Reisefieber, czyli sposób na poznanie świata

0

Szukanie guza

Przysłowie: „szewc bez butów chodzi” w odniesieniu do wydawcy oznacza, iż na wydanie własnych książek i wspomnień nie ma on nigdy czasu. Reisefieber miała się ukazać wiele lat temu. Wychodzi dopiero teraz. Na szczęście, książka nie tylko nie straciła na aktualności, ale co więcej, upływ czasu dodał jej pikanterii, a niekiedy nową, zaskakującą konkluzję czy pointę. Mimo przemian technologicznych, zmiany mód i obyczajów, mój sposób na poznanie świata „poprzez szukanie guza” nadal, a może nawet bardziej niż kiedykolwiek  jest w cenie. Nie wierzycie? To poczytajcie….

(jmf)

(…) Usiadłem na swoim posterunku przy szybie, wyjąłem zenita, czatując na atrakcyjny temat do zdjęć. Nie czekałem długo. Po przejechaniu trzech kolein, z czwartego wzniesienia dostrzegłem potężny klif w kształcie skalnej półki podwieszony przez naturę do zbocza wzgórza. Na oko, półka miała rozmiary dziesięć metrów na dziesięć i sprawiała wrażenie, jakby była w ruchu. Złudzenie ruchu wywoływało to, co się na niej działo. Na tym skrawku ziemi kilkunastu chłopców biegało za czymś, co przypominało piłkę. Najprawdopodobniej były to dzieci z „osiedla jaskiniowców”. Patrzyłem oniemiały, zastanawiając się, jak oni się na takim kawałku skały mieszczą. Jedno fałszywe podanie i lecą w dół, w przepaść. Mimo to gracze radzili sobie wyśmienicie. Poprosiłem Jorge, żeby zwolnił, pstryknąłem kilka klatek i wtedy dotarło do mnie, że kilkanaście metrów na prawo od wiszącego boiska wyrasta ze zbocza góry świętego Krzysztofa wysoka na dwadzieścia, może dwadzieścia pięć metrów wieża strażnicza. Z jej szczytu wystawały dwa gniazda potężnych karabinów maszynowych cekaemów (czy nawet coś większego) wymierzonych, jeden w kierunku drogi prowadzącej na wzgórze, drugi w grających. Nie mogłem sobie odmówić takiej gratki. Wyszedłem z samochodu, przystanąłem na skraju drogi i najdyskretniej jak tylko potrafiłem, pstryknąłem z biodra kilka zdjęć. Grających w piłkę chłopców, samej wieży i boiska z wieżą w tle.

Fotografowanie obiektów wojskowych, zwłaszcza w Południowej Ameryce, niczego dobrego nie wróży, w tym wypadku jednak nie byłem bez szans. Znajdowaliśmy się za daleko, żeby strażnicy byli w stanie rozpoznać nasze twarze czy numer rejestracyjny samochodu, a tym bardziej, by mogli do nas dobiec. Mało prawdopodobne było też, żeby z powodu takiego głupstwa do nas strzelali. Nie omyliłem się. Dla niepoznaki zrobiłem kilka plenerów samego wzgórza i wsiadłem do garbusa.

I wtedy z naprzeciwka zamajaczyła chmura pyłu, zza której dojrzeliśmy pojazd patrolu żandarmerii. Widzieli? Nie widzieli? A nawet, jeśli widzieli, to co takiego? Wróciło wywiezione z PRL poczucie winy za nieudane zbiory, za klęskę urodzaju, za to, że się żyje, je, pije, ubiera, stwarzając socjalistycznemu państwu kłopoty. Każdy Polak tego doświadczał. Ten kompleks sprawił, że miałem wyrzuty sumienia za zrobienie grającym chłopcom zdjęcia. Przygotowałem więc, na wszelki wypadek, własną wersję zdarzeń: zobaczyłem grających w piłkę chłopców; zważywszy na unikalność tego boiska, trudno było odmówić sobie takiego zdjęcia. Powiem w razie czego jakiś komplement pod adresem peruwiańskiej piłki nożnej i powinno wystarczyć. Pocieszałem się nadzieją, że Peruwiańczycy nie skojarzą, iż pochodzę z Polski, której reprezentacja na Mundialu w Hiszpanii (w 1982 w La Coruńa, n.b. byłem na tym meczu) rozgromiła Peru 5:1. A może w ogóle nie zauważyli?

Niestety, zauważyli.

Stary, zakurzony datsun, z napisem Guardia civil (czyli odpowiednik polskiej Straży Miejskiej), zatrzymał się na naszej wysokości. Wysiadł z niego przystojny młody oficer, zasalutował i – uśmiechając się w stronę kierowcy naszego samochodu – zapytał:

– Kto robił zdjęcia?

Jorge rozłożył ręce w geście bezradności. Rozważałem przyznanie się do winy, ale na wszelki wypadek milczałem. Popatrzył mi głęboko w oczy, a wtedy już wiedziałem, że on też wie.

– A czy ma pan zezwolenie na robienie zdjęć?

– Nie, nie mam. Nawet nie wiedziałem, że potrzebne jest takie zezwolenie – dodałem najuprzejmiej, jak potrafiłem.

– A to niedobrze, niedobrze – mruczał strażnik.

– Zrobiłem zdjęcie chłopcom grającym w piłkę – tłumaczyłem. – Jesteśmy turystami, zwiedzamy miasto…

– Bez pozwolenia zdjęć u nas robić nie można! – rzekł z naciskiem.

– Przecież to niewinne zdjęcie. Chłopcy, piłka, taki mały stadion… Chcę pokazać w Polsce.

Halina syknęła przez zęby, żebym się przestał z nim kłócić, bo mnie jeszcze zamknie. Nie musiała mi tego mówić, sam widziałem jak oficer guardia civil zaciska szczęki.

– Bardzo przepraszam – powiedziałem robiąc „dobrą minę”, mimo iż miałem pietra. Na wszelki wypadek wymacałem w tym czasie za plecami aparat fotograficzny, i próbując się pozbyć dowodu winy, otworzyłem dyskretnie klapę, poluzowałem taśmę filmu tak, aby dotarło do niej jak najwięcej światła, potrzymałem kilkanaście sekund i zamknąłem. Straciłem ze trzydzieści zdjęć, ale dzięki temu niczego mi nie udowodnią. Nie byłem pewny, czy z naświetlonej błony filmowej – cyfrowych aparatów wtedy jeszcze nie było – można wywołać zdjęcie, na wszelki wypadek otworzyłem aparat jeszcze raz, wyjąłem rolkę z filmem i wcisnąłem ją za tylne siedzenie garbusa. Wpadła w jakiś otwór. Teraz mi już niczego nie udowodnią. A on stał i beznamiętnie na nas patrzył.

– Właściwie… to ja zdjęć nie robiłem – ożywiłem się. – Chciałem zrobić, ale nie zdążyłem. Może pan sprawdzić – powiedziałem, wyciągając aparat zza siebie i dając go strażnikowi. Rozważałem okazanie legitymacji międzynarodowego związku dziennikarzy, ale uświadomiłem sobie, że przecież w deklaracji na lotnisku podałem się za biznesmena.

– A skąd my tak dobrze mówimy po castellano?![1] – zapytał nagle. W jego głosie pojawiła się nuta wrogości i podejrzliwości.

– Gdzie tam dobrze! Byłem kiedyś w Argentynie, na Mundialu… Uczyłem się hiszpańskiego dwa miesiące.

¡Bueno, bueno! [2]– mruczał pod nosem. – W takim razie proszę wszystkich o paszporty.

I wtedy uświadomiłem sobie, że mam tylko re-entry permit, bo paszporty, obaj z Andrzejem, zostawiliśmy w recepcji hotelu i zapomnieliśmy odebrać przed wyjazdem do Limy. Podałem kremową książeczkę, Andrzej miał tylko amerykańskie prawo jazdy. Na szczęście Halina i Eugeniusz byli już obywatelami Stanów Zjednoczonych i okazali paszporty amerykańskie. Peruwiańczyk nie ustępował.

– Powiedziałem wszyscy, to wszyscy! Ty też. – Wskazał na Jorge.

Taxista bez słowa wyjął dokument i wręczył go żandarmowi. Ten zaś schował wszystko do służbowej torby i wrócił do pojazdu patrolowego. W taksówce zrobiło się gęsto.

– Po jaką cholerę robiłeś te zdjęcia? – spytał Andrzej.

– Jadę tysiące kilometrów, wydaję tyle kasy, więc chyba mogę mieć pamiątkę – odpowiedziałem, zresztą zgodnie z prawdą.

– Narażasz nas na nieprzyjemności – dodała Halina.

Znaliśmy się stosunkowo słabo i krótko, więc nie drążyłem tematu. Przeprosiłem, blefując, że to rutynowa kontrola, że i tak nic nam nie grozi. Szczerze powiedziawszy, byłem tego pewny. Co mi mogą zrobić? Zamkną mnie do więzienia? Nie mają przecież dowodu winy. Nie dość, że błona filmu została prześwietlona, to na dodatek leży gdzieś na dnie garbusa.

– Gdyby robienie zdjęć było przestępstwem – powiedziałem – to przecież w pierwszej kolejności zabezpieczyliby dowód rzeczowy, czyli aparat i film!

Swoją drogą – zastanawiałem się – dlaczego tego nie zrobili? Już po naświetleniu filmu położyłem zenita na kolanach, więc strażnik mógł w każdej chwili o niego poprosić. Nie chciał tknąć aparatu nawet wtedy, gdy mu to ostentacyjnie zaproponowałem.

Jan M Fijor, Reisefieber, Fijorr Publishing, Warszawa 2018, cena 31 zł. zamówienia: emedytam@gmail.com

P.S. Drugi tom wspomnień, zatytułowany Od Tater do Andów, powinien się ukazać już znacznie szybciej, bo pod koniec 2018 roku.

 

[1] Castellano – kastylijski, hiszpański.

[2] W porządku.

Dwa wieki ogłupiania przez szkołę

0

UWAGA!

TEKST (poważnie) JEST PRZEZNACZONY TYLKO DLA OSÓB KTÓRE WIERZĄ W SWOJE SIŁY BĄDŹ CZUJĄ,  ŻE MOGĄ W NIE UWIERZYĆ. Nierozumne osoby które „nie mają czasu” na poświęcenie 20- 30 minut dla (być może, bez przesadzania) uchronienia siebie i swoich dzieci przed PRZECIĘTNOŚCIĄ niech nawet tu nie zaglądają, bo i tak niewiele z tego do nich dotrze.

Tylko małe sekrety muszą być strzeżone. Wielkie trzymane są w sekrecie dzięki niedowierzaniu opinii publicznej„- Marshall McLuhan (jedne z najwybitniejszych specjalistów z zakresu komunikacji masowej i środków przekazu XX w., pionier technik reklamy związanych z seksualnością)

Tym, którzy świata nie widzą dla swoich dzieci poza szkołami publicznymi (a nawet i prywatnymi w większości) chciałbym postawić pytanie: Czy zastanawiali się Państwo kiedy i w jakim celu szkoły publiczne w ogóle powstały?

Wiele osób, w tym zapewne wielu nauczycieli, którzy nie interesują się historią szkolnictwa, myśli sobie, że szkoły powstały z „czystej” pobudki zwiększania zawartości ludzkich głów, czy w celu alfabetyzacji całego społeczeństwa. Chyba będą musieli się cokolwiek rozczarować.

Systemy przymusowych szkół powstały z bardzo konkretnych powodów, które nijak się miały do tych dobrotliwych celów, ale o tym za chwilkę. J 

  1. I.       Zapraszamy!

 Pierwsze próby wprowadzenia obowiązku szkolnego pojawiły się już w XVII w.: przepisy weimarskie (1619 r.), gotajskie (1642 r.) i pruskie (1698r. i 1717r.), a potem stanu Massachusetts (purytański rząd kolonii: 1647r.), jednak nie miały one większego znaczenia z powodu nikłych możliwości realizacji. Pierwsze ustawy wprowadzające faktycznie obowiązek szkolny pochodzą z XIX w. (1819 Prusy, 1869 Austria, 1872 Japonia, 1876 W. Brytania, 1882 Francja, 1848–1918 USA), a w wielu krajach obowiązek szkolny wprowadzono dopiero w XX w. (m.in. w ZSRR w 1930 r. za Stalina). Zwróćmy jednak najpierw uwagę na weltschmerz pewnego osobnika..

 II.     Cierpienia Fryderyka

Jest rok 1807 r. Król Fryderyk Wilhelm cierpi. Jego ambicja i miłość własna bardzo źle znoszą przegraną z Napoleonem pod Jeną. Rok wcześniej 56-tys. armia Napoleona rozbiła doszczętnie 38-tys. armię księcia Fryderyka Ludwika Hohenlohe. Ponad 12 tys. Prusaków poległo lub zostało rannych, a przeszło 15 tys. znalazło się we francuskiej niewoli. Królestwo Prus dostało się pod panowanie Francji. Tego po prostu nie dało się wytrzymać!

Ten stan wymagał zdecydowanych działań. Wzmocnienia państwa, odnowy narodu. Trzeba zbudować nowe, niepokonane Prusy, a by to zrobić, najlepiej oprzeć siłę państwa na bezwzględnie posłusznych żołnierzach i urzędnikach. Skąd takich brać?

Trzeba ich sobie zrobić. Wychować. Użyć kontrolowanej przez państwo machiny, która umysł każdego obywatela dokładnie ociosa do oczekiwanego kształtu i zaprogramuje.

Nie było na co czekać.

Dlatego też wszystkie szkoły znalazły się pod kontrolą Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Zdelegalizowano cieszące się podejrzaną niezależnością szkoły prywatne.

Od tej chwili (1810 r.) każdy nauczyciel miał być zatwierdzany i certyfikowany przez państwo.

Wprowadzono obowiązek szkolny..

Po kilku latach szkoły pracowały państwowym programem.

By mieć pewność, że w głowach obywateli nie kiełkują niepożądane pomysły, wprowadzono zestaw lektur obowiązkowych, tak by przypadkiem młodzi sami nie próbowali szukać treści, które byłyby dla nich nieodpowiednie. Rytm nauki wyznaczały dzwonki dzielące lekcje na 45-minutowe odcinki czasu, które to wprowadzono po to, by uczniowie na sygnał, jak na rozkaz, porzucali swoje aktualne zajęcie. Już brzmi znajomo? Położono nacisk na pracę indywidualną. Wszak zrzeszanie się czy współdziałanie mogły zagrozić władzy absolutnej.

A państwo ma działać jak dobrze naoliwiony mechanizm! Napędzane przez urzędników i rzemieślników – posłusznych, uległych, wykształconych na tyle, by umieli przeczytać instrukcję, mających podstawy wiedzy, ale nie za szerokie horyzonty. Chronione natomiast, miało być przez karnych żołnierzy znających swoje miejsce w szeregu.

W roku 1817 na czele nowo utworzonego Ministerstwa do spraw Wyznań i Oświaty staje Karl Freiherr vom Stein zum Altenstein, który tworzy spójny i całościowy system edukacyjny z podziałem na szkoły ludowe, średnie i uniwersytety.

Swoistą cezurą staje się uzyskanie matury, która otwiera drogę nie tylko do służby państwowej, wojskowej, kariery urzędniczej, ale również na uniwersytety- państwo z całą stanowczością egzekwowało obowiązek nauki. Kolejna reforma wprowadzała po ukończeniu szkoły średniej zasadę, iż warunkiem immatrykulacji na wyższe uczelnie jest egzamin maturalny. Zaostrzała też kryteria dla nauczycieli uczących w gimnazjach. Jak na tamte czasy reforma Altensteina była bardzo atrakcyjną i postępową ofertą wzmacniającą rolę państwa i dającą mu nowe narzędzia kształtowania i wychowywania nowych pokoleń.

Aby zrozumieć obowiązujący wówczas kontekst kulturowy należy sięgnąć do gloryfikujących ideę państwa poglądów filozoficznych Hegla i wywodzącej się od Kanta etyki obowiązku. Pruski model edukacyjny wyrasta z ducha tych dwóch pojęć: matura rozumiana była jako droga do służby państwu, a celem tak pomyślanej edukacji był bezspornie interes Prus.

Symptomatyczne dla epoki jest hasło ówczesnych reformatorów: „Wolność przez administrowanie!” [S. Salmonowicz, Prusy. Dzieje państwa i społeczeństwa].

To właśnie reformom Altensteina zawdzięczamy tak w pełni skuteczne związanie szkół z państwem i podporządkowanie edukacji jego urzędnikom J

Tymczasem pomagający od początku Fryderykowi Wilhelmowi w owym „dziele wieku Oświecenia”, wybitny filozof epoki, Wilhelm Humboldt, nie był jednak zbyt zadowolony z efektu poczynań króla.

Być może dlatego właśnie, że kładziono nacisk na indywidualną pracę każdego z uczniów, nie skupiano się na zajęciach grupowych (co jest lepsze- indywidualizm- JA mam rację, bo WIEM czy może burza mózgów, praca zespołowa ?). Dobrze zdany egzamin końcowy, pierwsza w dziejach matura, dawał wstęp na uniwersytety i gwarantował szybką karierę zawodową (pewny etat ?), niewymagającą  kreatywnego myślenia- tak więc może  to królowi Fryderykowi Wilhelmowi należy przypisać stworzenie pierwszych robotów! :D).

[PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”]

XIX w. Prusy były monarchią absolutną i pruski dryl miał niemałe przełożenie na szkołę. Nauczyciele mieli za zadanie kształcić posłusznych państwu obywateli. Umiejących czytać i pisać urzędników oraz żołnierzy (to w XIX w. zaroiło się od pamiętników pisanych na europejskich frontach). Obywateli wykształconych na tyle, ile trzeba, ale nie wolnomyślnych.: „Sprawnych rzemieślników w swoim fachu, ale nie artystów. Posiadających podstawy wiedzy, ale nie zbyt szerokie horyzonty”.  Było to zrozumiałe w czasach, gdy nad kontynentem unosi się wciąż widmo rozprzestrzeniającej się rewolucji napoleońskiej. Szkoła pruska miała utrzymywać społeczne status quo oraz być moderatorem społeczeństwa na życzenie władz, a w konsekwencji być zapleczem do rozwoju potęgi Prus. Ken Robinson (uznany w skali światowej doradca w dziedzinie rozwoju kreatywności, innowacyjności i zasobów ludzkich) przyrównał ten system do programowania wielkiego żywego komputera. Władzy było potrzebne, aby przyszli pracownicy machiny biurokratycznej mieli podstawowe umiejętności kopiowania i przetwarzania dostarczonych danych.

Tak przynajmniej opisuje to Murray Rothbard w  „Education: Free and Compulsory” ;).

W XIX wiecznych Prusach traktowano państwo jako najwyższy autorytet, było to zupełnie świadome i akceptowalne, podporządkowanie edukacji jego przedstawicielom, ówczesnym  jawiło się jako przejaw postępu!

O ile brak indywidualizmu, możliwości pracy w grupach czy rozwijania autonomii i kreatywności, w państwie o silnych tradycjach militarnych był  czymś zupełnie naturalnym, o tyle dziś jest czynnikiem silnie ograniczającym rozwój nie tylko jednostek, ale i całej gospodarki.

III.  Zbawienie dla przemysłu

 Pomimo pewnych drobnych potknięć po drodze sztuczka Fryderyka i Altensteina powiodła się. Reforma oświaty realizowana z żelazną konsekwencją rozlała się po Europie. Dodatkowo w czasach Oświecenia także idea sekularyzacji migruje z kraju do kraju. Najpierw obejmuje, co oczywiste, Francję, kraje niemieckie, Rosję … Stosunkowo szybko sekularyzacja przemienia się tu i tam w ateizację. W XIX w. zaczyna się rozwijać  ustawodawstwo szkolne, a organizację szkół przejmują rządy poszczególnych państw („przejęcie pałeczki” przez rządy to oczywiście eufemizm ;).  W sumie mamy tu dwie pieczenie na jednym ogniu: oprócz modelowania społeczeństwa możemy odebrać szkoły Kościołowi, a w konsekwencji tego zagrabić część jego majątku 😀 Good deal, nieprawdaż Czytelniku? 😀

Wraz z imigrantami niemieckimi idea pruskiej szkoły dotarła do Ameryki, gdzie pokochali ją przemysłowcy (nawiasem: Niemcy to fantastyczny naród który ukształtował niemalże dzisiejszy świat- tj. nie tylko edukację ale i [m. in. poprzez rodzinę Rothschildów również w XVIII w.] świat finansów, a w konsekwencji całą obecną gospodarkę). Zachwyciła wszystkie rozwijające się kraje (tj. ich elity władzy). Przyczyn było kilka, a jedną z nich było przekonanie, że ówczesna ekonomiczna potęga Prus wiąże się z wprowadzeniem przymusu edukacyjnego (ciekawe, że dzisiejsza potęga gospodarcza USA zalegalizowała edukację domową na wszystkie stany). Szkoły na wzór pruski zaczęły powstawać przy fabrykach, kształcąc kadrę do pracy przy taśmie. W 2 poł. XIX w., nowy system podbił całą niemal Europę, trafił do Ameryki i na Daleki Wschód. Przemysłowcy epoki industrialnej potrzebowali pracowników na tyle wyedukowanych, by przeczytać podstawową instrukcję i zrozumieć podstawy procesów produkcji, przygotowanych już w szkole do posłuszeństwa i monotonnej rutyny pracy.  Najwięksi przemysłowcy przełomu XIX/XX w.  współfinansowali systemy oświatowe. Dla Henry’ego Forda, który jako pierwszy w swojej fabryce w Detroit (1914 r.), wprowadził taśmę produkcyjną, zarzucając metody rzemieślnicze, szkoła w typie pruskim była doskonałym dostawcą pracowników. Przyzwyczajonych do posłuszeństwa i monotonnego wykonywania zaplanowanych mechanicznych czynności. Bardzo ciekawie wyglądała w XIX/XX wieku cała operacja wprowadzania przymusu edukacyjnego w każdym stanie USA: zajęła z grubsza 70 lat i nie obeszło się bez oporów ludności. Szczęśliwcy Amerykanie mieli przecież do dyspozycji broń i używali jej do obrony „głów” własnych dzieci. Rząd był jednak lepiej uzbrojony i przez to bardziej przekonywający 😉  I tak właśnie w różnych krajach ludzie zaczęli maszerować do szkół, gdzie na powitanie grał im wojskowy róg. Albo tak jak dziś, dzwonek.

IV.   Śmichy- chichy

Żarty żartami ale trzeba przyznać – pomysł Fryderyka umie sprawiać świetne wrażenie. Używa szumnych haseł: pruskie truchło podpierając ideami wolności, samorozwoju, indywidualizacji, przygotowania do życia w demokratycznym społeczeństwie. Czy się zmienia? Ani trochę. Bo wymagałoby to zmiany u samych podstaw. Wywrócenia do góry nogami. Odpaństwowienia, uwolnienia, odurzędniczenia- o tym też będzie mowa.

Nie uczy jednak , jak w XXI w.  dobrze ustawić się w życiu, jak radzić sobie z finansami, jak założyć własną firmę (tzw. lekcje przedsiębiorczości w szkołach średnich to kpina – uczą co najwyżej jak wypełnić druczek do urzędu czy napisać i tak koślawe CV) – szkoła uczy zawodu.

Oprócz zawodu (do którego wyboru wszyscy są gorąco namawiani i zachęcani – jedni zostaną informatykami, inni chemikami, biologami, będą naprawiać samochody, remontować domy), szkoła wyrabia w młodym człowieku pewne zachowania, promuje postępowanie szablonowe (jak np. testy typu „czytanie ze zrozumieniem” z języka polskiego, czy inne), według ustalonego schematu, z góry narzuconego przez urząd, a tępi, piętnuje, jednostki indywidualne, niezależne. Już się nie zgadzasz lub gorączkujesz? Spokojnie, przeczytaj tekst do końca, posłuchaj co mieli do powiedzenia w tym temacie ludzie którzy tworzyli historię (oni chyba nie mogli być głupsi od Ciebie, nieprawdaż? 😉

Jak widać historia współczesnej edukacji może być bardzo ciekawa, bowiem edukacja powszechna to jeden z najwymyślniejszych środków rządów i bogatych, stworzony do kierowania ludem.

  1. V.     Krótko o własnym podwórku

A jak to wyglądało w Rzeczypospolitej?  W Polsce powstanie Komisji Edukacji Narodowej (1773- 94) „zawdzięczamy” grabieży majątku jezuickiego. Komisja ta była właściwie protoministerstwem edukacji, działała pod protektoratem króla zachowując pełną autonomię (tylko w sprawach finansowych odpowiadała przed sejmem) i była tworem dużo, dużo mniejszym niż obecny, ciągle się rozrastający jak rak złośliwy, MEN. [PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”]

Po odzyskaniu niepodległości 7-letni obowiązek szkolny (do 14 r. ż.) został wprowadzony na terenie całej Polski na mocy dekretu z 1919. W II Rzeczpospolitej nie było aż tak źle, m.in. nauczanie domowe zrównano prawnie z publicznym J

Czasy PRL-u, którego cichą kontynuatorką była eksminister Łybacka, to okres nie tylko wydłużania obowiązku szkolnego (do 16, a potem 17 lat), ale także silnej ofensywy ideologicznej w szkolnictwie: założenia pracy dydaktycznej oparte na marksistowsko-leninowskich podstawach, wyrabiające (nie do zdarcia) przekonanie o wyższości socjalizmu, zastąpienia patriotyzmu internacjonalizmem, wprowadzenia przymusowego j. rosyjskiego do szkół i wykładów marksizmu- leninizmu na uniwersytetach, likwidacji szkół prywatnych, wielu instytucji oświatowych, zwalniania „niepoprawnych” wielu uczonych.

Konstytucja RP z 1997 r. wydłużyła obowiązek szkolny jeszcze bardziej, do maksymalnego legalnego progu (!), czyli do 18 roku życia, a wspominana wcześniej minister Łybacka w 2002 r. obniżyła „wiek poborowy” z siedmiu do sześciu lat.

Z uwagi na fakt, że nie da się bardziej dorosłych przymusić do chodzenia do szkół, „wiek poborowy” będzie się stopniowo obniżał (kolejne rządy postulowały i będą postulować o objęcie obowiązkiem przedszkolnym pięciolatków; tym zmianom sprzeciwił się m. in. minister edukacji R. Giertych i uniemożliwił ich wprowadzenie ). [PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”] 😉

Szkoła w takiej formie pewnie by się nie ostała, gdyby wprost mówiła, że jej celem jest musztrowanie młodych umysłów w odciętych od świata placówkach (gdzie miejsce i czas na szkolenia praktyczne, podobne chociażby do tych na studiach, nawet najprostsze odwiedziny, praktyki, tak aby uczniowie mogli poznać o czym się ich uczy- czy takie zobrazowanie, danie namacalnego dowodu by ich nie zainspirowało ?). A czasu po lekcjach uczniom brak, w końcu zajęcia trwają od 8 do często 15- 16 godziny.

Ten papierek jest mniej wart niż bilet do kina. Ten drugi przynajmniej pozwala nam dostać się na salę i przyjemnie spędzić czas, podczas gdy dyplom nie gwarantuje, że będziemy mogli rozpocząć samodzielne życie”– Sohiro Honda.

Korporacja w wydaniu dla 6-latków. Dziękuję. 

 Przedstawimy Wam teraz trochę praktycznych przykładów, przytoczymy wyniki kilku badań, parę opinii, a (chyba, że kogoś boli myślenie) odpowiedź po co to (zaraz zobaczysz co 😉 i dlaczego, zostawimy Wam. Zastrzegamy, że poszczególne case’y wybieraliśmy  ponieważ były one obiektywne i rzetelne. Nie chcemy przedstawiać  tu nauczycieli w negatywnym świetle- wręcz odwrotnie- uważamy, że są to w większości ludzie o dobrych chęciach, jednakże, naciskani architekturą systemu nie mogą zazwyczaj w pełni pomóc swoim uczniom.

VI.         – Czy coś uległo przez te dwa stulecia zmianie?

                – Do dziś niewiele się zmieniło.

Siłą inercji szkoła przez ostatnie 200 lat pozostała taka sama. Przez ten czas rozwijała się technika, rodziły się i upadały koncepcje gospodarcze i polityczne, a szkoła trwała i trwa nadal w tym samym kształcie od czasów swoich narodzin. Nastawiona jest na wiedzę naukową, nie na umiejętności i talenty, zbudowana na hierarchicznej strukturze, centralnie planowana i zarządzana przez urzędników, a nie pedagogów czy wychowawców (patrz: struktura decyzyjności MEN http://bip.men.gov.pl/index.php?option=com_content&view=section&layout=blog&id=4&Itemid=14).

Niektórzy eksperci opisują dzisiaj szkołę używając takich przygnębiających metafor, jak:

szkoły-więzienia – wyposażonej we wszechobecne kraty, gdzie obowiązuje zakaz opuszczania sali, budynku, terenu placówki,  a dzwonek ogłasza kolejne 45 minut odcięcia od realnego- szkolnego świata.

  • szkoły-koszary – w której obowiązuje bezwzględne posłuszeństwo dowódcy-nauczycielowi, który ma zawsze rację, a jeśli nawet nie ma racji, patrz punkt pierwszy.
  • szkoły-fabryki – gdzie w kilkuletnim cyklu produkcyjnym przygotowuje się produkt finalny: ucznia- pracownika zaopatrzonego w kilka niewyszukanych umiejętności dla przyszłego pracodawcy (gdzie istotną wiedzę z zakresu 3 letniej nauki w podstawówce, gimnazjum czy liceum można spokojnie nabyć w ciągu 1 roku rzetelnej nauki).

VII .              Opinia Gatto

 Szczególnie dwulicowe jest to, że szkoła w swoje programy wpisuje i (i powtarza je jak mantrę- o mocy powtarzania odsyłamy do: PR + Le Bon’a) hasła samorozwoju, równości i wolności, przygotowania do życia w demokratycznym społeczeństwie. Co bardziej wpływa na rozwój, slogany powtarzane na zajęciach czy też żywy przykład codziennych działań? Kolorowe wystawki montowane w salach czy autorytarny ład szarej codzienności? Oto „Jak oświata publiczna upośledza nasze dzieci i dlaczego?” – tekst najsurowszego krytyka amerykańskiego systemu oświaty J.T. Gatto :

„Przez trzydzieści lat nauczałem w kilku spośród najgorszych oraz kilku spomiędzy najlepszych szkół Manhattanu i stałem się przez ten czas ekspertem … w zakresie nudy. Nuda była wszędzie w moim świecie, a gdybyście zapytali dzieci, jak sam to często czyniłem, dlaczego czują się takie znudzone, zawsze udzielą tych samych odpowiedzi: Powiedzą, że ta praca jest głupia, że nie ma żadnego sensu, że już od dawna to wszystko wiedzą.

Czy uczniowie nie  powiedzą, że chciałyby robić coś rzeczywistego, a nie siedzieć w ławkach? Powiedzą, że nauczyciele nie wydają się wiedzieć zbyt wiele o swoich przedmiotach, a już zdecydowanie nie są zainteresowani poszerzaniem swojej wiedzy. I będą mieć rację: ich nauczyciele w ponad 70% są w każdym calu tak bardzo znudzeni, jak one same.

My wszyscy! Tę prawdę uświadomił mi mój dziadek. Pewnego popołudnia, gdy miałem siedem lat, poskarżyłem mu się na nudę, a on trzepnął mnie mocno po głowie. Powiedział mi, żebym nigdy w jego obecności nie używał więcej tego określenia, ponieważ jeśli się nudzę, to jest to moja wina, a nie czyjakolwiek inna. Obowiązek zabawiania mnie i kształcenia dotyczy wyłącznie mnie samego, a ludzie, którzy tego nie rozumieją, są dziecinni i winno się ich w miarę możliwości unikać. Na pewno zaś nie wolno im ufać. Epizod ten wyleczył mnie z nudy raz na zawsze. Gdyby nauczyciele mieli moralne prawo przekazywać  tę lekcję swoim uczniom. (FdP: czy dzieci i nuda to nie ewidentnie sprzeczny stan rzeczy- pamiętacie siebie na przerwach? 😉  Czy prawdziwy nauczyciel nie powinien (co paradoksalne) ignorować szkolnych obyczajów, a nawet naginać prawa, by pomagać dzieciom wyrwać się z tego potrzasku?

Imperium, oczywiście, kontratakowało; zdziecinniali dorośli stale utożsamiają opozycję z nielojalnością.

Do czasu zanim ostatecznie wycofałem się z pracy w szkole, co miało miejsce w 1991 r., znalazłem więcej powodów niż trzeba, by myśleć o naszych szkołach – z ich długoterminowym, realizowanym w więziennej architekturze, przymusowym uwięzieniem zarówno uczniów jak i nauczycieli – jako o wirtualnych fabrykach „dziecinności”. W dodatku, mówiąc szczerze, nie byłem w stanie dostrzec, dlaczego muszą wyglądać w taki sposób. Moje własne doświadczenie ujawniło mi to, co wielu nauczycieli musi sobie również uświadamiać na swej drodze, choć zachowują to dla siebie z obawy przed odwetem: gdybyśmy tylko chcieli, z łatwością i tanim kosztem moglibyśmy wyrzucić „za burtę” stare, tępe struktury oraz pomóc dzieciom zyskiwać edukację, aniżeli tylko „pobierać” szkolnekształcenie. Moglibyśmy stymulować najlepsze cechy młodości – ciekawość, ducha przygody, prężność, zdolność do zdumiewających wglądów – po prostu dzięki większej elastyczności co do czasu, tekstów i testów, dzięki przedstawianiu dzieci naprawdę kompetentnym dorosłym oraz poprzez udzielanie każdemu uczniowi i uczennicy takiej autonomii, jakiej potrzebuje, by odtąd brać na siebie każde ryzyko życiowe. […] Czy to możliwe, że George W. Bush przypadkiem wyraził prawdę, kiedy powiedział, [PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”]

Czy naprawdę potrzebujemy szkoły? Nie mam na myśli edukacji, ale właśnie obowiązkową szkołę: sześć lekcji dziennie, przez pięć dni w tygodniu, przez dziewięć miesięcy w roku, w ciągu dwunastu lat. Czy ta martwa rutyna rzeczywiście jest konieczna?

A jeśli tak, to w jakim celu?

Nie chowajmy się jednak za nauką czytania, pisania i liczenia jako uzasadnieniem, ponieważ dwa miliony szczęśliwych dzieci, które uczą się wyłącznie w domu (Autor mówi o formie edukacji jaką jest w USA „homeschooling”), w oczywisty sposób obracają ten argument wniwecz. Nawet gdyby tego nie czyniły, to znacząca liczba dobrze znanych Amerykanów nigdy nie przeszła przez tę dwunastoletnią wyżymaczkę, przez którą nasze dzieci obecnie przechodzą, i „wyszła na ludzi”. George Washington, Benjamin Franklin, Thomas Jefferson, Abraham Lincoln? Ktoś ich nauczał, bez wątpienia, lecz nie byli oni produktem szkolnego systemu i ani jeden spośród nich nie został absolwentem szkoły średniej. Przez większość amerykańskiej historii dzieci zasadniczo nie chodziły do szkoły średniej i ci „niedokształceńcy” wyrastali na admirałów, takich jak Farragut; wynalazców, jak Edison; ojców przemysłu, jak Carnegie i Rockefeller; pisarzy, jak Mellville, Twain czy Conrad; a nawet na uniwersyteckich profesorów, jak Margaret Mead.

Tak naprawdę, prawie do naszej współczesności w ogóle nie uważało się ludzi, którzy osiągnęli trzynasty rok życia, za dzieci. Wobec Ariel Dunant, która współtworzyła wraz ze swym mężem olbrzymią i bardzo dobrą, wielotomową historię świata, i która wyszła szczęśliwie za mąż w wieku lat piętnastu, czy ktoś mógłby racjonalnie utrzymywać, że była ona osobą niewykształconą? Nie-przeszkoloną, możliwe, lecz nie niewykształconą. [PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”]

Pruskie myślenie w USA w XXI? Przesadzam?! Ale zaraz.. Szczególny fakt pruskiego pochodzenia naszego szkolnictwa ujawnia się ciągle na nowo, gdy dowiadujemy się, gdzie go poszukiwać. William James wielokrotnie czynił do niego aluzje na przełomie XIX i XX wieku. Orestes Brownson, bohater książki Christophera Lascha z 1991 r. pt. „The True and Only Heaven”, publicznie ujawniał „prusjanizację” amerykańskich szkół już w latach 40 XIX wieku. „Siódmy Doroczny Raport” Horace Manna z 1843 r. przedstawiony Radzie d.s. Edukacji Stanu Massachusetts jest w swojej istocie peanem na cześć kraju Fryderyka Wielkiego i wezwaniem do sprowadzenia stamtąd tamtejszego szkolnictwa.

To, że pruska kultura szeroko ujawnia się w Ameryce nie jest żadnym zaskoczeniem, gdy weźmie się pod uwagę nasze wczesne związki z tym utopijnym państwem, (FdP: Benjamin Franklin powiedział kiedyś: Dlaczego mamy znosić natłok gburów niemieckich, którzy kłębią się w naszych miastach i narzucają nam swój język i obyczaje? Dlaczego Pensylwania, założona przez Anglików, miałaby się stać kolonią obcych, którzy niebawem staną się tak liczni, że poddadzą nas germanizacji? – to komentarz na temat liczebności Niemców w Pensylwanii. [ J. Grabowski, Historia Kanady]). Pewien Prusak służył jako adiutant Washingtona w trakcie wojny o niepodległość, a tak wiele niemiecko-języcznych osób osiedliło się u nas przed 1795 rokiem, że Kongres rozważał nawet publikację praw federalnych w języku niemieckim. Ale co najbardziej szokujące to fakt, że z taką gorliwością przyjęliśmy jeden z najgorszych aspektów pruskiej kultury: system oświaty, z premedytacją zaprojektowany by produkować mierne umysły, paraliżować życie wewnętrzne jednostki, pozbawiać uczniów wartościowych umiejętności samosterowania i by zapewniać, że obywatele będą potulni i wewnętrznie rozbici, w zamiarze uczynienia całości populacji „sterowalną”.

To dzięki Jamesowi Bryant Conantowi – prezesowi Harvardu przez dwadzieścia lat, specjaliście z zakresu gazów bojowych podczas II wojny światowej, wykonawcy projektu bomby atomowej, Wysokiemu Komisarzowi amerykańskiej strefy okupacyjnej powojennych Niemiec i zdecydowanie jednej z najbardziej wpływowych postaci XX wieku – po raz pierwszy przejrzałem na oczy, co do prawdziwych celów amerykańskiego szkolnictwa.

Bez Conanta najprawdopodobniej nie dysponowalibyśmy tak wystandaryzowanymi (co do ich stylu i stopnia) testami szkolnymi, z jakich korzystamy dzisiaj, ani nie bylibyśmy uszczęśliwieni gargantuicznymi szkołami średnimi, które magazynują jednocześnie od 2 do 4 tysięcy uczniów, jak np. osławiona Columbine High School w Littleton, Colorado [znana z masakry dokonanej przez dwóch uczniów]. Krótko po tym, jak wycofałem się z nauczania w szkole, odkryłem książkowy esej Conanta z 1959 r. pt. „The Child the Parent and the State” i byłem bardziej niż tylko zaintrygowany, zauważając jak mimochodem napomyka, iż współczesne szkoły, do których uczęszczamy, są rezultatem „rewolucji” wdrożonej „inżynieryjnie” między 1905 a 1930 rokiem. „Rewolucja”?! A choć on sam uchylił się od rozwinięcia tego zagadnienia, to zaintrygowanych a niedoinformowanych odesłał wprost do książki Alexandra Inglisa z 1918 r. pt. „Principles of Secondary Education”, w której „można oglądać ową „rewolucję” z perspektywy jednego z „rewolucjonistów” „.

Inglis, od którego nazwiska nazwano wykłady z pedagogiki na Harvardzie, czyni doskonale jasnym fakt, że obowiązkowe szkolnictwo („przymus szkolny”) na tym kontynencie zaplanowano jako dokładną kopię oświaty pruskiej z 1820 r.: jako „piątą kolumnę” dla rozwijającego się ruchu demokratycznego, stwarzającego zagrożenie udzieleniem głosu przy okrągłym stole chłopom i robotnikom .  Inglis rozdziela cel nowoczesnej oświaty – obecny jej cel – na sześć podstawowych funkcji, z których każda z osobna jest w stanie zjeżyć włos na głowie osobie naiwnie ufającej w trzy tradycyjne cele wskazane wcześniej.

1)     Funkcja dostosowawcza (adjustive) albo adaptacyjna (adaptive).

Szkoły mają wbudowywać trwałe nawyki reakcji na autorytet. To, oczywiście, całkowicie wyklucza krytyczny sąd. To także w znacznym stopniu eliminuje ideę, że winno się nauczać użytecznego lub interesującego materiału, ponieważ nie zdołasz sprawdzić warunkowego odruchu posłuszeństwa, dopóki nie dowiesz się, czy jesteś w stanie sprawić, by dzieci uczyły się i wykonywały głupie i nudne rzeczy.

2)     Funkcja integrująca (integrating).

Ta może być równie dobrze nazwana „funkcją konformizacji”, ponieważ jej intencją jest upodobnienie dzieci do siebie tak dalece, jak to tylko możliwe. Ludzie, którzy się podporządkowują normie są przewidywalni, a to jest wielce użyteczne dla tych, którzy chcą okiełznać i manipulować liczną siłą roboczą (FdP: jak to ujął Obama: „Blogi internetowe zagrażają demokracji”).

3)     Funkcja diagnostyczno-dyrektywna (diagnostic and directive).

Szkoła ma za zadanie określić odpowiednią dla każdego ucznia rolę społeczną. Szkoła została pomyślana jako sposób określania właściwej dla każdego ucznia roli społecznej. Dokonuje się tego poprzez liczbowe i słowne odnotowywanie danych w systematycznie prowadzonej dokumentacji. Jak w twojej osobistej dokumentacji. Bo taką naprawdę posiadasz (USA).

4)     Funkcja różnicująca (differentiating).

To właśnie, i niestety, jest celem obowiązkowej publicznej oświaty w tym kraju. Ale choćbyście uznali Inglisa za samotnego „nawiedzonego”, z nazbyt cynicznym podejściem do edukacyjnego przedsięwzięcia, to musicie wiedzieć, że wcale nie był on osamotniony w forsowaniu takich idei. Sam Conant, tworząc swoje dzieła na podstawach idei Horace Manna i innych, prowadził niestrudzenie kampanię na rzecz zaprojektowania według tego schematu amerykańskiego systemu szkolnego. Ludzie tacy jak George Peabody, który sfinansował wprowadzenie obowiązkowego szkolnictwa na całym amerykańskim Południu, z pewnością rozumieli, że pruski system jest użyteczny w tworzeniu nie tylko nieszkodliwego elektoratu i służalczej siły roboczej, lecz także wirtualnego stada bezmyślnych konsumentów. Po pewnym czasie olbrzymia ilość industrialnych gigantów, wśród nich także Andrew Carnegie i John D. Rockefeller, uświadomiła sobie kolosalne profity, które można uzyskać poprzez kultywowanie i zwykłe nadzorowanie takiego stada przy wykorzystaniu publicznej oświaty.

Proszę więc bardzo. Już wiecie. Nie potrzebujemy koncepcji Karola Marksa o wielkiej wojnie pomiędzy klasami by zauważyć, że w interesie kompleksowego sterowania, tak ekonomicznego jak i politycznego, leży ogłupianie ludzi, demoralizowanie ich, wprowadzanie między nich podziałów i odsądzanie ich od czci i wiary, jeśli się nie podporządkowują.

Klasowość może determinować ten projekt, jak to wyraził Woodrow Wilson, wówczas prezes Uniwersytetu Princeton, wobec Nowojorskiego Stowarzyszenia Nauczycieli w 1909 r.: „Życzymy sobie jednej klasy osób z liberalnym wykształceniem i drugiej klasy ludzi, z konieczności o wiele większej klasy i w każdym społeczeństwie, która zrzeknie się przywilejów liberalnej edukacji i przyłączy się do wykonywania specjalnych, a trudnych zadań manualnych.”

Jednak motywy stojące za tymi obrzydliwymi decyzjami, które przynoszą takież cele, wcale nie muszą opierać się na klasowości. Mogą one płynąć wprost ze strachu lub z pospolitego dziś przekonania, że „wydajność” jest cnotą naczelną, bardziej niż miłość, wolność, śmiech czy nadzieja.

Ponad wszystko jednak płyną ze zwyczajnej chciwości.

[PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”]. A to pozostawiło je bezbronnymi na pastwę następnego wielkiego wynalazku ery nowożytnej – marketingu (FdP- polecam:http://w.kki.com.pl/piojar/polemiki/novus/humanizm/a.pdf– koniecznie! 🙂

Cóż, nie trzeba ukończyć studiów z marketingu, by wiedzieć, że istnieją dwie grupy ludzi, którzy zawsze dadzą się przekonać do konsumowania więcej, niż jest im to potrzebne: nałogowcy i dzieci.

Szkoła wykonała olbrzymi kawał roboty, zmieniając nasze dzieci w nałogowców, ale wykonała też spektakularne zadanie przemieniania naszych dzieci w … dzieci. Tak jest, to nie przypadek. Teoretycy od Platona przez Rousseau do naszego profesora Inglisa wiedzieli, że jeśli dzieci mogłyby być zamknięte z innymi dziećmi, odarte z odpowiedzialności i niezależności, zachęcane do rozwijania jedynie banalizujących wszystko emocji chciwości, zawiści, zazdrości i lęku, to wyrosłyby, nigdy jednak nie zyskując prawdziwej dojrzałości. W wydaniu z 1934 r. sławnej swego czasu książki pt. „Public Education in the United States”, Ellwood P. Cubberley opisał szczegółowo i wychwalał sposób, w jaki ówczesna strategia powiększania szkół poszerzyła zakres dzieciństwa od 2 do 6 lat, gdy przymusowe kształcenie było w tym odniesieniu ciągle dość nowe. Ten sam Cubberley – który był dziekanem Szkoły Edukacji Uniwersytetu Stanford, wydawcą książek w Houghton Mifflin, przyjacielem Conanta i korespondentem na Harvardzie – napisał takie oto słowa w swej książce pt. „Public School Administration”, wydanej w 1922 r.: „Nasze szkoły są fabrykami, w których odpowiednie surowce (tj. dzieci) mają być kształtowane i modelowane. … Obowiązkiem szkoły jest formować uczniów według przedłożonych jej specyfikacji.”

Jest całkowicie oczywistym w naszym dzisiejszym społeczeństwie jakimi są owe specyfikacje. Do naszych czasów dojrzałość została wypędzona nieomal z każdego aspektu naszego życia.

-Łatwe prawo rozwodowe usunęło potrzebę pracy nad własnymi związkami;

-łatwe kredyty usunęły potrzebę fiskalnej samokontroli;

-łatwa rozrywka usunęła potrzebę uczenia się, jak organizować rozrywkę dla samego siebie;

-łatwe odpowiedzi usunęły potrzebę zadawania pytań.

Staliśmy się narodem dzieci, szczęśliwych, że mogą poddać swe osądy i wolę politycznym nawoływaniom i reklamowym namowom, które oburzyłyby ludzi prawdziwie dorosłych. Kupujemy telewizory, a potem kupujemy te rzeczy, które w nich oglądamy.

Kupujemy komputery, a potem rzeczy, które nam w nich oferują.

Kupujemy za 150 $ tenisówki, czy ich potrzebujemy czy nie, a kiedy wylądują wkrótce potem w kącie, kupujemy następną parę.

Jeździmy drogimi samochodami i wierzymy w kłamstwo, że stanowią one naszą polisę bezpieczeństwa, nawet kiedy lądujemy w nich do góry nogami.

Ari Fleischer (Rzecznik Prasowy Białego Domu) mówi nam byśmy „baczyli, co mówimy„, nawet kiedy pamiętamy, że mówiono nam niegdyś w szkole, iż Ameryka jest krajem ludzi wolnych.

Takie słowa także zwyczajnie „kupujemy”.

Nasze szkolne kształcenie, zgodnie z zamiarami swoich autorów, zajęło się tą właśnie sprawą.”

John Taylor Gatto dwukrotnie zdobył na przełomie lat 80/90 tytuł Nauczyciela Roku Stanu Nowy Jork i trzykrotnie tytuł Nauczyciela Roku Miasta Nowy Jork. Jest autorem m.in.  „The Underground History of American Education” ( http://www.johntaylorgatto.com/ )[PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”]

VIII.      Słowa …

Lant Pritchett, ekonomista z Uniwersytetu Harvarda, w opublikowanej w 2004 r. pracy zatytułowanej „Where Has All the Education Gone?” przeanalizował dane z lat 1960–1987 z kilkudziesięciu rozwijających się oraz rozwiniętych krajów.

Odkrył, że nie ma żadnej pozytywnej zależności między ilością formalnej edukacji jaką otrzymują obywatele kraju, a wzrostem gospodarczym. Co więcej, w wielu przypadkach ta zależność jest negatywna.

Od 1960 r. odsetek dzieci uczęszczających do szkół podstawowych, w krajach objętych badaniem, wzrósł z 66 do 100% . Do szkół ponadpodstawowych – z 14 do 40%. W tym samym okresie średni wzrost gospodarczy spadł z 3 % w latach 60, do 2,5 % w latach 70. i 0,48 % w latach 80. W latach 90. także nie był dużo wyższy(oczywiście twardogłowi mogą uznać to za manipulacje danymi- poszukajcie więc głębiej na własną rękę, jeśli nie wierzycie w pewną zależność 😉

Rządzący w ramach wyrównywania szans tak naprawdę piętnują ludzi pracowitych i przedsiębiorczych, jednocześnie promując posłusznych, aczkolwiek nierobów i leni. Najwyraźniej nie rozumieją, że istotą równości są nierówności.

Dlatego właśnie współczesny przeciętny człowiek siedzi w pracy, której nie lubi, męczy się wewnętrznie, ciągle bierze kredyty i pożyczki, przez całe życie boryka się z problemami finansowymi, a szczytem jego osiągnięć jest dwutygodniowa wycieczka all inclusive do Egiptu. Współczesna rzeczywistość zabija dziecięce marzenia, do czego walnie przyczyniają się skretyniali nauczyciele i cała banda świń przyssanych do koryta!

IX.          Dziecięca ciekawość, a zaradność finansowa

Zaobserwujcie, w jaki sposób uczą się małe dzieci. Wszystkie nowe rzeczy poznają poprzez zabawę, bo to jedna z niewielu metod z ponad 80 % skutecznością zapamiętywania. Umysł jest zrelaksowany, pobudzony do kreatywnej pracy i gotowy, aby chłonąć wiedzę. W takiej atmosferze dzieci uczą się mówić i chodzić – a nie są to proste umiejętności! Dlaczego na pewnym etapie stawiamy granicę, której wcześniej nie było? Zamiast bawić i uczyć, szkoła może być nudna, lekcje nieciekawe, a z wypieków na twarzy, które pojawiały się u dziecka po każdej wizycie w parku („mamo, a czemu ta wiewiórka zakopuje żołędzie?”, „tato, a czemu niebo jest niebieskie?”) pozostaje nikłe wspomnienie. Ciekawość i zaangażowanie znika, pojawia się rutyna przerywana od czasu do czasu, dzwonkiem na przerwę.

Dziecko marudzi, że ma tyle zadane. Że nie rozumie. Że to mu się w życiu nie przyda. Tymczasem zauważcie, z jaką uwagą studiuje mechanikę nowej gry. Jak nie przerażają go porażki. Widzi napis „game over”, ale nie odchodzi od ekranu komputera, tylko jeszcze bardziej zabiera się do pracy. Czuje, że chce rozwiązać problem. Nie rzuca skomplikowanej rozgrywki w kąt jak zeszytu z nierozwiązanym i paradoksalnie mniej skomplikowanym zadaniem z matematyki (jak już wspomnieliśmy- rozwiązania będą dalej).

Podobnie jeśli chodzi o finanse- np. Warren Buffet twierdzi, że to wiek, w którym uruchamiamy pierwszy biznes, ma największy wpływ na sukces w życiu. Jednakże finansowa zaradność nie bierze się jednak znikąd – przedsiębiorczym nastolatkiem, a później dorosłym stać się można przede wszystkim dzięki wiedzy przekazywanej przez rodziców i obserwacji ich finansowych poczynań- a w szkole jak wiadomo nic z tego. 

„ Tak jak system wartości czy podejście do drugiego człowieka, świadomość finansowa buduje się w dzieciach już od najmłodszych lat (dr Lidia Czarkowska-http://lidiaczarkowska.pl/o-autorce/) – Pierwszym i najbardziej znamiennym wzorcem są rodzice – to oni swoją postawą i swoim życiem pokazują dziecku, w jaki sposób radzić sobie z codziennymi finansami. Jeśli pieniądze nie są tematem tabu, wokół którego gromadzą się nieudolnie ukrywane emocje podszyte lękiem, to łatwiej zbudować w dzieciach zdrowe przekonania i postawy. Gdy nauczymy dzieci, jak efektywnie zarządzać środkami, jak działają mechanizmy rynkowe i jak poruszać się w tym świecie, żeby żyć zadowolonym z samego siebie i swoich bliskich, z większym prawdopodobieństwem z naszego dziecka wyrośnie świadomy finansowo i zaradny dorosły”.

Warto więc pracę zacząć od siebie, pamiętając o kilku prostych zasadach:

  1. rozmawiaj w domu otwarcie o pieniądzach,
  2. nie ukrywaj wydatków ani zakupów,
  3. nie kupuj na kredyt rzeczy, które nie są Ci niezbędne.
  4. I zapomnij o zasadzie „zastaw się, a postaw się„”.

X.   Coraz bardziej pod górkę

Powróćmy na moment do dzieła Johna Gatto. We wspomnianej wcześniej  „The Underground  History of American Education” pisze, że jeszcze w połowie lat 30. XX w. w USA  było wśród osób powołanych do wojska tylko 2 % tzw. funkcjonalnych analfabetów (takich którzy nie potrafili zrozumieć prostego rozkazu na piśmie). W czasie II wojny światowej było to 4 %, podczas wojny w Korei – 19 %, a w 1970 r. (w czasie wojny w Wietnamie) już 27 %! Tymczasem na przykład w 1840 r., czyli w czasie kiedy nie było w USA obowiązku szkolnego, w stanie Connecticut tylko 1/579 obywateli nie potrafił czytać i pisać (dane ze spisu powszechnego)!

Niszczycielski efekt pruskiego modelu edukacyjnego na kreatywność (rozumianą jako umiejętność spojrzenia całościowego, z szerszej perspektywy, widzenia możliwie wielu różnych aspektów i rozwiązań problemu) amerykańskich dzieci opisali także George Land i Beth Jarman w „Breakpoint and Beyond: Mastering the Future Today”.

Otóż, okazało się, że podczas pierwszego badania aż 98 % dzieci, które wówczas były w wieku przedszkolnym (3–5 lat), miało tę umiejętność (KREATYWNOŚĆ) na poziomie geniuszu!

Kiedy miały 8–10 lat, czyli chodziły już do szkoły – odsetek geniuszy spadł do 35 %, po kolejnych pięciu latach – do 10 %, by wśród dorosłych zatrzymać się na poziomie 2 %.[PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”]

Niektóre państwa nadal używają aparatu przymusu, policji i innych środków, które mają przekonać niepokornych, że edukowanie to zadanie wyłącznie dla państwa, a osoby doszukujące się w tym jakiegoś „spisku” to psychopaci, czy fantaści ( tak wiem, autopocisk 😉 polecam w takim razie pokrótce: http://forsal.pl/artykuly/774500,paul-craig-robert-neoliberalizm-wprowadzil-zachodnie-gospodarki-na-sciezke-samozniszczenia.html orazhttp://independenttrader.pl/49,globalna_struktura_wlasnosci_wyniki_4-letnich_badan.html ) Tymczasem w październiku 2004 r. 8 ojców poszło w Niemczech do więzienia (niedługo zmienią ich żony) za to, że podjęli się edukacji domowej własnych dzieci 😉

To dla pamięci tych, którym by się zdawało, że idea pruskiej szkoły przecież już wygasła, a niemieckie społeczeństwo jest wolne (albo „demokratyczne” czyli „wolnościowe”- jak kto woli). Według ustawy o systemie oświaty polskim rodzicom dzieci wagarujących grozi grzywna do 5 tysięcy złotych. O kary wnioskują dyrektorzy szkół, a ich realizacją zajmują się wydziały edukacji w urzędach miast i gmin, a że często ci rodzice nie mają pieniędzy….to może wkrótce i do więzienia pójdą? A można by przyznać, że przez jakieś 100 lat istnienia przymusu szkolnego nie udało się „państwu” nigdzie ani zaciągnąć wszystkich do szkół, ani doprowadzić do 100% (an)alfabetyzacji. Może więc nie tędy droga?

Co ciekawe, taki skutek centralnie sterowanej przez państwo edukacji przewidział laureat Nagrody Nobla z ekonomii Friedrich von Hayek. W wydanej w 1944 r. książce „Droga do zniewolenia” pisał: Życie intelektualne polega na wzajemnym oddziaływaniu jednostek posiadających odmienną władzę i różne poglądyRozwój rozumu jest procesem społecznym opartym na istnieniu takich właśnie różnic. Z samej swej istoty rezultaty tego procesu nie są możliwe do przewidzenia. Tak więc nie możemy uzyskać wiedzy o tym, które poglądy będą sprzyjały temu rozwojowi, a które nie. Mówiąc krótko, wzrostem tym nie mogą rządzić, bez jednoczesnego ograniczania go, żadne poglądy, którym dziś hołdujemy. „Planowanie” czy „organizowanie” rozwoju rozumu, a co za tym idzie, postępu w ogóle, zawiera w sobie sprzeczność,. Pogląd, że umysł ludzki powinien „świadomie” kontrolować swój własny rozwój, myli rozum indywidualny, który jako jedyny może cokolwiek „świadomie kontrolować”, z międzyosobniczym procesem, dzięki któremu rozwój ten zachodzi.  

Próbując poddać ten proces kontroli, stawiamy jedynie bariery dla jego rozwoju, co wcześniej czy później musi spowodować stagnację i upadek rozumu.” 

O tym, że odpowiedzią na kryzys polskiego systemu edukacji powinno być wycofanie się państwa z tego obszaru działalności świadczy także przykład Szwajcarii. Otóż w Szwajcarii nie ma Ministerstwa Edukacji. Kształcenie przekazano w ręce kantonów. O dziwo, a jakże w efekcie, w tym  8-milionowym kraju działa 26 konkurujących z sobą systemów edukacyjnych (odnosząc to do liczby ludności, to jakby w Polsce działało ich 126). Konkurencja sprawiła, że każdy 16–letni Szwajcar może wybrać praktykę w jednym z 260 zawodów (przez 3, 4 lata po 3 dni w tygodniu spędzając w pracy, a tylko 2 w szkole) i 70 % z nich wybiera taką właśnie drogę. W efekcie odsetek bezrobotnych wśród absolwentów szkół należy w Szwajcarii do najniższych w Europie (hę? ;o 😉

XI.          Trochę o szkolnictwie WYŻSZYM

Josh Kaufman (były menedżer w Procter&Gamble) napisał książkę: „Personal MBA”. Wykłada w niej powody dla których studia wyższe z ekonomii w USA, w szczególności MBA, nie mają ekonomicznego sensu (xD).

Na przykład wszystkie koszty MBA na Uniwersytecie Harvarda to 350 tys. USD. Jeżeli student bierze kredyt, to razem z odsetkami przez 30 lat zapłaci 821 tys. USD (2200 USD miesięcznie). Zdaniem Kaufmana jedyny powód, by skończyć MBA, to chęć pracy w prestiżowym banku inwestycyjnym albo firmie konsultingowej, które używają MBA na znanej uczelni, by odsiać kandydatów do pracy. Problem polega na tym, że firmy takie jak Goldman Sachs czy McKinsey&Co zatrudniają nie więcej, niż 5 – 10 tys. osób rocznie, a studia MBA na całym świecie kończy 200 tys. osób rocznie. Miałem kiedyś (tj. Kacper Drohomirecki, jeden z członków zespołu FdP) przyjemność grać w pewną grę podobną do Monopoly z absolwentem MBA w Szczecinie- na koniec, po około 3 godzinach, de facto zabawy powiedział (cytuję): Cholera, to takie proste a w Stanach mnie tego mnie tego nie nauczyli! Skończyłem MBA a tego nie wiem! Wiesz jak mi teraz głupio przed Wami?! JZajebiście że mi to wytłumaczyliście! (mowa o jednej z metod rozpisywania budżetu domowego, fantastyczne doświadczenie widząc jak człowiek, ze zdziwienia przechodzi w euforię radości 😀 )

Natomiast Prezes PZU, Andrzej Klesyk, wywołał ostatnio ostrą dyskusję narzekając w tekście „Szukamy, tych którzy myślą samodzielnie” na stan polskiego szkolnictwa wyższego. Sytuację zdiagnozował tylko częściowo słusznie twierdząc, że uczelnie pogłębiają bezrobocie, a nasz proces edukacji, w przeciwieństwie np. do amerykańskiego (przypominamy, że to opinia prezesa Klesyka) jest niedostosowany do wymagań rynku.  Natomiast główny zarzut, jaki Jan Cipiur (uznany dziennikarz internetowy, specjalista z zakresu spraw księgowo- finansowych) stawia prezesowi PZU brzmi: Biznes za mało dokłada do szkolnictwa wyższego! Tak, jakby to brak pieniędzy był najważniejszym problemem. Być może jednak,  nie jest to przyczyna (a już na pewno nie główna), lecz raczej objaw problemu?! Biznes nie wkłada pieniędzy w szkolnictwo, bo stopa zwrotu takiego wydatku nie jest wystarczająco atrakcyjna!

XII.        Ład społeczny

Philip Zimbardo (profesor psychologii na Uniwersytecie Stanforda, lata 70. XX wieku): „Właśnie na takiej uległości opiera się każdy ucisk społeczny i polityczny. Pośrednicy w socjalizacji (rodzice, nauczyciele i krewni) w dużej mierze nieświadomie uczestniczą w przygotowaniu następnego pokolenia do podporządkowania się istniejącym strukturom władzy. Pełnią oni rolę podwójnych agentów, mówiąc o „wolności” i „rozwoju”, a w rzeczywistości” wzbudzają lęk przed „zbyt dużą wolnością”, „zbytnim wyróżnianiem się”, ”niekorzystaniem z okazji” i niebezpieczeństwami „złego zachowania(„Nieśmiałość”).

XIII. Wracając do UCZELNI XXI w.

Teraz zaspokoimy złość tych którzy poczuli się w jakikolwiek sposób niekomfortowo po przeczytaniu powyższego tekstu. Oraz udowodnimy, że przysłowie dla chcącego nic trudnego jest żywsze niż może się to pierwotnie wydawać.

XIV.      Co można z zrobić (lub co już zrobiono)?

Po raz ostatni, Gatto: „Kiedy już raz zrozumiesz logikę skrytą za nowoczesną oświatą, jej sztuczki i pułapki będą łatwe do uniknięcia. Szkoła kształci dzieci do bycia pracownikami i konsumentami; ucz je więc na własną rękę bycia liderami i poszukiwaczami przygód. Szkoła uczy dzieci bycia odruchowo posłusznymi; sam nauczaj je zatem krytycznego i niezależnego myślenia- widzisz w tym coś złego bądź nienaturalnego? Dobrze „wyszkolone” dzieci mają niski próg dla nudy; pomóż im więc rozwijać ich życie wewnętrzne , tak by już nigdy się nie nudziły. Zmuszaj je do brania na siebie poważnego materiału, dorosłego materiału z historii, literatury, filozofii, muzyki, sztuki, ekonomii, teologii – wszystkiego tego, czego nauczyciele świadomie unikają. Stawiaj swoim dzieciom wyzwania, zostawiając je z nimi na długie okresy samotności, tak by były zdolne do radowania się własnym towarzystwem, do prowadzenia wewnętrznych dialogów. Dobrze „wyszkoleni” ludzie są uwarunkowani do lęku przed byciem samotnymi i szukają ciągłego towarzystwa poprzez internet, TV, urządzenia mobilne , płytkie znajomości, szybko nawiązywane i równie szybko porzucane, imprezy, przelotny seks, narkotyki, bzdurne ideologie, itp.. (FdP: uwierzcie, dobrze wiemy co tu umieszczamy 😉

Czy WASZE dzieci powinny mieć bardziej znaczące życie?! Przecież są do tego zdolne.

Najpierw, jednakże, musimy obudzić się, by dostrzec czym nasze szkoły są naprawdę: laboratoriami eksperymentowania na młodych umysłach, centrami treningowymi dla nawyków i postaw, których domaga się korpo- społeczeństwo.

Obowiązkowa edukacja służy dzieciom jedynie incydentalnie; jej prawdziwym celem jest przekształcenie ich w „służących”. W miarę swoich możliwości dla ich i własnego dobra nie dozwólcie, by ich dzieciństwo zostało rozciągnięte, nawet o jeden dzień.

Jeśli David Farragut mógł objąć dowództwo nad przechwyconym brytyjskim okrętem wojennym jako przednastolatek (nie miał wtedy jeszcze ukończonych 11 lat życia!), jeśli Thomas Edison mógł publikować swoje czasopismo w wieku lat 12, jeśli Benjamin Franklin mógł terminować w wydawnictwie w tym samym wieku (po czym przeszedł kurs studiów nieosiągalny dla absolwenta dzisiejszego Yale), nie ma potrzeby opowiadać, co wasze własne dzieci byłyby zdolne zrobić! U schyłku życia, po 30 latach spędzonych w okopach publicznej szkoły zrozumiałem, że geniusz jest tak pospolity jak ziemia. Sami dławimy nasz geniusz tylko dlatego, że jeszcze nie uzmysłowiliśmy sobie jak kierować populacją wykształconych mężczyzn i kobiet.

Rozwiązanie, jak sądzę, jest proste i pełne chwały. Niech kierują sobą sami!”

Wracając do „wywrócenia do góry nogami”,  „odpaństwowieni”, uwolnienia, „odurzędniczenia.” Spojrzenia z perspektywy człowieka, a nie systemu. Kto to ma jednak zrobić? Zarządzający nią urzędnicy? . Pruski model edukacyjny był dobry dla Prusaków w XIX wieku, ale my potrzebujemy dziś zupełnie nowego, opartego na nowych fundamentach; potrzebujemy szkoły na miarę XXI wieku i musimy ją sobie wymyślić od nowa.

Co więc zrobić? Nie każdy znajdzie tyle determinacji, brawury, no i pieniędzy, by pokusić się o założenie własnej szkoły. Wybrać jakąś prywatną? Za drogo? Uczyć dzieci samemu? Ale jak znaleźć na to czas? A co powiedzą znajomi i sąsiedzi? A jeśli to nie wypali? To ryzykowne!!  Skąd mam wiedzieć, że to mi się opłaci? … Smutne i żałosne podejście.

XV.        Spójrz ile jest możliwości!

Już dziesiątki lat temu Alexander S. Neil ( http://www.summerhillschool.co.uk/ ) czy John Holt ( http://www.johnholtgws.com/ ), zaczęli mówić o uczeniu skoncentrowanym na potrzebach i zainteresowaniach dziecka. Tworzyli swoje szkoły, systemy pedagogiczne. Alternatywne, nowoczesne, inne.

Dziś wciąż działają ich kontynuatorzy. W cieniu edukacyjnej państwowej machiny nieraz nikną, ale nietrudno ich odszukać!

Podczas gdy jedni skupiali się na rozwijaniu urzędniczo-edukacyjnego molocha, znajdowali się i tacy, którzy postanowili na kształcenie dzieci popatrzeć inaczej. Sprzeciwić się. Pójść swoją drogą.

I tak na początku XX w. powstały ruchy tzw. edukacji progresywistycznej (http://pl.wikipedia.org/wiki/Edukacja_progresywistyczna  ), pedagogiki nowego wychowania ( http://www.bryk.pl/wypracowania/pozosta%C5%82e/pedagogika/15366-pedagogika_nowego_wychowania.html ) czy pedagogiki reformy ( m. in.http://zspwp.pl/pedagogika_waldorfska ). Zobaczcie kim byli i czego dokonały takie osoby jak Maria Montessori, Rudolf Steiner, Celestyn Freinet czy John Dewey. Co pokazują inne przykłady począwszy od Janusza Korczaka , Marii Montessori (http://widziales.wordpress.com/cele-i-zalozenia-pedagogiki-mmontessori/  ) aż po Sugatę Mitrę ( http://www.ted.com/speakers/sugata_mitra  ) lub Khan Academy (http://www.edukacjaprzyszlosci.pl/  ).

Prawda, żeby wyciągnąć wnioski z ich doświadczeń, potrzeba dużo odwagi i wyobraźni.

To krok w zupełnie inną stronę niż symulowane powszechnie reformy.

Czy już jesteśmy gotowi, by spróbować?  Albo chociaż zainteresować się?

Czy może to jeszcze nieodpowiedni czas, to mnie nie dotyczy, ja przecież nawet nie mam jeszcze dzieci, to jakieś brednie, mam tego dosyć, głowa mnie boli, sam wiem lepiej, szkoda moich nerwów na to, mam sesję i pracę na głowie, przeżyłem już wystarczająco dużo stresu w życiu, a tak w ogóle to dobrze, że nie urodziłeś/aś się Tutsi, Irakijczykiem albo Ukraińcem jakieś 20 lat temu w którejś z ich ojczyzn, bo w tym momencie byłbyś na krawędzi załamania nerwowego, jeśli czujesz się, czytając ten artykuł, zmęczony. Myślisz, że tylko ty masz „ciężkie”, „stresujące” życie albo, że tylko Ciebie spotkały naprawdę przykre, niekiedy dramatyczne sytuacje? I czy nawet to upoważnia Cię do zaprzestania pracy nad sobą?

Może wychowano Cię byś myślał właśnie w ten sposób?

Filozof Andrzej Szahaj mówi o „zniewalającej mocy kultury”, badacze mózgu o uprzywilejowanych szlakach neuronalnych, a efektem obydwu jest trudność zejścia z raz wydeptanej ścieżki.

XVI.      Rozwiązań jest jeszcze więcej. Różnorodności przykładów ciąg dalszy

W związku z kryzysem zaangażowania mądre głowy na Zachodzie już jakiś czas temu wpadły na to, aby wykorzystać gry i elementy budujące motywację w grach w edukacji. Bo skoro działa w biznesie, zadziała też i tutaj.  [PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”] Dla przykładu, gamifikowanie otaczającego nas świata rozpoczyna się również w polskich szkołach.[PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”]

Nasz system szkolnictwa masowo produkuje tych, którzy nigdy nawet nie uwierzą w niecne zamiary systemu edukacji publicznej (pamiętasz cytat z początku tekstu?). Już dziś nawet nie trzeba wysyłać do rodziców karteczek z przypomnieniem, aby dziecko do szkoły zapisać. Wszyscy robią to bez bicza, bo wiedzą, że edukacją ważną jest. Edukacja tak, ale przymusowa państwowa?

Przymusowe szkolnictwo publiczne ma na celu indoktrynacje i demoralizacje. Rodzina jest zagrożeniem dla despotycznej tyranii, tyrania więc rozbija więzy rodzinne poprzez demoralizowanie dzieci w szkołach (Czy oni przypadkiem nie przesadzają w tym momencie?) Celem edukacji publicznej jest też ogłupienie, dzieci uczone są posłuszeństwa i powtarzania formułek, krytycyzm (Co ty wiesz o życiu, gówniarzu, że ośmielasz się odzywać?!– prosimy wrócić w tym miejscu do rozdziału XIV ). Należy więc sprywatyzować szkolnictwo, ograniczyć przymus szkolny i znieść obowiązkowe kanony programowe.

Może zlikwidujmy  Ministerstwo Edukacji Narodowej, a decyzję czego i jak  mają się uczyć dzieci pozostawiajmy stopniowo coraz bardziej rodzicom! Duża część z Was pamięta, a każdy widzi jaki wpływ na ilość i jakość towarów w sklepach miało wycofanie się państwa z centralnego planowania gospodarki w 1989 r. W każdej chwili równie rewolucyjna zmiana może się zacząć w polskich szkołach!

Oczywiście żartuję 😉 – na szerszą skalę, może będzie to miało miejsce za kilkanaście- kilkadziesiąt lat.

Jeśli chodzi o własne podwórko to także (oprócz wspomnianego wcześniej Korczaka) mamy czym się chwalić. Jako przykład można przywołać choćby szkołę Asbiro (https://www.asbiro.pl/ ) której genezę można uznać za sztandarowy przykład tego, że nabywać wiedzę ≠ edukować. Przed kilkoma miesiącami powstała także gra EUROCASH (na wzór osławionego Cashflow [ http://www.richdad.com/apps-games/cashflow-classic.aspx ])- najdalszą wizją (a zarazem świetnym pomysłem na biznes) jej twórców jest aby „przy każdej szkole w Polsce działał klub edukacyjny Eurocash, gdzie uczniowie będą mogli bawić się i uczyć,  grając w Eurocash- jednocześnie!” ( http://www.eurocash.edu.pl/ ).

Poza wymienionymi wcześniej przykładami istnieje jeszcze np. kilkadziesiąt samych szkół podstawowych  itp. konkretnych, doświadczonych i usystematyzowanych możliwości edukacji alternatywnej!

Oczywiście pojawi się prędzej czy później kolejny „problem” dojrzałego rodzica- skąd ja mam wziąć pieniądze na dodatkową (? 😉 szkołę dla swojego dziecka?!– jako proste, a jednocześnie finalnie tańsze rozwiązanie wskazuję przykład mi najbliższy- szczecińskie szkoły Navigator ( http://www.nawigator.edu.pl/  ) oraz Fala ( http://www.szkola.fale.edu.pl/). Proszę także spojrzeć ile wydaje się na podręczniki itp. w ciągu roku szkolnego.

Jak więc widać pomysłów i sposobów na edukację alternatywną nie brakuje.

Pozostaje kwestia świadomości, odpowiedzialności, chęci i odwagi obecnych oraz przyszłych rodziców.

Czy odważą się wyjść, choćby na początek jedną nogą, poza schemat i dać swojemu dziecku jak i sobie szansę, na zgoła inne, bardziej optymistyczne a zarazem realistyczne spojrzenie na świat?

XVII.     Powrót na uniwersytet

W przestrzeni publicznej są obecne propozycje co należałoby zrobić z wyższą edukacją. Paweł Dobrowolski (Prezes Forum Obywatelskiego Rozwoju) program naprawy polskich uczelni zawarł w 3 konkretnych postulatach ( http://www.for.org.pl/pl/a/2157,FOR-ostrzega-nr-10-Polskie-uczelnie-sa-slabe-gdyz-niemadre-i-niepotrzebne-ustawy-nakazuja-ich-zla-organizacje ):

 

  1. zmniejszyć władzę, jaką profesorowie mają nad uczelniami i która pozwala uniwersytety obracać w ich prywatny folwark;
  2. odejść od ścisłej kontroli państwa nad tym, jak uczelnie są zorganizowane, a w jej miejsce pozwolić uczelniom dostosowywać ofertę do potrzeb studentów;
  3. w miejsce darmowych dziennych studiów na państwowych uczelniach dla dzieci z przeciętnie bogatszych domów, a płatnych studiów na prywatnych uczelniach dla dzieci z przeciętnie biedniejszych domów, należy wprowadzić powszechną odpłatność wraz z systemem kredytów studenckich i stypendiów.
  4. [PRZERWA- Pełen tekst: patrz „Komentarz”]

XVIII.          Equilibrium

Wiemy co pomyśli większość, wiemy, że to co dla niektórych oczywiste obecnie, szersze grono społeczeństwa przyswaja i akceptuje dopiero po kilku- kilkunastu latach.

Proszę abyście nie zapominali o czym była mowa we wstępie oraz rozwinięciu 😉

„Jest to właściwie jakiś cud, że nowoczesny system nauczania nie zadusił [we mnie] do końca świętej ciekawości badawczej.”- Albert Einstein („Pisma filozoficzne”)

Człowiek zyskuje wolność, gdy uwolni się od swego otoczenia. Tylko tak może zyskać jednostkowość. Krok ten musi jednak przypłacić „szaleństwem”. Ceną za wolność jest „obłęd.”- Slavoj Žižek („Cena wolności)

Powyższy cytat dobrze obrazuje jak często czują się wolnomyślące  jednostki w ociemniałym (np. „jak bogaty to złodziej”) , nietolerancyjnym („demokratycznym”) społeczeństwie. Bo w  końcu najważniejsza jest święty spokój, stabilność, itp.., jednakże owa większość, paradoksalnie dręczona nieustannie przez myśli o braku realnych perspektyw, spłacie zaciągniętych kredytów, niestabilności (lub za niskich zarobkach) swojego etatu, bądź

po prostu wyniszczona  pędem życia i ilością obowiązków nie wie prawdopodobnie, że: (do uważnych Czytelników- tak, to jeden z moich ulubionych cytatów 😉 „Kto wybiera bezpieczeństwo, a nie wolność, straci jedno i drugie.

„Przecież życie trzeba przeżyć, a nie dożyć jako państwowy niewolnik.”

Zbigniew Wyrozumski

Edukacja ma tak wielką moc, że możemy kształtować umysły i zachowania młodych w dowolnie odpowiadający nam sposób i wyrabiać w nich takie nawyki, które będą im już zawsze towarzyszyć. ” – biskup Francis Atterbury (1663 – 1732)

 

Zostań pośrednikiem od nieruchomości. Bezpłatne wprowadzenie

0

John Rockefeller powiedział kiedyś, że ktoś kto jest w stanie sprzedać dom, ten jest w stanie sprzedać wszystko inne. Dlaczego akurat dom? Bo dom to w życiu większości z nas największa transakcja. Jeśli sprzedaż – jak mawia P.J. O’Rourke – polega „na oddzieleniu człowieka od tego, co dla niego najcenniejsze, czyli od pieniędzy”, można przypuszczać, że oddzielenie od rekordowo dużej kwoty będzie rekordowo trudne. Mimo iż to co napisałem brzmi aforystycznie, a może nawet satyrycznie, w powyższych słowach jest dużo prawdy. Jej zrozumienie to podstawa sukcesu zarówno w zawodzie pośrednika nieruchomości,  jak i w każdej innej aktywności polegającej na pośrednictwie.

Nieco więcej na ten temat możecie się dowiedzieć już 17 marca 2018 roku, podczas przyspieszonego kursu przygotowawczego do zawodu pośrednika w obrocie nieruchomościami, jaki obiecałem przygotować dla zainteresowanych uczestników ubiegłorocznej (21 – 22 października, 2017) wielkiej (ponad 1100 uczestników)  konferencji ASBIRO poświęconej nieruchomościom.  Organizatorem kursu jest Fundacja Instytut Carla Mengera oraz wydawnictwo Fijorr Publishing, Zasadniczo konferencja jest bezpłatna, ponieważ jednak za darmo jest tylko woda słona i powietrze, proponuję aby uczestnicy spotkania zakupili po cenie zniżkowej bestseller mojego autorstwa p.t. Metody zdobywania klienta, czyli jak osiągnąć sukces w sprzedaży. Książka jest praktyczna, sprawdzona na żywym ciele. Autor terminował na największym rynku nieruchomości świata, czyli w Stanach Zjednoczonych, jednakże swoje doświadczenia opisał z perspektywy obyczajów i nawyków panujących nad Wisłą, stąd jego wiedza jest kompatybilna z tym, czego oczekuje się od pośrednika w Mszanie Dolnej, Górnej, i każdej innej.

 

Kurs odbędzie się 17 marca 2018 roku w godzinach od 11.00 do 17.00, w siedzibie Centrum Edukacji Daniel, w Warszawie,  przy ulicy Nowoursynowskiej 154 A. Zgłoszenia (pytania też) prosimy kierować na adres p. Edyty Malinowskiej, prezeski Fundacji Instytut Carla Mengera (emedytam@gmail.com; 504-822-498). Ilość miejsce ograniczona, dlatego „kto pierwszy, ten lepszy”.

 

Zapraszamy

 

Jan M Fijor

Fijorr Publishing

fijorr@fijorr.com

 

Dziwny jest ten prezydent TRUMP

0

Tekst ten dedykuję ku przestrodze medialnym

                                        wrogom prezydenta Donalda Trumpa  

Amerykańskie, a właściwie wszystkie światowe media, z nieukrywaną satysfakcją podkreślają niskie notowania popularności i poparcia prezydenta Donalda Trumpa, rozkoszując się nadzieją na niechybny impeachment i pozbycie się człowieka, który zdaniem establishmentu nie nadaje się na prezydenta. Co prawda, żadnych konkretnych zarzutów prezydentowi się nie stawia, a te o których jest głośno to przeważnie stek kłamstw i zmyśleń, w świat idzie wieść, że Ameryka jest kierowana przez niekompetentnego  tyrana, który znęca się nad narodem. Taką retoryką zarażone są także media polskie, którym w sukurs idą tzw. amerykaniści.

Mimo iż zwolennicy Trumpa, a jest ich wciąż niemało, doniesień medialnych na temat prezydenta nie traktują poważnie, siłą rzeczy poddają się presji lewicowej antypropagandy, wypatrując  na nielicznych blogach nie skażonych ideowo, chociażby szczypty prawdy. I oto w przeddzień świąt Bożego Narodzenia, wyjątkowo  spopularyzowanych w tym roku przez Donalda Trumpa i jego apel, by nie ulegać poprawności politycznej i przestać się wstydzić własnego wyznania (Zawołanie Merry Christmas słuchać było nawet w etnicznie żydowskich stacjach radiowych.) na blogach ukazał się dość zaskakujący – nawet dla biografów prezydenta – tekst o mało znanych faktach z życia POTUSA. Jego autorką jest Liza Crokin, która od ponad dekady szpera w życiorysie Donalda Trumpa i publikuje na łamach prasy kolorowej każdy – najbardziej osobisty i plotkarski jego krok, za co – jak sama podkreśla – żyje nie gorzej niż sam bohater jej artykułów. Pani Crokin, która zdawałoby się wie na temat Donalda Trumpa bardzo wiele, o większości odkrytych przez siebie historii nie tylko nie słyszała, ale wręcz uznała je początkowo za nieprawdopodobne. Tym, co ją szczególnie zadziwiło było to, że nie znalazła ani jednej historii, która stawiałaby obecnego prezydenta w negatywnych czy wręcz nieprzychylnym świetle. Pod tym względem prezydent biznesmen, a przede wszystkim Donald Trump miliarder, różni się od większości swoich poprzedników na fotelu w Białym Domu. Tym, co wzbudziło największe zaskoczenie autorki, ale i Czytelników, był fakt, że sam Trump prawie w ogóle na temat tych incydentów z życia nie wspomina.

Trumpm, pisze Liza Crokin, jest człowiek niemal bez zarzutu; jest powściągliwy, przyzwoity i porządny. Nie pali, nie pije. W przeciwieństwie do większości ludzi z pierwszych stron gazet nigdy nie sięgnął po narkotyki. To człowiek ciężko pracujący i oddanym rodzinie. Co więcej, jest jednym z najhojniejszych filantropów w USA. Na pytanie, ile przeznacza na pomoc dla ubogich czy dotkniętych cierpieniem? Crokin pisze: „więcej niż warta jest jego słynna nowojorska „złota mansarda” oceniana na ponad 100 milionów dolarów”.

To nie wszystko – dodaje dziennikarka – w roku 1986, a więc w początkach swej kariery w biznesie, Trump zapobiegł licytacji rodzinnej farmy Annabell Hill, której mąż z desperacji popełnił samobójstwo. Trump, poruszony radiowym apelem p. Hill, bez większego namysłu, zatelefonował do organizatorów licytacji, aby ją wstrzymali, gdyż on zamierza właśnie wysłać Hillom pieniądze, za które ich farma i dom zostaną wykupione. I tak się stało.

Dwa lata później, w 1988, jednak z linii lotnicza odmówiła transportowania, ciężko chorego chłopca, Andrew Tena, z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej, z jego miejsca zamieszkania w Los Angeles do kliniki w Nowym Jorku, gdzie miał się odbyć ratujący życie chłopca zabieg. Oburzeni postępowaniem linii lotniczej, której nie podobało się to, że choremu mają towarzyszyć ratujące życie urządzenia, zwrócili się o pomoc do Trumpa. Bez chwili zwłoki, przedsiębiorca wysłał po chorego chłopca swój własny samolot, którym przewieziono Andrew na zabieg.

Inne poruszające zdarzenie miało miejsce w 1991. Oto, wbrew wcześniejszym, ustaleniom, samolot mający przywieźć do jednostki wojskowej w Lejune w Północnej Karolinie oddział powracających z bliskowschodniego frontu wojennego, 200 komandosów, został omyłkowo uziemiony. Dla wyczekujących na swych ojców, synów, braci rodzin był to wstrząs.  Gdy o sprawie opowiedziano Donaldowi Trumpowi, n.b. absolwentowi Nowojorskiej Akademii Wojskowej, którą ukończył w stopniu kapitana, bez chwili wahania wysłał po komandosów swój prywatny samolot i przywiózł ich – w dwóch osobnych rejsach – do domu na czas.

W 1995 roku, limuzyna wioząca Donalda Trumpa złapała gumę. Z kłopotu wyratował biznesmena przejeżdżający obok kierowca, pomagając wymienić bez słowa oponę w uszkodzonym kole. Trump zapytał życzliwego kierowcę, w jaki sposób może mu się zrewanżować za pomoc? Może pan kupić bukiet kwiatów dla mojej żony, która pewnie się teraz denerwuje, że mnie tak długo w domu nie ma. Kilka dni później, posłaniec wręczył  zaskoczonej małżonce piękny bukiet od Donalda Trumpa. Za kolejne parę dni, na ręce małżeństwa nadeszło pismo z banku informujące, że oto na ich konto wpłynął przelew bankowy, dzięki któremu została zaspokojony w całości ich kredyt hipoteczny.
W 2000 roku w programie Maury Povicha wystąpiła ciężko chora dziewczynka imieniem Megan, zmagająca się od lat z rzadką, wrodzoną chorobą. Poruszony historią dziecka, Trump przekazał dziewczynce i jej rodzinie pokaźną darowiznę z przeznaczeniem na koszty leczenia dziecka. W 2008 roku, po tym, jak matka i brat, aktorki i laureatki nagrody Oskara, Jennifer Hudson, zostali w Chicago tragicznie zamordowani, Trump umieścił ją i jej rodzinę za darmo w swoim chicagowskim hotelu „Trump”, „aby zapewnić tym ludziom komfort w trudnych chwilach życiowej tragedii”.

W 2013 roku, kierowca nowojorskiego autobusu, Darnell Barton, zauważył na barierze brooklyńskiego mostu kobietę gotującą się do skoku. Zatrzymał autobus, wysiadł, podszedł do kobiety, otoczył ją ramieniem i wyperswadował samobójstwo. Kiedy Trump się o tym dowiedział, wysłał kierowcy autobusu zasobny czek z dopiskiem, że „każdy dobry uczynek zasługuje na nagrodę”. Z podobnego motywu, w 2014 roku przekazał sierżantowi, Andrew Tamoressi, czek na 25 tysięcy dolarów, jako rekompensatę za siedem miesięcy spędzonych w meksykańskim więzieniu za przypadkowe przekroczenie granicy między USA i Meksykiem. Prezydent Barack Obama, do którego żołnierz zwrócił się o interwencję, nawet nie próbował mu pomóc.

Dziwny ten prezydent Trump, nie uważacie? – pyta retorycznie Liza Crokin.

Zaskakująca jest skromność człowieka sekowanego na oślep przez wrogi mu ideowo obóz polityczny, a zwłaszcza cynizm i ignorancja lewicy, której nie nauczyła niczego lekcja z kampanii wyborczej, kiedy to ośrodki badania opinii publicznej, media i eksperci przekreślali szansę zwycięstwa tego „dziwnego, niekompetentnego faceta”. Na szczęście są jeszcze dziennikarze, którym bardziej zależy na prawdzie, niż na poprawności politycznej i podejrzanym interesom, a także wyborcy, którzy lubią takich dziwaków.

 

Jan Bereta

 

Śmieciowe vs. nie śmieciowe

0

Słuchałem dzisiaj na żywo przemówienia prezydenta Donalda Trumpa wygłoszonego przy okazji podpisania nowej ustawy podatkowej, dzięki której Amerykanie oszczędzą w ciągu najbliższych 8 lat na daninie ponad 1,5 biliona dolarów. Już sam fakt obniżki podatków jest dla mnie  ewenementem. W swoim ojczystym kraju jestem traktowany jak jeleń, żeby nie powiedzieć niewolnik, który bez słowa sprzeciwu, co tam sprzeciwu, wręcz z dumą ma płacić na żądanie polityków, tyle ile zapragną, a gdy nie zapłacę to mnie zamkną do tiurmy, a może nawet zastrzelą. Rząd nie tylko nie tłumaczy po co mu te pieniądze (podatki), on się nawet z nich nie rozlicza. Państwo potrzebuje, więc zabiera. Bo państwo rządzi. W czasie mowy Trumpa uświadomiłem sobie, że oto Amerykanie żyją jakby w innych świecie. Nie dość, że prezydent przeprasza obywateli za to, że zabiera im podatki, to na dodatek tłumaczy im co powinni zrobić, aby ten podatek nie był tak dotkliwy.

Po jednej takiej radzie przypomniał mi się p. Duda Związkowy.

Pamiętacie, jak Związkowy Duda krztusił się z nienawiści do przedsiębiorców, że zamiast zatrudniać ludzi na etatach, oni zatrudniają ich jako podwykonawców? Że podwykonawca rzekomo  ma gorzej niż człowiek na etacie. Że pieniądze zarobione w formie zapłaty za dzieło czy umowy o pracę, to śmieci w przeciwieństwie do pensji etatowej. Związkowiec zawodowy, którego statutowym celem ma być troska o lud pracy, zadbał właściwie wyłącznie o państwo. No i pewnie o siebie, bo taka postawa spotkała się wdzięcznością ze strony polityków, którym związkowiec dostarczył pomysłu na zdobycie dodatkowej forsy. Nie przypadkiem dla wspierających rząd związkowców nie brakuje miejsca na listach wyborczych.

Walcząc z umowami o pracę, czy innymi formami outsourcingu, dającymi pracownikom większą wolność dysponowania owocami ich pracy, zarówno rząd, jak i związki zawodowe stanęły przeciwko ludziom pracy, i nie miało znaczenia, czy rządzi PO, czy PiS. Państwo, dla którego nakładanie podatków i ograniczanie wolności jest cnotą, to państwo chore. Arbitralne zabieranie pieniędzy obywatelom było już zasadą ustrojową, i jak to się skończyło dobrze wiemy. Podatki i danina to nadużycie, to kradzież i to bez względu na to, jakim celom ta danina ma służyć.

Dlaczego akurat to mi się przypomniało? Ponieważ prezydent Trump zwrócił swoim obywatelom uwagę, że nie dość iż jego nowa ustawa podatkowa obniża przedziały podatkowe, to na dodatek umożliwia wielu milionom podatników przechodzenie z etatu na umowę o pracy, czy inną formę outsourcingu. A różnica jest niemała. Ktoś, kto zamiast być księgowym/dentystą/architektem/spawaczem na etacie w korporacji czy innej spółce, może swą działalność zarejestrować w formie spółki, która będzie podwykonawcą usług księgowych/stomatologicznych/architektonicznych/czy spawalniczych na rzecz korporacji, w której do tej pory pracował na etacie, oszczędzi ok. 20 procent swego podatku dochodowego. Nowa ustawa wprowadza ograniczenie dochodów, które można w powyższy sposób optymalizować, ale w takim przypadku – zwraca uwagę prezydent – może zastosować inną optymalizację i również skorzystać na podatku. U nas optymalizacja podatkowa jest przestępstwem, za samo słowo „optymalizacja” można zostać uszczelnionym na kilka lat.

Co prawda prezydent Trump pominął (a może nie zauważył), że powyższa konstrukcja podatkowa obniża także 24. procentowy podatek od zysków kapitałowych (znany u nas jako podatek Belki), a nawet 15,3 procentowy podatek od listy płac (u nas to ZUS), ale jestem przekonany, że gdy się tylko w swej omyłce zorientuje, poinformuje podatników także i o tych korzyściach.

Niby tu państwo, i tam państwo, a wcale nie muszą być jednakowo opresyjne. Dlaczego jednak w naszym państwie prawie zawsze musi być gorzej?

z nowej serii książek przedsiębiorczych, czy jak kto woli biznesowych  dla dzieci

Jan Bereta

 

 

BOŻEK INNOWACYJNOŚCI

0

Człowiek żyjący w normalnym trybie – starając się uczciwie pracować, zarabiać i w produktywny sposób uczestniczyć w życiu społecznym – niewiele ma okazji stykać się z literaturą akademicką. Oczywiście pewna część naukowych książek czy artykułów dostępna jest szerszej publiczności. Nie mam jednak na myśli tekstów pisanych przez akademików po to, by ktoś je faktycznie przeczytał (które stanowią jedynie niewielki odsetek tego co na uczelniach powstaje), lecz teksty publikowane celem spełnienia minimów wymaganych przez uczelniane regulaminy. Istnieją w tym celu specjalne czasopisma, w których pracownicy naukowi pisują sami dla siebie – a raczej dla samego pisania. Za publikacje przyznawane są punkty, a jako że co semestr takich punktów należy nazbierać odpowiednią liczbę, trzeba publikować. Miałem niedawno okazję posmakować tego właśnie rodzaju akademickich mądrości.

Tak się składa, że mój młodszy brat jest na ostatnim roku studiów na kierunku „marketing i zarządzanie” i kończy właśnie pisać pracę magisterską. Jednocześnie jest początkującym przedsiębiorcą – 2 lata temu założył własną pasiekę i produkuje miód. W ramach pracy magisterskiej dokonuje analizy swojej działalności właśnie pod kątem marketingu i zarządzania. Jako że zajmuję się działalnością wydawniczą, poprosił mnie o sprawdzenie tekstu pod kątem językowym.

W pisaniu prac magisterskich, licencjackich, inżynierskich itd., standardową praktyką jest, że zanim przejdzie się do rzeczy i zajmie konkretami, których praca ma dotyczyć, należy napisać kilkudziesięciostronowy wstęp teoretyczny. Sami prowadzący prywatnie przyznają, że wstępy te rzadko są przez kogokolwiek czytane, ale muszą być częścią prac. We wstępie tym nie może zabraknąć bogatej bibliografii. Fragment tego artykułu, fragment tamtego, cytat z jeszcze innego, omówienie kolejnego i nazbiera się odpowiednia liczba słów.

We wstępie do swojej pracy brat przeanalizował rynek produktów żywnościowych na Dolnym Śląsku. Szukając danych korzystał z wielu wspomnianych wyżej akademickich czasopism i posiłkował się publikowanymi tam tekstami. Z cytowanych fragmentów oraz tonu analizy łatwo wyczuć co jest dziś „modne” w branży. Otóż jest to innowacyjność. Przedstawiciele jednej z najbardziej nieinnowacyjnych gałęzi gospodarki, pracownicy naukowi na wykładach posiłkujący się często pożółkłymi, sporządzonymi 20 lat temu ręcznymi notatkami, ubolewają nad brakiem innowacyjności w polskim przemyśle spożywczym.

W środowiskach eksperckich uważa się, że celem poprawy w dziedzinie innowacyjności konieczne jest przeznaczanie przez państwo funduszy na edukację przedsiębiorców oraz na inwestycje przyczyniające się do wzrostu tejże innowacyjności. Społeczeństwo musi przejrzeć na oczy i zrozumieć jak ważna jest innowacyjność. W przytaczanej we wstępie analizie dolnośląskiego rynku spożywczego, jako mocną stronę wymienia się „funkcjonowanie firm stopniowo generujących innowacje”, zaś jako najpoważniejsze zagrożenie „niepewność co do przyszłości finansowania przedsięwzięć przez UE po roku 2020”. Propagandzie technicznej towarzyszy propaganda ideologiczna. Według autora jednego z tekstów Polska musi podążać za trendami światowymi, w ramach których kładzie się dziś nacisk na „ochronę prawa do smaku”. Dziękczynnym tonem pisze się o Regionalnej Strategii Innowacji dla Województwa Dolnośląskiego – „narzędzia realizacji polityki innowacyjnej, której misja została określona jako: Dolny Śląsk – miejscem inspiracji dla innowacyjnego rozwoju”. Ponadto realizowany jest plan „Dolny Śląsk – Zielona Dolina Żywności i Zdrowia”. Nie wiem jak obeszlibyśmy się bez programu „Żywność dla przyszłości” – na szczęście istnieje i zajmuje się „edukacją społeczeństwa na temat zdrowego żywienia”. Czy ktoś traktuje to poważnie?

Wszystkim tym przedsięwzięciom z pewnością energicznie przyklaskuje nowy premier RP, Mateusz Morawiecki, który słowa „innowacyjność” używa praktycznie w każdym zdaniu, chyba że mówi akurat o równie żywotnej dla Polski polityce socjalnej. Nic dziwnego, że na skutek ciągłego bombardowana takim przekazem, mania innowacyjności udziela się ludziom. Rozmawiałem niedawno z właścicielem niewielkiego domu handlowego w małym, kilkutysięcznym miasteczku, który zastanawia się nad zamontowaniem w nim ruchomych schodów. „Bo wiesz, to byłoby innowacyjne”.

Tymczasem innowacje przecież kosztują! Innowacyjność ma sens tylko wtedy gdy się opłaca, a mówiąc dokładniej, gdy uzyskiwany dzięki niej wzrost produktywności pozwala oczekiwać wzrostu zysków i odzyskania nakładów poniesionych celem usprawnienia przedsiębiorstwa wraz z procentem z kapitału. Innowacji nie wprowadza się dla wzrostu innowacyjności tylko dla wzrostu produktywności.

Rozumiemy to instynktownie na poziomie mikro. Gdy dzieciaki przy okazji długiego weekendu chcą otworzyć stoisko z lemoniadą własnej roboty, nie wyposażamy ich w profesjonalne blendery, terminal umożliwiający płatność kartą, samoobsługowy panel dotykowy czy inne technologiczne nowinki. Te inwestycje nie miałyby szans się zwrócić. Ta sama zasada obowiązuje w skali makro. Kapitał ma wiele alternatywnych zastosowań i należy go inwestować tam, gdzie jest najbardziej potrzebny, tam, gdzie daje szanse na najwyższy zwrot. Gdy mówimy gospodarce jako całości, może się nam to wydawać nieintuicyjne, ale innowacyjność nie jest wartością samą w sobie.

Warto dodać, że spośród 25 najbardziej innowacyjnych krajów[1] tylko 8[2] zalicza się do pierwszej setki krajów o najszybszym tempie wzrostu PKB[3]. Tym bardziej nie należy oczekiwać cudów, gdy za innowacje zabiera się państwo. Jego receptą jest w większości przypadków odbieranie w podatkach pieniędzy najprężniej prosperującym firmom i rozdawanie ich w ramach rozmaitych funduszy wsparcia innowacyjności firmom najskuteczniejszym w pisaniu wniosków o dotacje.

W całej tej hucpie większości przedstawicieli państwa i akademii nie zależy na innowacyjności. Obu grupom zależy na pieniądzach. Ci pierwsi próbują za wszelką cenę przekonać obywateli, że pobierane od nich podatki są państwu bardzo potrzebne. Ci drudzy widzą, że zawierając słowo „innowacyjność” we wniosku o grant, rośnie prawdopodobieństwo jego uzyskania. Miejmy to na uwadze i zachowajmy zdrowy rozsądek.

 

Krzysztof Zuber

[1] http://www.wipo.int/pressroom/en/articles/2017/article_0006.html

[2] Islandia, Holandia, Szwecja, Chiny, Nowa Zelandia, Luksemburg, Irlandia i Izrael.

[3] https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_countries_by_real_GDP_growth_rate

Czyj sukces, czyja porażka

0

Zmiana na stanowisku premiera jest okazją do analizy dokonań odchodzącego gabinetu. Zdymisjonowana premier, Beata Szydło, podkreślała na odchodne swoje sukcesy. NIESTETY, z długofalowej perspektywy, sukcesy okazują się jednak porażkami. Najgorsze jest to, że podobno to nie p. Szydło była twarzą tych zmian, lecz nowy premier, Mateusz Morawiecki. Poniżej przedstawiam analizę najważniejszych osiągnięć zmieniających się premierów.

  1. Program 500+

To największy program socjalny w historii Polski, a może i świata. Powstał podobno w umyśle prof. Juliana Auleytnera, który – jak przystało na marksistę i specjalistę od sprawiedliwości społecznej – dla sfinansowania go nie zawahał się sięgnąć do portfeli Polaków (tych biednych także), nie policzywszy nawet czy ma to sens. Pomysł okazał się sukcesem, ale tylko wyborczym. Gospodarczo jest to porażka. Nie dość, że koszt przyrostu dzietności jest gigantyczny, to na dobrą sprawę nie wiadomo, czy wzrost ten jest rezultatem programu 500, innych programów socjalnych, czy po prostu pojawił się niezależnie od nich. Przecież w dawnych czasach dzieci przychodziły na świat nawet pod nieobecność socjalu. . W każdym razie, w ciągu dwóch ostatnich lat urodziło się o 13 tysięcy dzieci więcej niż poprzednio, jeśli na program wydano 500+ kwoty rzędu 25 mld złotych znaczy to, iż jedno takie dziecko ekstra kosztuje nas ok. 2 mln złotych!

Program jest robiony na kredyt. Nie stać na  niego. Jego koszty wraz z odsetkami pokryją podatnicy, w dużym stopniu beneficjenci 500+, albo ich dzieci. Nie wiadomo więc, ile dzieci – z powodu obciążenia podatników spłatą kredytu – się wtedy nie urodzi.

Opowieści o tym, że 500+ wspiera gospodarkę można włożyć między bajki. Z jednej strony pieniądze, które można by przekazać na inwestycje,  idą na konsumpcję, co nie jest dobre, bo przejadamy majątek. Z drugiej wiadomo, że obywatel lepiej używa środki, które ma w kieszeni niż rząd, który mu je z niej zabierze. Wspomnę tylko o demoralizacji i dezorganizacji rynku pracy, jaka temu programowi towarzyszy.

  1. Najlepszy budżetów w historii.

Budżet, który się mija z rzeczywistością nie jest dobry, lecz zły. Nawet, gdy wydajemy mniej niż planowali twórcy budżetu. Pomijając przedwczesne zachwyty nad budżetem (opartym w dużym stopniu na kredycie i konfiskacie) pamiętajmy, o tym, co napisałem powyżej; pieniądz z kieszeni obywatela jest dwukrotnie skuteczniej wydany niż robi to państwo. Im mniejszy budżet państwa, tym mniejsze państwo; im mniejsze państwo, tym więcej wolności dla obywatela, a ta przekłada się na wyższy wzrost i prosperity. Wystarczy przypomnieć sobie gorączkę przedsiębiorczą towarzyszącą wprowadzeniu ustaw Wilczka.

  1. Wzrost dochodów z podatków, w tym VAT

Tego, jaka jest przyczyna wzrostu podatku VAT, tak naprawdę, nie wiemy. Wiemy za to, że im wyższy podatek, tym gorzej dla obywateli. Państwo (politycy) i ich akolici (krewni i kolesie) mają się nieźle, ale my, zwykli ludzie, którzy to wszystko finansują – źle. Pomijam koszty stosowania terroryzmu fiskalnego w postaci dodatkowych programów księgowych, nieprzespanych nocy i strachu przed fiskusem. Wzrost dochodów podatkowych, z którego chlubi się Mateusz Morawiecki, to porażka narodu. To dowód na to, że władza traktuje Polaków jak bezmyślne dzieciaki, za których musi myśleć, robić zakupy, ubierać je i wychowywać. Gros podatków idzie na działania sprzyjające władzy, a nie obywatelom. Koszula polityka jest szczególnie bliska jego ciału.

  1. Plan Morawieckiego

Strategię na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, czyli najważniejszy plan drogowy rządu Beaty Szydło – zanim jeszcze ujrzał światło dzienne – również należy uznać za porażkę ekipy Zjednoczonej Prawicy. Nikt lepiej nie wie o tym, w co, kiedy, ile i jak należy inwestować, niż ktoś kto ponosi koszty tej inwestycji i bierze za nią odpowiedzialność. Rząd wydaje nie swoje pieniądze i nie bierze za nie żadnej odpowiedzialności. To recepta na marnotrawstwo. Dlatego właśnie upadł PRL. Ani p. Szydło, ani p. Morawiecki, p. Kaczyński, Błaszczyk, Ziobro i inni, którzy mają decydować o inwestycjach planu Morawieckiego przez 5 minut nie pracowali na swoim. To tak, jakby zlecić szewcowi wykonanie operacji na otwartym sercu tylko dlatego, że umie zszywać skórę.

  1. Repolonizacja banków zagranicznych, m.in. Pekao.

Równie dobrze można by repolonizować fabrykę syrenek, polonezów, nysek etc. I zabronić Polakom jeździć toyotami, mercedesami, hondami, czy nawet VW. Traktowanie importu jako wrogiej agresji na naszą gospodarkę to paranoja domagająca się interwencji psychiatrów. Zamiast kupować to, co polskie, lepiej zrobimy kupując to co lepsze. Wtedy w majątku narodowym znajdzie się lepsze, a nie polskie. Gwarantuję jednak, że w takiej sytuacji, to co polskie samo zacznie być lepsze, tak jak się to stało z polską żywnością, meblami, bankami, obuwiem, kosmetykami, jachtami, lekarstwami, oknami i wieloma innymi wyrobami, jakie – przymuszone do konkurencji z Zachodem – polskie firmy, bez pomocy rządu, wywindowały na poziom światowy. Rząd pogrąża gospodarkę. Żeby nie być gołosłowny, przykłady ostatnich porażek: grafen oraz gaz łupkowy.

  1. Podniesienie płacy minimalnej

Jest ono równoznaczne z odgórnym pogorszeniem poziomu życia tych, który zarabiają więcej niż minimum. Zamiast zmusić ludzi do uzupełnienia wykształcenia, nauki fachu czy poprawy ethosu pracy i w ogóle nauczyć ich zarabiać pieniądze, rząd wraz ze związkami zawodowymi nakazuje pracodawcom, aby płacili bez względu na to, czy się stoi, czy się leży. A przecież ludzie zarabiają tyle, ile warta jest ich praca pomniejszona o zysk pracodawcy. Ktoś, kto pod przymusem rządu ma dostać więcej niż jest w stanie wyprodukować, albo sam traci zatrudnienie, albo pracuje kosztem pogorszenia poziomu życia innych. Co więcej, powoduje też, że konsumenci tak produkowanego dobra muszą za nie płacić więcej bez względu na jego jakość czy użyteczność. Płaca minimalna nie poprawia bytu najbiedniejszych, ona mu wręcz zagraża. Pogarsza też ogólny bilans gospodarczy.

Jan Bereta

P.S. Atutem tej, kolejnej już dobrej zmiany może być to, że nowy premier jest człowiekiem bogatym i pracował wiele lat w firmie prywatnej. Co prawda nie we własnej, i nie na stanowisku operacyjnym, ale widział i czuł w kieszeni zależność między wynikami a dochodami. Czy oznacza to, że dbając o własną kasę, zadba przy okazji także o nas, przedsiębiorców, okaże się za kilka miesięcy.

Logopedia dla dzieci

0

Bardzo nam miło, że strona menger.pl jest otwarta
na ludzi i ciągle macie energię do wspierania młodych przedsiębiorców. Postaramy się sprostać wyzwaniu i zrobimy co w naszej mocy, żeby przedstawić to, czym się zajmujemy na co dzień, w sposób klarowny i ciekawy. Na wstępie musimy zaznaczyć, że logopedia to nie tylko głoska [r] i korekcja wad
wymowy (choć wiele osób tak myśli!) ale również, i przede wszystkim, całościowy rozwój dziecka. Motoryka duża i mała, percepcja wzrokowa i słuchowa, komunikacja i wiele innych spraw, o których się nie mówi. To trochę jak z górą lodową, której widać tylko czubek, a cała reszta jest pod wodą.

Krótko opowiemy teraz o samej Logopasji. Na początku naszym głównym założeniem było prowadzenie zwyczajnego gabinetu logopedycznego w Swindon, w południowej Anglii. Ot, zwykła praca. Szybko po rozpoczęciu zorientowaliśmy się, że potencjał jest dużo większy. Z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej, a osób na liście oczekujących pomocy przybywało. W tym momencie pomogliśmy już kilkuset rodzinom z problemami dotyczącymi rozwoju mowy dzieci w środowisku dwujęzycznym. Rozwijamy się i ciągle się uczymy. Jedną z największych lekcji było dla nas to, że sami nie będziemy w stanie pomóc wszystkim potrzebującym. Postanowiliśmy więc, że „rozwiniemy firmę”.

Po ponad 4 latach działalności mamy świadomość, że mamy realny wpływ na edukację społeczności dzieci, rodziców oraz terapeutów. Poniżej opisaliśmy główne filary, które
stanowią trzon Logopasji w najbardziej dojrzałej formie:
Gabinet. Pomagamy dzieciom w UK, które potrzebują terapii logopedycznej i rozwojowej. Terapia odbywa się w gabinecie lub w domu pacjenta. Pomagając dzieciom wspieramy także rodziców i w realny sposób podnosimy jakość życia całej rodziny. Jakość naszych usług stoi na bardzo wysokim poziomie. Odwiedzają
nas rodziny z całej Anglii.

– Blog. Kształcimy logopedów i terapeutów z Polski za pomocą bloga tematycznego. Głównie skupiamy się na praktycznych aspektach prowadzenia terapii. Teorii jest bardzo dużo na studiach, które wcale dobrze nie przygotowują do wykonywania
zawodu terapeuty. Adres bloga to www.logopasja.pl
–  Wydawnictwo. Prowadzimy mini-wydawnictwo online. Udostępniamy tam treści darmowe jak i płatne. Staramy się zapełniać luki wydawnicze tworząc materiały, które są potrzebne, a nie ma ich na rynku. Współpracujemy przy tym z profesjonalistami tworząc nietuzinkowe i niebanalne grafiki.

  • Terapia online. Pomagamy rodzinom z całej Europy za pomocą Zdalnej Terapii Logopedycznej Logon. Terapia ma na celu przekazanie narzędzi rodzicom, którzy zastępują terapeutę własnego dziecka w domu. Przygotowujemy pakiety ćwiczeń, które następnie rodzic wykonuje z dzieckiem. Wszystkie ćwiczenia dostosowane są do poziomu rozwoju dziecka a jego postępy są monitorowane. Rodzic pracując
    w domu oszczędza czas, pieniądze, polepsza stosunki z dzieckiem i, co najważniejsze, pomaga mu w rozwoju umiejętności, które są niezbędne na dalszych poziomach edukacji. Aby podeprzeć nasze dotychczasowe osiągnięcia przedstawiamy krótkie zestawienie liczbowe, określające Logopasję:
  • Blog odwiedza 200 – 600 osób dziennie.
  • Strona FB ma ponad 5500 polubień. Adres strony to
    www.facebook.com/logopediazpasja;
  • Newsletter ma ponad 5500 subskrybentów.
  • Baza bezpłatnych materiałów oraz 1 wydany ebook.
  • 11 autorskich materiałów terapeutycznych w sklepie.
  • 30 pacjentów tygodniowo na terapii w gabinecie.
  • 50 rodzin na liście oczekujących do gabinetu.
  • 25 osób w terapii zdalnej (z różnych krajów Europy).
  • 2 terapeutki współpracujące z nami z Polski.
  • Usystematyzowany sposób na pozyskiwanie nowych klientów za pomocą Social Media.
  • Usystematyzowane procesy pracy dla terapeutów.
  • Comiesięczne, bezpłatne webinaria dla rodziców, traktujące o rozwoju mowy dziecka. Ze względu na całkiem szeroki zakres działalności w naszej niszy manifesto firmy należy
    ująć w dwóch zdaniach:
  • „Pomagamy dzieciom, które mają utrudniony dostęp do pomocy terapeutycznej.”
  • „Przekazujemy praktyczną wiedzę logopedom i terapeutom.”
    Dlaczego zgłosiliśmy się do Was o pomoc? Otóż potrzebujemy wskazówek, dobrych rad. Nie szukamy finansowania, prawdopodobnie jesteśmy w stanie sami sfinansować
    większość decyzji. Wiemy, że jesteśmy na dobrej drodze i nasze pomysły mają duży potencjał. Potrzebujemy jednak kogoś bardziej doświadczonego do określenia kierunku,
    w którym powinniśmy podążać. Krótko opiszemy teraz plany na rozwój firmy. Bez zagłębiania się w szczegóły, powinno
    być całkiem jasne, że dedykujemy większość sił w opcje, które są skalowalne.
  • Terapia online. Na tę chwilę najważniejszy jest dla nas rozwój Zdalnej Terapii Logopedycznej Logon. Obecnie aktywnie współpracują z nami 2 terapeutki z Polski, które zatrudniamy. Więcej o samej terapii można przeczytać na www.mojedzieckoniemowi.pl Po naszej stronie leży znajdowanie nowych klientów, optymalizacją procesów w firmie oraz opieka nad terapeutami.
  • Relacje. Interesuje nas również szersza współpraca z organizacjami Polonijnymi oraz influencerami. Tego typu relacje pozwolą nam dotrzeć do młodych rodziców
    oraz rodzin mieszkających poza granicami ojczyzny.
  • Wydawnictwo. Chcemy nadal tworzyć gry i pomoce terapeutyczne.
  • Szkolenie online. Trochę większym przedsięwzięciem jest stworzenie szkolenia online. Cel poboczny ale bardzo istotny w dłuższym okresie. Chcemy edukować polskich specjalistów, bo środowisko jest dość hermetyczne oraz niedojrzałe pod
    względem współpracy. Studia uczą teorii, a praktyka jest bardzo często zaniedbywana. Ponadto, system pracy obowiązujący w placówkach oświaty nie sprzyja jakości wykonywanej terapii. 15 – 25 minut pracy z dwójką dzieci i tona papierologii.
  • Licencja. Celem długoterminowym jest stworzenie franczyzy albo licencji na nasza metodę pracy. Chcemy udostępniać terapeutom zestaw narzędzi, które będą w stanie „przeprowadzić ich za rękę” przez proces terapii.
  • Język angielski. W jeszcze dłuższej perspektywie chcemy przenieść nasze metody pracy na język angielski. Podjęliśmy już pierwsze kroki w tym kierunku. Te słowa opisują to z czym się utożsamiamy i jak widzimy siebie w przyszłości. Mamy
    nadzieje, że spotkają się z Twoim zainteresowaniem i przedsiębiorczym „błogosławieństwem”.
  • Kamila i Daniel Czachorowscy

Masowa konfiskata mienia w imię tzw. prawa

2

W obecnej chwili przebiega w Polsce gigantyczna konfiskata majątków prywatnych podmiotów o której nic się nie mówi i mało kto ma informacje na ten temat. Proceder ten zachodzący w majestacie polskiego prawa jest przyczyną wielu nieszczęść ludzkich i tragedii.

Jest to przykład zwykłej grabieży na podstawie mało znaczących i praktycznie nieznanych opinii publicznej przepisów. Co gorsza, sami poszkodowani nie są w ogóle informowani o fakcie utraty swojego majątku i żyją w poczuciu pełnej nieświadomości. Do czasu!

Sprawa wydaje się tak bulwersująca i skandaliczna, że aż wręcz nie do uwierzenia!

Koszmarna ustawa

O co w tym wszystkim chodzi? Otóż, w dniu 28. listopada 2014 r., jeszcze za rządów poprzedniej koalicji PO-PSL, została uchwalona Zmiana ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw ( Dz.U. 2014 poz. 1924 ). Przepisy tej ustawy przewidywały, że z dniem 31.grudnia 2015 r., nieaktywne i martwe podmioty figurujące w starym rejestrze RHB zostaną z tego rejestru wykreślone. W celu sprawnego przeprowadzenia likwidacji takich podmiotów, postanowiono wzorować się na przepisach brytyjskich, które przewidują, że takie nieaktywne podmioty zostają  wyrejestrowywane, a ich majątek przechodzi na własność Korony.

W brytyjskich przepisach chodziło o to, aby nieaktywne spółki o kapitale np. 1 funta, szybko i tanio zlikwidować, nie obciążając kosztami takiego działania podatnika.

Wzorując się na tym rozwiązaniu w polskiej ustawie można odnaleźć zapis, że „ z dniem 1 stycznia 2016 r. Skarb Państwa nabywa nieodpłatnie z mocy prawa mienie podmiotów, o których mowa w ust. 2a. Skarb Państwa ponosi odpowiedzialność z nabytego mienia za zobowiązania podmiotów, o których mowa w ust. 2a. Prawa wspólników, członków spółdzielni i innych osób uprawnionych do udziału w majątku likwidacyjnym wygasają z chwilą wykreślenia podmiotu z rejestru.”. Chodzi w tym zapisie, o podmioty, które nie przerejestrowały się do nowego rejestru KRS przed dniem

  1. stycznia 2016r.

Rzecz w tym, że tego rodzaju zapisy w polskich przepisach nie powinny w ogóle mieć miejsca!

Nie można przecież rozwiązań brytyjskich,  dotyczących spółek o kapitale 1 funta przenosić do naszych ustaw, gdyż istnienia podobnych osób prawnych nasze przepisy nie przewidują i nigdy nie przewidywały.

W polskich przepisach dotyczących osób prawnych,  właśnie po to stworzono wymóg posiadania wysokiego kapitału zakładowego, aby móc przeprowadzić jego cywilizowaną likwidację.  Minimalny kapitał zakładowy wynosił 50 000 złotych, czyli w latach 90. równowartość przeciętnego mieszkania lub kilku nowych samochodów. Wiele osób chcących prowadzić działalność gospodarczą rejestrowało ją w wygodnej dla siebie formie prawnej np. spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, unikając w ten sposób np. obowiązku odprowadzania wysokich składek ZUS. Aby pokryć wymagany kapitał zakładowy, wnosili oni często, do spółki nieruchomości, maszyny, udziały w innych spółkach, samochody i podobne wartościowe rzeczy.  Jeżeli nawet spółka zawiesiła działalność, to z reguły nie była przeprowadzana kosztowna likwidacja spółki , tylko przesyłane były zerowe deklaracje VAT i CIT do urzędu skarbowego, ten sam co roku formularz bilansu do sądu i  sprawę uważano za za załatwioną. Udziałowcy ci byli pewni, że nawet, jeżeli kiedyś dojdzie do likwidacji takiej spółki, to jej majątek do nich wróci.

Ustawa odbiera własność

Niestety,  uchwalona 28. listopada 2014 r. ustawa, odebrała im ich własność. Większość tych osób do tej pory,  nie ma nawet tego świadomości.  Tymczasem w chwili obecnej majątek takich podmiotów np. nieruchomości jest identyfikowany i do ksiąg wieczystych wpisywany jest nowy właściciel, czyli skarb państwa. Nikt nie musi, o tym fakcie nawet nikogo informować, gdyż uznaje się, że dany podmiot nie istnieje, a należący do niego majątek stał się z mocy samego prawa, własnością Skarbu Państwa. Można sobie wyobrazić, co się będzie działo, gdy na czyjejś działce, wniesionej, onegdaj, aportem do spółki, zaczną pojawiać się obcy ludzie, celem dokonania pomiarów i oszacowania jej wartości przed planowaną licytacją. Nie jest wykluczone, że będzie dochodziło do rękoczynów a być może zabójstw, popełnianych przez zdesperowanych, byłych właścicieli.

Konkretny opis ludzkiej tragedii

O tym, że nie jest to problem istniejący tylko w teorii, przekonują wpisy z forów internetowych.

Na jednym z forów można znaleźć taki oto zapis (wersja oryginalna):

„ przeczytałam w/w przyklady… i jestem u kresu wytrzymalosci psychicznej.
A dlaczego?… Jestem prezesem spolki /100 % udzialow/.
Najpierw aportem wprowadzilam a nastepnie za symboliczna zlotowke sprzedalam razem z mezem tejze spolce pawilon handlowy z prawem wieczystego uzytkowania. W 2015 roku staralam sie o wpis do KRS ALE ZOSTAL ON COFNIETY do poprawek… ja przebywam za granica od kilkunastu lat… poprawki nie poszly w czasie do Sadu.
W chwili obecnej /w 04.2017 ponownie zostal zlozony wniosek z zalacznikami do Sadu o wpis do KRS. Po miesicu otrzymalam odpowiedz z Sadu ze spolka zostala wykreslona z dniem 01.01.2016 roku caly majatek przechodzi na rzecz Skarbu Panstwa.Oczywiscie Spolka jeszcze zostala ukarana kara pieniezna w wysokosci 500 zl.
Spolka nie ma zadnych zaleglosci z zadnych podatkow.
Spolka dzialala do 31.05.17 placac wszystkie swoje zobowiazania wobec Urzedu Skarbowego,
jak i oczywiscie placac podatki od nieruchomosci i wieczystego uzytkowania.
Z chwila podjecia tej decyzji powiadomilismy Urzad Skarbowy oraz Urzad Miasta i
Starostwo oraz wynajmujacych ten pawilon. Oczywiscie w dalszym ciagu placimy wszystkie
zobowiazania podatkowe z nieruchomosci a najemca zaprzestal placic czynsz.
SPOLKA SWIETNIE DZIALALA. Przynosila dochody. Z roznych zrodel ktore juz przeczytalam wynika ze jako jako Prezes oraz ja jako jedyny udzialowiec nie mam do niczego prawa.
Prosze mi odpowiedziec , tak ze szczerego serca… dlaczego ustawodawca przewidzial w tej ustawie korzysci plynace tylko dla Skarbu Panstwa?… a mnie jako przedsiebiorce potraktowal jak szmate?…
Czy to jest prawo wolnego , demokratycznego kraju?…Dlaczego ustawodawca nie wskazal organu, ktory moze odwolac sie od decyzji Starosty w kwestii przejecia nieruchomosci.?..
Starostwo rozmawia ze mna ponoc tylko z grzecznosci bo ja nie jestem strona.
Dlaczego tak bardzo obostrzona zostala ta ustawa?Morderca zeby zabil 100 ludzi to idzie do wiezienia ale majatku nie pozbawia sie go…… Dla mnie ta ustawa swiadczy tylko o tym ze moj kraj jest zlodziejem.
Ogrom ustaw wydawanych przez polski parlament oraz nie do konca przemyslane zmiany stanu prawnego powoduje ze obywatel jest zagubiony. Nie czuje sie w tym kraju bezpiecznie.Polskie ustawodawstwo nie jest najlepszej jakosci, zgodnosc jest czesto kwestionowana przez Trybunal Konstytucyjny. Prosze nie pisac mi tylko, ze wszyscy wiedzieli o tym… ja nie wiedzialam…i takich ludzi jest duzo.
Jest pani prawnikiem, prosze powiedziec… co zrobilaby pani na moim miejscu?
Bo mnie to zostalo sie juz tylko powiesic… stracilam wszystko co dorobilam przez cale moje zycie…”

Sądzę, że jest to dobitny przykład, do jakich tragedii ludzkich dochodzi i będzie dochodzić w najbliższej przyszłości…

Jak tworzy się oszustów w VAT

Znacznie gorzej niż w przypadku podmiotów „uśpionych” wygląda sprawa podmiotów prowadzących aktywną działalność gospodarczą, a przez nieuwagę, zapominalstwo lub nawet zwykłą złośliwość i nadmierny formalizm urzędników Krajowego Rejestru Sądowego nie wpisanych przed 1.stycznia 2016 r. do tego rejestru, i działających na podstawie poprzednich wpisów do dawnego rejestru handlowego.

Przypominam, działających w pełni legalnie, płacących podatki, składki i inne opłaty. Mających legalnie wszelkie numery identyfikacyjne, NIP, REGON etc. Składających deklaracje podatkowe i sprawozdania finansowe. Zatrudniających pracowników i płacących im wynagrodzenia.

Takich podmiotów jest w Polsce wiele tysięcy.

W chwili obecnej są one identyfikowane przez urzędy skarbowe, wykreślane z rejestrów czynnych podatników VAT, jako podmioty nieistniejące, a ich kontrahenci są wzywani do składania korekt deklaracji VAT za okres od 1.stycznia 2016 do chwili obecnej, gdyż nabyli towar od nieistniejącego podatnika VAT.  Co najciekawsze, ich kontrahenci nie mieli i mają żadnej możliwości zidentyfikować tego typu nieprzerejestrowanych spółek, gdyż w większości przypadków figurują one jako podmioty aktywne i działające w elektronicznych rejestrach prowadzonych przez Ministerstwo Finansów, jak i Główny Urząd Statystyczny. Takich podmiotów, które nieprzerejestrowały się do Krajowego Rejestru Sądowego jest w chwili obecnej około 100 tysięcy, z tego aktywnie działających jest być może około 20-25 tysięcy.

Można sobie wyobrazić, co się będzie działo, gdy dziesiątki tysięcy firm, będących kontrahentami takich podmiotów, zaczną dostawać od urzędów skarbowych wezwania do korekty deklaracji podatkowych za okres począwszy od 1. stycznia 2016 roku, wraz z nakazem zapłaty po raz kolejny, wcześniej już przecież zapłaconego podatku VAT.

Sprawy takie już mają miejsce i będzie ich z pewnością więcej.

Wskazana jest tutaj natychmiastowa interwencja Ministerstwa Finansów, gdyż poszkodowanych bez własnej wiedzy i nieświadomych niczego podmiotów, mogą być nawet setki tysięcy.

I to wszystko wyłącznie z tego powodu, że sejm poprzedniej kadencji uchwalił absurdalne  prawo.

Przepisy tej koszmarnej ustawy z dnia 28.listopada 2014 są w wielu punktach całkowicie sprzeczne z konstytucją i jest tylko kwestią czasu, kiedy zostanie to wykazane i zostanie ta ustawa  w znacznej części uchylona.

Jak tworzy się przestępców

Osobom zarządzającym nieprzerejestrowanymi podmiotami, ale działających w pełnej nieświadomości tego faktu, mogą być dodatkowo postawione zarzuty zaboru mienia należącego do skarbu państwa. Dokonując np. wypłaty wynagrodzeń pracowniczych, wypłacają oni te pieniądze w sposób nielegalny. Sprzedając towar, dokonują oni uszczuplenia majątku skarbu państwa. Mogą im zostać postawione w związku z tym zarzuty . W przesyłanych do urzędów dokumentach, potwierdzają oni nieprawdę, gdyż powołują się na dane nieistniejącego podmiotu, za co mogą być również doprowadzeni do odpowiedzialności karnej.

Pracownicy tych spółek zatrudnieni są w nielegalnie działających podmiotach, których rzekomo nie ma, więc żadne lata składkowe im się do stażu pracy nie zaliczają.

Mimo, że odprowadzane są składki  i podatki od ich zarobków.

Brak przepisów wykonawczych i przejściowych

W ustawie tej nie został rozwiązany problem zamknięcia roku 2015.

Spółki te działały do 31. grudnia 2015 najzupełniej legalnie. Skutki tego działania siłą rzeczy przechodzą na kolejny rok. Ktoś musiał sporządzić bilans, dokonać inwentaryzacji mienia, sporządzić deklaracje CIT-8  i deklaracje PIT-4R dla pracowników. Nie było nigdzie wskazane kto i z jakich środków. Ktokolwiek to robił nie czynił przecież tego za darmo. Także wypłaty pracownicze za grudzień 2015 roku dokonane już w styczniu 2016 zostały dokonane nielegalnie z środków należących w myśl chorego prawa, do skarbu państwa. Co miał zrobić prezes takiej spółki w styczniu 2016 roku? Nie wypłacać pracownikom wynagrodzenia za wykonaną pracę? Wolne żarty!

Nie rozwiązano w ogóle kwestii przechowywania dokumentacji księgowej i pracowniczej i całej masy innych spraw.

Bubel prawny czy perfidne wywłaszczenie?

Z założenia przepisy tej ustawy miały dotyczyć tylko i wyłącznie martwych spółek, nie posiadających żadnego majątku pozwalającego na ich likwidację.

Jak jednak wytłumaczyć fakt, że ta ustawa mówi też,  o podmiotach siłą rzeczy posiadających bardzo duży majątek, np. o spółdzielniach mieszkaniowych?

W takim przypadku zostało wyraźnie wskazane, że jeżeli podmioty takie nie dokonają przed   31. grudnia 2015 r. wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego, to ich majątek przechodzi nieodpłatnie na rzecz skarbu państwa, a spółdzielcze prawo do lokalu przekształca się w umowę najmu.

Z pewnością nie chodziło, więc, o podmioty nie posiadające majątku!

Może więc chodziło o podmioty nieaktywne?

Z pewnością też nie, gdyż ustawa ta wyraźnie wskazuje, że w przypadku  „ (…) gdy wniosek o wpis złożony przed dniem 1 stycznia 2016 r. został po tej dacie zwrócony, odrzucony, oddalony albo postępowanie o wpis zostało umorzone, skutki określone w niniejszym przepisie oraz przepisach ust. 2b–2g i 2i powstają z dniem następującym po dniu zwrotu, odrzucenia, oddalenia wniosku albo umorzenia postępowania.”

Skoro wskazano, co należy zrobić z podmiotami, które aktywnie starają się o wpis do KRS, to z pewnością nie mogło chodzić o takie nieaktywne osoby prawne.

Czytając przebieg całego procesu legislacyjnego miałem nieodparte wrażenie, że doszło tam do wielkiej manipulacji. Przypomnę, że nie mówimy o sejmie obecnej kadencji, ale o roku 2014, kiedy rządziła poprzednia koalicja PO-PSL.

O co więc chodziło?

Do końca nie wiadomo.  Z całą pewnością czytając tę ustawę widać wyraźnie, że chodziło o ciche zamknięcie sprawy roszczeń dawnych właścicieli znacjonalizowanych spółek, względem Skarbu Państwa. Sprawę przeprowadzono po cichu i bez nagłaśniania w mediach, licząc, że prawie nikt nie zainteresuje się czymś tak błahym, jak nowelizacja ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym. Skarb Państwa mienie po cichu przejmie, a potem być może, po cichu, mienie zostanie sprzedane nowym właścicielom. W dalszej kolejności,  być może planowano zabrać się za następne sprawy np. przejęcie wniesionych kiedyś aportem nieruchomości lub udziałów w innych działających spółkach.

Konfiskata mienia nowych spółek

Co gorsza, przepisy tej ustawy umożliwiają także konfiskatę bez odszkodowania mienia praktycznie każdego podmiotu wpisanego obecnie do Krajowego Rejestru Sądowego i to bez powiadamiania strony.

Wystarczy np. pomyłkowo podać niewłaściwy adres spółki. Wystarczy wtedy, że w wypadku nieodebrania listu poleconego przez prezesa spółki z poczty, majątek takiej spółki, przechodzi nieodpłatnie, na rzecz skarbu państwa. Można sobie wyobrazić sytuację, że prezes spółki przebywa za granicą, załatwiając dostawę nowych towarów. Po kilku miesiącach, kiedy dochodzi do dostawy takiego towaru do polskiego portu, okazuje się, że ten towar nie należy już do spółki, która nie istnieje, ale jego właścicielem został skarb państwa!   Jest to możliwe w tzw. trybie wykreślenia spółki bez likwidacji. Dokonuje się tego  np.w wypadku, gdy spółka dwa razy nie odbierze listu z prośbą o uzupełnienie danych i nie posiada zbywalnego majątku. Jeżeli np. spółka dokona przedpłaty za towar i jej rachunek bankowy będzie pusty, może to zostać uznane za brak zbywalnego majątku, co będzie skutkować wykreśleniem spółki bez likwidacji i przepadkiem jej mienia na rzecz Skarbu Państwa.

Co Państwo powinno teraz zrobić?

To co można uczynić natychmiast bez żadnych zmian ustawowych, to wpłynąć na Ministerstwo Finansów, aby umożliwiło dalszą działalność nieprzerejestrowanym podmiotom, płacącym przecież podatki i zatrudniających pracowników. Wystarczy do tego oświadczenie , że podatnik regularnie skladający deklaracje podatkowe w których wykazuje przychód wyższy niż zero, nie może być uznany za podatnika nieistniejącego, nawet jeżeli nie dopełnił formalności dokonania wpisu w KRS i działał nieświadomie na podstawie poprzednich, legalnych przecież dokumentów.

Następnie należy wpłynąć na Ministerstwo Sprawiedliwości, aby ludzie kierujący w dobrej wierze tymi podmiotami nie ponosili żadnych konsekwencji, związanych z faktem, że dysponują mieniem skarbu państwa.

Następnie należy wstrzymać dokonywanie wpisów w księgach wieczystych dotyczących własności nieruchomości należących do nieprzerejestrowanych do Krajowego Rejestru Sądowego spółek.

Należy wstrzymać dokonywanie wpisów Skarbu Państwa jako nowego udziałowca lub akcjonariusza we wszystkich podmiotach, gdzie udziały lub akcje miały nieprzerejestrowane podmioty.

W dalszej kolejności zastanowić się nad odwróceniem skutków tej skandalicznej ustawy. W przypadku podmiotów o kapitale i majątku pozwalającym na ich cywilizowaną likwidację,  a także aktywnie działających gospodarczo,  należy im to umożliwić.

Należy ustawowo ograniczyć możliwość wykreślenia spółek z rejestru bez likwidacji tylko do podmiotów o niskim kapitale, gdyż w innym wypadku może prowadzić to do daleko idących nadużyć.

Podsumowanie

Wprowadzenie tej karygodnej i sprzecznej z konstytucją ustawy jest przykładem, jak nie powinno być tworzone prawo. Widać wyraźnie, że głosujący zostali w sposób perfidny zmanipulowani przez osoby przygotowujące tę ustawę.

Zarówno sejm, jak i senat, ciała ją opiniujące oraz prezydent uchwalili skandaliczne przepisy, które w ogóle nie powinny zostać uchwalone.

Posłowie wszystkich klubów parlamentarnych głosowali praktycznie jednogłośnie za uchwaleniem tego bubla prawnego.

W sposób całkowicie bezmyślny przeniesiono do polskiego prawa, brytyjskie przepisy, które stosuje się tam do firm typu Limited o kapitale wynoszącym np. 1 funt, choć polskie przepisy nigdy nie dopuszczały powstawania tego typu podmiotów, a wymuszały wręcz posiadanie przez spółki wysokich kapitałów zakładowym m.i. po to, aby móc przeprowadzić i likwidację w sposób cywilizowany.

Potwierdza to tylko, że Polska to dziki kraj a majątek obywateli nie posiada żadnej ochrony przed działaniami organów państwa.

(zp)

A jeśli podatki są jednak kradzieżą, co w takim razie stanie się z nami, i z nimi?

0

„Podatki to kradzież” to popularny slogan libertarian. Daje on wyraz przekonaniu, że działania państwa powinniśmy oceniać wedle tych samych kryteriów moralnych, co działania innych jednostek czy podmiotów.

Dlaczego podatki można uznać za formę kradzieży.

Wyobraźmy sobie, że założyłem organizację charytatywną pomagającą ubogim[1]. Niestety datki przekazuje mi niewystarczająca liczba darczyńców, skutkiem czego wielu biednych ludzi nadal cierpi głód. Postanawiam zatem rozwiązać ten problem następująco: rozglądam się za zamożnymi osobami na ulicy, przykładam im pistolet do skroni i żądam, by oddali mi swoje pieniądze. Sam przekazuje je mojej organizacji, która dzięki temu nareszcie dysponuje środkami umożliwiającymi nakarmienie i odzianie wszystkich potrzebujących.

W takim scenariuszu zostałbym uznany za złodzieja. Dlaczego? Nasuwa się odpowiedź: ponieważ odbieram innym ludziom własność bez ich zgody. Tak się składa, że podkreślony fragment to dokładna definicja „kradzieży”. Do „odbierania bez zgody” zalicza się odbieranie z wykorzystaniem groźby użycia przemocy wobec innych, jak to ma miejsce w tym przykładzie. Pozostaje to faktem bez względu na to, co z odebranymi pieniędzmi zrobię. Nikt nie powie raczej: „Oh, przekazałeś te pieniądze ubogim? W takim wypadku odebranie ludziom pieniędzy bez ich zgody to jednak nie kradzież”. Można rzecz jasna sądzić, że była to kradzież o pozytywnych skutkach społecznych, ale nadal była to kradzież.

No dobrze, przejdźmy do analizy podatków. Gdy państwo „opodatkowuje” obywateli, oznacza to, że domaga się ono od każdego z nich pieniędzy pod groźbą użycia przemocy: jeśli nie zapłacisz, uzbrojone jednostki opłacane przez państwo przyjdą po ciebie i wsadzą cię do więzienia. Takie działanie wydaje się wręcz książkowym przykładem odbierania własności innych bez ich zgody. A zatem państwo jest złodziejem. Wniosek ten pozostaje na mocy niezależnie od tego, czy państwo przeznacza zawłaszczone fundusze na szczytne cele (czy to robi oraz z jaką skutecznością, to osobna kwestia). I znowu – można argumentować, że podatki to korzystna społecznie forma kradzieży, ale nadal jest to kradzież.

Trzy kontrargumenty.

Większość ludzi sprzeciwia się nazywaniu podatków kradzieżą. Na jakiej podstawie? Poniżej przedstawiam trzy popularne argumenty oraz ich krytykę.

Argument pierwszy

Podatków nie można uznać za kradzież, ponieważ obywatele zgodzili się je płacić. Podatki są elementem „umowy społecznej” między państwem a obywatelami, w ramach której ci drudzy godzą się płacić podatki i przestrzegać praw, w zamian za protekcję tego pierwszego. Każdy kto korzysta z usług publicznych (takich jak drogi, szkoły czy policja) i pozostaje na terytorium danego państwa, wyraża w ten sposób akceptację tejże umowy społecznej[2].

Odpowiedź na argument pierwszy

Nie ma żadnej umowy społecznej[3]. Państwo nigdy takiej umowy nie stworzyło, nie zaproponowało, ani też nikt takowej nie podpisywał.

Mimo to, korzystanie z usług publicznych mogłoby implikować zgodę na opłacanie tych usług, gdyby ludzie z nich niekorzystający nie byli zmuszani do kontrybucji. W rzeczywistości jednak państwo zmusza obywateli do płacenia podatków bez względu na to czy korzystają z usług publicznych czy nie. A zatem, fakt korzystania z usług państwa nie świadczy o zgodzie na płacenie podatków.

Pozostawanie obecnym na „terytorium państwa” również nie świadczy o akceptacji rzekomej umowy społecznej. A to dlatego, że państwo nie jest faktycznym właścicielem całego obszaru, który nazywa swoim „terytorium”; obszar ten w większości jest własnością prywatnych jednostek. Jeżeli posiadam ziemię, na której mieszkają bądź pracują inni ludzie, mogę zażądać od nich, by uiścili odpowiednią opłatę lub teren opuścili. Jeśli natomiast ludzie ci przebywają na swojej ziemi, nie mam prawa domagać się, by mi płacili bądź się wynieśli. Czyniąc tak, postąpiłbym jak złodziej. Podobnie, gdy państwo żąda od nas byśmy przekazywali mu pieniądze lub przenieśli się gdzie indziej, postępuje jak złodziej.

Argument drugi

Państwo nie może być złodziejem, ponieważ to państwo definiuje prawa własności w ramach władzy legislacyjnej. Państwo może zwyczajnie ustanowić prawa mówiące, że pieniądze, które powinieneś zapłacić w podatkach tak naprawdę nie należą w ogóle do ciebie; to pieniądze państwa[4].

Odpowiedź na argument drugi

Argument ten bazuje na dwóch założeniach: (1) nie istnieją żadne prawa własności niezależne od legislatury państwowej oraz (2) państwo może tworzyć prawa własności deklarując po prostu, że coś należy do kogoś. Nie ma jasnych powodów, by akceptować żadne z tych, zupełnie zresztą nieintuicyjnych, założeń.

Wyobraź sobie, że udajesz się gdzieś w odległe rejony niepodlegające jurysdykcji żadnego państwa, gdzie spotykasz pustelnika, który niezbędne do życia zasoby czerpie z natury. Osobnik ten poluje na zwierzęta własnoręcznie wykonaną dzidą, co wzbudza twoje zainteresowanie i rozbudza wyobraźnię. Odchodząc decydujesz się (bez zgody pustelnika) zabrać tę dzidę ze sobą. Zasadne wydaje się w takiej sytuacji stwierdzenie, że dzida została przez ciebie „skradziona”. Obala to założenie (1).

Następnie wyobraź sobie, że jesteś niewolnikiem na Południu dziewiętnastowiecznych Stanów Zjednoczonych. Załóżmy, że postanawiasz uciec bez zgody swojego pana. Jeżeli założenie (2) jest zasadne, byłoby to pogwałceniem praw własności twojego pana na skutek ukradzenia samego siebie. Zauważ, że naruszyłbyś w ten sposób nie tylko prawo podmiotowe. Jeśli założenie (2) jest słuszne, państwo poprzez ustanawiane przepisy, kreuje także prawa i obowiązki natury moralnej, a więc uciekając pogwałciłbyś również moralne prawo twojego pana. W ten sposób obaliliśmy założenie (2).

Argument trzeci

Podatki są opłatą, którą państwo pobiera w zamian za zapewnianie praworządności i porządku publicznego. Bez podatków państwo nie mogłoby pełnić swoich funkcji, załamałby się porządek społeczny i w konsekwencji nie mielibyśmy żadnych pieniędzy. Podatki to nie kradzież, bowiem złodzieje nie zapewniają cennych usług, nie mówiąc już o usługach umożliwiających ci w pierwszej kolejności zdobycie pieniędzy, z których następnie potrącana jest jedynie część[5].

Odpowiedź na argument trzeci

Wyobraź sobie, że przykładam ci pistolet do skroni i odbieram 20 dolarów. W zamian za to zostawiam ci jedną z moich książek. Gdy po jakimś czasie widzisz mnie na ulicy bez broni, publicznie nazywasz mnie złodziejem i żądasz zwrotu pieniędzy. „Zaraz, zaraz”, odpowiadam, „nie jestem złodziejem, gdyż w zamian za twoje pieniądze dałem ci coś cennego”. Prawdą jest, że nigdy o moją książkę nie prosiłeś, ale to dobra książka warta znacznie więcej niż 20 dolarów”.

Taka odpowiedź byłaby z mojej strony krętactwem. Nie ma żadnego znaczenia to, że w zamian za twoje pieniądze dałem ci książkę, ani też to, czy książka ta rzeczywiście warta jest więcej niż 20 dolarów. Ważne jest to, że odebrałem ci pieniądze bez twojej zgody.

Nie ma również znaczenia to, czy na tej „transakcji” skorzystałeś. Załóżmy, że (niezdolny przekonać mnie do odwołania wymiany) decydujesz się moją książkę przeczytać, a ta okazuje się zawierać tak wiele wartościowej wiedzy i porad, że ostatecznie twoja pozycja jest znacznie lepsza (także pod względem finansowym), niż zanim w ogóle na mnie trafiłeś. Nie zmienia to faktu, że jestem złodziejem. Nieistotna jest tu również chronologia: jeżeli najpierw dałbym ci książkę, następnie odczekał, aż dzięki niej odniesiesz korzyści finansowe i dopiero wtedy siłą odebrał ci część zarobionych pieniędzy, nadal byłbym złodziejem.

Wniosek: Odbieranie własności innych ludzi bez ich zgody jest kradzieżą, nawet jeśli na skutkach kradzieży korzystają także oni i nawet jeśli złodziej wcześniej pomógł im tę własność zdobyć.

Co zatem jeśli podatki to faktycznie kradzież?

Czy jeśli uznamy, że podatki to kradzież, oznacza to, że powinniśmy domagać się zniesienia wszystkich form opodatkowania? Niekoniecznie. Niektóre kradzieże mogą być uzasadnione. Jeśli musisz ukraść bochenek chleba, bo inaczej umrzesz z głodu, można to usprawiedliwić. Podobnie, jeżeli jakaś ilość funduszy jest państwu niezbędna do zapobiegania rozmaitym tragicznym rezultatom – takim jak rozpad porządku społecznego – pewne formy opodatkowania mogą być uzasadnione.

Dlaczego zatem ważne jest ustalenie czy podatki to kradzież? Ponieważ mimo iż kradzież możebyś uzasadniona, zazwyczaj uzasadniona nie jest. Bez poważnych powodów kradzieży nie daje się usprawiedliwić. Co kwalifikuje się jako poważne powody, wykracza poza zakres tego artykułu. W ramach przykładu możemy jednak powiedzieć, że nie da się uzasadnić kradzieży pieniędzy po to, by, powiedzmy, kupić sobie ładny obraz. Na tej samej zasadzie, jeśli podatki to kradzież, nie da się uzasadnić pobierania podatków celem finansowania muzeum czy galerii sztuki.

Innymi słowy, teza która mówi, że „podatki to kradzież” wpływa na podnoszenie standardów w kwestii akceptacji celów na rzecz których podatki się ustanawia. Gdy państwo planuje wydać na coś pieniądze (wsparcie sztuki, program kosmiczny, system emerytalny, czy cokolwiek innego), powinniśmy zadawać sobie pytanie: czy uzasadnione byłoby okraść kogoś celem sfinansowania tego rodzaju programu? Jeśli nie, nieuzasadniony jest również pobór podatków na ten cel – bowiem podatki to kradzież.

Powyższy tekst Michela Huemera w oryginale ukazał się 16 marca 2017 roku na portalu LIBERTARIANISM.org
Przekład: Krzysztof Zuber

[1] Przykład ten zaczerpnąłem z książki The Problem of Political Authority autorstwa Michaela Huemera. (New York: Palgrave Macmillan, 2013), 3-4, 154.

[2] Zob. John Locke, Drugi traktat o rządzie (Warszawa: Wyd. Aletheia, 2015).

[3] Problematykę koncepcji umowy społecznej szczegółowo wyjaśnia Huemer w The Problem of Political Authority, rozdział 2.

[4] Zob. Liam Murphy i Thomas Nagel, The Myth of Ownership: Taxes and Justice (Oxford: Oxford University Press, 2002), s. 58.

[5] Zob. Murphy i Nagel op. cit, s 32-3; Stephen Holmes i Cass Sunstein, The Cost of Rights: Why Liberty Depends on Taxes (New York: W.W. Norton, 1999), rozdział 3. Szerszą odpowiedź na argument trzeci znajdziesz w tekście Michaela Huemera „Is Wealth Redistribution a Rights Violation?” [w]  The Routledge Handbook of Libertarianism, red. Jason Brennan, David Schmidtz, Bas van der Vossen (Routledge, mający się ukazać).

Zobacz również:

Zobacz również: