Dekalog Granta (I)

0

Dekalog Granta (I)

Jedna z najbardziej szanowanych i czytanych publikacji finansowych na świecie, Grant’s Interest Rate Observer, przypomina dekalog zasad, którymi powinien kierować się każdy przezorny inwestor. Publikacja, założona przez legendarnego, Jima Granta, skupia najlepsze pióra, najbardziej doświadczonych +inwestorów – praktyków Wall Street.

Oto, co we wstępie do dekalogu pisze twórca omawianej publikacji, Jim Grant:

(…) W ciągu 35 lat istnienia opublikowałem ponad 800 numerów Grant’s Interest Rate Observer do tej pory, to jest ponad 4 miliony słów analiz, ekspertyz, wniosków, reakcji i innych tekstów dotyczących rynku papierów wartościowych i towarzyszących mu zjawisk. (…) Przeżyłem i przeanalizowałem wiele mód, manii, czy zwykłych wpadek. Byłem świadkiem spadku stóp procentowych z 20 procent do zera, a nawet niżej. Widziałem giełdę przewartościowaną o połowę, i widziałem też mocno niedowartościowaną. Co dwa tygodnie, wraz z grupą najwybitniejszych ekspertów, praktyków z Wall Street dzieliłem się swoimi przemyśleniami z liczną grupą czytelników. Wielu z nich jest z nami od pierwszego dnia.

Oto, moim skromnym zdaniem, 10 najważniejszych lekcji, jakich nauczyłem się w finansach .

1. Kluczem do udanego inwestowania jest zasada, aby zawsze wszyscy się z tobą zgadzalipost factum, czyli na końcu. Inwestycja ciesząca się danego dnia największą popularnością, rzadko kiedy jest najlepszą inwestycją. Jeśli chcesz dowiedzieć się, co jest naprawdę popularne, poszukaj tego na pierwszej stronie swojego ulubionego czasopisma finansowego, lub po prostu wybierz się na wino z ludźmi zajmującymi się inwestowaniem. W Grant’s szukamy zysków tam, gdzie nikt ich nie widzi. Z radością czekamy chwili, kiedy i inni to dostrzegą. Jesteśmy z zasady kontrarianami uznającymi regułę, że „większość myli się najbardziej”. To dla nas najlepsza soczewka służąca do obserwowania rynku

 

  1. Nie radzimy sobie z pieniędzmi! Nic dziwnego. Ludzie z reguły nie radzą sobie z pieniędzmi. Kupują, kiedy jest drogo, sprzedają, gdy notowania sięgają dna. Takie błędy leżą w ludzkiej naturze, której ogromną część zajmują emocje. Dlatego starajmy się naturę i emocje kontrolować i poskramiać. Aby to było łatwiejsze, polecamy lekturę tekstów dotyczących analizy ryzyka, sposobów kontrolowania go, uczenie się panowania nad sobą, silnej woli, wszystkiego tego, co służy minimalizacji naszych reakcji na lęk, strach, stratę.

 

P.S. Wiedząc, że tam gdzie angażujemy własne, ciężko zarobione pieniądze nie jest łatwo kontrolować emocje, Milion Plus zapewnia, że pomożemy przy wyborze lektury tych publikacji. Sami jesteśmy ludźmi i mamy swoje emocje.

 

  1. Wszystko z czym mamy do czynienia w procesie inwestowania ma charakter cykliczny: ceny, wyceny, entuzjazm, zysk. I to się nigdy nie zmieni. Najwięksi inwestorzy wyrabiają w sobie z czasem zmysł odczytywania tego, w jakiej fazie cyklu znajdujemy się akurat dzisiaj. Musisz i ty wyostrzyć w sobie taki dodatkowy zmysł. I skorzystać z niego wtedy, gdy strach zaczyna paraliżować twój rozum. Jak myślisz, w jakiej fazie cyklu znajdujemy się dzisiaj?

 

  1. Nikt nie potrafi przewidzieć przyszłości. Nie może jej przewidzieć także facet, który twierdzi, że może. Można jednak dostrzec, w jaki sposób tłum, czyli demokratyczna większość niszczy naszą przyszłość. Obserwuj zachowanie tłumu i wyciągaj wnioski odnośnie swoich wyborów. Obserwując to co się wokół ciebie dzieje, możesz dokonywać lepszych wyborów. Z czasem, na tej podstawie nauczysz się rozpoznawać rytm cyklu rynkowego (patrz zasada #3), i przy odpowiedniej praktyce możesz czerpać z tej wiedzy korzyści, albo przynajmniej uniknąć katastrofy. Tak jak wtedy, gdy ostrzegaliśmy czytelników Granta w naszym wydaniu z 8 września 2006 r. o bańce spekulacyjnej na rynku kredytów hipotecznych (było to 11 miesięcy przed wybuchem ostatniego wielkiego kryzysu finansowego). Trzy lata później doradzaliśmy, że będziemy kupować akcje długoterminowe, zanim zyskają one 250 procent.

 

  1. Każdy dobry pomysł staje się z czasem oczywistością i traci swój powab. Exchange Traded Funds (popularne eteefy) były niegdyś świetnym pomysłem. Pozwoliły inwestorom zdywersyfikować portfel na wiele różnych produktów i rynków przy zachowaniu racjonalnych kosztów inwestowania. Obecnie ETF stanowią w Stanach Zjednoczonych ponad 23 procent całkowitego obrotu giełdowego, który sięga 6 bilionów dolarów. Prognozuje się, że do 2025 roku rynek ETF sięgnie poziomu 25 bilionów dolarów. Tak, fundusze ETF są popularne, bo są tanie w działaniu. Pamiętajmy jednak, że rozdzielają one nasze pieniądze do odpowiednich wehikułów finansowych nie uwzględniając ich wartości. Można sobie wyobrazić, co się stanie w momencie paniki, gdy wszyscy będą chcieli z tego teatru szybko wyjść!

Cdn.

P.S. Ponieważ podejrzewam, że w związku z dekalogiem pojawią się pytania, zanim wydrukujemy jego dokończenie, pozostawię Czytelnikom czas do namysłu.

(na podstawie Sovereign Man, opracował: jmf)

 

Edukacja Domowa Wiesław Stebnicki

0

Od dawna oczekiwana na polskim rynku wydawniczym praca poświęcona homeschoolingowi/edukacji domowej. Jej autor, Wiesław Stebnicki, pedagog z USA, nie tylko przedstawia swoją przygodę ze szkołą domową, ale co ważniejsze, wyjaśnia dlaczego edukacja w wydaniu tradycyjnym, to jest w formie edukacji państwowej, prowadzi nasze dzieci na manowce, hamując ich talenty, zniechęcając do nauki, a co najgorsze, czyniąc z nich istoty zniewolone przez system, którego głównym celem jest uczynienie z ludzi posłusznych, spolegliwych lemurów.

Autor uświadamia nam też, jak ważnym narzędziem odbierającym człowiekowi samodzielność, niezależność i wolność jest szkoła w wydaniu państwowym.

Książkę  można kupić we wszystkich księgarniach klasycznych, jak i internetowych w całym kraju. Informacje pod adresem:  wydawnictwo@menger.pl

 

Zasady Ekonomii Carla Mengera

0

Książka zmieniła spojrzenie na współczesną ekonomię, a jej autor uchodzi, coraz częściej, za najwybitniejszego ekonomistę w dziejach. Ironią jest to, że nawet dzisiaj, po tylu latach, praca Mengera wabi swoją świeżością spojrzenia, jest odkrywcza, a jej logika przystępna i jakże zdroworozsądkowa. Mimo to urzędujący ekonomiści wolą posługiwać się skompromitowaną teorią Keynesa i jego dworu. Z tym większą satysfakcją anonsujemy to dzieło. Gwarantujemy ucztę duchową/intelektualną i zmianę spojrzenia na wysiłki działającego człowieka.Mamy nadzieję, że przysłużymy się Państwu nie tylko okazją do pogłębienia zasad rewolucji marginalistycznej, nowoczesnej i rewolucyjnej teorii pieniądza, ale przede wszystkim tym, że przedstawiamy wybitnego człowieka, uczonego, który nie doczekał się jeszcze uznania na jakie zasługuje.

Ceny:

-Książka: 44zł

-E-book: 35zł

ZAMÓWIENIA

Zamówienia prosimy składać w następującej formie na adres wydawnictwo@menger.pl

Podając:

  1. Tytuły zamawianych książek.
    2. Ilość sztuk konkretnych książek.
    3. Adres e-mail oraz telefon do siebie.
    4. Adres wysyłki książek.

Nr konta: 59 1140 2004 0000 3302 7606 1154

 

Nowy podatek od sprzedaży majątku

0

Nowy podatek od sprzedaży majątku

Autor: Paweł Rochowicz

Przepisy o tzw. podatku od wyjścia mogą dotknąć nie tylko przedsiębiorców, ale i zwykłego Kowalskiego przenoszącego się za granicę.
Rząd planuje – być może nawet od przyszłego roku – wprowadzenie nowego podatku pobieranego od osób i firm przenoszących swój majątek albo siedzibę za granicę. W ten sposób ma być wdrożona europejska dyrektywa (2016/1164), zapobiegająca ucieczce od podatków dochodowych.

Niestety, dotychczas Ministerstwo Finansów nie ujawniło projektu nowych przepisów. Jak zauważa Tomasz Hatylak, doradca podatkowy, partner w kancelarii PATH, sygnały od wysokich urzędników tego resortu wskazują na to, że podatek miałby obejmować nie tylko spryciarzy uciekających przed fiskusem , ale też zwykłych obywateli, którzy ze względów rodzinnych przeprowadzają sie do innego kraju UE i równocześnie np. sprzedają akcje polskiej spółki. – Tymczasem w krajach, które już stosują rozwiązania typu Exit Tax, opodatkowuje się przede wszystkim przypadki ewidentnej ucieczki od opodatkowania – zauważa Hatylak.
Na ryzyko opacznego wdrożenia dyrektywy zwraca uwagę poseł Ryszard Petru w złożonej 16 lipca temu interpelacji do Ministra Finansów. Domaga się w niej ujawnienia projektu i podania daty wprowadzenia nowych przepisów. Zauważa, że wprawdzie kraje członkowskie mają obowiązek wprowadzenia przepisów o Exit Tax do końca 2018 r., ale mają możliwość odłożenia ich stosowania o kolejny rok. Petru pyta też o stawkę opodatkowania. Oficjalne tłumaczenie dyrektywy może sugerować bowiem, ze wyniesie ono 100 proc. hipotetycznego zysku, który mógłby być uzyskany ze zbycia przenoszonych aktywów.

– Gdyby wprowadzać dyrektywę zgodnie z jej duchem, to wyprowadzający się z Polski podatnik nie powinien zapłacić od sprzedaży swojego majątku więcej, aniżeli wynika to z obowiązujących dzisiaj przepisów – zauważa Józef Banach, radca prawny w kancelarii InCorpore.
Dziś, co do zasady, sprzedaż własnego majątku i tak podlega opodatkowaniu. Jednakże przepisy polskie i europejskie pozwalają ograniczyć albo uniknąć tego rodzaju opodatkowania, w przypadku, gdy przed tego rodzaju transakcją podatnik zmienia swoją rezydencję podatkową. W uproszczeniu mówiąc, chodzi o przeprowadzką do innego kraju. – Dyrektywa 2016/1164 ma ukrócić takie praktyki, ale jej celem nie powinno być zwiększanie stopy opodatkowania w stosunku do zwykłych stawek – mówi Józef Banach. Zastrzega on jednak, że dyrektywa jest na tyle niefortunnie sformułowana, że krajowy ustawodawca może kształtować swoje przepisy bardzo pro fiskalnie.
Niepewność wokół przyszłych przepisów jest zdaniem ekspertów bardzo szkodliwa, zwłaszcza dla biznesu. – Obserwuję, że te okoliczności już wpłynęły na przyspieszenie decyzji niektórych przedsiębiorców, planujących przeniesienie biznesu z Polski za granicę – przyznaje Tomasz Hatylak.
– Tak ważną zmianę trzeba zawczasu przedyskutować, a nie w ostatniej chwili zgłaszać projekt za pomocą 15 zaprzyjaźnionych posłów – postuluje Ryszard Petru, piętnując spotykane w polskim Sejmie praktyki ekspresowego uchwalania ustaw.

Źródło: Rzeczpospolita 20 lipca 2018 r.

Nie wszystkie kraje skandynawskie są socjalistyczne!

0

I to jest powodem, dla którego – mimo wysokich podatków, a także hojnych zasiłków socjalnych – są liderami jak chodzi o indeks wolności gospodarczej (Heritage) i pionierami jak chodzi o swobodę  prowadzenia interesów (Bank Światowy).

W Skandynawii – w przeciwieństwie do większości krajów Zachodu – własność prywatna jest gwarantowana przez prawo, a oszczędności obywateli w pełni prywatne i wolne od rządowej kontroli. Wszystkie kraje skandynawskie obniżyły ostatnio klin podatkowy i to zanim Donald Trump obniżył w USA stawki podatku (CIT). W Skandynawii CIT jest niższy nie tylko od amerykańskiego, ale także od wielu innych krajów uprzemysłowionych.

Skandynawskie systemy edukacyjne oraz opieki zdrowotnej uchodzą za wzór do naśladowania. Bernie Sanders, kontrkandydat Demokratów na prezydenta USA namawiał wręcz do ich skopiowania. Zapomniał jednak dodać, że w krajach nordyckich państwo nie dyktuje ani nie narzuca zarówno modelu edukacji, jak i opieki zdrowotnej. Ten ostatni oparty jest nagminnie na współpłatnością ze strony ubezpieczonego. Rolą państwa w oby tych sferach jest promocja wyboru między usługami prywatnymi i państwowymi.

Skandynawowie są liderami bankowości prywatnej, która finansuje zdecydowaną większość nakładów na działalność gospodarczą (80%). Przodują także w dziedzinie przyciągania inwestycji zagranicznych, gwarantując ich bezpieczeństwo prawne i nienaruszony charakter prywatny.

Kraje skandynawskie są również liderami w prywatyzacji nieefektywnych podmiotów państwowych, stosują światowej klasy ład korporacyjny w spółkach prywatnych (np.Saab) i półprywatnych (np. Statoil), w których państwo chroni udziały akcjonariuszy.

Sektor publiczny nie dyktuje wzorca wzrostu gospodarczego ani sposobu, w jaki powinna funkcjonować gospodarka. Wzrost generowany jest przez sektor prywatny, który ponadto finansuje ponad 60% wydatków na badania i rozwój. Rząd, w podległych sobie firmach i instytucjach  stosuje najlepsze praktyki w zakresie wydajności produkcji i przejrzystość w zarządzaniu usługami publicznymi. Co ważne, urzędnicy publiczni nie mają dożywotnich stanowisk. Skandynawowie, w przeciwieństwem do systemów populistycznych, nie stosują kontroli politycznej gospodarki.

Kraje skandynawskie przeprowadziły udane prywatyzacje sektorów państwowych, od telekomunikacji po wytwarzanie i dystrybucję energii elektrycznej. Nawet usługi pocztowe i niektóre lasy zostały tam sprywatyzowane. Ich rynek pracy jest jednym z najbardziej elastycznych na świecie.

W krajach tych zachęca się do prywatnej edukacji poprzez bony edukacyjne, a nie poprzez przymus szkoły państwowej. Wolność, wolny wybór i prywatna inicjatywa są kamieniami węgielnymi nordyckich krajów, filarem wolnego społeczeństwa, którego tak obawiają się rządy populistów. Nie, socjalizm nie jest dla krajów skandynawskich wzorem. Krytykowany przez zachodnią konkurencję skandynawski interwencjonizm, w przeciwieństwie do dominującego na Zachodzie modelu państwa opiekuńczego, nie jest oparty na kontroli państwa. Polecamy w tych sprawach interesującą książkę  Nima Sanandaji pt. Mit Skandynawii[1]. Sukces krajów skandynawskich polega na promowaniu przez państwo działań prorynkowych, prywatyzacji nieefektywnych sektorów, gwarancjach nienaruszalności własności prywatnej, tworzeniu dobrobytu, a także tworzeniu bezpieczeństwa prawnego i inwestycyjnego. Kraje nordyckie wiedzą, że nie ma państwa opiekuńczego bez prężnie rozwijającego się sektora prywatnego, wolności gospodarczej i prywatnych inwestycji. Sektor publiczny ma uzupełniać i ułatwiać, a nie absorbować działalność gospodarczą kraju. Wiedzą bowiem, że bez kwitnącego sektora prywatnego nie ma wpływów z podatków. Wiedzą też, ponieważ popełnili błąd w przeszłości, że zwielokrotniona interwencja państwa prowadzi tylko do niepowodzenia. Z tego powodu tak zdecydowanie odrzucili socjalizm.

W krajach nordyckich nie ma (prawie) nic socjalistycznego. Skandynawowie na własnej skórze przekonali się, że socjalizm nie działa. Bycie liderem wolności gospodarczej, wolnej przedsiębiorczości, obrony własności prywatnej, promowanie bankowości prywatnej i przedsiębiorczości jest przeciwieństwem socjalizmu. Rozbudowany system opieki społecznej oparty jest na systemie kapitalistycznym, a nie na socjalizmie. Socjalizm jest teorią polityczną i ekonomiczną, której fundament zakłada, że środki produkcji, dystrybucji i finansowania powinny być własnością państwa. Kraje nordyckie NIE są socjalistyczne. Są to społeczeństwa kapitalistyczne z państwem opiekuńczym, w czym – nawiasem mówiąc – nie różnią się od większość innych kapitalistycznych narodów.

Opr. na podst. tekstu Daniela, Face it. Nordic Countries are not Socialist (dlacalle.com).

[1] Nima Sanandaji Mit Skandynawii, tł. P.Nowakowski, Fijorr Publishing, Warszawa 2016

Czyje są nasze dzieci?

2

Autor: Michał Płociński

(fragment większej całości)

W dużej części krajów Zachodu utylitarne podejście do wychowania dzieci już dawno wyparło ideę autonomii rodziny. Formalnie wciąż mówi o niej prawo międzynarodowe, np. Karta praw dziecka ONZ z 1989 r. w art. 3: „Aby zapewnić dziecku prawo do posiadania domu zbudowanego na małżeństwie, odpowiedzialne rządy będą poszukiwały z całą roztropnością środków zachęcających do legalnego zawierania małżeństw, będą uznawały pierwszoplanowe istnienie i autonomię rodziny, a zniechęcały do rozwodu”. Trudno jednak udawać, że w Norwegii czy w Niemczech prawo to jest przestrzegane choćby w najmniejszym stopniu.

– Tam to państwo zdecydowanie narzuca model wychowania dzieci, a rodziny mają go po prostu realizować. Niesubordynacja jest karana. W krajach skandynawskich nie postrzega się już rodziny biologicznej jako naturalnego gwaranta dobra dziecka – zauważa w rozmowie z „Plusem Minusem” Jerzy Kwaśniewski, prezes Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. I tłumaczy, że inne stanowisko w europejskiej debacie najgłośniej przedstawiają kraje takie jak Węgry, Rumunia, Chorwacja, a ostatnio także Polska.

Rzeczywiście od ostatnich wyborów parlamentarnych nad Wisłą wiele się zmieniło. Politycy PiS ukuli nawet bonmot, że „nie będzie już odbierania dzieci z powodu biedy rodziców”, a Sejm uchwalił na początku 2016 r. odpowiednią nowelę kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. – Zabieranie rodzinom dzieci rzeczywiście wyhamowało. Urzędnicy boją się uciekać do tak drastycznych metod, a i sędziowie mniej chętnie zatwierdzają takie decyzje. Władza częściej stosuje inne środki zamiast zabierania dzieci – ocenia prezes Ordo Iuris. A warto wiedzieć, że w latach 2010–2015 nastąpił nawet czterokrotny skok liczby decyzji o odebraniu dzieci rodzicom –z kilkuset do nawet 2 tys. rocznie.

Inna sprawa, że takie właśnie były oczekiwania społeczne, a rozbudziły je działania nie polityków, ale organizacji społecznych, takich jak Instytut Ordo Iuris, którego prawnicy bronili w sądach poszkodowanych rodziców, czy mediów, jak „Rzeczpospolita”, bo to na naszych łamach dziennikarz Bartosz Marczuk (dziś wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej) przez lata opisywał nadużycia aparatu opieki społecznej. I tak narodził się kulturowy opór przeciwko nadmiernej ingerencji w autonomię rodziny.

Tylko czy wraz z rządami PiS rzeczywiście problem zniknął, jak to zwykli przedstawiać politycy? Niestety nie, co pokazuje choćby przykład państwa Pawlak, których dom spłonął pod koniec 2016 r., a do dziś są ciągani po sądach i boją się utraty dzieci. Anna Andrzejewska, jedna z założycielek Związku Dużych Rodzin 3 Plus, mówi „Plusowi Minusowi”, że na organizowanych przez nią szkoleniach dla rodziców, np. w szkole rodzenia, cały czas spotyka osoby, które boją się wypić kieliszek wina do obiadu, by ktoś nie doniósł na nich do opieki społecznej. Ba, z tego samego powodu niektóre matki nie chcą puszczać dzieci na wycieczkę do lasu, by nie złapały kleszcza.

Te obawy brzmią nieracjonalnie? – Niekoniecznie – odpowiada Jerzy Kwaśniewski. – Zasadniczo te lęki są jak najbardziej uzasadnione. Cały czas nie zmieniono przepisów ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Wciąż istnieje ryzyko, że przez z pozoru błahą sprawę dziecko może zostać odebrane kochającym rodzicom. Bo „przemoc” w tej ustawie jest niezwykle szeroko zdefiniowana – wyjaśnia prezes Ordo Iuris.

– Ingerencja pomocy społecznej w życie rodziny może się zacząć np. od tego, że dziecko dwa dni z rzędu nie przyniesie kanapki do szkoły. Problem w tym, że pod tak drobiazgową kontrolą państwa powinien znaleźć się raczej margines społeczny, a tymczasem najbardziej tłumaczyć się muszą ciężko pracujący, tzw. wydolni rodzice, którym władza nieustannie wkracza w prywatność i odmawia kompetencji wychowawczych – mówi Andrzejewska. I tłumaczy, że państwo rzeczywiście czasem powinno przekraczać autonomię rodziny, pytanie tylko, gdzie leży granica, za którą jest to naprawdę konieczne.

ETATYZM SZKODLIWY DLA WSZYSTKICH

Władza stroni od bezpośredniej ingerencji w rodzinę, bo wie, że wywołałoby to społeczne niezadowolenie, ale nietrudno zauważyć, że wcale rodzinie nie ufa. Bo jak inaczej wyjaśnić, że właściwie na każdym polu ją dyskryminuje względem opieki organizowanej przez państwo?

Polskie prawo wciąż pozwala odbierać dzieci nawet bez sądowego wyroku, choć nie jest to zgodne z konstytucją. Od 2010 r. decyduje o tym tzw. trójka: lekarz, policjant i pracownik socjalny. Na szczęście miesiąc temu politycy PiS zaproponowali nowelizację tych przepisów. Wyznaczenie czerwonej linii, której urzędnicy nie mogą przekraczać, będzie bardzo ważną decyzją dla rodzin, miejmy nadzieję, na lata. Z drugiej strony władza zamiast wesprzeć rodziny długofalowo, robi wszystko na skróty. Łatwo naprawić oczywiste błędy poprzedników, dużo trudniej jednak stworzyć klimat prawdziwie przyjazny rodzinie.

– To dość schizofreniczny układ. Politycy mówią o wsparciu rodziny, gdy jest to dla nich politycznie korzystne, ale nie wzmacniają rodziny jako takiej. Raczej dalej uzależniają ją od władzy publicznej, ograniczając także swobodę rodziców w wyborze trybu edukacji lub metod wychowawczych – ocenia Jerzy Kwaśniewski.

Problem symbolicznie oddają nowe przepisy o opiece nad dziećmi w wieku do lat trzech, które weszły w życie z początkiem 2018 r. Ustawa kontynuuje etatystyczne podejście do opieki nad małymi dziećmi, na czym tracą absolutnie wszyscy: dzieci, rodzice, a także państwo.

Z pieniędzy publicznych finansowane są praktycznie tylko żłobki. W kampanii samorządowej, choćby w walce o warszawski ratusz, politycy prześcigają się w deklaracjach, kto ile ich wybuduje. Skąd to umiłowanie do tak drogiej i nieefektywnej formy opieki, od której na Zachodzie raczej się odchodzi? Żłobki oczywiście pękają w szwach, ale to dlatego, że wielu rodziców musi z nich korzystać ze względu na swoją sytuację ekonomiczną.

Problem w tym, że żłobki wcale nie odciążają rodziców tak skutecznie, jak inne formy opieki. Dzieci przebywają bowiem w żłobkach przez mnie więcej trzy dni w tygodniu. Resztę czasu dziecko musi spędzać w domu, czy to z powodu choroby czy innych problemów, a rodzice i tak muszą brać wolne lub sięgać po pomoc rodziny, sąsiadów czy niani, co ich dodatkowo kosztuje. Co ciekawe, koszt zatrudnienia niani, z którą nie ma takich problemów, nie odbiega znacząco od kosztu utrzymania jednego dziecka w żłobku, który w wielu miastach przekracza 1,5 tys. zł.

Dlaczego państwo nie chce, by dzieci zostawały w domu z babcią, ciocią czy nianią? Dlaczego zgadza się dopłacać miliardy złotych do nieuzasadnionej ekonomicznie opieki żłobkowej, a nie daje nawet zniżek podatkowych rodzicom, którzy gotowi są poświęcić się dla odpowiedniego wychowania potomka?

MILENIALSI CHCĄ BYĆ RODZICAMI

Jacek Kaniewski od 2012 r. prowadzi rodzinne gospodarstwo agroturystyczne w Beskidzie Sądeckim. Wędruje z młodzieżą po górach jako przewodnik, tłumaczy z języka angielskiego i łaciny. Wyjechał z rodziną z Warszawy, by pracować z żoną i wspólnie wychowywać trójkę dzieci na wsi. W rozmowie z „Plusem Minusem” ocenia, że główną winę za wejście państwa w rolę rodziców ponosi współczesny system pracy, który nie przewiduje wychowania dzieci. Przy czym nie uważa, że całodniowa praca poza domem obojga rodziców jest dziś zawsze ekonomiczną koniecznością.

– Żyjemy jako społeczeństwo bardzo dostatnio. Wiele rodzin spokojnie mogłoby sobie pozwolić na zwolnienie tempa. To raczej jest ich wybór, że wolą oddać dziecko na wychowanie państwu, niż samemu z czegoś zrezygnować, oczywiście dla dobra pociech. W porównaniu ze straszną biedą, jakiej dzieci doświadczają, nie mając na co dzień w domu ojca i matki, te parę tysięcy, które rodzice są w stanie dodatkowo dorzucić do domowego budżetu, urabiając się po łokcie, absolutnie nie są warte świeczki – mówi Kaniewski. I opowiada, że gdy dzieci odwiedzające jego gospodarstwo dowiadują się, że Gabrysia i Tomek nie chodzą, tudzież nie chodzili do przedszkola, to często patrzą na nich, jakby co najmniej nie jedli. Dziś dzieciom po prostu nie mieści się w głowie, że można nie chodzić do przedszkola.

Anna Andrzejewska twierdzi jednak, że takie myślenie wyłącznie o własnej karierze kosztem wychowania dzieci było raczej typowe dla pokolenia wchodzącego na rynek pracy na przełomie lat 80. i 90. XX w. To tzw. pokolenie X wypychało dzieci do instytucji opieki, za to młodsi milenialsi, którzy coraz mocniej rozpychają się w polskich firmach, chcą właśnie więcej czasu spędzać z dziećmi. – Trzeba ich wesprzeć, a nie krytykować, że to na pewno przez 500+ wypadają z rynku pracy, a nie z własnego świadomego wyboru – mówi „Plusowi Minusowi” Andrzejewska.

Na to wszystko nakłada się kulturowa deprecjacja macierzyństwa. – Dawniej matki poświęcały karierę i rozwój, by ofiarować się dzieciom. Teraz jest to niedoceniane, ludziom nie mieści się w głowie, że kobieta może się w ten sposób realizować. Nawet matki potrafią dziś krytykować swoje córki, gdy te chcą zostać w domu z dziećmi. A nikt poza kobietą nie może przecież być matką – tłumaczy Kaniewski. – A jeśli nie matka, to niech ojciec zostanie w domu, niech on wychowa dzieci. Bo ktoś z czegoś musi zrezygnować, nie można mieć wszystkiego. Ale niech dzieci mają dom.

Ten sam etatystyczny sposób myślenia, który każe politykom budować żłobki i wyciągać małe dzieci z rodzinnego domu, prowadzi ich również do wzmacniania państwa właściwie na każdym polu. Oczywiście, kosztem rodziny. Państwo przejmuje rolę wychowawczą poprzez wydłużanie edukacji i wzmacnianie kontroli nad programem nauczania. A rodzice tracą jakikolwiek wpływ na realizowany w szkole model wychowania.

Ostatnio zresztą państwo ograniczyło subwencje szkołom, w których zarejestrowane są dzieci podlegające tzw. edukacji domowej. Choć dziecko uczone było w domu przez rodziców, to szkoła formalnie była za nie odpowiedzialna, sprawdzała jego wiedzę egzaminami i sprawowała nad nim opiekę pedagogiczno-psychologiczną.

Jacek Kaniewski, który wraz z żoną uczy trójkę swoich dzieci w domu, przyznaje, że system jest bezduszny, choć osobiście nie ma do polityków pretensji, że nie potrafią zaufać edukacji domowej: – Nikt tego w Polsce przez długi czas nie robił, więc rodzi to wiele pytań. Nie mamy żadnego wsparcia, państwo jeszcze bardziej podejrzliwie na nas patrzy, mamy chwilowy etap przykręcania śruby. Ale to normalne, że państwo dużo lepiej się sprawdza w szukaniu patologii niż w znajdywaniu rozwiązań pozytywnych. Już lepiej by się wycofało z edukacji domowej, nie finansowało jej, niż miało zacząć przeszkadzać – mówi Kaniewski.

– To wylewanie dziecka z kąpielą – ocenia Jerzy Kwaśniewski. – Nawet ograniczając subwencję dla szkoły, można było część tych pieniędzy oddać rodzicom, którzy przecież ponoszą duże koszty, ucząc dzieci samemu – dodaje prezes Ordo Iuris. Szczególnie że przed wojną nauczanie domowe było przecież normalną formą edukacji. – W tzw. dobrych domach dzieci były kształcone indywidualnie. Trudno zrozumieć, dlaczego dziś tak mocno się z tym walczy. Z pewnością edukacja domowa jest dużo skuteczniejsza niż publiczna szkoła. Znam rodziny, w których materiał szkolny realizuje się w pełni w pół roku, a pół roku pozostaje na inne aspekty wychowania i socjalizacji – mówi Anna Andrzejewska.

Ta nieufność do rodziców uczących w domu jest trudna do zrozumienia w przypadku partii takiej jak PiS. W końcu często na edukację domową decydują się rodziny mocno religijne, którym nie odpowiada świecki model nauczania w szkole. Albo rodziny po prostu konserwatywne. Zmierzamy w kierunku etatystycznych Niemiec, gdzie edukacja domowa jest absolutnie zakazana. Niemieckie władze potrafią ścigać po całym świecie rodziny, które uchylają się od obowiązku państwowej edukacji. Uwe i Hannalore Romeike dostali nawet w 2010 r. azyl w USA po tym, jak amerykańskie władze uznały, że byli w Niemczech prześladowani ze względu na chrześcijańskie poglądy.

PRAWO NASTĘPNYCH POKOLEŃ

Z pewnością kilka prostych rozwiązań wsparcia rodziny jest na wyciągnięcie ręki, władza musiałyby tylko zmienić sposób myślenia i zamiast tylko deklarować zaufanie, rzeczywiście zawierzyć rodzinie.

– Podstawową formą wsparcia powinno być promowanie elastycznego zatrudnienia. Przydałyby się na pewno ulgi dla firm, w których pracownicy mieliby szanse więcej czasu spędzać z dziećmi. Dzisiejszy system pracy przecież często nie wymaga naszej stałej obecności za biurkiem – uważa Anna Andrzejewska. I proponuje także zmianę systemu finansowania opieki nad małymi dziećmi: – Dobrym rozwiązaniem byłby sugerowany od lat przez różne organizacje bon wychowawczy, by to rodzice mogli wybierać, jaka forma opieki jest w ich sytuacji najbardziej korzystna. W zasadzie żłobki są najlepszym wyborem jedynie dla rodzin w faktycznie ciężkiej sytuacji, dysfunkcyjnych itd.

Podobnie jak bon wychowawczy mógłby też działać bon edukacyjny. Pomysł również nie jest nowy, ale władza boi się go jak ognia. Każdy rodzic dostawałby bon na dziecko, który wystarcza na wykupienie miejsca w publicznej szkole. Jeśli chciałby posłać dziecko do prywatnej – zapewne musiałby dopłacić. A jeśli chciałby uczyć je sam, to sam by na tym zarabiał. Oczywiście państwo by go kontrolowało, czy rzeczywiście należycie wywiązuje się z tego obowiązku poprzez liczne testy i kontrolę psychologiczną.

– Bon oświatowy dawałby rodzinom możliwość skutecznego nacisku na szkoły. Jeśli w jakiejś szkole publicznej nauczyciele nie trzymaliby poziomu lub realizowali model wychowania sprzeczny z poglądami rodziców, mogliby oni przenieść dziecko do innej placówki, a szkoła by to natychmiast odczuła. Inaczej niż dzisiaj, gdy finansowanie szkoły często zależy od układów, jakie ma dyrektor z władzami samorządowymi. Finansowanie powinno być narzędziem nacisku w rękach rodziców – tłumaczy prof. Michał Wojciechowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, ekspert wolnorynkowego Centrum im. Adama Smitha.

Innym pomysłem wzmocnienia rodziny jest propagowane m.in. przez wicepremiera Jarosława Gowina tzw. głosowanie rodzinne. Nie chodzi o to, by dzieci miały głos wyborczy, ale by siłę głosu rodzin w praktyce zrównać z siłą głosu singli. Bo następne pokolenia też mają prawo do godziwego życia, a tego, bez wzmocnienia rodziny, nie da się im zagwarantować.

PLUS MINUS

Rzeczpospolita 1 czerwca 2018

Sto dni udręki

0

Czy każda inicjatywa ustawodawcza musi  być dzisiaj atakiem na ludzką swobodę podejmowania decyzji? Czy rząd musi się zajmować wszystkimi aspektami życia Polaków? A jeśli już, czy musi to robić bezdusznie, dokuczliwie, wręcz bezmyślnie?

100 dni udręki!

Matki, które nie mogą lub nie chcą opiekować się noworodkiem, mogą zostawić dziecko po porodzie w szpitalu i w ciągu sześciu tygodni ostatecznie potwierdzić decyzję o zrzeczeniu się praw rodzicielskich. Rząd chce wydłużyć ten czas aż do 14 tygodni. To dodatkowych 8 tygodni udręki dla matki i dziecka.

Niemowlę pozostawione w Oknie życia w Legnicy. Przy chłopcu znaleziono list

Politycy planują wprowadzić zmiany w kodeksie rodzinnym. Chcą, żeby matki oddające dziecko do adopcji po porodzie, mogły podjąć tę decyzję po 14 tygodniach. W okresie przejściowym dzieci mają przebywać w ośrodkach adopcyjnych. Gdy ten projekt wejdzie w życie, koszmar matek będzie trwać aż 100 dni. W tym czasie mogą być poddawane dodatkowej presji.

Już teraz oddanie noworodka do adopcji to ogromny stres dla kobiety. A taka decyzja potrafi mieć dramatyczne podłoże – kobiety mogą robić to po ty, by ochronić dziecko przed przemocą w rodzinie, zdarza się, że są to dzieci urodzone w wyniku gwałtów.
Oddanie dziecka po porodzie to szansa dla niego na szczęśliwe życie.W Polsce chętnych na adopcję jest więcej niż dzieci, więc noworodki są szybko adoptowane. Jeśli jednak ten czas, kiedy ostatecznie ruszy machina adopcyjna, wydłuży się o kolejnych 8 tygodni, stres związany z tą decyzją może być dla kobiety nie do zniesienia. To też dodatkowy czas, kiedy na kobiecie może być wywoływana presja osób, które próbują wpłynąć na decyzję matki.

REKLAMA

Nowelizacja ustawy oznaczałaby też skazywanie noworodka na dłuższy czas, gdy pozostaje on bez rodziny, w zawieszeniu. To są dla dziecka dodatkowe tygodnie bez mamy i taty. To też kluczowe tygodnie dla prawidłowego rozwoju dziecka, w których nie nawiązuje ono bezpiecznej więzi emocjonalnej z opiekunem.

Ogłoszona przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nowelizacja ustawy jest na etapie konsultacji społecznych. Wypowiadają się i próbują negocjować instytucje, których zmiany będą dotyczyć – gminy, powiaty, domy dziecka, rodziny zastępcze i ośrodki adopcyjne.

źródło: Oko.press

P.S. Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy adopcyjni rodzicie czekają na wymarzone dziecko niekiedy pięć, i więcej lat, kolejka dzieci do adopcji wydłuża się, ustawodawcy  zaś kompletnie pominęli w tym pomyśle sprawę najważniejszą: interes samego dziecka.

 

 

Wspólnota wolności – libertarianizm

0

5 maja 2018 | Plus Minus | Cezary Błaszczyk

źródło: Rzeczpospolita

Indywidualizm nie prowadzi libertarian do egoizmu, instrumentalnego traktowania innych, ale przeciwnie – do afirmacji człowieczeństwa. Prawo zaś powinno umożliwić nam harmonijną koegzystencję, gdy będziemy realizować własne koncepcje szczęścia.

Indywidualizm i niezależność od wspólnoty noszą znamiona egoizmu – taki pogląd pojawia się ostatnio w czasopismach popularnonaukowych, różnych „laboratoriach idei”, a nawet w prasie codziennej. W szczególności krytykowany jest w tym kontekście różnie rozumiany (często błędnie) libertarianizm, czyli ideologia oparta na absolutyzacji wolności i własności prywatnej, sceptyczna wobec nakładanych przez państwo ograniczeń. Głęboko się nie zgadzam z tą krytyką. Można bowiem odmiennie zapatrywać się na styl życia i zasady dobrze urządzonej wspólnoty; można także inaczej pojmować moralność i, w konsekwencji, dobrowolnie wyrzec się swobód ekonomicznych i obyczajowych; nie sposób jednak zaprzeczyć formalnym regułom sprawiedliwości, które proponują libertarianie. W mojej opinii wręcz trudno o myśl bardziej humanistyczną i społeczną, a przez to lepiej nadającą się na fundament sprawiedliwego ustroju i prawa.

By dowieść słuszności mojego stanowiska, odwołam się do tzw. filozofii Robinsona Crusoe, którą jeden z najważniejszych libertarian, Murray Newton Rothbard, uprawiał w „Manifeście libertariańskim” i „Etyce wolności”. Zgodnie z tym modelem dopóki człowiek (niczym bohater powieści Daniela Defoe) odseparowany jest od innych, dopóty nie ma sensu rozprawiać o etyce, prawie, a nawet ekonomii. Dopiero pojawienie się na wyspie innych osób sprawia, że aktualne stają się pytania o podział dóbr i zasady współżycia. Bez życia społecznego i interakcji międzyludzkich nie ma ani libertarianizmu, ani tym bardziej jakiegokolwiek ustroju.

Rothbard dowodził, że uznanie ludzkiej autonomii jest rzeczą konieczną. Podmiotowość każdego człowieka, wyłączne i bezwzględne władztwo nad samym sobą i swoim postępowaniem, jest, zdaniem amerykańskiego filozofa i ekonomisty, jedynym racjonalnym rozwiązaniem problemu statusu jednostki.

Zwróćmy uwagę, jaką alternatywę oferują zwolennicy innych ideologii: domniemanie władzy jednego człowieka nad drugim (np. Crusoe jako niewolnik Piętaszka) albo współwładztwo ludzi nad sobą nawzajem (np. Crusoe posiadający cząstkową kontrolę nad Piętaszkiem, a Piętaszek cząstkową kontrolę nad Crusoe). Pierwsza z wymienionych opcji traktuje człowieka jako przedmiot, narzędzie w rękach. Żadna rozumna, czy też możliwa do obiektywnego uzasadnienia, doktryna nie może przystać na to rozwiązanie. Druga opcja zakłada zaś, że jakiekolwiek legalne działanie jednostki uwarunkowane jest aprobatą pozostałych członków wspólnoty. Jak jednak ją uzyskać, skoro Crusoe (wnioskujący o zgodę) miałby wówczas kompetencję do analogicznego zezwalania na działanie Piętaszka (wydającego zgodę). Piętaszek nie mógłby przecież udzielić zgody na działanie Crusoe, dopóki ów Crusoe nie udzieliłby mu wpierw zgody na udzielenie zgody. Mamy tutaj więc do czynienia z oczywistym absurdem logicznym – współwładztwo ludzi nad sobą nawzajem, czyli komunizm, jest formalnie niemożliwe. Komunizm zaś realizowany w praktyce, zawsze prowadzi do konfliktu: Crusoe żąda ryb od Piętaszka, na co Piętaszek zdecydowanie oponuje i domaga się, by to Crusoe przekazał mu kilka bochenków chleba. A skoro obaj mają nad sobą cząstkową władzę, argumenty każdego z nich niepozbawione są racji. W tym stanie rzeczy powinno być jasne, że szacunek dla rządów prawa i autonomii drugiego człowieka wymaga, by każdy był panem samego siebie. Jak pisał inny słynny libertarianin Robert Nozick, „są rzeczy, których ani żadna osoba, ani żadna grupa nie może nikomu zrobić (bez naruszania jego praw)”. Dopiero po ustaleniu tego aksjomatu możemy przejść do szczegółowych rozważań na temat prawa, etyki czy ekonomii.

Sprawiedliwa własność

Owszem, libertarianizm jest ideologią radykalnie indywidualistyczną. Jednocześnie z uznania podmiotowości ludzkiej wyprowadza wniosek o zasadniczym znaczeniu – każdego obowiązuje zasada nieagresji. Żadna jednostka nie jest uprawniona do przemocy fizycznej wobec pozostałych. Jest to norma absolutna – obowiązuje wszystkich, zawsze i wszędzie. Nie wyklucza możliwości samoobrony (libertarianizm nie jest ślepy na fakt, że znajdą się ludzie bezrozumni, którzy nie zastosują się do opisywanej normy). Wskazuje jedynie, by nie zadawać cierpienia, nie szkodzić i nie krzywdzić drugiego. Jeżeli zatem wolność to wartość najwyższa i absolutna, to jest ona absolutna negatywnie, czyli ograniczona analogiczną wolnością pozostałych. Mam prawo posiadać broń palną, ale nie korzystać z niej, by napaść na sąsiada. Mogę wygadywać bzdury, ale nie domagać się, by inni musieli mnie słuchać itd. Indywidualizm nie prowadzi więc libertarian do egoizmu, rozumianego jako instrumentalne traktowanie innych, ale przeciwnie – do afirmacji człowieczeństwa. Prawo zaś powinno służyć zabezpieczeniu życia i wolności po to, by umożliwić nam wszystkim harmonijną koegzystencję, gdy będziemy realizować własne koncepcje szczęścia.

To właśnie owemu pokojowemu współistnieniu służy sprawiedliwie ustanowiona własność prywatna, w stosunku do której tytuły są jasno określone i do której nikt nie zgłasza uzasadnionych roszczeń. Jeżeli dobra zostały zawłaszczone w tzw. stanie pierwotnym (nawet dziś, po skolonizowaniu praktycznie całej Ziemi, napotykamy przecież przedmioty „niczyje”), pochodzą z samodzielnie wykonywanej pracy, darowizny, spadku bądź konsensualnej wymiany, to jest to własność bezsprzecznie sprawiedliwa.

Nie oznacza to wcale aprobaty dla kapitalizmu, będącego formą sojuszu wielkiego biznesu i państwa, ani tym bardziej dla bezwzględnej grabieży. Więcej nawet, libertarianizm nie wymaga, by działać efektywnie. Jeżeli właściciel ma taki kaprys, nic nie stoi na przeszkodzie, by założył na swojej działce socjalistyczną spółdzielnię pracy albo płacił swoim pracownikom wynagrodzenie dwa razy wyższe, niż wynoszą stawki rynkowe. Dopóki rozporządza swoim majątkiem i nie narusza podstawowych praw innych ludzi, może do woli kształtować własny model życia.

Postulowane przez libertarian poważanie własności prywatnej oznacza więc tylko tyle, co chrześcijańskie: nie kradnij. Zwróćmy przy tym uwagę, jak bardzo „społeczna” jest, zdaniem zwolenników omawianej ideologii, własność prywatna. Już sam mechanizm wolnego rynku to narzędzie powiększania społecznego dobrobytu i wyświadczania sobie przysług. Jeżeli wymieniam dwa złote na butelkę wody mineralnej, to tylko dlatego, że dla mnie napój jest wart więcej niż pieniądze w portfelu; dla sprzedawcy zaś – odwrotnie, to zarobek jest celem podejmowanego działania. W przeciwnym razie czynność byłaby nam obojętna: ja nie podejmowałbym trudu wyprawy do sklepu, ekspedient nie zaprzątałby sobie głowy uruchamianiem kasy fiskalnej. Obaj dobrowolnie działamy nie tylko na rzecz własną, ale i drugiej osoby. Co więcej, jesteśmy sobie za tę współpracę szczerze wdzięczni. Nie ma przypadku w tym, że zarówno klienci, jak i sprzedawcy żegnają się słowami „Dziękuję, do widzenia”. Trudno o ideę bardziej pokojową i cywilizowaną, zgodną nawet z chrześcijańskim pojęciem miłosierdzia (co w głośnym wykładzie dla Instytutu Actona pt. „Capitalism is about love” wyraził anarchokapitalista Jeffrey Tucker).

Rzekomy egoizm

Nawet w nurcie obiektywistycznym, zapoczątkowanym przez słynną powieściopisarkę Ayn Rand – notabene odżegnującą się od libertarianizmu i przez wielu libertarian krytykowaną – indywidualizm nie prowadzi nigdy do pogwałcenia statusu drugiego człowieka. Owszem, autorka „Atlasa zbuntowanego” rozprawiała o „cnocie egoizmu”. Czyniła to jednak nieco prowokacyjnie, w zaprzeczeniu do „przymusu altruizmu”, czyli narzucanego jednostce solidaryzmu społecznego.

Egoizm Rand to nie apoteoza nietzscheanizmu, lecz zaledwie uznanie ludzkiej podmiotowości. W tej wizji człowiek nie ma żadnych zobowiązań wobec pozostałych, poza poszanowaniem ich negatywnych praw i wolności oraz tych ciężarów, które dobrowolnie na siebie przyjmie. W szczególności nie jest nikomu dłużny pomocy czy poświęcenia. Nie oznacza to oczywiście, że w imię rozpoznawanych przez samego siebie celów i wartości nie zdecyduje się na postępowanie skierowane na bliźnich.

Łatwo wyobrazić sobie na przykład nauczyciela akademickiego, który czerpie satysfakcję z pracy dydaktycznej w zakresie, w jakim nie jest to przewidziane obowiązkami na uczelni; albo działacza społecznego, który przedkłada niesienie pomocy nad dobrze płatny etat w korporacji. W skrajnym przypadku przywołać można zaś matkę, gotową poświęcić życie dla ratowania dziecka. Człowiek jest przecież istotą społeczną (Rand wielokrotnie powoływała się na Arystotelesa!), spełnienie znajdzie więc w kontaktach z ludźmi. Nawet jeśli formalnie każdy ma prawo być nieczuły na potrzeby innych, to trudno wyobrazić sobie, by ktokolwiek chciał z kimś takim dzielić życie. W każdym z podanych przykładów jednostka sama wyznacza sobie jednak cele i wartości. Nie są one narzucane jej z zewnątrz, przez wspólnotę czy państwo. I to właśnie do swobody wyznaczania sobie owych celów i wartości sprowadza się rzekomy egoizm libertarian.

Harmonijne wspólnoty

W konsekwencji libertariański indywidualizm rzeczywiście oznacza prawo do prowadzenia życia według uznanych przez siebie reguł. Nie prowadzi to jednak do upartego egzystowania na przekór większości, lecz do możliwości organizowania się we wspólnoty przez wyznających podobne ideały. Dynamika społeczna, której niepodobna przecież zaprzeczyć, pozwala nam tworzyć koła naukowe, stowarzyszenia, kluby czy grupy różańcowe. W zależności od tego, czy wyżej cenimy studia nad prawem własności intelektualnej, udział w koncertach hardcore-punk, uprawianie amatorskiego boksu czy modlitwę, chcemy i możemy dzielić się tymi doświadczeniami z bliskimi. Jest przecież czymś naturalnym, że na spotkania poświęcone doktrynie Edmunda Burke’a umawiają się przyjaciele konserwatyści, a rodziny zakładają ludzie o stosunkowo podobnych zapatrywaniach. W projektowanej przez libertarian utopii – czy to państwie minimalnym czy stanie bezpaństwowym – ludzie organizowaliby się właśnie w takich wspólnotach, łączących wyznających podobne wartości. W wizji tej byłoby więc miejsce zarówno dla społeczności złożonych ze zwolenników społecznej gospodarki rynkowej oraz rozdziału kościoła i państwa, jak i wiernych korporacjonizmowi oraz nauczaniu Kościoła katolickiego. Wspólnoty te harmonijnie koegzystowałyby ze sobą, nie narzucając swojej woli pozostałym, a najwyższym wyrazem wolności byłyby tu samorządność i możliwość migracji między poszczególnymi porządkami.

Libertarianizm jest filozofią szczególnie popularną wśród ludzi młodych. Przyczyny tego zjawiska upatrywałbym nie w młodzieńczej fantazji, lecz w tym, że pokolenia współczesnych 20- i 30-latków potrzebują innego uzasadnienia dla ustanawianych norm niż odwołanie się do tradycji, autorytetu czy siły. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że współżycie społeczne wymaga pewnego ograniczenia swobód. Jeżeli jednak jakiekolwiek zakazy, nakazy czy obowiązki mają być przez młodych zaakceptowane, wpierw muszą zostać im w sposób racjonalny wytłumaczone. Bez wątpienia jest to wielkie wyzwanie, jako że o społeczną legitymizację ograniczenia wolności znacznie trudniej w społeczeństwie informacyjnym i sieciowym, w społeczeństwie ludzi wykształconych oraz tak cudownie różnorodnych.

I tu szczególnie widać w pełni intelektualną atrakcyjność libertarianizmu. Ideologia ta nie dostarcza gotowych odpowiedzi. Nie jest ani lewicowa, ani prawicowa. Wskazuje zaledwie, że wystarczy respektować cudzą wolność, by móc żyć nieniepokojonym i wedle własnych upodobań. Można się z tą wizją zgadzać bądź nie, wreszcie można – i chyba nawet należy – wątpić w pełną możliwość jej realizacji, ale trudno odmówić jej poszanowania drugiego człowieka. Postawa ta, jakże różna od tak dziś powszechnej pretensji do narzucania innym wyznawanej przez siebie ideologii, jest prawdziwie społeczna. Znamionuje humanizm, a nie egoizm.

Autor jest radcą prawnym, członkiem OIRP w Warszawie oraz adiunktem w Katedrze Historii Doktryn Polityczno-Prawnych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Rzeczpospolita

 

Centrum Edukacji DANIEL

0

 Centrum Edukacji z Wartościami DANIEL – żłobek, przedszkole, szkoła

Wychowuj dziecko odpowiednio do drogi, którą ma iść, a nie zejdzie z niej nawet w starości” –  budowanie fundamentu wiary za młodu, będzie procentowało przez całe życie, dlatego w naszej szkole bardzo ważna jest dla nas poranna modlitwa. Wspaniale sprawdza się edukacja przez doświadczenie, poznawanie świata podczas wycieczek i nauka w salach z pomocami zgodnymi z metodą M. Montessori.
Zachęcamy dzieci do zadawania pytań i samodzielnego szukania odpowiedzi. W ten sposób budują pewność siebie i odwagę.

– Daniel jest miejscem, w którym uczą się nie tylko dzieci, ale również my jako nauczyciele oraz rodzice. Daniel narodził się z marzenia, żeby stworzyć przestrzeń dla rozwoju dzieci i młodzieży. Rozwoju nie tylko intelektualnego czy fizycznego, ale także duchowego. Osoba, która zaufała Bogu jest jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą, która wydaje owoc w swoim czasie. Ta świadomość prowadzi nas w chwilach sukcesu, pomagała nam podczas wyzwań. – mówi dyrektor Chrześcijańskiego Przedszkola i Szkoły DANIEL na Ursynowie.
Placówkę, w skład której wchodzi żłobek, przedszkole i szkoła podstawowa DANIEL prowadzi Fundacja „Edukacja z Wartościami”
Informacje o rekrutacji: www.DANIEL.edu.pl

Zawód Pośrednik

0

John Rockefeller powiedział kiedyś, że ktoś kto jest w stanie sprzedać komuś dom, ten jest mu w stanie sprzedać wszystko inne. Dlaczego akurat dom? Bo dom to w życiu większości z nas największa transakcja. Jeśli sprzedaż – jak mawia P.J. O’Rourke – polega „na oddzieleniu człowieka od tego, co dla niego najcenniejsze, czyli od pieniędzy”, można przypuszczać, że oddzielenie od rekordowo dużej kwoty będzie rekordowo trudne. Mimo iż to co napisaliśmy brzmi aforystycznie, a może nawet satyrycznie, w powyższych słowach jest dużo prawdy. Jej zrozumienie to podstawa sukcesu zarówno w zawodzie pośrednika nieruchomości,  jak i w każdej innej aktywności polegającej na pośrednictwie.

Nieco więcej na ten temat możecie się dowiedzieć już 17 marca 2018 roku, podczas przyspieszonego kursu przygotowawczego do zawodu pośrednika w obrocie nieruchomościami, jaki obiecałem przygotować dla zainteresowanych uczestników ubiegłorocznej (21 – 22 października, 2017) wielkiej (ponad 1100 uczestników)  konferencji ASBIRO poświęconej nieruchomościom.  Organizatorem kursu jest Fundacja Instytut Carla Mengera, oraz szkoła ASBIRO, Zasadniczo konferencja jest bezpłatna, ponieważ jednak za darmo jest tylko woda słona i powietrze, proponujemy aby uczestnicy spotkania zakupili po cenie zniżkowej bestseller mojego autorstwa p.t. Metody zdobywania klienta, czyli jak osiągnąć sukces w sprzedaży. Książka jest praktyczna, sprawdzona na żywym ciele. Autor terminował na największym rynku nieruchomości świata, czyli w Stanach Zjednoczonych, jednakże swoje doświadczenia opisał z perspektywy obyczajów i nawyków panujących nad Wisłą, stąd jego wiedza jest kompatybilna z tym, czego oczekuje się od pośrednika w Mszanie Dolnej, Górnej, i każdej innej.

Kurs odbędzie się 17 marca 2018 roku w godzinach od 11.00 do 17.00, w siedzibie Centrum Edukacji Daniel, w Warszawie,  przy ulicy Nowoursynowskiej 154 A. Zgłoszenia (pytania też) prosimy kierować na adres p. Edyty Malinowskiej, prezeski Fundacji Instytut Carla Mengera (emedytam@gmail.com; 504-822-498). Ilość miejsce ograniczona, dlatego „kto pierwszy, ten lepszy”.

Zapraszamy

EAM

 

Zobacz również:

Zobacz również: