braku konkurencji między bankami, można się spodziewać, że opłaty za prowadzenie kont bankowych pochłoną lwią część ich zawartości, zaś odsetki będą minimalne o ile w ogóle jeszcze będą;
  4. z analogicznego powodu wzrosną drastycznie koszty kredytu;
  5. monopol państwa doprowadzi niechybnie do monopolu władzy. W takim systemie komunizm czy stalinizm to bajeczki dla grzecznych dzieci;
  6. konsekwencją powyższego jest straszliwa wizja ograniczenia człowieka w prawie dysponowania owocami swojej pracy.

Nic trudnego

Czy już dzisiaj mamy się obawiać najgorszego?

pobrane

Tak! Koncept społeczeństwa bezgotówkowego nie wydaje się być wcale tak odległy. Scentralizowane perspektywą walki z terroryzmem, wojny z narkotykami, w zmaganiach przy przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i zjednoczone groźbą globalnego ocieplenia władze światowe mogą się łatwo ze sobą dogadać i pieniądz papierowy zakazać. Zwłaszcza, że przejście na pieniądz w stu procentach elektroniczny, jak to miało miejsce w Danii czy w Norwegii nie doprowadziło do żadnych większych tragedii.

Dodatkowym argumentem są rosnące wpływy z posługiwania się kartami debitowymi i kredytowymi, a zwłaszcza rosnąca w szybkim tempie cena bitcoina, który w ciągu zaledwie 7 lat z bezwartościowego, zrozumiałego wyłącznie dla koneserów informatyki pliku bajtów przedzierzgnął się w elektroniczną jednostkę monetarną (bo pieniądzem bitcoin  jednak, na szczęście, nie jest) o wartości ok. 450 dolarów. Popularność bitcoina to argument za cyfryzacją całej światowej gotówki. Nie zdziwiłbym się, gdyby się nagle okazało, że za tajemniczym wynalazcą „nowoczesnego pieniądza” ,Satoshi Nakamoto, kryje się wynajęta przez Klub Bilderberg czy inną organizację elitarną, do pracy w Systemie Rezerwy Federalnej agencja „pijarowska” mająca nas przygotować do bezbolesnego przejścia w system niewolniczy.

Cdn.

Jan M Fijor

 

 

Haracz – jednak niekonstytucyjny

0
haracz jednak niekonstytucyjny

Tym razem siłowe niszczenie gospodarki odbywa się pod pretekstem tzw. wolnych niedziel. A przecież taniej i w bardziej cywilizowany sposób można by osiągnąć zamierzony cel poprzez dostosowanie własnych preferencji do potrzeb rynku pracy.

jmf

Ustawa o ograniczeniu handlu w niedzielę częściowo jest niezgodna z Konstytucją – wynika z opinii prawnej przygotowanej przez prof. Chmaja. Chodzi o zapisy dotyczące zakazu otwierania sklepów przez franczyzobiorców. „Solidarność” przyznaje się do błędu i twierdzi, że będzie apelować do posłów o zmianę tego przepisu.

Autor: Sebastian Ogórek

images

Obywatelski projekt ograniczeniu handlu zakłada, że handel w niedzielę może się odbywać bezproblemowo, ale tylko jeśli za ladą stanie właściciel sklepu. Od tej zasady jest jednak wyjątek – sklepy działające na zasadzie franczyzy lub agencji. W ich przypadku ustawa nie zakłada wyłączenia niezależnie od tego, kto staje za ladą. Franczyzobiorcy handlować po prostu nie będą mogli.

Profesor Marek Chmaj w swojej opinii prawnej twierdzi, że to niezgodne z Konstytucją. Nie można bowiem wybiórczo podchodzić do przedsiębiorców i jednym na handel zezwalać, a drugim nie.

„Nie można stwierdzić, że różnicowanie sytuacji równych sobie przedsiębiorców w procesie gospodarczym jest zgodne z zasadą sprawiedliwości społecznej, w szczególności przyznawanie większych uprawnień jednym, a drugim ich odbieranie bez wyraźnej i spójnej z przepisami prawa przyczyny, jest niedopuszczalne i rażąco narusza art. 2 Konstytucji” – czytamy w opinii.

Jak tłumaczy, tego typu różnicowanie prawne przedsiębiorców bez wyraźnego kryterium już kilkukrotnie było kwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny jako niezgodny z zasadą równości i sprawiedliwości społecznej.

„W uznaniu Trybunału na gruncie tego przepisu można wskazać szczególne prawo podlegające ochronie, jakim jest prawo do sprawiedliwego traktowania” – pisze prof. Chmaj w swojej opinii.

więcej: http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/zakaz-handlu-konstytucja-solidarnosc,63,0,2167103.html

Twoja szkoła domowa

3
twoja szkoła domowa

Szanowni Państwo,

images

w związku z nasileniem się ataków na edukację domową ze strony ministerstwa edukacji prosimy o wsparcie. Pod pozorem kreowania postaw patriotycznych, utrudnia się działalność homeschoolingu. Zależy nam bardzo na popularyzacji szkoły domowej. Dlatego prosimy wszystkich tych, którzy wejdą na stronę Instytutu Carla Mengera, żeby spisywali w tym miejscu swoje doświadczenia z pracy w szkole domowej i powiadamiali o nich także władze polskiego szkolnictwa.

pobrane-2

Róbcie to w postaci komentarzy, a jeśli chcecie, aby był to osobny materiał, prześlijcie tekst w Word na adres: fijorr@fijorr.com.

Dzięki nim będziemy mogli zachęcić innych rodziców, by oddali się sprawie edukacji domowej swoich dzieci. Nic tak nie mobilizuje jak przykład innych. Jeśli wam się udaje, to i nam uda.
Pomóżmy innym dzieciom uniezależnić się od arogancji związkowych nauczycieli, bezdusznej administracji szkolnej i narzucaniu najmłodszemu pokoleniu Polaków systemu, który w życiu dorosłym uczyni ich bezwładną milczącą mniejszością lemurów, na których każda władza będzie mogła wycisnąć piętno swej dominacji i wyzysku.
Bez zmiany istniejącego systemu szkolnictwa, bez  masowej prywatyzacji edukacji zjeżdżać będziemy po pochylni kolektywizmu i innych systemów, w których jednostka ma jedynie wartość dostarczyciela podatków oraz głosów kupowanych w zamian za puste obietnice żałosnej egzystencji w roli pół niewolników.

 

Homeschooling jest jednym z wiodących tematów, nad którymi pracuje Fundacja Instytutu Carla Mengera.

 

Jan M Fijor

p.o. prezesa ICM

W drodze do zniewolenia. Kenneth Rogoff, czempion nowego społeczeństwa (II)

0

Przygotowywana pod pretekstem walki z terroryzmem i przestępczością likwidacja amerykańskiego banknotu 100 dolarowego, to preludium prawdziwego zniewolenia człowieka.

Poznajcie profesora Rogoffa

W pierwszym odcinku naszego cyklu zauważyliśmy, że pomimo braku jakichkolwiek postępów, a właściwie przy totalnym fiasku interwencji politycznych i monetarnych, ani politycy, ani nawet przedstawiciele banków centralnych nie zdobyli się na rezygnację ze stymulowania gospodarek przy pomocy pompowania w nie olbrzymich kwot kredytu pochodzących głównie z kreacji „z powietrza”.

pobrane

Jedyną reakcją na brak postępów w ratowaniu gospodarki przed kryzysem stało się poszukiwanie nowych metod interwencji. Ponieważ jednak likwidacja pieniądza papierowego, jaka miała miejsce w Danii i Norwegii w normalnych wolnych krajach jest zabiegiem wciąż ryzykownym, popularnością zaczęła się cieszyć walka z tzw. pułapką oszczędzania. Jednym z aspektów procesu zniechęcania do oszczędzaniu stały się – obok niskich, a potem wręcz zerowych stóp procentowych – ograniczenia w dostępie do gotówki (pieniądza papierowego).

Pionierami tych działań stały się Włochy, Francja, Stany Zjednoczone, a nawet Rosja. W krajach tych zakazano transakcji gotówkowych[1] powyżej pewnej – od 1000 euro we Włoszech, do ok. 5000 euro w USA – wartości. Każda transakcja z użyciem większej ilości gotówki musi być raportowana, a w niektórych przypadkach jest wręcz penalizowana.

Nieco mniej drastyczne, choć zmierzające w tym samym kierunku działania podjął unijny bank centralny (EBC), który zlikwidował banknoty o nominale 500 euro. Analogiczny postulat likwidacji banknotu 100. dolarowego pojawił się w Stanach Zjednoczonych. Jego orędownikiem stał się czempion społeczeństwa bezgotówkowego, harwardczyk, Kenneth Rogoff.

Rogoff, człowiek – jak na tradycyjne standardy – niezwykły jest nie tylko profesorem Harvardu, ale i b. głównym ekonomistą Międzynarodowego Funduszu Walutowego, gdzie zasłynął głośnym konfliktem z laureatem Nagrody Nobla i b. ekonomistą MFW, Josephem Stiglitzem.

Posiada od 1978 roku tytuł arcymistrza szachowego, a w gronie promotorów swej pracy doktorskiej miał obecnego wiceprzewodniczącego Rezerwy Federalnej (FED), Stanley Fischer. Mimo takiego dossier, pisze Diekmeyer: „Podobnie jak wielu innych absolwentów prestiżowej, Ivy League, tak i on wydaje się być dotkniętym swoistym niedowładem intelektualnym”.

Swoje poglądy na temat społeczeństwa bezgotówkowego ujął w dość głośnej ostatnio książce zatytułowanej The Curse of Cash  (Przekleństwo pieniądza), gdzie pod pretekstem walki z przestępczością, domaga się likwidacji pieniądza papierowego.

Strach

Poglądy Rogoffa są przerażające z kilku powodów.

Przede wszystkim z powodu cynizmu, z jakim harwardski arcymistrz szachowy propaguje zakaz posiadania gotówki, czy wręcz jej likwidację. Rogoff, zaciekły wróg „przeklętej gotówki”, otwarcie tego nie pisze, ale całe jego rozumowanie zmierza właśnie w kierunku zakazu posiadania „pieniądza papierowego”.

Zamiast rżnąć głupa, i wprost napisać, że pieniądz cyfrowy jest znacznie łatwiejszy w użyciu i bezpieczniejszy, co jest zresztą świętą prawdą, albo domagać się chociaż pełnej akceptacji i legalizacji bitcoina, Rogoff dla swoich celów wymyśla skomplikowane konstrukcje intelektualne.

Dlaczego? Bo on dobrze wie, że zakaz posiadania gotówki to brutalny cios w wolność człowieka, kto wie, czy nie największy i najgroźniejszy w całych dziejach ludzkości. Na początek, eufemistycznie, proponuje likwidację banknotu 100. dolarowego. To przecież nic takiego! Ale za tym czynem kryje się okrutna hydra zniewolenia. Tym groźniejsza, że tylko niewielu zwykłych zjadaczy chleba zdaje sobie sprawę z jej istnienia. Nie potrafią sobie nawet wyobrazić życia bez pieniędzy papierowych, nie mówiąc o złocie czy srebrze.

Aby nie zostać posądzonym o skrajny etatyzm posługuje się Rogoff zasłoną dymną, jaką są kwestie bezpieczeństwa. W tym celu przekonuje ludzi do idei społeczeństwa bezgotówkowego przy pomocy argumentu strachu. Formalnie więc argumentacja profesora skupia się na zagrożeniu ze strony “terroryzmu” i “przestępczości” – głównych bolączkach XXI wieku – na co panaceum ma być likwidacji gotówki. Faktycznie zaś chodzi o to, żeby w miarę bezboleśnie ułatwić rządowi amerykańskiemu (i nie tylko, bo na liście niewypłacalnych rządów znaleźć można także Japonię, Włochy, a nawet Wielką Brytanię) konfiskatę prywatnego majątku obywateli. Bez niej zarówno Waszyngton, jak i Tokio nie będą w stanie spłacić obecnego zadłużenia sięgającego już ponad wielu dziesiątków bilionów dolarów każdy.

Rogoff nie zadaje sobie nawet trudu, by ustosunkować się do obecnej polityki FED, czyli 8 lat ZIRP (polityki zerowego oprocentowania). Dobrze wie, że drukarnie FED pracują na trzy zmiany, że amerykański bank centralny wyprztykał się z amunicji, przy pomocy której liczył, iż zwalczy skutki obecnego spowolnienia gospodarczego; wie też, że obniżanie oprocentowanie do poziomu negatywnego może się dla rządzących skończyć źle. (Ciułacze nie w ciemię bicia zrobią to, co zrobili klienci banków japońskich, a ostatnio także i niemieckich i wycofując swoje pieniądze z banków i wstawiając je do materacy, domowych sejfów lub „banków ziemskich”). Dlaczego zatem nie zaproponuje tego, co nieśmiało zgłosił niedawno Donald Trump: by FED i pani Yellen zaprzestali oszukiwania rynku i podnieśli stopy procentowe do normalnego, cokolwiek to oznacza, poziomu?

Cdn.

Opr. Jan M Fijor

[1] Wszędzie, gdzie posługujemy się terminem: gotówka, mamy na myśli pieniądz papierowy.

W drodze do zniewolenia. Kenneth Rogoff – czempion nowego społeczeństwa (I)

0

pobrane

Przygotowywana pod pretekstem walki z terroryzmem i przestępczością likwidacja banknotu 100 dolarowego, to preludium do prawdziwego zniewolenia

Nieśmiałe początki

Jedną z koncepcji gospodarczych, które budzą ostatnio wiele kontrowersji jest nieznana dotąd, nierozważana nawet przez nieprzyjaznych pieniądzowi komunistów, likwidacja gotówki. W Danii i Norwegii pieniądz papierowy praktycznie już nie istnieje, do jego likwidacji przygotowuje się inny pionier postępu społecznego, mianowicie Szwecja.

Już trzy lata termu – mimo usilnych starań – nie udało mi się zamienić banknot stueurowy na korony szwedzkie. Odmówiono mi, legalnej skądinąd, wymiany nawet w oddziałach Sveridges Riksbank, szwedzkiego banku centralnego, tłumacząc, że dużo wygodniejsza jest przecież płatność kartą kredytową. Na moje pytanie, czy wszędzie w Szwecji mogę płacić przy pomocy plastyku? Usłyszałem uprzejmą odpowiedź: Ależ oczywiście. Może pan płacić kartą nawet za toaletę publiczną.

images

Co prawda, miłośnicy likwidacji gotówki papierowej twierdzą, że zarówno Norwegowie, jak i Duńczycy są z cyfryzacji swych pieniędzy zadowoleni, zapominają jednak, że dla obu tych nacji pieniądz papierowy jest wciąż dostępny. Nie mają wprawdzie do dyspozycji koron, ale mogą zawsze oszczędzać zaskórniaki w funtach, dolarach, euro i yenach. Dopiero masowy zakaz posiadania pieniądza ujawni zasięg problemu. Miejmy nadzieję, że czytających ten tekst plaga ta nie dotknie…

Pierwszych działań zmierzających do ograniczenia zakresu pieniądza papierowego podjęły się Stany Zjednoczone, najpierw zaprzestając w 1914 roku (tuż po ustanowieniu banku centralnego) emisji banknotów o nominale 5000 dolarów i 10000 dolarów, a następnie – już po II wojnie światowej – gdy wstrzymano druk banknotów o nominale 1000 dolarowym. W 1969 roku wycofano z użycia wszystkie banknoty o nominale powyżej 100 dolarów.

pobrane-1

Oficjalnym powodem takiego kroku miał być pragmatyzm. W sytuacji, gdy bochenek chleba kosztował 5 centów, solidny samochód (np. Ford T) 300 dolarów, a przyzwoity dom można było kupić już za kilka tysięcy dolarów, utrzymywanie banknotów o tak wysokich nominałach mijało się z celem. Dodatkowym argumentem za ich likwidacją była stosunkowo niska inflacja, co już wkrótce uległo zasadniczej zmianie, ale do banknotów o wyższym nominale nigdy nie powrócono. Czyżby prawdziwy powód ich likwidacji był inny?

Luz

Przez ostatnie pół wieku pieniądz papierowy traktowano z obojętnością, żeby nie powiedzieć lekceważeniem. Tym bardziej, że każdy szanujący się obywatel miał kartę kredytową, unikając trzymania w kieszeni czy w portfelu niewygodnych „papierów”.      Sytuacja zmieniła się pod koniec lat 80. XX wieku, niedługo po mianowaniu na szefa rezerwy Federalnej, Alana Greenspana, pseudonim Maestro, i zainicjowaniu przez niego nowatorskiej polityki sztucznego luzowania kredytu. Polegała ona m.in. na nieskrępowanej emisji pieniędzy mających służyć za źródło kredytu dla spowolnionej gospodarki.

Alan Grenspan, potem jego następca, Ben Bernanke, obecnie zaś Przewodnicząca Janet Yellen nie tylko wierzyli w to, że duża ilość pieniądza oznacza tani kredyt, ale co gorsza, że dużo kredytu napędza rozwój gospodarczy.

W krótkiej perspektywie ich oczekiwania spełniły się z nawiązką, o czym świadczy chociażby boom z okresu prezydentury Billa Clintona, zakończony triumfalnym kryzysem znanym jako dot.com (1999/2000). Ponieważ receptą na kryzys dot.com stało się jeszcze więcej kredytu, niespełna 10 lat później (2007/2008) na rynku nieruchomości pęka bańka spekulacyjna, a w jej konsekwencji wybucha najpoważniejszy od czasu Wielkiej Depresji (1929 -1933) kryzys gospodarczy (2008), znany jako kryzys ninja[1].Jego skutki większość świata zachodniego odczuwa do dzisiaj. Także i na tę chorobę wywołaną beztroską ekspansją kredytową posłużono się lekarstwem w postaci jeszcze większej ilości kredytu. I w tym momencie zaczęły się schody…

Stymulus

         Zamiast przyznać się z pokorą do błędu i pozwolić gospodarce, a więc rynkowi, czyli przedsiębiorcom i konsumentom skorygować błędy monetarne i wyjść z zapaści, przerażone rozmiarami kryzysu rządy, a ściślej politycy, którym groziło zwolnienie z pracy, na czele z bankami centralnymi rzuciły się do ratowania gospodarek.

      To, że Polska w owym, czasie była „zieloną wyspą” było głównie zasługą zaniechania koncepcji ratowania i stosunkowo zdrowej polityki monetarnej, oddziedziczonej w spadku po Leszku Balcerowiczu.

      Począwszy od roku 2008, rządy najbardziej dotkniętych kryzysem krajów świata: USA, Japonii, a ostatnio także UE prześcigają się w stymulowaniu swych gospodarek, co sprowadza się do wspierania firm upadających przy pomocy środków pozyskanych z opodatkowania tych przedsiębiorstw, które sobie radzą. Nie trzeba być Einsteinem, aby dostrzec w tym zachętę do korupcji, a tym samym znamię upadku. Tym bardziej, że narzędzi służących do tego celu szukano w skompromitowanej teorii ekonomicznej, brytyjskiego filozofa, Johna M. Keynesa, w myśl której państwo ma pobudzać konsumpcję, gdyż jest ona (konsumpcja) źródłem dobrobytu.

Każde dziecko wie, że w trudnych sytuacjach tata nie pozwala na lody, mama zaś zamiast kupować nowy, przenicowuje stary żakiet. A także, żeby konsumować trzeba najpierw mieć co konsumować. Model Keynesa był jednak silniejszy od zdrowego rozsądku, stąd rozpoczął się festiwal poprawiania gospodarki, zamiast poprzez produkcje, poprzez stymulowanie konsumpcji.

Polegało to na wielokrotnym obniżaniu bazowych stóp procentowych; drukowaniu bilionów dolarów, za które banki centralne kupowały od rządu obligacje (długi), a nawet – jak to ma miejsce w Japonii i Chinach – akcje. Niektóre z rządów (Szwajcaria. Japonia, Niemcy, a ostatnio też część Unii Europejskiej) wprowadziły “strategię negatywnej rentowności” czyli ujemnych stóp procentowych. Mimo energii, z jaką działania te prowadzono, żadne z nich, nawet najbardziej radykalne, wzrostu gospodarczego nie przysporzyło.

Cdn.

opr. Jan M Fijor

[1] Akronim od wyrazów: no income, no job, no assets, charakteryzujący typowego kredytobiorcę z epoki upadku Lehman Brothers, amerykańskiego: bez dochodu, bez pracy i bez żadnych zasobów.

Zobacz również:

Zobacz również: