Konkurs

0

Drodzy Przyjaciele,

uprzejmie informujemy, że Liberland Publishing, oficyna wydawnicza Wolnej Republiki Liberlandu ogłasza konkurs na wytypowanie najciekawszych, najbardziej pożądanych tytułów literatury wolnościowej i libertariańskiej, jakie ukażą się w serii LIBERTY CANON. Osoby, które wytypują najtrafniej otrzymają cenne nagrody książkowe, w tym egzemplarze sygnowane  przez prezydenta Liberlandu, Vita Jedlickę. Zapraszamy!

Liberland Publishing

 

Ławnicy w USA i w Polsce

1

(tekst ten został napisany na konkurs Letniej Szkoły prof. Leszka Balcerowicza)

Polskie sądownictwo od lat boryka się z tymi samymi problemami. Można wśród nich wymienić przeciągające się procesy oraz postępujące upolitycznianie kadry sędziowskiej. Obie kwestie stanowią poważne wyzwania dla polskiej praworządności. W tej sytuacji warto rozważyć wprowadzenie reformy, która miałaby wpływ na obydwa zagadnienia. Takim rozwiązaniem byłoby zastąpienie funkcjonujących dzisiaj ławników instytucją ławy przysięgłych. Rozwiązanie takie stosuje się głównie w krajach anglosaskich, ale również w Belgii czy we Włoszech. W Polsce miałoby ono ogromny wpływ zarówno na niezwisłość sądów jak i na ostateczną długość rozpraw karnych.

Niezawisłość sądów kojarzona jest głównie z niezawisłością sędziów – sposobem ich wyboru, immunitetem i niezależnością finansową. O ile jest to faktycznie znacząca część tego zagadnienia, o tyle nie wyczerpuje go całkowicie. Można powiedzieć, że od niezależności sędziów jeszcze ważniejszy jest tutaj element społecznego udziału w sprawowaniu władzy sądownicznej. Taki udział, jak nic innego, zapewnia niezawisłość tej władzy.

W Polsce ten szczególnie istotny element ogranicza się do występowania instytucji ławników. Wybierani są oni na 4 lata przez rady gmin. Ich kandydatury mogą być zgłaszane przez obywateli lub organy państwowe. Niestety, wymagane jest poparcie co najmniej 50 osób z czynnym prawem wyborczym, co tylko ogranicza społeczną aktywność w tym obszarze. Ponadto zwykle brakuje chętnych na stanowiska ławników. Wśród kandydatów szczególnie mało jest ludzi młodych.[1]  Dodatkowo od 2005[2]  roku ławnicy uczestniczą tylko w rozprawach o zbrodnie. Skład stanowią wtedy jeden sędzia zawodowy i dwóch ławników, a w rozprawach o czyn zagrożony karą dożywotniego pozbawienia wolności: dwóch sędziów zawodowych i trzech ławników. Niestety, wszystkie inne sprawy karne rozpatrywane są wyłącznie przez jednego sędziego zawodowego. Poza tym w praktyce ławnicy, mimo praw przysługujących im na równi z sędziami zawodowymi, zajmują zwykle bierne stanowisko i niechętnie podejmują dyskusję.[3]

Tak zaprojektowana instytucja ławników niestety nie zapewnia wysokiego udziału społecznego w sprawowaniu władzy sądowniczej. Rozwiązaniem tego problemu byłoby zastąpienie ławników ławą przysięgłych. Po pierwsze, co do zasady, skład ławy przysięgłych nie może się powtórzyć. Tym samym, zamiast tych samych ławników wybieranych na kilkuletnie kadencje, polskie sądy doświadczałyby ciągłej wymiany elementu społecznego. Po drugie ława przysięgłych jest dużo bardziej odporna na naciski ze strony sędziów zawodowych. Z racji tego, że ci sami członkowie ławy przysięgłych nie pojawiają sie przed sądem w żadnym innym procesie, nie muszą oni dbać o swoje przyszłe interesy czy stosunki ze środowiskiem sędziowskim. Po trzecie, z racji swojej roli, ława przysięgłych nie może spychać obowiązku podejmowania decyzji na sędziów zawodowych, jak to się ma w przypadku większości ławników.

Ponadto wprowadzenie ławy przysięgłych miałoby znaczący wpływ na ostateczną długość rozpraw karnych. Po pierwsze, tradycyjnie, od wyroku uniewinniającego wydanego przez ławę przysięgłych nie przysluguje apelacja. Tym samym cały proces karny kończy się na sądzie pierwszej instancji. Po drugie ława przysięgłych może operować jedynie w trybie ‘trial’ polegającym na przeprowadzania procesu w kilka dni następujących po sobie. Tym samym całe postepowanie, od chwili oficjalnego rozpoczęcia, nie może trwać miesiącami lub nawet latami, jak to się zdarza obecnie.

Warto również zauważyć, że w polskim systemie administracyjno-prawnym nie ma strukturalnych przeszkód, które uniemożliwiłyby zastąpienie ławników ławą przysięgłych. Obecna Konstytucja nie określa formy społecznego udziału w sprawowaniu władzy sądowniczej.[4] Tym samym wystarczyłoby znieść instytucję ławników i pozostawić sądy w rozprawach karnych pod przewodnictwem jednego sędziego zawodowego. To on decydowałby o kwalifikacji prawej czynu i ewentualnym wymiarze kary. Oprócz tego należałoby wprowadzić ławę przysięgłych składającą się z 12 członków. Ci byliby wybierani losowo z  rejestru meldunkowego i decydowaliby o stanie faktycznym, wydając wyrok ‘winny’ lub ‘niewinny’, zgodnie z instrukcją co do stanu prawnego otrzymaną od sędziego. Rozwiązania z zakresu prawa pracy i rekompensaty za czas spędzony w sądzie, które istnieją dzisiaj, można by bezpośrednio zastosować do członków ław przysięgłych.

Istotny jest fakt, że instytucja ławy przysięgłych w Polsce nie byłaby całkowitą nowością. Zarówno Konstytucja Marcowa z 1921 roku,[5] jak i  kodeks postępowania karnego z 1928,[6] wprowadzały tzw. „sądy przysięgłych”. Zostały one ostatecznie zastąpione przez ławników dopiero przez rząd PRL,[7]  czerpiący inspirację z rozwiązań praktykowanych w Związku Radzieckim.[8]

Biorąc pod uwagę obecne problemy polskiego sądownictwa, warto rozważyć ponowne wprowadzenie instytucji ławy przysięgłych. Rozwiązałoby to, przynajmniej po części, problemy przeciągających się procesów oraz upolitycznienia sądów.

Kacper Zając (London School of Economics)

[1] J. Ruszewski (red), Ławnicy – społeczni sędziowie, Suwałki, 2011, s. 71

[2] DzU nr 112, poz. 766

[3] G. Arytmiak, M. Rogalski, Z. Sobolewski (red), Proces karny: część ogólna, Warszawa, Wolters Kluwer Polska, 2007, s.76

[4] Art. 182: „Udział obywateli w sprawowaniu wymiaru sprawiedliwości określa ustawa.”

[5] Art.83:  „Do orzekania o zbrodniach, zagrożonych cięższemi karami, i o przestępstwach politycznych będą powołane sądy przysięgłych. Czyny, podlegające sądom przysięgłych, organizację tych sądów i tok postępowania — określą szczegółowe ustawy.”

[6] Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 19 marca 1928 r. Kodeks postępowania karnego – art. 385 – 440

[7] Ustawa z dnia 27 kwietnia 1949 r. o zmianie prawa o ustroju sądów powszechnych.

[8] J. Ruszewski (red), Ławnicy – społeczni sędziowie, Suwałki, 2011, s. 67

Imigracja i jej znaczenie

0

Wraz z ustanowieniem państwa i określonych w terenie granic państwowych, „imigracja” nabiera zupełnie nowego znaczenia. W ładzie naturalnym imigracja to migracja osoby z jednej społeczności sąsiedzkiej do innej (mikromigracja). W warunkach państwowych natomiast imigracja to migracja „cudzoziemców” przez granice państwowe, a decyzję o tym, kogo wpuścić, a kogo wykluczyć i pod jakimi warunkami, podejmują nie liczni niezależni właściciele własności prywatnej lub osiedla złożone z takich właścicieli, ale pojedynczy, centralny (i centralizujący) rząd państwowy jako ostateczny suweren wszystkich mieszkańców i ich własności (makromigracja). Jeśli miejscowy właściciel zaprasza kogoś i zapewnia mu dostęp do swojej własności, ale rząd wyklucza tę osobę z terytorium państwa, jest to przypadek przymusowego wykluczenia (zjawiska nie występującego w ładzie naturalnym). Z drugiej strony, jeżeli rząd wpuszcza kogoś, choć żaden miejscowy właściciel nie zaprosił tej osoby na swoją posesję, jest to przykład przymusowej integracji (także nie istniejącej w ładzie naturalnym, gdzie wszelkie ruchy zależą od zaproszenia).

III

Aby uzmysłowić sobie znaczenie przejścia od zdecentralizowanego wpuszczania przez zbiorowość właścicieli posesji i związków właścicieli (mikromigracji) do scentralizowanego wpuszczania przez państwo (makromigracji), a w szczególności możliwość przymusowej integracji w warunkach istnienia państwa, trzeba najpierw pokrótce rozważyć państwową politykę migracji wewnętrznej. Na podstawie definicji państwa jako monopolisty terytorialnego w dziedzinie prawodawstwa i opodatkowania oraz założenia o „własnym interesie” można przewidzieć podstawowe cechy jego polityki.

Przede wszystkim można się spodziewać, że przedstawiciele państwa będą zainteresowani zwiększeniem (maksymalizacją) przychodów podatkowych i/lub rozszerzeniem zakresu legislacyjnego naruszania istniejących praw własności, ale będą mieli niewielki lub żaden interes w tym, by faktycznie robić to, co państwo rzekomo robić powinno: chronić właścicieli własności prywatnej i ich majątek przed wewnętrznym i zewnętrznym atakiem.

Dokładniej mówiąc, ponieważ podatki i legislacyjne naruszanie prawa własności prywatnej nie są dobrowolne, lecz spotykają się z oporem, państwo, by zagwarantować sobie władzę nakładania podatków i stanowienia praw, ma żywotny interes w zapewnieniu swoim przedstawicielom dostępu do każdego i całej własności na swoim terytorium. Żeby to osiągnąć, państwo musi przejąć kontrolę nad wszystkimi istniejącymi drogami prywatnymi (dokonać wywłaszczenia) i wykorzystać przychody z podatków do stworzenia nowych, dodatkowych, „publicznych” dróg, placów, parków i działek, aż każda posesja prywatna będzie graniczyć lub zostanie otoczona gruntami i drogami publicznymi.

Wielu ekonomistów argumentowało, że istnienie dróg publicznych wskazuje na niedoskonałość naturalnego, wolnorynkowego ładu. Według nich wolny rynek wytwarza za mało tak zwanych publicznych dóbr w postaci dróg; finansowane z podatków drogi publiczne eliminują ten mankament i polepszają ogólną wydajność gospodarczą (ułatwiając przemieszczanie się i handel pomiędzy regionami oraz obniżając koszty transakcji). Jest to oczywiście naiwne spojrzenie na sytuację11.

Wolne rynki wytwarzają drogi, choć bardzo możliwe, że inne i w mniejszej ilości niż państwo. Z perspektywy ładu naturalnego zwiększona produkcja dróg w warunkach państwa nie stanowi poprawy, ale „nadprodukcję”, a dokładniej „błędną produkcję”. Drogi publiczne nie są po prostu niewinnym ułatwieniem dla wymiany pomiędzy regionami. Po pierwsze i najważniejsze, ułatwiają opodatkowanie i kontrolę państwa, po drogach publicznych bowiem rządowi poborcy podatkowi, policja i wojsko mogą dotrzeć bezpośrednio na próg każdego domu12.

Ponadto drogi i działki publiczne prowadzą do zniekształcenia i sztucznego przełamania grupowania i rozdzielania przestrzennego charakterystycznych dla ładu naturalnego. Jak wyjaśniono powyżej, istnieją powody do bliskości i otwartości, ale są też powody, by utrzymywać fizyczny dystans i separację od innych. Nadprodukcja dróg, do jakiej dochodzi w warunkach państwa, oznacza z jednej strony, że różne społeczności zaczynają być bliżej, niż by chciały (o czym świadczy okazana preferencja), ale z drugiej strony, że jedna, spójna wspólnota zostaje rozczłonkowana i rozbita przez drogi publiczne13.

Co więcej, przy szczególnym założeniu państwa demokratycznego można dokonać jeszcze dokładniejszych przewidywań. Niemal z definicji terytorium państwa rozciąga się na wiele różnorodnych społeczności etnokulturowych, a wobec regularnych wyborów powszechnych można się spodziewać, że rząd państwa zajmie się polityką redystrybucyjną14. Na etnokulturowo mieszanym terenie oznacza to rozgrywanie przeciwko sobie poszczególnych ras, plemion, grup językowych czy religijnych; jednych klas w ramach którejkolwiek z tych grup przeciw innym (bogatych przeciw biednym, kapitalistów przeciw pracownikom itd.); a w końcu matek przeciwko ojcom i dzieci przeciwko rodzicom. Skutkuje to złożoną i zróżnicowaną redystrybucją dochodu i bogactwa. Dochodzi na przykład do prostych transferów od jednej grupy do drugiej. Redystrybucja ma jednak także aspekt przestrzenny. W dziedzinie stosunków przestrzennych znajduje wyraz w jeszcze bardziej wszechogarniającej sieci antydyskryminacyjnych reguł „akcji afirmatywnej” narzuconych właścicielom własności prywatnej.

Prawo właściciela do wykluczenia innych ze swojej własności to środek, dzięki któremu może uniknąć szkód: wydarzeń, które obniżają wartość jego własności. Poprzez nieprzerwany potok przepisów o redystrybucji państwo demokratyczne pracuje bez wytchnienia, by nie tylko pozbawić swoich obywateli wszelkiej broni, ale też odebrać właścicielom posesji mieszkalnych ich prawo wykluczania, tym samym okradając ich w znacznej mierze z bezpieczeństwa osobistego i fizycznego. Właściciele majątku komercyjnego, takiego jak sklepy, hotele i restauracje, nie mogą już wykluczać ani ograniczać dostępu wedle woli. Pracodawcy nie mogą już zatrudniać ani zwalniać kogo zechcą. Na rynku mieszkaniowym właściciele nie mają już prawa wykluczenia niechcianych lokatorów. Ponadto zamknięte grupy są zmuszone do przyjmowania członków i działania wbrew własnym zasadom i regulacjom. Krótko mówiąc, wymuszona integracja staje się wszechobecna, czyniąc wszystkie aspekty życia coraz bardziej niecywilizowanymi i nieprzyjemnymi15.

Przedstawiwszy tło w postaci polityki wewnętrznej państwa, możemy powrócić do zagadnienia imigracji w warunkach jego istnienia. Mamy już jasność, co oznacza wpuszczanie ludzi przez państwo. Nie tylko odbywa się w sposób scentralizowany; wpuszczając kogoś na swoje terytorium, państwo pozwala mu także przemieszczać się po publicznych drogach i gruntach aż po próg dowolnego z mieszkańców, wykorzystywać wszystkie placówki i usługi publiczne (takie jak szpitale i szkoły), mieć dostęp do każdego przedsiębiorstwa komercyjnego, pracy i mieszkania, pod ochroną licznych praw zakazujących dyskryminacji16.

W niniejszej rekonstrukcji brakuje tylko jednego elementu. Dlaczego imigracja miałaby kiedykolwiek przysporzyć problemów państwu? Kto chciałby migrować z obszaru ładu naturalnego na teren państwowy? Teren państwowy wykazywałby tendencję do utraty mieszkańców, zwłaszcza najbardziej produktywnych poddanych. Przyciągałby tylko potencjalnych odbiorców państwowej pomocy społecznej (których przyjęcie wzmocniłoby jeszcze bardziej trend emigracji). Jeśli już, to emigracja stanowi dla państwa problem. W rzeczy samej, instytucja państwa to powód emigracji; jest wręcz najważniejszą czy nawet jedyną przyczyną współczesnych migracji masowych (której skutki są dotkliwsze i bardziej wyniszczające niż w przypadku jakiegokolwiek huraganu, trzęsienia ziemi czy powodzi, porównywalne jedynie z rezultatami migracji w czasie epok lodowcowych).

Nie uwzględniliśmy dotąd założenia o podziale całej Ziemi pomiędzy zbiór państw (braku ładu naturalnego gdziekolwiek). W takiej sytuacji kiedy jedno państwo wywoła masową emigrację, inne stanie przed wyzwaniem masowej imigracji; masowe ruchy populacji będą przebiegać w ogólnym kierunku od terenów, gdzie państwa wyzyskują (wywłaszczają prawnie i opodatkowują) swoich poddanych bardziej (wobec czego zwykle mniej jest bogactwa), do terenów, gdzie państwa wyzyskują mniej (a bogactwa jest więcej).

W końcu dotarliśmy do stanu obecnego, w którym świat zachodni – Europa Zachodnia, Ameryka Północna i Australia – mierzy się z całym szeregiem powodowanych przez państwa masowych migracji z całej reszty świata. Co można zrobić w takiej sytuacji?

Z czystego egoizmu państwa nie przyjmą polityki „otwartych granic”. Gdyby tak zrobiły, napływ imigrantów szybko przybrałby takie proporcje, że załamałyby się krajowe systemy pomocy społecznej. Z drugiej strony zachodnie państwa socjalne nie powstrzymują dziesiątek czy nawet setek tysięcy (a w przypadku Stanów Zjednoczonych dobrze ponad miliona) nieproszonych cudzoziemców rocznie od wkroczenia na ich terytoria i osiedlenia się. Co więcej, jeśli chodzi o imigrację legalną (a nie tolerowaną nielegalną), zachodnie państwa socjalne przyjęły niedyskryminującą politykę „akcji afirmatywnej”. Oznacza to, że ustanawiają maksymalny cel imigracyjny, a następnie przydzielają kwoty poszczególnym krajom lub regionom pochodzenia emigrantów, bez względu na to jak bardzo podobne lub niepodobne są one pod względem etnokulturowym. Tym samym pogłębiają jeszcze bardziej problem przymusowej integracji. Zwykle pozwalają też na wstęp „otwartej” (nieokreślonej) liczbie „uchodźców politycznych” – zatwierdzonych przez rząd grup „ofiar” (z wykluczeniem innych, „politycznie niepoprawnych” ofiar)17.

W świetle tej niepopularnej polityki można się zastanawiać nad motywami jej prowadzenia. Biorąc jednak pod uwagę naturę państwa, nietrudno odkryć uzasadnienie. Państwa, jak wspomniano wyżej, promują także przymusową integrację wewnętrzną. Wymuszona integracja to sposób rozbicia wszystkich pośrednich instytucji i hierarchii społecznych pomiędzy państwem a jednostką, takich jak rodzina, klan, plemię, społeczność i Kościół oraz ich wewnętrznych warstw i stopni władzy. Poprzez przymusową integrację jednostki są izolowane (atomizowane), a ich zdolność oporu wobec państwa osłabiona18.

W myśl „logiki” państwa solidna dawka obcej inwazji, zwłaszcza z dziwnych i odległych miejsc, uznawana jest za wzmacniającą tę tendencję. Obecna sytuacja dostarcza szczególnie dobrej okazji do takiego działania, jako że zgodnie z wrodzoną tendencją państwa i etatyzmu w ogóle do centralizacji, promowaną tu i teraz przede wszystkim przez Stany Zjednoczone jako jedyne wciąż istniejące supermocarstwo, świat zachodni – a dokładniej neokonserwatywno-socjaldemokratyczne elity kontrolujące rządy w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej – zaangażowany jest w tworzenie państw ponadnarodowych (takich jak Unia Europejska), a w końcu jednego państwa światowego. Państwowe, regionalne czy wspólnotowe zrzeszenia są głównymi częściami składowymi służącymi do tego celu. Mocna dawka nieproszonych cudzoziemców i narzuconego przez rząd multikulturalizmu obliczona jest na dalsze osłabienie i, ostatecznie, zniszczenie tożsamości narodowych, regionalnych i wspólnotowych, by wypromować cel jedynego porządku świata pod przywództwem Stanów Zjednoczonych i nowego „człowieka uniwersalnego”19.

Hans Hermann Hoppe, Wielka fikcja, Fijorr Publishing, Warszawa 2014.

11  Na temat błędów w teorii dóbr publicznych zob. M.N. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku, op. cit.; H.‑H. Hoppe, A Theory of Socialism and…, op. cit., rozdz. 10; na temat dróg zob. przede wszystkim W. Block, Public Goods and Externalities: The Case of Roads, „Journal of Libertarian Studies” 7, nr 1 (1983).

12  Nawet słynne drogi starożytnego Rzymu były zwykle postrzegane jako utrapienie, a nie korzyść, ponieważ zasadniczo stanowiły szlaki wojskowe, a nie handlowe. Zob. M. Weber, Soziologie, Weltgeschichtliche Analysen, Politik, Stuttgart: Kroener 1964, s. 4.

13  Zob. E. Banfield, The Unheavenly City Revisited, Boston: Little, Brown 1974.

14  Na temat praktycznej niemożliwości demokracji (rządów większości) w państwach wielonarodowych zob. L. von Mises, Nation, State, and Economy, New York: New York University Press 1983.

15  Zob. także M.N. Rothbard, Marshall, Civil Rights and the Courts, [w:] The Irrepressible Rothbard, red. L.H. Rockwell, Jr., Burlingame: Center for Libertarian Studies 2000, s. 370–377; M. Levin The President as Social Engineer, [w:] Reassessing the Presidency, red. J.V. Denson, Auburn: Ludwig von Mises Institute 2001, s. 651–666.

16  Jak wyjaśnia M.N. Rothbard, „gdyby każda działka w kraju była własnością jakiejś osoby, grupy lub korporacji, oznaczałoby to, że żaden imigrant nie mógłby przyjechać bez zaproszenia i zgody na wynajęcie lub zakup posiadłości. Kraj całkowicie sprywatyzowany byłby tak zamknięty, jak życzyliby sobie tego poszczególni mieszkańcy właściciele. Wydaje się zatem jasne, że reżim otwartych granic istniejący de facto w Stanach Zjednoczonych w istocie oznacza wymuszenie otwartości przez scentralizowane państwo, państwo zarządzające wszystkimi ulicami i terenami publicznymi, nie odzwierciedlając pragnień właścicieli”; Nations by Consent: Decomposing the Nation-State, „Journal of Libertarian Studies” 11, nr 2 (1994), s. 7.

Na temat imigracji do Stanów Zjednoczonych zob. P. Brimelow, Alien Nation: Common Sense About Americaʼs Immigration Disaster, New York: Random House 1995; G.J. Borjas, Friends or Strangers: The Impact of Immigrants on the U.S. Economy, New York: Basic Books 1990; idem, Heavenʼs Door: Immigration Policy and the American Economy, Princeton: Princeton University Press 1999.

17  Na ogół oficjalnemu, „politycznemu” masowemu mordercy, na przykład socjalistycznemu dyktatorowi obalonemu przez jakiegoś innego, łatwiej uzyskać wstęp do krajów Zachodu niż (jego) „prawdziwym” ofiarom.

Choć to, kto zalicza się do ofiar, zmienia się wraz z polityczną modą, w zachodniej polityce azylu względnie stałym elementem pozostaje preferencja dla imigracji Żydów (i wykluczenie imigrantów nieżydowskich). W Stanach Zjednoczonych na przykład, zgodnie z długą tradycją Żydzi z byłego Związku Sowieckiego kwalifikują się jako „ofiary”, a zwykli Rosjanie czy Ukraińcy nie. By nie pozostać w tyle, Niemcy przyjmują obecnie każdego rosyjskiego Żyda, który zapragnie prawa wjazdu, ale wykluczają wszystkich innych Rosjan jako nie-ofiary. W konsekwencji popyt na azyl w Niemczech pośród rosyjskich „Żydów”, spośród których dwie trzecie utrzymuje się z „publicznej” opieki społecznej, wzrósł do takiego poziomu, że Centralny Komitet Żydowski w Niemczech zażądał od niemieckiego rządu (z powodzeniem) „testowania” żydostwa kandydatów. Test jest zasadniczo taki sam jak ten zastosowany przez Narodowych Socjalistów w niesławnych ustawach norymberskich z 1934 roku, oparty z kolei na oficjalnych wymogach religijnych ortodoksyjnego judaizmu. Izrael natomiast, określający się jako „państwo żydowskie”, praktycznie zabrania imigracji nie-Żydom (pozwalając przy tym wszystkim Żydom z całego świata przyjechać na podstawie Prawa Powrotu z pełnym obywatelstwem). Dziewięćdziesiąt dwa procent ziemi w Izraelu należy do państwa i znajduje się pod zarządem Żydowskiego Funduszu Narodowego. Na mocy jego regulacji nikt poza Żydami nie ma prawa mieszkać, otwierać interesów, a często także i pracować na tych terenach. Żydom wolno wynajmować od nie-Żydów, ale nie na odwrót. Zob. I. Shahak, Jewish History, Jewish Religion, London: Pluto Press 1994, zwłaszcza rozdz. 1.

18  Zob. także R.A. Nisbet, Community and Power, New York: Oxford University Press 1962; idem, Conservatism, Minneapolis: University of Minnesota Press 1986.

19  Zob. sumaryczne przedstawienie światopoglądu neokonserwatywnego: F. Fukuyama, The End of History and the Last Man, New York: Avon Books 1993; w kwestii krytyki neokonserwatystów i ich programu zob. Paul Gottfried, The Conservative Movement, New York: Twayne Publishers 1993; idem, After Liberalism, Princeton: Princeton University Press 1999. Zob. także błyskotliwe omówienie tematu masowej imigracji i zachodniego państwa socjalnego: J. Raspail, The Camp of the Saints, New York: Charles Scribnerʼs Sons, 1975.

American Way?

0

Jedynym gwarantem racjonalnej reformy sądownictwa jest całkowita prywatyzacja systemu wymiaru sprawiedliwości. Tylko prywatny system, konkurujących ze sobą i niezawisłych od polityków sądów, jest w stanie zapobiec podstawowemu mankamentowi współczesnych systemów wymiarów sprawiedliwości, w wyniku którego – w sporach między obywatelem a państwem – to ostatnie jest sędzią we własnej sprawie.

W oczekiwaniu na ideał

W zetatyzowanym świecie zdominowanym przez model „państwa opiekuńczego”  perspektywa odebrania państwu władzy nad sądownictwem, bo do tego sprowadza się prywatyzacja systemy wymiaru sprawiedliwości, wciąż wydaje się utopią. Dlatego jedynym w miarę racjonalnym i sprawiedliwym rozwiązaniem wydaje się system amerykański ,w którym prokuratorzy i sędziowie wybierani są w wyborach powszechnych.

W trakcie ostatnich zmagań nad reformą sądownictwa, pomysł sięgnięcia po rozwiązanie amerykańskie zgłaszali m.in. posłowie ugrupowania Kukiz 15, Jakub Kulesza i Jacek Wilk. O takim rozwiązaniu piszą od dłuższego czasu publicyści Partii Wolność i libertarianie. Są to wciąż głosy wołających na puszczy. W przekonaniu przeciętnego obywatela państwo jest jedynym antidotum na niesprawiedliwość i gwarantem wolności. Najlepszy dowód, że w ćwierć wieku po fiasku realnego socjalizmu, odżywa w Polsce tęsknota za super-państwem, super-władzą i super – nacjonalizacją.

Mimo iż system amerykański zgodny jest w zgodzie z paradygmatem demokracji, a nawet z intuicyjnym pojęciem sprawiedliwości, wspomniane propozycje nie spotkały się – jak dotąd – z zainteresowaniem gremiów prawników czy innych autorytetów. Propozycje poddania stanowisk prokuratorskich i sędziowskich weryfikacji demokratycznego elektoratu zbywany są enigmatycznych komentarzem, że „Polska to nie Ameryka”, albo, że „nawet Amerykanie nie są ze swego systemu zadowoleni”. Zrozumieć można intencje polityków, którzy chcą położyć łapę na wszystkim i wszystkich, ale dlaczego wolnych wyborów sędziów i prokuratorów nie chcą sami zainteresowani?

Przecież w odpowiedzi na ewentualne zagrożenie niezawisłości sędziów, Krajowa Rada Sądownicza, a nawet opozycja polityczna mogły zgłosić postulat wybierania sędziów w wyborach powszechnych. To byłaby mocna alternatywa wobec monopolistycznej koncepcji PiS. Dlaczego zatem jej nie zgłosili?

Wątpliwości

Najczęściej powtarzanym argumentem przeciwko powszechnym wyborom sędziów i prokuratorów jest to, że sami Amerykanie mają w tej kwestii wątpliwości. Czy trudno się dziwić polskim autorytetom prawnym, skoro procedurę powszechnych wyborów sędziów i prokuratorów krytykują prawnicy z USA? Znany chicagowski adwokat, David Novoselsky, jest zdania, że demokratyzacja wyborów na sędziów, to złudzenie:

– Który z wyborców ma czas i ochotę, by analizować postawę moralną, intelektualną i profesjonalizm kilku tuzinów kandydujących na urząd prawników?

Podobne wątpliwości ma wielu innych prawników. Mają je sędziowie.

Podczas ostatniego głosowania, w listopadzie 2016, na stanowiska sędziów i prokuratorów w stanie Illinois (populacja 12,8 mln ludzi) kandydowało ok. 90 osób. Samo przejrzenie listy kandydatów zabiera dwie godziny. Do tego dochodzą: CV kandydatów, opinie na ich temat ze strony środowiska prawniczego, obywatelskiego, komentarze medialne, doświadczenie i dorobek życiowy, życiorys polityczny i wiele innych charakterystyk, które należy brać pod uwagę przy wyborze należytego kandydata. Bez nich racjonalny wybór jest niemożliwy, skutkiem czego zaznaczenie tego, czy innego kandydata jest dla większości wyborców kwestią przypadku lub powierzchownej oceny. I tak się dzieje w odniesieniu do ogromnej większości normalnych, żeby nie powiedzieć przeciętnych kandydatów. Wyborcy chętnie wybierają kandydatów normalnych, miłych, sympatycznych itp. uważając, że taka osoba na urzędzie krzywdy im nie zrobi.

Pod tym względem wybory sędziów czy prokuratorów nie różnią się wiele od wyborów posłów, wojewodów, radnych a nawet prezydentów. Różnice pojawiają się dopiero wtedy, gdy kandyduje ktoś „szczególny”, a więc ktoś, kto może coś w naszym życiu NAPRAWDĘ zmienić. Wtedy zaczynamy się zastanawiać, czy takiego kogoś bardzo na danym stanowisku chcemy, czy wolimy, aby go na nim n ie było. W takiej sytuacji wyborcy angażują się po stronie kandydata, albo przeciwko niemu. Tworzą grupy poparcia, albo kandydata bojkotują. Mamy do czynienia z sytuacją aktywnego zaangażowania się obywateli, a tylko w takich warunkach można mówić, że wybór publiczny przyczynia się do wzrostu użyteczności, czyli do poprawy sytuacji.

Skoro więc uważamy, o czym nam rządzący chętnie przypominają, że wybór posła, wojewody czy radnego to wyraz woli suwerena, równie dobrze możemy uważać, że wyrazem woli suwerena jest wybór sędziego czy prokuratora. Możemy tych ludzi wybrać sami, bez pośrednictwa polityków. Jeśli ktoś, mimo wszystko obawia się, że takie głosowanie jest zbyt upolitycznione, w oczekiwaniu na prywatyzację i prawdziwą reformę wymiaru sprawiedliwości, można nakazać kandydatom na wybieralny urząd sędziego czy prokuratora, by powstrzymali się od afiszowania swych preferencji politycznych. Amerykanie tak robią i ich system wymiaru sprawiedliwości może być wzorem do naśladowania.

Jan M Fijor

www.menger.pl

Liberalizm – ulubiony chłopiec do bicia

0

Począwszy od swego wyboru, to jest od 2013 roku, papież Franciszek wielokrotnie już atakował w swych homiliach koncept zwanych przez niego “liberalnym indywidualizmem” czy “neoliberalizmem”.  W zeszłotygodniowym oświadczeniu Papieskiej Akademii Nauk Społecznych Franciszek odnowił swe ataki, ujawniając przy ich okazji wiele swych politycznych uprzedzeń i fałszywych założeń. Taka linia ataku datuje się niemal od początku pontyfikatu Franciszka.W 2013 roku potępił teorie ekonomiczne odwołujące się do wzrostu gospodarczego i zachęcające do wolnego rynku, który „nieuchronnie doprowadzi do większej sprawiedliwości i integracji na świecie …”. Papież wielokrotnie sugerował, że jego zdaniem, ​​rynki finansowe są w zasadzie nieuregulowane i że w wielu krajach świata dominują reżymy zwolenników leseferyzmu i państwa minimum. Wszystkie te twierdzenia można łatwo obalić empirycznie. Nie ulega bowiem wątpliwości, że sektor finansowy należy do najsilniej uregulowanych na świecie, zaś rządy najbogatszych krajów świata – w tym Stanów Zjednoczonych – wydają na programy socjalne około jednej piątej swego PKB.

 

Na samą tylko opiekę zdrowotną – nie na cele prywatne, pamiętajmy, lecz rządowe – administracja amerykańska, a więc kraju stanowiącego jakby nie było względny bastion myśli „wolnorynkowej”, jak chodzi o wydatki zajmuje czwarte miejsce w świecie.

Świat wyobraźni papieża

Papież ma tendencję do posługiwania się różnymi, łatwo falsyfikowalnymi i empirycznie fałszywymi tezami. Twierdzi, przykładowo, że biedni tego świata są coraz biedniejsi, podczas gdy wszystkie dostępne dane wskazują dokładnie odwrotnie: w najuboższych regionach świata spadają wskaźniki śmiertelności niemowląt, rośnie odsetek ludzi umiejących czytać i pisać, podobnie jak i dostęp do czystej zdrowej wody.

Ta jasne, że każdy prawy duchowny chrześcijański, wzywa – rzecz jasna – swoich wiernych, by zwracali więcej uwagi na los ubogich, namawiając ich do zwiększenia nakładów na dobroczynność, jednakże w swych próbach odwoływania się do popularnych ideologii politycznych papież Franciszek zdradza głęboką nieznajomość podstawowych faktów dotyczących tendencji rozwojowych gospodarek świata.

Po ostatnim ataku na poglądy „liberalno-indywidualistyczne” papież pokazał, że nie rozumie nawet ideologii, które atakuje. W mówieniu o nich odwołuje się do złudzeń i stereotypów, które najprościej opisać jako liberalizm leseferystyczny, czy po prostu liberalizm. Papież wyobraża sobie, że libertarianizm jest dziś ideologią dominującą i dlatego pod jej adresem rzuca swoje oskarżenia. Franciszek widzi w libertariańskim indywidualizmie zagrożenie wysokiej kultury i edukacji – zarówno w uczelniach, jak i w szkołach. Ma się to przejawiać w fałszywie postrzeganym paradygmacie minimalizacji wspólnego dobra, poprzez propagowanie w społeczeństwie ideału „życia w dobrobycie”, „dobrego życia” i wywyższania egoistycznych zasad proponujących iluzję „pięknego świata”.

Skoro indywidualizm utrzymuje, że tylko jednostka nadaje wartość rzeczom i relacjom międzyludzkim, więc to jednostka decyduje o tym, co jest dobre, a co złe. Modny dziś libertarianizm głosi, że dla ustanowienia wolności i indywidualnej odpowiedzialności powinniśmy uciekać się do „samozatrudnienia”.

– Tym samym – mówi papież – libertariański indywidualizm neguje zasadę dobra wspólnego, ponieważ z jednej strony zakłada, że ​idea „wspólnoty” zawęża wolność jednostek, z drugiej zaś, implikuje że pojęcie „dobra” pozbawia ją prawa do wolności.

Ach, więc to tak? Libertarianizm opanował uniwersytety i szkoły! Na każdym kroku, artyści i intelektualiści przypominają  nam o cnotach libertarianizmu. „Wysoka kultura” jest dziś przesycona ideologią libertariańską – mówi nam Franciszek. To jasna, że papież Franciszek nie trzyma już ręki na pulsie współczesnych środowisk akademickich, dlatego wie na ich temat bardzo niewiele. Gdyby było inaczej, nie mówiłby przecież, że libertarianizm jest tak popularny.

Spójrzmy na to, w co Franciszek zdaje się wierzyć i jak charakteryzuje współczesne ideologie: libertariańska myśl pociąga za sobą odrzucenie dobra wspólnego i pozbawia człowieka przekonania, że „poza wolnym rynkiem” istnieje jednak „dobre życie „. Franciszek twierdzi, że zdaniem libertarian, w „strukturze wspólnotowej” nie ma żadnej wartości; że odrzucają oni ideę” wspólnoty „, ponieważ ogranicza ona wolność przynajmniej niektórych ludzi.

„Homo Economicus” a pozory „skrajnego indywidualizmu”

      W swojej krytyce Franciszek powtarza wytarte, znane od lat lewicowe punkty widzenia, polegające na komiksowym upraszczaniu libertarianizmu. W swoim spojrzeniu na liberalizm, Franciszek postępuje tak, jak robiło to przez lata czyniło wielu krytyków chrześcijaństwa. Przykładowo, C.S Lewis pisał pod adresem niektórych krytyków chrześcijaństwa, że „ludzie ci stworzyli wersję chrześcijaństwa odpowiednią dla dziecka w wieku sześciu lat i sprawili, że stała się ona obiektem ich ataku”. Francis stosuje podobną retorykę, chociaż w innym celu.

       Upodabnia się w tym do George’a Monbiot z The Guardian, który też zajmuje się atakami na liberalizm, oskarżając go o wszystkie bolączki ludzkości, od biedy po samotność. Liberalizm odpowiedzialny jest za zniszczenie wszystkich ludzkich wartości i sprowadzenie istoty ludzkie do bezdusznej jednostki kapitału. Znaczna część tych poglądów znalazła swe źródło w przekonaniu, że ideologia ta postrzega wszystkich, jako maszynki do maksymalizowania zysku, zwane „homo oeconomicus”.

Oto co pisze Monbiot:

Dominująca dzisiaj ideologia [liberalizm] opiera się na kłamstwie. W rzeczywistości na wielu kłamstwach, skupię się jednak tylko na jednym z nich. Mianowicie, na stwierdzeniu, że wszyscy jesteśmy przede wszystkim zainteresowani swoim własnym, egoistycznym interesem – staramy się zwiększyć bogactwo i moc, nie zwracając (prawie) uwagi na to, jaki będzie to miało wpływ na życie innych. Niektórzy ekonomiści do opisu takiego stanu bycia używają terminu: Homo eoconomicus albo człowiek samomaksymalizujący się. Koncepcja ta  sformułowana została przez J S Milla, jako eksperyment myślowy. Wkrótce stała się narzędziem modelującym nasze życie. Potem wręcz ideałem, do którego mamy dążyć.

Problemem, zarówno dla Monbiota, jak i dla papieża Franciszka, jest to, że obaj zakładają, iż idea „homo oeconomicus” będąca jakoby wzorcem postępowania była zawsze tematem zastępczym, nie mającym nic wspólnego z wolnym rynkiem i ideologią liberalną. Zwraca na to uwagę arcyliberał, Ludwig von Mises, pisząc w swym magnus opus „Ludzkie działanie”, że „fundamentalnym błędem ekonomistów jest interpretowanie ekonomii jako systemu zachowań idealnego homo oeconomicus”. Zgodnie z doktryną tradycyjnej czy jak kto woli ortodoksyjnej ekonomii, nauka ta nie zajmuje się zachowaniem działającego człowieka, tak jak naprawdę działa, lecz fikcyjnym lub hipotetycznym jego wizerunkiem. Człowiek napędzany jest w niej wyłącznie motywami „ekonomicznymi”, to jest pragnieniem osiągnięcia jak największego zysku materialnego lub pieniężnego.

– Takich istot – pisze Mises – w rzeczywistości nie ma i nigdy nie było. To są fantomy fałszywej filozofii wydumanej przez fotelowych myślicieli. Żaden człowiek nie jest zmotywowany wyłącznie pragnieniem stania się najbogatszym. Wielu ludzi (koronnym przykładem jest tu sam Mises) ten nędzny motyw w ogóle nie rusza. Bezsensowne jest zatem odwoływanie się w życiu czy historii do tak marnego konceptu człowieczka. Żaden wnikliwy myśliciel liberalny – włącznie z Misesem – nie miał wątpliwości co do tego, że istota ludzka ma motywacje i wartości wykraczające daleko poza rynki; że nikt nie jest – i nie powinien być – zmotywowany wyłącznie pragnieniem maksymalizacji zysku.

W świecie rzeczywistym społeczeństwo jest bardziej zróżnicowane i złożone. Kultura, religia, tożsamość etniczna, język i szereg innych zmiennych funkcjonuje poza rynkami, i żaden poważny przedstawiciel liberalizmu nie uważa, iż w drodze do osiągnięcia zysku pieniężnego, należy zignorować czy ograniczyć czynniki wpływające na wartości ludzkie. Liberalizm nigdy nie był w konflikcie z zasadami natury ludzkiej czy społeczeństwa.  Tymczasem, dla takich antyrynkowych ideologów, jak Monbiot czy papież Franciszek, jest on doktryną, która dyktuje, jak każdy z nas powinien żyć, czyniąc z ludzi istoty samotne i zrozpaczone.

I dalej, pisze Monbiot:

(…)  Ta samotność ma wiele przyczyn,, jednakże ta podstawowa przyczyna jest wszędzie taka sama: ludzie, uspołecznione ssaki, których mózgi są połączone z mózgami innych ludzi, zaczynają się od siebie odrywać. Dużą rolę odgrywają w tym procesie zmiany gospodarcze i technologiczne, a także ideologia. Mimo, że nasze dobre samopoczucie nierozerwalnie wiąże się z życiem innych, powtarza nam się wszędzie, że tym, co nam w życiu pomoże jest przewaga konkurencyjna, egoistyczny interes i skrajny indywidualizm(…)

Jest to wariant tego, co twierdzi papież Franciszek, mianowicie, że ​​dla liberalizmu idea „dobrego życia” poza działalnością rynkową nie istnieje. I znowu mamy tu do czynienia z karykaturą liberalizmu, jako „ekstremalnego indywidualizmu”. Wywodzi się ona prawdopodobnie z wrodzonego niezrozumienia różnicy między indywidualizmem metodologicznym a indywidualizmem w praktyce.

Kto, jak kto, ale katolicki duchowny, jakim jest Franciszek, nie powinien takiego błędu popełniać, gdyż to właśnie filozofowie i teologowie katoliccy byli pionierami nurtu podkreślającego rolę jednostki. Teologia chrześcijańska jest ściśle związana z pojęciem osobistego związku człowieka z Bogiem; to właśnie osoba ludzka jest odpowiedzialna za własne wybory moralne. Wiele odmian liberalizmu, które w dużym stopniu wywodzą się z chrześcijańskich idei indywidualizmu i moralności, posługuje się podobną formą  indywidualizmu metodologicznego, przyjmując za fakt, że tylko jednostki dokonują wyborów. Ponadto istoty ludzkie czerpią swe prawa ze statusu indywidualnych osób, a nie jako członków grupy, czy to etnicznej czy państwa. Nikt jednak nie sugeruje, że ludzie muszą być w swym sposobie życia indywidualistyczni, albo że odrzucają ideę życia we wspólnocie.  Wszak życie w dużej rodzinie, w ramach gminy czy mieszkanie w gęsto zaludnionym osiedlu miejskim jest całkowicie zgodne z ideami liberalizmu.

Tym, co dla liberałów najważniejsze jest to, by decyzje o upragnionym sposobie życia były podejmowane w sposób wolny, dobrowolny i bez użycia siły. Człowiek oddający swe dobra, aby żyć w odosobnieniu w klasztorze nie popełnia żadnego wykroczenia. Liberalizm nie sprzeciwia się prawu oferowania potrzebującym wolnego pokoju i wyżywienie czy będą nimi obcym, czy członkowie rodziny. Nie ma takiej działalności, czy to grupowej, czy indywidualnej, która byłaby przez liberalizm zakazana, o ile jej uczestnicy współpracują ze sobą swobodnie i dobrowolnie.

Zaatakowany przez Monbiota za „neoliberalizm”, Mises, twierdził, że jednostki spotykają się w celu osiągnięcia wspólnych celów. W „Ludzkim działaniu” pisze, że ​​”każde działanie, w którym jednostka zastępuję indywidualny cel poprzez działanie wspólne na rzecz pojedynczych osób, powoduje natychmiastową i rozpoznawalną poprawę jego warunków”.

I dalej: korzyści płynące z pokojowej współpracy są uniwersalne. Przynoszą one każdemu pokoleniu natychmiastowe korzyści, ponieważ to, co jednostka musi poświęcić dla dobra społeczeństwa, jest w dużym stopniu kompensowane przy pomocy większych korzyści, jakie z tego tytułu osiąga. Wspólne życie i poszukiwanie „wspólnego dobra” w imię solidarności z innymi ma wiele korzyści, tak materialnych, jak i innych. Poza nielicznymi antyspołecznymi mizantropami, których trudno przypisać do jakiejkolwiek konkretnej ideologii, nikt tego w praktyce nie zaprzecza.

Więc gdzie jest to, inspirowane przez liberalizm, odrzucenie wspólnoty i wspólnego dobra, które rzekomo opanowało glob, o jakie Franciszek oskarża liberalizm? Coś takiego po prostu nie istnieje. Jeśli papież Franciszek chce zidentyfikować instytucje, które rodzą konflikty, ubóstwo, wojnę i rozpad społeczny, zrobiłby dobrze, gdyby zaczął więcej zwracać uwagi na państwa, banki centralne i globalną maszynę przymusu i wojny, które działają, by zatrzymać, a nawet cofnąć postęp osiągany każdego dnia dzięki wymianie rynkowej i innym pokojowym i dobrowolnym formom współpracy między ludźmi!

Ryan McMaken

mises.org (4 V 2017)

 

 

Licytacja skradzionych dóbr

0
W dalszym ciągu żaden polityk, czy to liberał, socjalista czy prawicowiec nie odważy się zająknąć, że państwo swoich pieniędzy nie ma i to co rozda Iksowi, zabierze (a właściwie skradnie) Ygrekowi. 

Oto ciekawy tekst na ten temat.

Platformę ciężko było uznać za ugrupowanie wolnorynkowe, do czasu ostatnich wyborów starała się ona kreować – przynajmniej w konfrontacji z PiS-em – na tę partię, która bardziej tego typu rozwiązaniom sprzyja. Teraz jednak zmieniono kierunek, bowiem to PO rzuca na stół bardziej rozdawnicze propozycje niż Prawo i Sprawiedliwość.

Rozmaite nowe programy redystrybucyjne podlane  „narodowymi” projektami infrastrukturalnymi, czy biznesowymi sprawiają, że obecnie rządzącą w Polsce partię ciężko nazwać inaczej niż narodowo-socjalistyczną. Choć rozdawnictwo po części finansowane jest zadłużeniem, a po części ogromnymi kwotami zabieranymi co miesiąc z kieszeni Polaków, wydaje się, że większość głosujących nadal nie dostrzega, że długi te kiedyś przyjdzie spłacać, a za każdym „dam” stoi „zabieram”. Choć w naszej historii bywały momenty, gdy rozdawnictwo miało mniejszy posłuch, teraz wydaje się, że to znów ono jest jednym z głównych kluczy do podnoszenia sondażowych słupków.

Dostrzegła to Platforma Obywatelska, która wcześniej była postrzegana jako opcja bardziej wolnorynkowa (o ile w stosunku do tej partii można użyć takiego określenia), niż Prawo i Sprawiedliwość. Teraz jednak, gdy PiS w swoim flagowym projekcie zadłużając kraj rozdaje 500 zł, będąca w opozycji PO program ten krytykuje z nieco innego punktu, niż pewnie krytykowałaby jeszcze kilka lat temu. Mogłaby bowiem uporczywie przekonywać, że jest to rozdawnictwo, które i tak polskiego systemu emerytalnego nie uzdrowi, a gospodarce na dłuższą metę przyniesie problemy. Zamiast tego jednak Platforma krzyczy, że PiS nie dotrzymał obietnicy obwarowując program 500+ pewnymi progami. Opozycyjna partia nie tylko więc nie krytykuje podstaw flagowego projektu PiS, ale wręcz próbuje go przelicytować. „My damy 500 zł na każde dziecko, a nie na wybrane” – mówi Platforma. Tylko czekać, aż ktoś zaproponuje 1000+. A co, stać nas!

Temat emerytów wyprze 500+

Problem z programem 500+ polega jednak na tym, że jest to już nieco zgrana płyta. Oczywiście propozycja zniesienia tego programu, w obecnych warunkach byłaby – niestety – politycznym samobójstwem, wyborcę jednak już na to hasło kupiono i w kolejnej kampanii rozgrywka będzie się już toczyła na nowe zachęty. Przygotowanie na nią jedynie „rozszerzonego” programu 500+ można by porównać do casusu Francji z początku II wojny światowej. Wojska świetnie przygotowano do realiów walki z I wojny światowej, tymczasem Niemcy „zaproponowali” Blitzkrieg i Francja musiała ratować się kapitulacją.

W jakie tony będzie więc warto uderzyć w przyszłych wyborach? Np. w emerytury. Przy obecnych trendach demograficznych i obowiązujących zasadach przechodzenia na emeryturę, emeryci, albo osoby emerytury bliskie, stanowią coraz większą siłę. Gdy kiedyś mówiło się, że wybory wygrywa się głosami młodych z miast, teraz może się okazać, że kluczowe będą głosy właśnie emerytów.

Jak kupić głosy emerytów? PO daje 11,6 mld zł

Platforma – politycznie – ma jednak z emerytami kilka poważnych problemów. Pierwszy to fakt, że zazwyczaj grupę tę uznawano za „pancerny” elektorat PiS. Inna sprawa, że elektorat PO także – siłą rzeczy – się starzeje, wkrótce więc zagadnienie to może stracić na znaczeniu. Z drugim jednak może być nieco trudniej. Platforma po „reformie” OFE i wydłużeniu wieku emerytalnego w oczach obywatela 50+ wygląda zdecydowanie gorzej niż PiS, który ów wiek obniżył i dodatkowo zaproponował „darmowe” leki (które darmowe nie są, ale hasło ładnie brzmi).

Odwrócić kartę Platformy ma propozycja trzynastej emerytury, który chyba wprost można nazwać próbą kupienia głosów starszej części społeczeństwa za 11,6 mld zł rocznie. PO chce więc pójść sprawdzoną drogą, którą wskazało 500+, trafiając jednak do grupy społecznej, która będzie odgrywała coraz większą rolę w nadchodzących wyborach.

Licytację czas zacząć!

To oczywiście zwykłe licytowanie się na rozdawnictwo, które dla gospodarki nie zapowiada niczego dobrego. Największymi przegranymi, choć może tego jeszcze nie zauważają, będą Ci, którzy na emerytalne 13-stki załapać się nie zdążą, polski system emerytalny bowiem już stoi pod ścianą. 13-stka – z całym szacunkiem dla emerytów, którzy oczywiście swoje składki sumiennie odprowadzali – najlepszym pomysłem na jego naprawę zdecydowanie nie jest. Odczuwamy to już teraz i z każdym rokiem problem będzie rósł. Zwykłe rozdawnictwo może go tylko pogłębiać. Tym bardziej, że licytacja PiS-u i PO na „świetne” emerytalne pomysły może dopiero się zaczynać.

Ale kto by się tam przejmował przyszłością. Kto by się też przejmował, że zamiast „rozdawać” te wszystkie miliardy, można by np. obniżyć podatki i sprawić, by Polakom po prostu żyło się łatwiej (by nie powiedzieć lepiej, ta płyta też już jest zgrana).  Jak już na początku ustaliliśmy, rozdawnictwo jest teraz w „cenie”, z politycznego punktu widzenia pomysł PO wydaje się więc celnym strzałem. Gdy już obie partie zaczną prześmigiwać się, kto da obywatelowi więcej, o rezultacie pojedynku między nimi zadecyduje najprawdopodobniej stary antagonizm – PO, czyli „Europa” lub PiS, czyli „patriotyzm”*. Tutaj wynik już wcale nie musi być tak oczywisty. Szczególnie, że PiS będzie poturbowany po czterech latach u władzy, to Platformie będzie więc łatwiej atakować.

*W obu przypadkach cudzysłowie użyte celowo, zarówno powiem PO pokracznie rozumie Europę, jak i PiS pokracznie rozumie patriotyzm. Tym bardziej obie partie nie mają monopolu na te określenia. To jednak temat na osobny artykuł.

Nie tylko dwie partie

Oczywiście powyższa analiza spłaszcza polityczną mapę kraju do duopolu PiS-PO, skupiłem się jednak tylko na tych dwóch partiach, dlatego że to one w przeciągu ostatnich lat miały w Polsce władze i są obecnie dwoma największymi graczami w Parlamencie. Nie można jednak zapominać o alternatywach. Warto wskazać choćby dwa podstawowe powody. Po pierwsze, dlatego że – co zostało powyżej nakreślone – zarówno pomysły PO, jak i PiS-u dla Polski skończą się, prędzej czy później, gospodarczą katastrofą. Po drugie zaś, dlatego że każde wybory mają swojego czarnego konia – był Palikot, był Korwin, był Kukiz, był Petru (który zresztą przyjął retorykę wcześniejszej PO). Popieranie innej partii niż PO i PiS wcale nie jest więc głosem straconym.

Adam Torchała

Bankier.pl

Menger na Wall Street

0

Podłożem systemów kolektywnych, czy to socjalizmu, czy komunizmu nie są wcale głębokie analizy społeczne, dialektyka historyczna czy wysublimowane kategorie filozoficzne, lecz zwykła ludzka zawiść. Ona również tłumaczy niechęć tak wielu ludzi do wolności, wolnego wyboru i kapitalizmu.

Sprzeczność pozorna

Częstym argumentem zawistnych nieudaczników, przeciwników gospodarki rynkowej, biznesu i kapitalizmu jest twierdzenie, słuszne zresztą, ze swej istoty, że zachęcanie ludzi do otwierania własnych biznesów czy wspieranie prywatnej przedsiębiorczości mija się często z celem, gdyż z jednej strony nie wszyscy mają talent do robienia interesów, z drugiej zaś, sam talent do interesów nie wystarczy. W rezultacie, obie wspomniane grupy: przedsiębiorcy oraz ludzie pozbawieni smykałki (czy choćby ochoty) do interesów, charakteryzują się przeciwstawnymi interesami, skutkiem czego, są wobec siebie nastawieni wrogo.

Pół biedy gdyby tylko chodziło o nastawienie. Praktyka uczy, że przedsiębiorcy – utożsamiania z właścicielami biznesu – mają z reguły mniej problemów materialnych i żyje im się lepiej niż ludziom pozbawionym inicjatywy i talentu do interesów, utożsamianym z grupą zatrudnionych pracowników najemnych. Jeśli nawet taka opinia jest powierzchowna lub uproszczona, gołym okiem widać, że ci pierwsi są najczęściej od drugich bogatsi. Ta konkluzja wyjaśnia niechęć, jaką grupy te siebie darzą.

O ile jednak przedsiębiorcy rzadko kiedy domagają się czegoś od pracowników najemnych, o tyle ci ostatni, biedniejsi, czyli gorsi rekompensują sobie krzywdę forsowaniem polityki interwencji państwa, które w ten sposób ma im wyrównać dysproporcje materialne.       Zamiast szukać sposobów, by lukę tę zmniejszyć, nieudacznik uruchamia mechanizm niszczący, szukając w ten sposób usprawiedliwienia i rekompensaty dla swej miernoty. Jakie są skutki tej zawistnej ideologii, zwłaszcza w Polsce, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Tam gdzie dwóch się bije, tam korzysta państwo, łupiące zarówno biznes, jak i tych, którzy pod biznesem kopią dołki. Tych ostatnich nawet bardziej.

Tymczasem mogłoby być zupełnie inaczej. Zwłaszcza, że zarówno biznes, jak i jednostki mniej przedsiębiorcze są nie tylko sobie potrzebne, one wręcz nie mogą bez siebie żyć. Ma to swój wyraz w procesie inwestowania i tworzenia kapitału, bez którego nie ma produkcji i wzrostu gospodarczego. Symbioza ta odbywa się na terenie rynku, polega na wzajemnym świadczeniu sobie usług, wyrównując – czy ktoś tego chce, czy nie – szanse obu grup.

Płaszczyzna wymiany

Zamiast więc ze sobą walczyć, i dopatrywać się w przedsiębiorcach bezwzględnych krwiopijców, wyzyskujących społeczeństwo czy naród, ludzie nie posiadający smykałki do interesów, powinni zacząć ich wspierać, zwłaszcza że dzięki przedsiębiorcom i biznesmenom mogą w sposób znaczący podnieść własny poziom życia i zamożności, osłabiając równocześnie największego szkodnika gospodarczego, jakim jest państwo i rząd.

Jak w praktyce wyglądać powinna ta współpraca? Tak jak wszystko na wolnym rynku, gdzie ludzie wymieniają się tym, co posiadają w zamian za to, co chcieliby posiadać. I tak, przedsiębiorca, biznesmen ma pomysł, czyli (a) wie, jak odczytać nastroje rynkowe, a więc dostrzega to czego ludziom/konsumentom  potrzeba, (b) potrafi tę potrzebę zaspokoić, ale niekiedy brak mu do tego środków (c) wie także, jak dokonać wymiany dobra, które ją zaspokaja na dobro, które zaspokaja potrzeby biznesmena. Z drugiej strony jest ktoś, nazwijmy go: bierny inwestor, kto posiada środki mogące zaspokoić ludzkie potrzeby, ale (a) nie wie, które to potrzeby, (b) nie wie, w jaki sposób je zaspokoić, (c) wreszcie, nie potrafi dokonać wymiany swoich środków na dobra, których sam potrzebuje.

Spotkanie biznesmena/przedsiębiorcy z biernym inwestorem rozwiązuje zasadnicze problemu oby tych podmiotów: (a) przedsiębiorca zyskuje kapitał, dzięki któremu jego przedsięwzięcie ma szanse sukcesu, (b) inwestor korzystnie lokuje swoje nadwyżki (kapitał), a (c) społeczeństwo, czyli i jedni i drudzy, ma możliwość zaspokojenia swoich życiowych potrzeb i ambicji. Tym samym z dychotomii: biznesmen – konsument, czy nawet: biznesmen (wyzyskiwacz) – potrzebujący (wyzyskiwany) powstaje nowa kategoria społeczna: kapitalista. Obie strony tego procesu stają się kapitalistami; współtworzą kapitał, współtworzą miejsca pracy oraz współprodukują dobra zaspokajające życiowe potrzeby społeczeństwa.

Tak pojęta współpraca jest nie tylko społeczną (sprawiedliwą) gospodarką rynkową, charakteryzuje się ponadto wyższą efektywnością (wydajnością), lepszą jakością, niższą ceną i optymalną alokacją rzadkich zasobów. To jest właśnie istota kapitalizmu, formacji społecznej, która wytwarza synergię wszystkich podmiotów rynkowych.

Obszarem, na którym, dochodzi do wymiany/synergii jest rynek, w tym najlepiej znany jego fragment, jakim jest giełda.

Austriacy na Wall Street

Pośród współczesnych teorii ekonomicznych, tą, która to dostrzegła najwyraźniej i aktywnie rozwija jest tzw. austriacka szkoła ekonomii. Austriacy, pod wpływem arcydzieł swych najważniejszych przedstawicieli, Carla Mengera (twórcy szkoły), oraz Ludwiga von Misesa (najbardziej znanego ekonomisty szkoły) dostrzegli w gospodarce człowieka. Zamiast ślęczeć nad indeksami, macierzami, wykresami PKB i szukać punktów równowagi, swoją uwagę skupili na działającym człowieku, czyniąc go głównym aktorem działalności gospodarczej. Rezultatem humanizacji działalności gospodarczej była najpierw prakseologia, czyli nauka o działającym człowieku, później zaś katalaktyka, czyli teoria wymiany. Składają się one na ekonomię, to jest naukę obiektywną, pozbawioną pierwiastka wartościującego, opisywaną poprzez zjawiska i prawa funkcjonujące niezależnie od tego, co na ich temat myślimy czy chcemy.

Człowiek jest wolny. Człowiek działa, aby pozbyć się możliwie jak najwięcej dyskomfortu. Bez wolności i działania by nie przeżył. W sposób wolny ludzie wymieniają się owocami swej pracy, skutkiem czego wszystkie strony wymiany otrzymują więcej niż same dają. Świat się rozwija.

Nie trzeba być politologiem, aby zrozumieć, że teoria ekonomiczna, w której państwo nie jest bogiem, cudotwórcą-dobrodziejem, który nagradza, chroni i karze człowieka, co więcej, w której gros instytucji to zbyteczna narośl utrudniająca ludziom życie nie cieszy się wzięciem aparatu władzy, biurokracji, czy innych elit opartych na nakazach/zakazach, a siłą rzeczy, ciemiężących człowieka.

Rynek papierów wartościowych

O ile władza może zmusić człowieka do pracy, o tyle nie jest w stanie sprawić, aby ta praca była wydajna i uczciwa. Władza może drukować pieniądze w dowolnych ilościach, jednakże nie jest w stanie nadać im odpowiedniej wartości. Może, pod groźbą uwięzienia czy wręcz eksterminacji, konfiskować owoce ludzkiej pracy, jeśli jednak będzie okrutna, czy niesprawiedliwa, nie zmusi go do tworzenia bogactw, które nadal mogłaby konfiskować.

Zawsze musi istnieć, wolna od ingerencji siłowej płaszczyzna, na której ludzie będą dobrowolnie tworzyć, produkować i wymieniać się swoimi produktami/usługami z innymi. Nazywamy ją rynkiem. Pod nieobecność rynku niemożliwa jest kalkulacja cenowa, jedyny skuteczny mechanizm sterujący ludzką działalnością, produkcją, wymianą i gospodarką zasobami. Można, co prawda, rynek zniekształcać, lub zaburzać – i to się powszechnie dzieje – nie odbywa się to jednak bezkarnie. Upadek centralnie planowanego (antyrynkowego) systemu gospodarczego w PRL, a także kryzysy przez jakie przez ostatnie ćwierć wieku 20 przechodzi świat są tego najlepszym przykładem.

Austriacka szkoła ekonomiczna – pisze autor książki – pozostaje w znacznym stopniu wolna od charakterystycznego dla współczesnych ekonomistów prostytuowania się w pogoni za wpływami i dochodem. Niegdyś najwięcej ekonomistów pracowało w Związku Radzieckim. Dzisiaj prym wiodą banki centralne, a wśród nich przede wszystkim System Rezerwy Federalnej USA (Fed); obecnie dla Rady Gubernatorów Fed pracuje między 200 a 300 absolwentów makroekonomii, nie licząc stanowisk dla asystentów. Każdego roku Rada Gubernatorów rozdziela setki milionów dolarów na dotacje dla ekonomistów.

Skutkiem sprostytuowania ekonomii przedstawiciele establishmentu politycznego, bankierzy centralni, a zwłaszcza służące im wiernie środowiska akademickie trzymają się od szkoły austriackiej z daleka. Prawdy nie da się jednak zmienić, dlatego coraz więcej wielkich inwestorów, giełdowych guru, w tym najwybitniejsi przedstawiciele tej grupy tacy jak: Warren Buffett, Doug Casey, Jim Rogers, Peter Schiff, George Soros, Mark Skousen i wielu innych są zafascynowani skutecznością szkoły austriackiej. Żadna inna teoria ekonomiczna nie potrafi tak celnie przewidzieć szkodliwych konsekwencji manipulacji monetarnych, polityki sztucznego napędzania koniunktury, skutków odejścia od standardu złota czy keynesistowskiego ulepszania rynku pracy przy pomocy interwencji politycznych, co Austriacy. Ich wnioski sprawdzają się szczególnie dobrze w sytuacja kryzysowych, kiedy wyczerpany zostaje arsenał tricków banksterskich, akademickich post prawd, czy zwyczajnych kłamstw polityków.

Teoria austriacka stała się atrakcyjna także dla zwykłych inwestorów, takich jak ty czy ja. Dzięki przejrzystym mechanizmom, uwolnieniu się od arbitralnych sądów wartościujących, a przede wszystkim dlatego, że zwolennicy szkoły austriackiej dostrzegają w gospodarce jej głównego aktora, czyli pracownika, przedsiębiorcę, człowieka i związane z jego funkcjonowaniem mechanizmy: konkurencję, wolny wybór, rzadkość dóbr itp. rynek papierów wartościowych przestaje być zestawem wykresów czy indeksów, będąc obrazem działania ludzi. W książce Taghizadegana, przewidzianej właśnie dla zwykłych inwestorów,  widać to szczególnie wyraźnie.  Nie trudno więc zrozumieć, dlaczego ekonomia austriacka staje się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej popularna, a książki wykorzystujące ją do analizy rynku papierów wartościowych, nieruchomości czy metali szlachetnych są wręcz rozchwytywane.

Bestsellerem są, wydane przez Fijorr Publishing, prace Marka Skousena, Austriacka Szkoła Ekonomii dla inwestorów, oraz Inwestowanie w jednej lekcji. Wierzymy, że będzie nim także Szkoła austriacka – praktyka inwestycyjna. Tendencja ta potwierdza fakt, że zarzuty środowiska akademickiego, jakoby odkrycia Mengera, Misesa, Rothbarda miały charakter teoretyczno-historyczny i nie przystawały do współczesnej rzeczywistości są chybione, wręcz nieprawdziwe. Żadna inna szkoła ekonomiczna nie jest dziś tak praktyczna, jak właśni teoria austriacka. Nigdzie nie widać tego lepiej niż na Wall Street.

W Polsce ośrodków myśli austriackiej jest stosunkowo mało, jednakże ilość ludzi zainteresowanych ekonomią wolnorynkową, ekonomią austriacką rośnie od 10 lat w tempie dwucyfrowym, o czym świadczy chociażby sukces naszego wydawnictwa.

  Dzięki swojej przejrzystości, prostocie, a przede wszystkim rezygnacji z upolityczniania dyskursu, szkoła austriacka może być skutecznym lekarstwem przeciwko chorobie czerwonych oczu, kolektywizmowi, a zwłaszcza zmorze naszych czasów, jaką jest państwo opiekuńcze: republika kolesiów żyjących na koszt ciężko pracujących ludzi, którym wmawia się, że mniej znaczy więcej.

     „Zwolennicy szkoły austriackiej – pisze autor książki – obserwują szaleństwo trzeźwym okiem.” Ta zasadniczo paradoksalna postawa wpłynęła na szkołę austriacką, wyraźnie odróżniając ją od innych tradycji ekonomicznych. Może wpłynie też na mieszkańców nadwiślańskiego kraju, którzy zrozumieją wreszcie, że zawiść i jej pochodne w postaci socjalizmu, nacjonalizmu, antysemityzmu i innych metod leczenia kompleksów, szkodzą nie tylko tym, wobec których są kierowane. W znacznie większym stopniu, szkodzą bowiem tym, których mają uleczyć, którzy się nimi posługują.

Udanej lektury!

 

Jan M Fijor

Blog Milion plus

Milionerstwo.pl

 

W obronie Lecha Wałęsy

0
Lech Walesa, the Polish trade union leader, resides in Switzerland at the invitation of the Swiss Federation of Trade Unions. On this occasion a press conference is held at the Palais des Nations in Geneva, Switzerland, on June 2, 1981. (KEYSTONE/Str) Lech Walesa, der polnischer Gewerkschaftsfuehrer, weilt auf Einladung des Schweizerischen Gewerkschaftsbundes in der Schweiz. Aus diesem Anlass wird am 2. Juni 1981 im Palais des Nations in Genf eine Pressekonferenz abgehalten. (KEYSTONE/Str) Dostawca: PAP/KEYSTONE

Jan Czekajewski

Skoordynowany atak na Lecha Wałęsę ze strony polskich mediów jak i ich odpowiedników za granicą, przypomina mi podobne zjawisko ataków na Donalda Trumpa. Ciekawa jest dla mnie reakcja młodych Polaków, którzy nie znali realiów tamtych, PRL-owskich czasów, którzy rozumują kategoriami dni dzisiejszych. Święcie oburzeni deklarują, że” ja bym żadnych zobowiązań nie podpisał! Ja bym żadnych pieniędzy nie wziął za donosy!” Do dzisiaj trudno mi zgadnąć, kto stoi za całą akcją ataków na Lecha Wałęsę. Ktokolwiek nim jest, czy PiS czy Platforma Obywatelska, czy niezależni młodzi romantycy, którzy by chcieli umrzeć na szańcu w walce z dawno już upadłą i zapomnianą „Komuną”? Ktokolwiek, chce dzisiaj  upokorzyć Wałęsę robi poważny błąd, nie tylko w stosunku do jego osoby ale w stosunku do całej  Polski jako naszej ojczyzny.

Przypuszczam, że część z tych szermierzy walczących z „byłym współpracownikiem SB”, nie zdaje sobie sprawę, jaką szkodę czynią dla Polski jako takiej.  Obraz Wałęsy był w dużej mierze wytworzony przez amerykańskie służby specjalne i ich celem było obalenie systemu sowieckiego w największym kraju pod sowiecką kontrolą w Europie, czyli w Polsce.  Ten obraz Wałęsy był wtedy i jest obecnie także przydatny Polsce niepodległej. W odległych krajach Ameryki Południowej, ludzie którzy nigdy nie słyszeli o Polsce, witają Polaków z okrzykiem: Witajcie! Jak czuje się Wałęsa?”

W ten obraz Wałęsy  Amerykanie zainwestowali, podobno,  około jednego biliona (polski jeden miliard) dolarów. To była najbardziej udana inwestycja amerykańska, która doprowadziła do zmian nie tylko w Polsce, ale w samym ZSSR, który się rozpadł na skutek polskiej Solidarności pod przywództwem Wałęsy.  To było zwycięstwo niespotykane w historii, jako że odbyło się bez rozlewu krwi. Polacy na tym zwycięstwie najbardziej skorzystali.  Pieniądze nie były dawane bezpośrednio działaczom Solidarności, gdyż dystrybucja miała miejsce poprzez szereg organizacji dobroczynnych, amerykańskie związki zawodowe jak FLCIO,  UAW, kościoły itp.

Jak zapłacono Nomenklaturze PRL-u za pokojowe oddanie władzy?

Wydaje mi się, że pod kierunkiem Wałęsy, brano pod uwagę interesy, także finansowe, ustępującego aparatu władzy, nie tylko aparatu bezpieczeństwa i wojska, ale także tak zwanej nomenklatury administracyjnej, partyjnej i przemysłowej. Jeden z moich kolegów szkolnych, dzisiaj już zmarły, pracował w Centrali Handlu Zagranicznego „Elektrim” gdzie był jednym z dyrektorów. Nie był partyjny i nie miał związków z SB. W czasie prywatyzacji jego zakładu pracy dostał  pakiet akcji Elektrimu. Kolega akcje te natychmiast  sprzedał z wielkim zyskiem i jak opowiadał, nagle został dolarowym milionerem. Mój dobry znajomy, profesor ekonomii na Michigan Technological University,Stephen P. Dresch, w czasie prezydentury Mazowieckiego, wysłał do niego memoriał.. W tym memoriale sugerował przekazanie części akcji nomenklaturze przemysłowej, aby zabezpieczyć przemysł przed dewastacją wynikająca z bezmyślnej prywatyzacji. Nie jestem pewny czy prezydent  Mazowiecki przeczytał ten memoriał, ale to co stało się przy okrągłym stole, było podobne do sugestii amerykańskiego profesora ekonomii. Wielu na pewno uważa, że prywatyzacja była niesprawiedliwa i że wielu ludzi, jak mój kolega z Elektrimu, skorzystało bezprawnie na tej zmianie ustrojowej, ale dzisiaj 28 lat po facie, szkoda już ronić łzy po tej stracie.  28 lat od upadku sowietyzmu w Polsce  to więcej niż okres pierwszej niepodległości od 1918 roku do 1939. Najważniejsze, że odbyło się bez krwawej wojny domowej i bez sowieckiej interwencji.

Kto donosił w PRLU i na kogo?

Trzeba Polakom przypomnieć, że w roku 1989 pracowało w SB 24,3 tysiąca oficerów, którzy nadzorowali około 90,000 TW (Tajnych Współpracowników).  Każdy z tych TW napisał chyba  10 albo więcej donosów rocznie, czyli w sumie jeden  milionów donosów.   Czyli około kilkadziesiąt donosów jaki napisał Bolek zwany Wałęsą jest kroplą w morzu wszystkich donosów jakie zebrała SB w ciągu roku. Historycy z IPN winni także zrobić krok dalej i odczytać, co w tych donosach pisał Bolek (Wałęsa). Może pisał, że jego koledzy słuchali Głosu Ameryki albo BBC?  Jak wiadomo wszyscy, którzy mieli radio, łącznie z partyjnymi, słuchało zagranicznych rozgłośni. Czy ktoś z jego powodu został aresztowany i postawiony przed sąd? Jak podaje IPN, po kilku latach Wałęsę zwolniono z pracy w Stoczni, czyli jego przydatność w roku 1976 dla SB się skoczyła. Powodem jego zwolnienia była Wałęsy niechęć do dalszej współpracy z SB.

Czy rząd PRL i SB wiedziało o funduszach napływających z Zachodu dla Solidarności?

Taki wielki przekaz funduszów z Zachodu dla Solidarności nie mógł ulec uwadze PRL-owskiego wywiadu i rządu Jaruzelskiego i Kiszczaka.  Aresztując Wałęsę w Magdalence i trzymając go w raczej komfortowych warunkach, obie strony miały czas na ustalenie procesu przekazania władzy, bez rozlewu krwi. Wałęsa był potrzebny z powodu jego autorytetu, jako przewodniczącego związku „Solidarność” i uspokojenia gorących głów w samej Solidarności, którzy palili się do krwawego rozliczenia z przeciwnikiem.. Prominenci chcieli sobie zapewnić bezkarność, za zbrodnie popełnione w czasie ich panowania, a także finansowe bonusy jak np. utrzymanie wysokich emerytur dla wojskowych, pracowników SB i wywiadu. W czasie dyskusji przy okrągłym sole, ustalono zarysy przekazania władzy jak i kontroli nomenklatury nad pewnymi gałęziami gospodarki.

Wedle mojego zdania, Wałęsa wypłynął na fali rewolucji robotniczej, jako rzeczywisty trybun ludowy. Jego osobowość stała się zarzewiem do upadku całego systemu komunistycznego. Upadek odbył się bez wielkiego przelewu krwi. To jest najważniejsze i nie wolno o tym zapomnieć.   Z mojego punktu widzenia, jeśli Wałęsa był manipulowany, to chyba przez Amerykanów a głównie przez Zbigniewa Brzezińskiego, który w tym czasie był doradcą od spraw bezpieczeństwa  Prezydenta Cartera.  Cała prasa zachodnia była podekscytowana Wałęsą.  Pokojowa Nagroda Nobla jaka mu przyznano, uratowała go chyba przed zamachem na jego życie.

Ja, jako Tajny Współpracownik SB  ( Przykład współpracy)

Moje kontakty z SB przypadają na lata 1961 -1965  kiedy to dwukrotnie wyjeżdżałem do Szwecji i dwukrotnie wracałem do PRL-u. Miałem wtedy 26 lat w 1961 roku i 30 lat w roku 1965. W 1961 roku po pierwszym powrocie ze Szwecji, gdzie pracowałem na Uniwersytecie w Uppsali, SB było zainteresowane, czyli byłem podejrzany, że „obcy wywiad” zorganizował mi pracę na Uniwersytecie i następnie wysłał mnie s powrotem do Polski, abym był amerykańskim czy anielskim szpiegiem.  Naiwny nie byłem, ale na SB starałem się robić wrażenie, że mogę opisać Instytut gdzie pracowałem i Polaków, których w Szwecji spotkałem. Już w Szwecji, wśród Polaków było wiadome, że każdy wracający stypendysta będzie przesłuchiwany przez SB. Dlatego tez umówiliśmy się, że można krytykować w czasie przesłuchań przez SB  te osoby które zdecydowały się zostać  na Zachodzie,  ale pomijać osoby które będą wracać do PRLu.  SB nie było tak przebiegle, jak to opisują historycy z IPNu.  Na przykład mój szkolny przyjaciel z gimnazjum, był „zaufanym” donosicielem SB, jako Tajny Współpracownik. Po powrocie ze Szwecji mieszkałem w jego mieszkaniu we Wrocławiu.  Otóż temu „zaufanemu” donosicielowi, oficer Prowadzący SB powierzył trudne zadanie napisanie donosu na mój temat: „Kto to jest Czekajewski dlaczego wrócił do Polski i co nim kieruje?”. Ponieważ mój kolega nie bardzo wiedział, co napisać poza tym, że chodziłem z nim do tej samej klasy i miałem kłopoty z nauczycielami, bo repetowałem klasę 9-tą, więc prosił mnie o pomoc. Napisałem, więc własną charakterystykę, w której aby wzmóc wiarogodność podkreśliłem ujemne cechy mego charakteru. Takimi cechami było opowiadanie antykomunistycznych dowcipów. Jednak celem moim było jakoby wytknięcie wad systemu i jego jakoby naprawa.  Moj kolega o pseudonimie „ODA” przepisał mój donos własnych pismem i doniósł do Oficera Prowadzącego SB jako własny. Po dwu tygodniach mój kolega dostał pochwałę od oficera SB, który go zapewnił go, że teraz ma zielone światło do wyjazdu na Zachód, i że jego donos był najlepszym, jaki dostali we Wrocławiu.  Dwa lata później mój kolega skorzystał z „zielonego światła” i wyjechał do Francji motocyklem marki Jawa 350 i więcej do PRL nie wrócił. Mieszka do dzisiaj w Kandzie a ja jestem ojcem chrzestnym jego syna, a on jest ojcem chrzestnym syna mego .  Muszę zeznać, bez bicia, że moje donosy z pobytów w Szwecji podpisywałem własnym imieniem i nazwiskiem, tak jak Lech Wałęsa, pseudonim Bolek. Chodziło mi oto aby wzbudzić w SB-owcach przekonanie, że nie mam nic do ukrycia i wszystko co pisze to święta prawda.  Pieniędzy od SB nie brałem a raczej kupowałem in rurki z kremem i kawę w czasie „tajnych spotkań”, co oficerowie SB udokumentowali w swych raportach. W roku 2012 dostałem z IPN-u fotokopie donosów na mnie i donosów własnych, w tym na siebie samego. Jest tego koło 200 stron.  Na tajnych teczkach SB  figuruje także mój pseudonim, którego do niedawna nie znałem, „FIZYK”. Czuję sie urażony, że na liście   Wildsteina”,  agentów i pokrzywdzonych nie figuruję. A dlaczego?

Homeschooling. Nasz tydzień.

0

Edukacja domowa jest dla nas jedną wielką przygodą i eksperymentem jednocześnie. Nigdy nie zakładaliśmy, że będziemy od początku do końca edukować nasze dzieci w domu, ale daliśmy sobie możliwość, aby spróbować czegoś innego i sprawdzić czy nasza rodzina czerpie z tego korzyści i przyjemność. Tak naprawdę edukacja naszego starszego syna zaczęła się w chwili kiedy się urodził i trwa do dzisiaj. Nasz młodszy syn zaczął ją rok temu, kiedy przyszedł na świat. Nigdy nie ograniczaliśmy edukacji tylko i wyłącznie do zdobywania potrzebnej wiedzy, która może przydać się w życiu, ale traktowaliśmy ją całościowo, włączając w nią najróżniejsze aspekty życia ludzkiego. Zależy nam aby nasze dzieci umiały stosować w życiu to, co usłyszały lub zobaczyły, a także by ich rozwój emocjonalny i społeczny a także duchowy nie był oderwany od rzeczywistości, w której się uczą. Nasze założenia były bardzo proste: dzieci uczą się doświadczając i patrząc na innych, spróbowaliśmy więc stworzyć im warunki do tego by będąc w relacji z nami jak najwięcej się uczyły. Dlatego zdecydowaliśmy się na eksperyment i przygodę, jakim jest dla nas edukacja domowa.

Jak wygląda nasz przykładowy dzień? Tydzień? Wczoraj? Wczoraj kiedy wstałam okazało się że mąż zjadł już z synem śniadanie i pojechali razem do warsztatu odebrać samochód, w którym był robiony przegląd. Nasz starszy syn uwielbia jeździć wszędzie z Tatą i załatwiać z nim ważne sprawy dnia codziennego. Ja w tym czasie postanowiłam skorzystać ze sposobności i poukrywałam w różnych miejscach w  domu karteczki na których były napisane konkretne miejsca, gdzie nasz syn może szukać skarbu. Nasz syn właśnie zaczyna więcej czytać, więc zabawa w poszukiwanie skarbów wydała mi się idealna. W każdym ze wskazanych miejsc, jak dotarł do niego czekała na niego mała niespodzianka. Natan cieszył się i nie cieszył z zabawy bo wolałby ominąć część z czytaniem samodzielnym, ale jak odkrył że jest sam  w stanie to zrobić to bardzo się cieszył. Zadanie wykonał z sukcesem. Bardzo mu się podobało. Potem był czas na wspólne porządkowanie. Każdego dnia nasz starszy syn uczy się przywracać porządek w swoim pokoju, oraz pomaga mi w różnych pracach domowych (rozładowuje zmywarkę, segreguje pranie, roznosi na miejsca ubrania, ITD.). Robimy to razem, a nasz młodszy synek, który jest bardzo samodzielny również stara się nam pomagaćJ Potem Malutki miał drzemkę. Połowa drzemki to czas dla mnie i Natana żeby zrobić coś twórczego, bo Natan uwielbia tworzyć. Tworzenie czegoś z niczego jest jego pasją i ciągle wymyśla nowe rzeczy i nowe sposoby zastosowania rzeczy, które mamy. Wczoraj robiliśmy statek piracki, bo skoro było poszukiwanie skarbów to muszą tez być piraci. Z kartonu po butach wycinaliśmy kształt statku, a potem nasz syn go sklejał i ozdabiał. A potem się nim bawił. Przez druga połowę czasu kiedy natan sie bawił ja miałam czas dla siebie. Potem wszyscy razem pojechaliśmy do sklepu, żeby zrobić zakupy. Po drodze czytaliśmy szyldy żeby ćwiczyć czytanie. PO powrocie spędziliśmy czas na placu zabaw z innymi dziećmi. W międzyczasie był obiad. Kiedy ja szykowałam obiad Natan uczył się opiekować swoim młodszym braciszkiem a potem wziął klocki logo i budował wyrazy dla mnie a ja je odczytywałam. W międzyczasie Natan zrobił coś przykrego w stosunku do swojego braciszka, więc usiadłam z nim i rozmawialiśmy o tym, co się stało. Dla nas Biblia jest jedynym i największym autorytetem w życiu codziennym, więc każdą sytuację lub zachowanie, którego chcemy nauczyć naszych synów umiejscawiamy w kontekście historii, które są w Bliblii. Natan bardzo lubi słuchać historii biblijnych i przekładać je na życie codzienne. Często idąc na dwór lub do sklepu lub jadąc gdzieś rozmawiamy o nich by być wykonawcami słowa a nie tylko słuchaczami. Ten tydzień był skupiony na motywowaniu Natana do częstszego czytania, więc jednego dnia pojechaliśmy do szczególnego miejsca, które było po brzegi wypełnione literaturą dziecięcą. Natan mógł sobie wybrać swoją książkę do czytania i zrobił to z wielką przyjemnością. Dzisiaj czytamy książkę, która zrobiałm sama dla Natana. A jutro Natan będzie tworzył swoją pierwszą książkę.  Mieliśmy też zabawę w sklepik, którą Natan uwielbia, podczas której uczył się odejmowania i dodawania do 20. W każdym tygodniu staramy się też zrealizować jeden projekt poświęcony by służyć innym. Czasem zbieramy śmieci w okolicy, czasem, wkładamy karteczki za okna samochodów życząc kierowcom miłego dnia, kiedy indziej pieczemy ciasteczka i niesiemy na kościół uliczny by rozdać biednym ludziom, którzy przychodzą tam na zupę.  Niezwykłą zaletą edukacji domowej jest to, że jesteśmy z naszymi dziećmi non stop, dzięki czemu mamy z nimi cudowny kontakt i relacje. Jak na razie edukacja domowa bardzo nam służy i czerpiemy z niej same korzyści.

 

Kto się boi Trumpa; fobie Ludzi Oświeconych

0

 

Na początek muszę wyjaśnić, kim są ci ludzie oświeceni. Zapożyczyłem to określenie od nazwy  Iluminaci. Pod tą łacińską nazwą kryją się  różne grupy określające siebie  jako upoważnionych przez swoja wybitną inteligencję do kierowania światem. W dobie dzisiejszej takimi wybitnie oświeconymi ludźmi uważają się t.zw. liberalni demokraci, czyli socliberałowie w przeciwieństwie do ciemniaków, czyli ludzi zacofanych, którzy wymagają światłego kierownictwa, właśnie przez ludzi oświeconych. Dla takich ciemniaków wynaleziono ostatnio różne inne określenia jak np. populiści, faszyści czy obskuranci. Tak jak do niedawna komuniści, a właściwie partia komunistyczna z jej Komitetem Centralnym na czele uważali , że są Siłą Przewodnią Mas, wcale się z tym nie kryjąc, tak tym razem stare wraca, tyle że pod inna nazwą, tym razem „socliberalną”.

A więc będziemy mieli Trumpa jako prezydenta. Tego nie spodziewali się nawet jego zwolennicy, którzy patrząc na TV widzieli masową akcje propagandową, mającą na celu zdyskredytowanie Trumpa jako kandydata. Teraz po wyborach, zwolennicy opozycji zmienili front zarzucając amerykańskim mediom a przed wszystkim telewizji, że poświęcali Trumpowi zbyt dużej uwagi, co spowodowało jego wybór przez ciemniaków, takich jak ja, którzy dali się nabrać na kłamliwą propagandę. Czytając tego rodzaju wypowiedzi w „wiodącej prasie”, jest dla mnie jasnym, że „ludzie oświeceni”, którzy kontrolują media, liczą na przeciętnych ludzi krótką pamięć.  Ciekawi mnie ta wolta tych, którzy kontrolują amerykańska propagandę, zarzucając własnym podwładnym, że zrobili błąd. Przez ten manewr próbują nas maluczkich przekonać, że cały mechanizm propagandowy w USA jest wolny i niezależny i on jest winny wygranej Trumpa.

Inaczej mówiąc,  rzucili swych  pachołków na pożarcie gawiedzi.

Jest jednak pewien wyjątek, a mianowicie Internet, który jak dotychczas wymyka się spod kontroli i ten fakt bardzo mierzwi tych, którzy duże pieniądze zainwestowali w amerykańskie media, a rezultat tej inwestycji okazał się  opłakany. Także ostatnio na pomoc „obozu  socliberalnego”  odkurzono   Putino, który jakoby zarządził podglądanie (hucking) e-maili  Pani Hillary Clinton, aby pomóc Trumpowi.  Liberałowie spodziewali się, że obrazując Trumpa jako dłużnika Putina, miał go uczynić w oczach Amerykanów, podejrzanym agentem Putina i Rosji. Jak wybory wykazały  ta gimnastyka logiczna, nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Społeczeństwo okazało się mądrzejsze niż się oświeceni Oligarchowie spodziewali.  Co do Internetu, to jak dzisiejszy z 19 Grudnia,2016 roku,  „Financial Times” donosi, że w demokratycznych i liberalnych Niemczech, rozważa się prawo, które będzie karać organizacje takie jak „Facebook”, kara do 500 tysięcy euro, jeśli nie usuną „kłamliwych” wiadomości  ze swego portalu w przeciągu 24 godzin. Kto będzie decydował, jakie wiadomości będą kłamliwe? Na pewno jakaś rządowa organizacja, kierowana przez Panią Merkel, aby Internet nie zrobił jej takiego psikusa jak dla Hillary Clinton, która jakoby z powodu Internetu wybory przegrała. Jak widać paranoja jest zaraźliwa, szczególnie wśród rządnych władzy kobiet.

 Jak to było z tymi amerykańskimi wyborami?

 Jeśli Hillary Clinton wybory przegrała to nie z powodu że Putin wykradał informację z jej biura kampanii wyborczej, ani też z jakiś innych machinacji Trumpa. Hillary przegrała gdyż większość ludzi w większości stanów, była zmęczona nachalną propagandą, która straszyła nas, że jesteśmy rasistami, homofobami (wrogami homoseksualistów i lesbijek), antysemitami a nawet Islamofobami, a co najgorsze to, że wśród nas są tacy lubieżnicy jak ja,  którzy patrzą łakomie na kobiece biusty. Ludzie mieli już tego jazgotu dosyć i głosowali za zmianą.  

Kto głosował za Hillary Clinton?

Kiedy Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych pisali konstytucję, zdawali sobie sprawę, że mają do czynienia nie z jednolitym językowo i etnicznie państwem, ale ze zlepkiem stanów o  różnym zaludnieniu. W ostatnich amerykańskich wyborach strona przegrana, czyli Hillary Clinton argumentuje, że wygrała  większość głosów w całych Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w Polsce większością głosów został wybrany PiS. Oto jak wygląda analiza sytuacji wyborczej, czyli kto wygrał wybory w federalnych systemie Stanów Zjednoczonych:

W Stanach Zjednoczonych istnieje 3141 powiatów (counties)

Trump wygrał większością głosów w 3084 powiatów

Hillary Clinton wygrała w 57 powiatach

W Stanie N.Y  są 62 powiaty.

Trump wygrał w 46 powiatach, Hillary Clinton wygrała w 16 powiatach

W pięciu powiatach , Bronx, Brooklyn, Manhattan, Richmond i Queens , Clinton zebrała ponad 2 miliony głosów więcej  niż Trump. W związku z tym te 5 powiatów zadecydowało  o „większościowym” zwycięstwie Hillary Clinton dla całego kraju.  Te pięć powiatów stanowi obszar 319 mil kwadratowych, kiedy cale Stany Zjednoczone stanowią powierzchnie  3,797,000 mil kwadratowych.

Gdyby w USA istniał wyborczy  system większościowy, to ludzie zamieszkali w  0,0084% powierzchni kraju  decydowali by,  kto zostanie prezydentem całych USA.

Dlatego też ci, którzy pisali konstytucje Stanów Zjednoczonych mieli na względzie tego rodzaju sytuacje, w której ten kraj jest zespołem poszczególnych stanów a nie jednolitym etnicznie i religijnie krajem podobnym n.p. do Polski, gdzie wyborczy  system większościowy może mieć usprawiedliwienie. Specjaliści od etnografii Nowego Jorku będą mogli wykazać jaka to grupa ludzi pod względem zawodowym i rasowym głosowała na Hillary Clinton i kto głosował na Trumpa. Wedle mojego rozeznania, a raczej podejrzenia, na Hillary głosowali ludzie którzy są związani z Wall Street, Bankami , agencjami reklamowymi rożnego rodzaju jakich w NY jest masa a także pracownicy TV i filmu. Oni chyba przeważyli wybory lokalne na korzyść Hillary Clinton. Poplecznicy Hillary Clinton winią swą przegraną w skali krajowej, na ingerencję Putina, którego wywiad wywąchał jakieś kompromitujące  Hillary Clinton e-maile. Wedle mnie to jest bzdura, wedle schematu, że tonący brzytwy się chwyta. Jeśli to jest jednak prawda, to Clintonowa winna publicznie ogłosić, jakie to informacje ukrywała przed wyborcami? Chociaż, gdy się tak bliżej zastanowić, to właściwie nie ma sensu. Jej zwolennicy nie uwierzą, a przeciwników to nie obchodzi.

Nadszedł Donald Trump i czas zmian, na które Ameryka czeka. To nam wystarczy.

Jan Czekajewski 19 XII 2016

Zobacz również:

Zobacz również: