Wielka Brytania: nadchodzi kryzys

0

Jak się przygotować do kryzysu na rynku papierów wartościowych; jak reagować na spadek cen nieruchomości, na kryzys w USA, czyli co zrobić w obliczu  największego kryzys finansowego w historii świata?

15 września 2008 roku bank Lehman Brothers ogłosił bankructwo. Zobowiązania banku wyniosły ponad 600 mld dolarów co stanowiło największy przypadek bankructwa w historii. W ciągu kolejnych dwóch miesięcy amerykańska giełda załamała się o 40% powodując recesję na całym świecie.

To było jednak nic w porównaniu z tym, co czeka nas już w roku 2019!

Po roku 2009 kryzys zadłużeniowy w Grecji ciągnął się przez długi czas. Kraj ten nigdy nie wywiązał się ze swoich zobowiązań ani z pakietu ratunkowego. Spadek na greckim rynku nadal pozostaje na poziomie około 90% pomimo starań Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF), Europejskiego Banku Centralnego (ECB) oraz Unii Europejskiej. Szacuje się niewypłacalność Grecji na kwotę 261 mld dolarów.

To jest jednak nic w porównaniu z tym, co czeka nas już w roku 2019!

4 lipca 1997 roku wierzyciele firmy Somprasong Land & Development głosowali za ogłoszeniem jej niewypłacalności – firma miała długi w wysokości 80 mln dolarów. W ciągu następnych dwóch dni ta niewielka jak na dzisiejsze czasy niewypłacalność tajskiego dewelopera, uruchomiła niewyobrażalny efekt domina, znany jako azjatycki kryzys finansowy. W rezultacie największy w historii spadek amerykańskiego indeksu Dow Jones wymusił zawieszenie handlu. Po podniesieniu stóp procentowych do 150% Rosja stała się niewypłacalna. Grupa G7 była zmuszona utworzyć plan ratunkowy dla Brazylii. Międzynarodowy Fundusz Walutowy IMP musiał ratować kilka państw przed bankructwem.

To jest jednak nic w porównaniu z tym, co czeka nas w roku 2019!

Dzisiaj finansowy efekt domina dotyczący niewypłacalności będzie 30 tys. razy większy niż w przypadku Somprasong Land & Development!

Czy można  sobie wyobrazić bankructwo dziesięć razy większe niż upadłość Grecji oraz cztery razy większe niż Lehman Brothers? Będzie to kryzys bankowy, który rozprzestrzeni się na całym świecie podobnie jak w roku 1997 oraz 2008 poprzez tzw. efekt domina.

Podobnie jak poprzednio Wielka Brytania nie będzie na te wydarzenia odporna. Z powodu bankructwa Lehman Brothers po drugiej stronie Atlantyku, nasze akcje spadły o prawie 30%. Nasz system bankowy odmówił posłuszeństwa i konieczne było udzielenie pomocy wielu brytyjskim instytucjom finansowym.

Kryzys w Grecji przez wiele lat powodował wstrząs na rynku UK pomimo ”działań ratunkowych” ze strony UE, IMF oraz ECB. Bez ich “starań” gospodarka światowa powróciłaby do sytuacji z roku 2008.

Ale tym razem to inny – jeden z największych partnerów handlowych Wielkiej Brytanii mierzy się z bankructwem, nie niewielki kraj czy firma na drugim końcu świata. Będzie to bankructwo, które doprowadzi do znacznie gorszego międzynarodowego efektu domina, z którym nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia.  Nasza przyszłość ekonomiczna oraz finansowa zostanie bardzo dotknięta. Będzie to miało wpływ na nasze konta bankowe, akcje, nieruchomości, emerytury, gospodarstwa domowe, stanowiska pracy, oraz wszystkie pozostałe elementy naszego życia finansowego.

Szczerze mówiąc to kryzys ten będzie takich rozmiarów, że nawet nikt nie jest w stanie dokładnie określić jaki będzie miał na nas wpływ. Znajdujemy się na niezbadanych wodach i do dyspozycji mamy jedynie wraki z przeszłości, na których możemy się uczyć. Mogę zatem jedynie powiedzieć, że będzie dużo gorzej, niż po bankructwie banku Lehman Brothers. I znacznie gorzej, niż w przypadku ekonomicznego chaosu spowodowanego kryzysem związanym z długiem publicznym Grecji. Skutki będą sięgać dużo dalej niż podczas azjatyckiego kryzysu finansowego.

Poluzowanie polityki pieniężnej (QE – Quantitative Easing) odwróciło na jakiś czas konsekwencje ekonomiczne i finansowe bankructwa Lehman Brothers. Grecja również otrzymała znaczną pomoc. Natomiast pakiety ratunkowe IMF “rozwiązały” azjatycki kryzys finansowy. Wydaje mi się jednak, że tym razem ratunku nie będzie. Z kilku prostych przyczyn. W roku 2018 kryzys finansowy rozpocznie się w miejscu, którego uratować nie można. Problem jest zwyczajnie zbyt duży, aby sobie z nim poradzić.

Zamiast ratunku, rozwiązaniem będzie musiało być ogłoszenie niewypłacalności. Niewypłacalności, która uruchomi kryzys większy, niż w przypadku Lehman Brothers, Grecji oraz tajskiego dewelopera.

Mam też jednak dobre wieści. My – mali inwestorzy, posiadamy pewne narzędzia, aby uchronić się przed tym kryzysem, a nawet czerpać z niego korzyści. Jakie? Czytaj dalej.

for. Europejskie Bank Centralny

Zyski w stylu George’a Sorosa.

W roku 1992 Diabelska Trójca przyszła po Wielką Brytanię (pod nazwą Diabelskiej Trójcy – Eng. Unholy Trinity, znana jest hipoteza w ekonomii mówiąca, że tych trzech rzeczy jednocześnie w jednym miejscu być nie może: 1- stały kurs waluty, 2 – wolny przepływ kapitału, 3 – niezależna polityka monetarna.

W 1992r po wzroście stóp procentowych z powodu dzikiej polityki gospodarczej, brytyjski minister finansów Norman Lamont ostatecznie porzucił Mechanizm Kursów Walutowych (ERM). Wartość funta spadła o 17% a dzień ten stał się znany jako Czarna Środa (Black Wednesday). Owiany złą sławą kierownik ds. funduszy hedgingowych George Soros był na to przygotowany. Złamał bank centralny Anglii (Bank of England BoE) i … zarobił miliard dolarów. W międzyczasie Brytyjczycy popadli w recesję. Ceny domów spadły.

W sumie to nie dziwi mnie fakt, ze Soros postanowił na tym skorzystać. Załamanie z 1992 roku było przecież jedynie powtórką kryzysu z lat 70-tych, kiedy to kariera Sorosa rozkwitła po raz pierwszy. Był on w stanie przewidzieć co miało się wydarzyć w roku 1992. I ponownie w roku 1997, kiedy to został wskazany przez premiera Malezji jako „nieuczciwy spekulant” z powodu czerpania zysków z azjatyckiego kryzysu finansowego.

Dzisiaj ponownie mamy okazję zmierzyć się z taką samą sytuacją. Takie same zagrożenia. Takie same szanse. Diabelska Trójca powróciła! Dobrą wiadomością jest to, że sytuacja ta stawia przed nami takie same okazje, jakie miał Soros w latach 1972, 1992 oraz 1997.

W 2019 roku Włochy zbankrutują, porzucą euro i spowodują uruchomienie największej paniki finansowej w historii.

Podobnie jak szybko problemy banku Lehman Brothers oraz Tajlandii w 1997 roku rozprzestrzeniły się po całym świecie, tak samo kryzys długu publicznego Włoch szybko stanie się problemem globalnym. Wielka Brytania stanowi centrum finansowe dla Włoch, a strefa euro jest naszym największym partnerem handlowym. Będziemy zatem stanowić grupę dotkniętą w największym stopniu.

W nadchodzących miesiącach ECB zamierza zaostrzyć warunki pieniężne poprzez porzucenie polityki QE i ewentualne podniesienie stóp procentowych. Jest to reakcja na ekonomiczny rozkwit i inflację w Europie północnej (w tym głównie  w Niemczech). Południowa Europa nadal jednak zmaga się z trudnościami. Oznacza to, że ECB nie będzie już dalej odkupować zobowiązań m.in. Włoch. A bez wsparcia ECB włoski rynek obligacji się załamie.

Kto złamie się pierwszy?

Wielka Brytania w dalszym ciągu będzie mogła drukować pieniądze i dewaluować funt, czego z resztą dokonała po głosowaniu w sprawie brexitu. ECB ma natomiast związane ręce. Nie ma możliwości dewaluacji własnej waluty.

W tym roku ze względu na inflację oczekuje się od głównych banków centralnych na całym świecie podniesienia stóp procentowych. ECB dokona likwidacji polityki QE prawdopodobnie już we wrześniu. To oznacza duże wyższe koszty finansowania m.in. dla Włoch. Kto polegnie pierwszy w sytuacji, gdy zadłużenie staje się coraz droższe? Pożyczkobiorcy wysokiego ryzyka, którzy zaciągnęli więcej pożyczek, niż mogli sobie na to pozwolić w oparciu o rosnące ceny domów? Być może firmy, które zbytnio się zadłużyły w dobrych czasach? Jak już wspomniałem, według mnie są to Włochy – włoskie gospodarstwa domowe, włoskie firmy, włoski rząd. Włochy stanowią najsłabsze ogniwo.

Problemem jest to, że kraj ten jest zbyt duży, by upaść, ale też zbyt duży, by otrzymać pomoc. Niezbyt dobre połączenie dla strefy euro ani światowych rynków finansowych.

„Kraj, który zbliża się do wyborów, posiadający wysokie poparcie partii populistycznej, z gospodarką posiadającą zbyt słabe wyniki, porównywalnie dużym obciążeniem w postaci kredytów, oraz słabym systemem bankowym, który w dalszym ciągu mierzy się z toksyczną spuścizną w postaci długu państwowego – wszystko to stanowi wiele elementów potrzebnych dla wystąpienia potencjalnego kolejnego kryzysu finansowego.” – Deutsche Bank.

„Możemy zatem założyć, że jeśli Włochy staną się przyczyną kryzysu, będzie to prawdopodobnie groziło uruchomieniem kryzysu egzystencjalnego na całym obszarze gospodarczym.” – Deutsche Bank.

Włochy – Kredyty podwyższonego ryzyka.

Nie tylko dług rządu stanowi problem. Niepokojący jest również problem Włoch związany z prywatnymi nieściągalnymi należnościami. Posiada on nawet swoją nazwę – Le Sofferenze – co oznacza „cierpienie”. Nawet w przypadku stóp procentowych bliskich zeru, ludzie nie mogą spłacić swoich długów. Bank BNP Paribas informuje:

“Włoski system bankowy posiadał wskaźnik zagrożonych pożyczek na poziomie 16,4% w trzecim kwartale roku 2016. Jedynie systemy bankowe Grecji, Cypru oraz Portugalii posiadały wskaźniki wyższe, odpowiednio 47%, 47% oraz 20%. Ich aktywa reprezentują jednak jedynie, odpowiednio, 1,2%, 0,3% oraz 1,4% całkowitych aktywów bankowych całej strefy euro. Wartość dla włoskiego systemu bankowego wynosi 13%, czyniąc ją trzecią co do wielkości w strefie euro, po Francji (27%) oraz Niemczech (25%)”.

Deutsche Bank szacuje, że problem zagrożonych pożyczek jest teraz nawet większy, sięgając 349 mld euro! To więcej, niż niewypłacalność Grecji. Jest prawie takiego samego rozmiaru, jak straty z tytułu hipotek o wysokim ryzyku w USA podczas kryzysu w 2008 roku. Oznacza to, że włoski system bankowy posiada ogromny problem i to już dzisiaj – w miarę jeszcze dobrych warunkach ekonomicznych.

Zobowiązania Włoch w 2019 roku?

Przyczyną będzie konieczność zwiększenia stóp procentowych przez ECB z powodu inflacji, głównie w Niemczech. Również tegoroczne zaprzestanie wykupowania zobowiązań Włoch w ramach QE.

W jakiej pozycji stawia to Wielką Brytanię? Masakra walutowa oraz implozja europejskiej gospodarki wywołałaby oczywiście spustoszenie zarówno w brytyjskich sektorach eksportowych jaki i usługach finansowych. Spadek funta uchronił nas przed upadkiem z powodu Brexitu ale kryzys europejski będzie miał odwrotny skutek – wartość funta znacznie wzrośnie. Pogorszy to warunki handlowe Brytyjczyków w momencie, gdy UK mierzy się z rozprzestrzeniającym się kryzysem bankowości.

Należy pamiętać, że Wielka Brytania jest wyjątkowo narażona na zagraniczne kryzysy finansowe. Dlaczego? Z powodu swojego systemu finansowego. Można wyróżnić dwa powiązane ze sobą czynniki, które są dla mnie najbardziej niepokojące w przypadku sektora bankowości, jak i usług finansowych Wielkiej Brytanii:

1) Jego rozmiar.

Przemysł finansowy zatrudnia ponad 7% całej siły roboczej Wielkiej Brytanii (2,2 mln osób). Jest to największy sektor odprowadzający podatki (11,5% wpływów podatkowych). Jest to również największy eksporter, posiadający nadwyżkę handlową wynoszącą 72 miliardy funtów. Co jest najbardziej niepokojące to stopień, w jakim przemysł dotuje pozostałą część kraju. Usługi finansowe zlokalizowane są głównie w południowo-wschodniej i londyńskiej części kraju, które przypadkowo są jedynymi regionami, które generują nadwyżkę podatkową. W każdym z pozostałych regionów w Wielkiej Brytanii wydatki publiczne przewyższają wielkość generowanego wpływu z podatków. Przychody generowane przez sektor finansowy są zatem kluczowym elementem dobrej sytuacji ekonomicznej Wielkiej Brytanii.

2) Sposób, w jaki jest on połączony.

Podczas ostatnich kryzysów nie chodziło o to, że banki były „zbyt duże, by upaść”. Banki Wielkiej Brytanii były zbyt powiązane, aby upaść – była to złożona sieć kontaktów między nimi a pozostałymi międzynarodowymi instytucjami, które doprowadziły do kryzysu. Banki Wielkiej Brytanii stanowią ogromną część gospodarki UK ale i również stanowią istotne elementy wiążące globalny system finansowy. Banki te dzięki swojemu złożonemu systemowi połączeń posiadają zdolność do przenoszenia toksycznych problemów z jednej części świata finansowego do innej.

Metafora tych połączeń – wyobraźmy sobie, że np. we Włoszech lub Hong Kongu wybucha epidemia jakiegoś wirusa. Ile czasu minie zanim ktoś będzie podróżował przez lotnisko Heathrow? Niewiele. Przełóżmy to teraz na system finansowy.

To wszystko oznacza, że system finansowy Wielkiej Brytanii – jak wspomniałem powyżej, o kluczowym znaczeniu dla naszej gospodarki – jest wyjątkowo podatny na kryzys. Jeśli zagłębimy się w to, jak bardzo wrażliwy jest ten system, doznamy ogromnego szoku. Bo:

– System finansowy Wielkiej Brytanii udziela ogromnej liczby pożyczek innym korporacjom finansowym. W roku 2014 wartość ta znajdowała się na poziomie 34% naszego całego PKB – pięć razy więcej, niż średnia w grupie G7.

– Jest to, jak do tej pory, najbardziej rozwinięty sektor w porównaniu do naszej gospodarki spośród wszystkich krajów wchodzących w skład grupy G7. Aktywa bankowe stanowią czterokrotność wartości całej naszej gospodarki!

– Jeśli chodzi o narażenie na dług konsumencki, zajmujemy drugie miejsce po Kanadzie. Przewiduje się, że dług konsumencki wzrośnie w 2019 roku do poziomu 150% PKB.

– Posiadamy najniższy wskaźnik „dobrych kredytów” (udzielanych “rzeczywistym” przedsiębiorstwom a nie innym instytucjom finansowym) w grupie G7.

– Posiadamy najwyższy wskaźnik „aktywów obciążonych ryzykiem” spośród wszystkich krajów grupy G7 (stosunek bezpiecznych aktywów związanych z działalnością do bardziej ryzykownych aktywów niezwiązanych z podstawową działalnością).

– Posiadamy najwyższy wskaźnik dźwigni finansowej (lewarowania) spośród wszystkich systemów bankowych grupy G7.

Economics Foundation dokonała klasyfikacji każdego kraju na podstawie odporności. Wielka Brytania znajduje się na ostatnim miejscu! Kolejny najmniej odporny system stanowi nota bene system Włoch.

Innymi słowy, system finansowy i bankowy Wielkiej Brytanii tworzy ogromną porcję naszej gospodarki, dotując pozostałą część kraju w postaci podatków, a jednocześnie jest najbardziej wrażliwym systemem finansowym na świecie.

Należy zatem samodzielnie zabezpieczyć się przed kryzysem finansowym. Można to uczynić na różne sposoby. Skontaktuj się ze mną, żeby oszacować czy Twoje aktywa są zagrożone i jak ewentualnie je ochronić.

PS Osobą zarządzającą funduszami, która prawdopodobnie zepchnie Georga Sorosa na dalszy plan jest Ray Dalio, który w roku 2018 potroił swoje inwestycje na krótko we włoskich firmach do kwoty 3 mld dolarów! Podniósł też krótkie pozycje wobec firm europejskich do 22 mld dolarów! Dalio spodziewa się wielkiego  kryzysu, i wcale mu się nie dziwię.

PS1 Inny ogromny problem to nasi “przyjaciele” zza oceanu – Stany Zjednoczone. Ich dług wynosi już ponad 20 bln dolarów a najwięksi wierzyciele USA czyli Chiny i Japonia, nie chcą Ameryce już więcej pożyczać. Wartość dolara spada, część świata przechodzi na petro-juana, a to jest ogromny cios dla największej (jeszcze) gospodarki świata. Moim zdaniem bez jakiegoś spektakularnego rozwiązania Stany po prostu upadną, lub przynajmniej utracą pozycję światowego lidera. Co mam na myśli pisząc “spektakularnego”? Nie wiem, być może wojna światowa, a być może coś innego, czego jeszcze wcześniej nie doświadczaliśmy. W każdym razie „coś” wisi w powietrzu…

Marek Niedźwiedź (www.aexea.co.uk)

 

Życiowa okazja

0

Czy, aby przewidzieć sukces spółki Amazon.com, Inc. potrzebna była jakaś wiedza tajemna? Absolutnie, nie! No, może trochę wyobraźni, logiki, ździebko odwagi, szczęścia, i najważniejsze, pragnienie osiągnięcia sukcesu.

AMZN

Gdybym został inwestorem w Amazon.com (symbol na giełdzie NASDAQ, AMZN) w 1997 roku, wtedy gdy spółka debiutowała na giełdzie, a więc niewiele ponad 20 lat temu, za każde zainwestowane tysiąc złotych czy dolarów miałbym dzisiaj – mimo iż giełda, a wraz z nią notowania AMZN wchodzą akurat w fazę recesji – okrągły milion.

W 1997 roku Amazon była już firmą znaną. Nie trzeba było nawet czytać prospektu emisyjnego, aby się dowiedzieć, że ta – wcale nie pierwsza w dziejach – księgarnia internetowa jest wyjątkowo innowacyjna, agresywna, że bezpardonowo wchodzi w coraz to nowe dziedziny – słowem ma przed sobą dobrą przyszłość. Podobnie jak jej prezes Jeff Bezos, facet o ego wielkości kosmosu. Aby to wszystko wiedzieć, wystarczyło czytać komentarze medialne.

Zainteresowanie się spółką Amazon na etapie start-upu, a więc ok. 5-6 lat wcześniej też nie było jakimś ogromnym wyzwaniem osobistym. Wystarczyło śledzić tematy spotkań klubów inwestora czy kół biznesu istniejących w kręgu Doliny Krzemowej. Wtedy jednak, zainwestowanie w Amazona tysiąca dolarów przyniosłoby do dzisiaj ok. 12-15 milionów. Miałbym już dawno resztę życia sfinansowaną.

QCOM

Celowo przywołałem tu przykład Amazon.com, jednej z wielu spółek średniej technologii, które odniosły sukces giełdowy, ponieważ ocena szans tego pomysłu nie była wcale trudna. O wiele więcej wiedzy, doświadczenia, a nawet szczęścia wymagało „odkrycie” potencjału firmy Google, Nvidia, czy Qualcomm – spółek wyjątkowo wysoko zaawansowanych technologicznie. Ale nawet w ich przypadku nie był to jakiś wyczyn.

Pamiętam, jak w 1990 roku mój sąsiad, inżynier z Brazylii, wspomniał przy jakiejś okazji o tej ostatniej spółce, pokazując mi artykuł o Qualcommie w jakimś popularnym magazynie, jego tytuł: Nigdy więcej splątanych kabli. Autor relacjonował wynalazek kalifornijskiej spółki, która miała właśnie debiutować na giełdzie, rozwiązując gigantyczny problem kupowania, dopasowywania, łączenia i kontrolowania dziesiątków kabli, jakie plątały się niegdyś przy domowych wieżach audio, telewizorach, komputerach, drukarkach etc. Założyciel Qualcomm, Irwin Jacobs wymyślił był technologię bezprzewodowej transmisji sygnału elektromagnetycznego. Mimo iż byłem ignorantem technologicznym widziałem, że jest to wynalazek przełomowy. Zatelefonowałem do zaprzyjaźnionego brokera i kazałem mu kupić (na próbę), podczas IPO, którego termin właśnie nachodził, aż…200 akcji o symbolu QCOM. Zapłaciłem za nie ok. 2500 dolarów.

Śledziłem przebieg notowań QCOM z bijącym sercem. To był mój debiut inwestorski przy okazji debiutu spółki. Początkowo notowania stały w miejscu, potem spadły kilka procent, znowu wzrosły, z niepokojem czekałem co przyniesie nowe Millenium. Cena się akurat podwoiła, kusiło mnie, żeby sprzedać, wyczytałem jednak w innym artykule, że to rzekome załamanie się gospodarki z 1999 na 2000 rok to lipa. QCOM nie sprzedałem. Nagrodą był 200 procentowy wzrost notowań akcji w 2000 roku. Przeraziłem się go jednak i wtedy je sprzedałem. Łącznie zarobiłem na QCOM ok. 9000 dolarów, dużo, zwrot 360 proc. Byłem w siódmym niebie, zwłaszcza że świat wszedł właśnie w kryzys znany dzisiaj jako dot.com i cena akcji spadła o ponad połowę. Gdybym wtedy nie stchórzył, a przecież kryzys nie miał wielkiego wpływu na wartość technologii bezprzewodowej, gdybym za pieniądze, jakie mi zostały po sprzedaży odkupił akcje QCOM w okresie spadku ich cen, wówczas – po wszystkich splitach (podziałach akcji) i reinwestowaniu dywidend – miałbym prawie 3,5 mln. I wierzcie mi, aby to osiągnąć nie trzeba było być jasnowidzem. Ani na moment prymat technologiczny i innowatorski,1)nop  QCOM, spółki wartej dziś kilkadziesiąt miliardów, nie był zagrożony.

Polacy nie gęsi…

Dla czytającego powyższe słowa, Polaka, sprawa wydać się może nieosiągalna: zarówno 25 lat temu, ale i dzisiaj, mało kto ma na tyle wyobraźni i pieniędzy, żeby się interesować amerykańskimi start-upami. Amerykańskimi – być może – tak, ale dzisiaj istnieją przecież start-upy polskie.

Kilka tygodni temu (piszę ten tekst 9 grudnia 2018) media światowe doniosły, że polska spółeczka Astronika wymyśliła i wykonała urządzenie (kret) do penetracji powierzchni Marsa, które wyleciało w kosmos wraz z amerykańską sondą kosmiczną na Marsa. Kilka dni później, inny spec od start-upów, Elon Musk (TSLA) wystrzelił w kosmos satelitę (PS-sat2) , który pełnić w przestrzeni pozaziemskiej rolę odkurzacza rozrzuconych w kosmosie przez człowieka śmieci. Autorami tego drugiego pomysłu są studenci i pracownicy Politechniki Warszawskiej. Zanim oba te wynalazki, czy raczej start-upy ujrzały światło dzienne, były przedmiotem niekończących się prezentacji, konferencji, spotkań, na których padało podstawowe w tej materii pytanie:

Skąd wziąć na to wszystko pieniądze?  

Nie wchodząc w detale finansowania projektów, jestem przekonany, że gdyby na jednym ze wspomnianych spotkań pojawił się inwestor, czy grupa inwestorów oba projekty dużo wcześniej ujrzałyby światło dzienne. Ich okres inkubacji by się skrócił, a inwestorzy zgarnęliby sowity zwrot na swej inwestycji.

Asbiro Investors Ltd. to organizacja, która ma ambicję, aby więcej takich błędów nie popełniać. Działamy głównie w środowisku polskim, tak w kraju, jak i zagranicą.  Wychodzimy z założenia, że stoimy przed ogromną szansą. Polacy to potęgą w dziedzinie technologii, inżynierii, matematyki, logiki, nauk ścisłych, informatyki itp. To, czego nam brakuje, to promocja, marketing i umiejętności biznesowe. Dlatego właśnie, Asbiro Investors Ltd. postanowiło zająć się promowaniem start-upów, kojarzeniem biznesu z inwestorami i to nie tylko w Polsce. Poznamy was z ludźmi, którzy zajmują się ocenę, promocją i wyceną poszczególnych projektów. A także sprzedażą pomysłu zainteresowanym stronom. Premierą tej działalności będzie styczniowa konferencja Warsaw Meeting of Asbiro Investors (FB: Asbiro Investors Ltd., www: warszawa.asbiroinvestors.com). Skupimy na niej ludzi, którzy mają pomysły, know how, wiedzę, doświadczenie, pieniądze i wiarę w sukces, z tymi, którzy jeszcze takiego pomysłu nie mają.

Wydaje Wam się, że świat bajecznych fortun start-upowych zarezerwowany jest dla wybrańców? Dla profesjonalistów z układów na rynku papierów wartościowych? Maklerów? Milionerów? Ekspertów technologicznych? Okazuje się, że ludzie z powyższych grup wcale nie są jakoś szczególnie uprzywilejowani. Przeciwnie, to nie spośród nich rekrutują się szczęśliwcy, którzy zarobili krocie na Instagramie, PayPalu, Netflixie, sieci sklepów Dino, czy na Astronice. Dlatego, zapraszamy do nas wszystkich, którym marzy się sukces w start-upie. Nie bójcie się. Przyjdźcie i posłuchajcie. Zapraszamy. Chyba, że chcecie podzielić los milczącej, biernej większości lemurów…ale w takiej sytuacji przyjdźcie tym bardziej!

Jan M Fijor

Polska drugą Brazylią? (dokończenie)

0

Mission impossible?

I oto garstka, odsądzanych od czci i wiary oszołomów uświadomiła ludziom, że mission is possible; że droga do wolności jest, co prawda, trudna, ale każda inna jest od niej gorsza. Dlaczego w Brazylii się udało, a w Polsce nie?

Na własny rachunek

Brazylijskie oficyny książkowe w tempie „24/7” wydają coraz to nowe tytuły przedstawicieli szkoły austriackiej, czy klasycznego liberalizmu – ludzie je wprost połykają. Robotnicy, przedsiębiorcy tego kraju coraz częściej zdają sobie sprawę, że protekcjonizm, nacjonalizacja, subsydia i sztucznie obniżone stopy procentowe są siłami destrukcji; że regulacje biznesu, świadczenia socjalne, podatki i biurokracja są złudzeniem, ślepą uliczką prowadzącą do coraz większej nędzy. Polacy, którzy mają za sobą PRL, półwiecze centralnego planowania i „prawdziwego” socjalizmu, powinni to wiedzieć znacznie lepiej od Brazylijczyków. Dlaczego zatem tak chętnie odżegnują się od życia na własny rachunek? Dlaczego tak łatwo rezygnują z wolności na rzecz złudnego bezpieczeństwa?  Przecież Carl Menger, któremu zawdzięczamy szkołę austriacką, ze wszystkimi cnotami wolnej wymiany, konkurencji i przedsiębiorczości urodził się w Polsce. Podobnie, jak jego najwybitniejszy uczeń, Ludwig von Mises. To nie przypadek, że libertariańska ekonomia powstała właśnie w Galicji, a nie pod Krzyżem Południa. Polacy częściej, dłużej i ofiarniej od Brazylijczyków walczyli o wolność. W Brazylii takich problemów nie mieli. A mimo to oni zdecydowali się oddychać wolnością i żyć na własną rękę, a my cofamy się do mroków realnego socjalizmu. Strach to czy cynizm?

Iluminacja

Fundamentalne dla libertariańskiego przebudzenia w Brazylii były nieprawidłowości rządu Dilmy Rousseff, kryzys ekonomiczny, do jakiego ona i jej partia doprowadziła, skandale korupcyjne. W Brazylii jest takie powiedzenie, że błogosławieństwem kraju jest to, ze politycy w nocy śpią. Gdyby tak jeszcze w nocy kradli, nic by dla zwykłych ludzi nie zostało. Mimo to dla większości Brazylijczyków ogromnym zaskoczeniem było odkrycie, że „ludzie w rządzie są w rzeczywistości bandą złodziei, a usługi państwowe to kosztowna katastrofa, którą niełatwo przetrzymać”. Zdaniem korespondentki CNN z Brazylii, Christiny Macfarlane właśnie to odkrycie mogło być bezpośrednim zarzewiem rewolucji libertariańskiej.

I co? Oni zrozumieli, a my nie?

Czyż nasi politycy nie kradną? Czyż nasza służba zdrowia, poczta, policja, system edukacyjny, czy emerytalny to wzorcem do naśladowania? Jak to możliwe, że po sparaliżowaniu obrotu ziemią w Polsce, czy po aferze korupcyjnej KNF, słupek poparcia dla partii rządzącej ani drgnął?

Sam kryzys moralny czy nawet korupcyjny nie wystarczą – to prawda. Musi być ktoś, kto nazwie je po imieniu i będzie konsekwentnie napiętnować. W Brazylii takim kimś był, zmarły w 2014 roku Henry Maksoud, tłumacz Misesa i Hayeka na portugalski i wydawca magazynu Visão (Wizja), tamtejszego odpowiednika naszego Najwyższego Czasu! Ponieważ brazylijskie prawo, i związek dziennikarzy wymagają, aby wydawcą prasy był zawodowy dziennikarz, Maksouda, z wykształcenia i zawodu inżyniera mechanika, ukarano wysoką grzywną. Mimo to nie zaprzestał publikacji magazynu, płacąc grzywnę regularnie co miesiąc przez wiele lat. Postawa ta zyskała mu sławę i szacunek. Siłą rzeczy zebrała się wokół niego grupka ideowców, którzy przez ostatnią dekadę, także po śmierci swego guru, jeździli po kraju z wykładami, tłumacząc i podżegając kolejne grupy niepokornych. Taki, nie przymierzając, latający uniwersytet. Robili to bezinteresownie, co w epoce, w której „zwycięstwo socjalizmu w Brazylii było tylko kwestią czasu” było prawdziwym wyzwaniem.

U nas bohaterów ewidentnie zabrakło. Nieliczne autorytety ochlapano błotem fanatyzmu, utopii, lustracji, czy bezkompromisowej ortodoksji, by z czasem o nich zapomnieć. Co prawda, kilku wciąż darzy się szacunkiem, ale są to wyłącznie zmarli: Krzysztof Dzierżawski, Mieczysław Wilczek, Krzysztof Habich i kilku innych.

Towarzystwo wzajemnej adoracji

Paradoksalnie, a może raczej: sprytnie, głównym miejscem działania wolnościowców brazylijskich, były ulubione przez lewactwo miejsca, takie jak: państwowe uniwersytety, organizacje feministyczne, socliberalne NGOs, czy nawet sekty marksistowskie. Właśnie w tym, wrogim ideowo środowisku ludzie ci szukali chętnych do słuchania. I znajdowali. Gdyby nasi wolnościowcy postępowali jak Brazylijczycy, zrezygnowali ze statusu towarzystwa wzajemnej adoracji, które przekonuje przekonanych, i zaczęli od szkolenia marksistów, leninistów, aparatczyków PRL, a zwłaszcza socjalistów spod znaku KOR, Kościoła czy Solidarności, przekonaliby do wolnego rynku najbardziej antykapitalistyczne odłamy społeczeństwa. Człowiek, który uwierzy w rynek, we własność prywatną, wolną konkurencję  i wolność gospodarczą, jest dla sprawy rewolucji socjalistycznej stracony na zawsze. Tak się nie stało, skutkiem czego sfrustrowana, osamotniona i zagrożona widmem degradacji i lustracji socjaldemokracja z III RP zdążyła okrzepnąć, zaczęła budować Trzecią Drogę, czyli duże państwo i odtworzyć PRL bis.

Ważnym etapem procesu przebudowy świadomości było powołanie do życia  brazylijskiego Instytutu Misesa, który od swego zarania wydawał książki, organizował konferencje, publikował artykuły, głównie te tłumaczące przyczyny recesji, kryzysów gospodarczych i krachów, tworząc jednocześnie intelektualne podstawy wiedzy, której nawet lewica nie odważyła się podważyć. Kolejnym kamieniem węgielnym były prywatne stowarzyszenie

przedsiębiorców, jak np. Instituto de Estudos Empresariais[1] w stanie Rio Grande do Sul, czy rozsiane po kraju think tanki Institutos de Formação de Liderespo[2]. Popularyzowano w nich prace Misesa, Hayeka, Hoppego, hasła takie, jak wolność, gospodarka, rynek. Ich założyciele i wykładowcy nie brali za swą pracę pieniędzy, żyjąc z oszczędności, życzliwości biznesu od darowizn od zwykłych ludzi.

U nas też było Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe, Młoda Polska, Centrum Adama Smitha, też powstał Instytut Misesa, instytucje te nie zyskały jednak rozgłosu. Powód? Brak środków. Poparcie polityczne miały słabiutkie, wsparcia ze strony biznesu i przedsiębiorców, a tym bardziej proletariatu, nie miały prawie żadnego. W najbardziej proprzedsiębiorczym i prokapitaptalistycznym periodyku III RP, Najwyższy czas biznes się nie tylko nie reklamował, ale wręcz od pisma stronił. Jeden z potentatów prywatnej elektroniki zwierzył mi się niegdyś, że „on by się i ogłosił, ale obawia się zemsty urzędu skarbowego”. Krążą legendy, ile to milionów dostał od biznesmenów na swoje kampanie Janusz Korwin Mikke, ale tak naprawdę to go dopiero podsubsydiował PE.

Trolle i idole

Siłą rzeczy, za budowę polskiej społeczności libertariańskiej i promocję wolnego rynku wzięli się studenci i konserwatywni intelektualiści na państwowych etatach. Tymczasem…”na wolność trzeba sobie zapracować” wołał Maksoud, dając temu wyraz swoim działaniem Nie wystarczą hasła, slogany, happeningi.

O ile brazylijscy miłośnicy wolności byli cierpliwi i uparci, o tyle nasi promotorzy swobody gospodarowania, po roku, czy dwóch przynależności do UPR i jej pochodne, szli na kompromis z głównym nurtem, zasilając kadry zasobnych w kasę partii i partyjek koalicjantów. Dopóki Internet i social media nie zostały opanowane przez trolli, JKM prowadził w rankingach wyborów prezydenckich, potem, dla zdobycia popularności musiał już sięgać po kontrowersyjne tematy z dziedziny antropologii kobiet, czy adaptacji niepełnosprawnych. Dzisiaj w Polsce wpis na fejsie popierający deregulację czy apel o zwolnienie aresztowanego inwestora giełdowego ma co najwyżej 14 – 18 lajków. Liczba ostatnich (2018) protestów przeciwko cenzurowaniu Internetu nie przekroczyła 100.

Brazylijski odpowiednik TVP, czyli Rede Globo dołuje w rankingach oglądalności, gdyż widzowie przedkładają youtubowe cudeńka o szkole austriackiej, moralności i kapitalizmie, nad transmisję z Botafogo, czy River Plate. Nawet Mundial i Olimpiada nie cieszyły się tam należytą oglądalnością. O ile tamtejsi intelektualiści staja się pionierami wolności, o tyle nasz świat nauki i kultury wzywa liberałów (libertarian wręcz omija) do opamiętania się. Razi ich u tych ostatnich ignorowanie „racji stanu”; brak zaangażowania patriotycznego i nie dość silna  miłość do ojczyzny. Zapominają, że naczelnym zadaniem człowieka na Ziemi jest dążenie do szczęścia własnego, a nie do szczęścia aparatu państwa i elit władzy, jakże chętnie  nazywających samych siebie „ojczyzną”. Z dobrobytu jednostek bierze się prosperita państwa. Prosperujące państwo to dla klęska suwerena raczej klęska. I nie ma większego znaczenia to, że w ciągu minionych 100 lat, aż 90 lat żyliśmy pod okupacją własnego rządu, a tylko 10 lat pod rządami wolnymi.

Jeśli nawet konserwatyści i narodowcy słusznie domagając się poszanowania dla racji stanu, która pomoże jednoczyć naród w przypadku zagrożeń jego suwerenności, czy innych żywiołów, nie powinni ignorować argumentów ekonomicznych, pamiętając, że to państwa najczęściej do tych wszystkich nieszczęść doprowadzają. Życie bez symboli narodowych wiąże się z cierpieniem psychicznym, rzadziej ze śmiercią, natomiast bez pracy, chleba, czy odzieży czeka nas wyłącznie śmierć. W Brazylii już to zrozumieli…a u nas?

Jan Bereta

[1] Port. Instytut Studiów Przedsiębiorczych.

[2] Port. Instytuty Szkolenia Liderów.

Polska drugą Brazylią (II)?

0

Brazylia: Libertariańska rewolucja

Jak to się stało, że w Brazylii garstka libertarian  zdołała w krótkim czasie odsunąć od władzy skorumpowanych polityków i rozniecić wśród ludu ogień wolności, a w Polsce legiony miłośników Misesa, Rothbarda, Hoppego i in. nie są w stanie pokonać naporu lewicy związkowej, kościelnej i politycznej i przekonać naród do modelu państwa minimum?

Jeszcze trzy, cztery lata temu przeciętny Brazylijczyk nie słyszał nawet terminu libertarianizm. Ci, nieliczni, którzy wiedzieli kim libertarianie są, uważali ich za bojowników o dekryminalizację narkotyków, uznanie dla małżeństw homoseksualnych, ewentualnie miłośników edukacji domowej (homeschooling). Tylko garstka ludzi pod Krzyżem Południa znała leseferystyczny program ekonomiczny ugrupowania.  Skąd się zatem wzięły te tłumy podziwiające  Misesa i maszerujące na potępienie państwa opiekuńczego i towarzyszącego im wyzysku? Czy własnie ta garstka doprowadziła do ogólnonarodowej dyskusji na temat wolności wyboru, gospodarki wolnorynkowej i zła, jakim jest państwowy aparat  przemocy, z całym swym aparatem błędnych decyzji gospodarczych, niezrównoważonego budżetu, przemocy i niechęci do prywatyzacji. Kim są ci nowi, którzy zwyciężyli, i być może zastąpią stary reżim? Gdzie Polacy powinni szukać swego Kima Katagurri, który zachęci masy do szukania prawdy i poprowadzi je, że tak się patetycznie wyrażę, do wolności? Czy musi to być ktoś młody, człowiek z pasją, najlepiej mało dotąd znany, odważny, charyzmatyczny – taki właśnie jak Kim?

Warszawa, z lewej Kim Kataguiri i Jan M Fijor

na zdjęciu: Kim Kataguiri z autorem, Warszawa 2017

Kiedy wiosną 2017 roku, odwiedził na zaproszenie Fijorr Publishing i Asbiro Polskę, nawet on nie był do końca pewny, czy sama idea wystarczy do zmiany mentalność ludzi. Był zawiedziony tym, że polska transformacja zmierza tam skąd wyszła: do socjalizmu. Powtarzał, że lektura i zrozumienie najbardziej nawet mistrzowskiej koncepcji to za mało.

Człowiekiem, który się z nim znakomicie uzupełniał był Romeu Zema, odnoszący sukcesy biznesmen – który, jak pan Jourdain w sztuce „Mieszczanin szlachcicem” Moliera – „przeszło czterdzieści przeżył, nie mając żywnego pojęcia o tym, że jest libertarianinem” – postanowił kandydować na gubernatora stanu Minas Gerais z szeregów mało znanej partii NOVO, najbardziej wolnorynkowej platformy w tych wyborach. Jego kampania wyborcza przypominała jazdę kolejką górską – od gwizdów, poprzez  zmasowane oskarżenia o oportunizm, po zarzut zdrady obozu wolnorynkowego. Doszło do tego, że kandydat obozu libertariańskiego, obecny prezydent elekt, Jair Bolsonaro, a także sam Kim musieli się od Zema odciąć, aby nie utrudniać mu zwycięstwa. Rezultat przerósł najbardziej optymistyczne oczekiwania; w swoje 54 urodziny, 28 października 2018 roku Zema zdobył aż 72 procent głosów i został gubernatorem Minas Gerais, dziewiątego (na 27 jednostek administracyjnych) do co bogactwa stanu Brazylii. Co ciekawe, rewolta wyborcza w Minas Gerais nie była wcale jakimś fuksem, czy ślepym trafem. Równie sporym zaskoczeniem był wynik wyborów do zgromadzenia stanowego, piątego co do bogactwa stanu kraju, Santa Catarina, w którym zwyciężył deklarowany libertarianin, Bruno Souza.

Wprawdzie, siły wolnościowe liczyły po cichu na efekt ogromnej popularności Kima Kataguiri, mało kto jednak przypuszczał, że uzyska on drugi co do wielkości wynik wyborczy w Brazylii. N.b. Kim, który jest za młody na to, by piastować stanowisko wiceprezydenta kraju, zapowiada start w wyborach na burmistrza największego miasta kontynentu, Sao Paulo (20 mln ludzi). Przez całą minioną kampanię, fotografia kandydata z Kimem, była namaszczeniem jego libertarianizmu, analogicznie doi imprimatur jakie w 1989 roku dawała kandydatom do polityki fotografia z Lechem Wałęsą.

Charakterystyczne jest także to, że w rewolucji libertariańskiej, w przeciwieństwie do transformacji ustrojowej, jaka odbyła się w Polsce, zwycięzcy w Brazylii rekrutowali się spośród robotników, przedsiębiorców, a swoje sukcesy osiągali w stanach będących awangardą gospodarczą i przemysłową tego, dziewiątego pod względem PKB, jednego z najbardziej uprzemysłowionych krajów świata. Można to tłumaczyć stosunkowo młodą, liczącego niewiele ponad 200 lat historią kraju. Czym jednak wyjaśnić mający miejsce w Brazylii od 5 lat bezprecedensowy fenomen obfitości partii i ugrupowań, które na swoich sztandarach niosą idee wolności, wolnego rynku, małego państwa? W kraju, w którym od dawna dominowały – podobnie jak w Polsce – dwie partie: Brazylijska Partia Socialdemokratyczna (lewica prawicowa) oraz Partia Pracy (lewica lewicowa), pojawienie się MBL, NOVO, Demokratów, czy partii Livres jest zaskoczeniem nawet dla ekspertów Instytutu Misesa w Alabamie, USA.

Wielki brat

Wprawdzie w dotychczasowych organach parlamentów, zarówno szczebla krajowego, jak i stanowego już dawniej zasiadali politycy szermujący hasłami wolnościowymi, traktowano ich jak cyników szukających popularności w egzotyce i odmienności. Ich postawa zaczęła jednak ulegać powolnej przemianie po listopadzie 2015 roku, kiedy w sąsiedniej Argentynie, po kilkunastu latach skrajnego etatyzmu, czy nawet faszyzmu, na prezydenta kraju wybrano biznesmena i konserwatystę liberalnego, Mauricio Macri. Silnym impulsem na rzecz wolnego rynku i kapitalizmu był także wynik wyborów z listopada 2016 roku, kiedy na fotel 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych, wybrano Donalda Trumpa.

Po raz kolejny okazało się, że sytuacja polityczna w USA jest busolą dla ich południkowych sąsiadów. O ile jednak prezydent, i establishment polityczny na Północy, ulegają stopniowej deformacji, i zawadiackie apele Donalda Trumpa, powrotu do korzeni wytyczonych przez Ojców Założycieli, okazują się tyleż retoryką interwencjonizmu, co powrotem do rządów sektora militarno – socjalnego, o tyle Brazylia – cytując słowa Petera Schiffa – poszła w swych dążeniach do wolności gospodarczej znacznie dalej, „stając się dla USA niedoścignionym wzorem do naśladowania”. Cytowany wcześniej Raphael Lima pisze, że „z chwilą, gdy politycy zaczynają bronić wolnych rynków przed wygraną wrogich im sił, idee libertariańskie rozpowszechnią się i trudno będzie tę falę zatrzymać”. Tym bardziej, że przedstawiciele nowej brazylijskiej fali politycznej są ideowi, prawdziwi i zaangażowani. Mimo iż w niektórych kwestiach panują między nimi różnice, a nawet sprzeczności, wiadomo generalnie czego można się po tych ludziach spodziewać.  Co więcej, przebudzenie stało się w Brazylii zaraźliwe. Nawet zapiekli lewacy, najbardziej cyniczni legislatorzy i najbardziej skorumpowane partie polityczne doznały przebudzenia. Coraz głośniej się mówi że państwo jest wrogiem, że socjalizm i wtrącanie się rządu w gospodarkę jest szkodliwe, że człowiek jest większy od państwa. Przywracanie porządku u Wielkiego Brata tak daleko jeszcze nie sięgnęło.

Gwarant

Swego rodzaju gwarantem nowego porządku wydaje się być aktualny prezydent elekt, Jair Bolsonaro.

 

Od prawej: Jair Bolsonaro, w środku Kim Kataguiri

Paradoksalnie, sprzyjać mu może nagonka ze strony brazylijskich mediów, a głównie światowych ugrupowań mainstreamowych, lewicy, która nie zostawia na nim suchej nitki. Brazylijskiego Trumpa przedstawia się jako zło wcielone. Zarzuca mu się brak współczucia dla ludzkiej biedy, obronę własności prywatnej zagrożonej przez państwo, a zwłaszcza dosadny język w sprawach takich, jak równość płci, małżeństwa homoseksualne, czy pełne prawo do noszenia broni. Bolsonaro jest bliższy zasadom państwa minimum i wolności obywatelskich, niż prezydent USA. O sile tych przekonań świadczy fakt, że na miesiąc przed wyborami, Jair Bolsonaro został dźgnięty nożem w brzuch przez aktywistę partii socjalistycznej, i ledwie uszedł z życiem. Opuścił łóżko szpitalne zaledwie na tydzień przed głosowaniem.

Nowy prezydent, w ostatnich kilku latach piastował stanowisko deputowanego do parlamentu Brazylii, nie był jednak politykiem znaczącym. Nie miał charyzmy, nie potrafił dobrze mówić, ograniczając swe zainteresowania do spraw lokalnych. Jednakże pod wpływem ostatnich pięciu lat brazylijskiej polityki, ze skromnego polityka z prowincji, stał się liderem opozycji wobec ex-prezydenta kraju, Inacio da Silva, przywódcą ugrupowania rzeczników na rzecz uwięzienia tego ostatniego. Iskrą, która doprowadziła go do prezydentury – wyznał Bolsonaro w wywiadzie dla największej brazylijskiej sieci telewizyjnej Globo – była działalność Kima Kataguiri. Nowy prezydent dopiero w zeszłym roku nauczył się przemawiać i wyzbył maniery niejasnych wypowiedzi, które łatwo padały łupem przeciwników politycznych zainteresowanych w przedstawianie go w postaci bezdusznego potwora. Nawet nasza rodzima stacja TOK FM nie ustrzegła się napaści pod adresem „monstrum Bolsonaro”.

– Być może niektóre jego oświadczenia, czy deklaracje brzmią dla przeciętnego Brazylijczyka autorytarnie – mówi inżynier Spina – są one znacznie mniejszym zagrożeniem niż wszystko to, czym posługiwała się brazylijska lewica w ciągu ostatnich trzydziestu lat.

Guillerhme Spina w Warszawie

Guillherme Spina, Warszawa

Swoje pierwsze, po wyborze, wystąpienie wygłosił przy stole, na którym leżały cztery tytuły: konstytucja kraju, Biblia, biografia Winstona Churchilla oraz książka Olavo de Carvalho, czołowego brazylijskiego filozofa, konserwatysty. Bolsanaro jest bliższy leseferyzmu, niż  libertarianizmowi. W polskiej polityce, dzisiaj, takich ludzi praktycznie nie ma, może z wyjątkiem Władysława Frasyniuka. Bolsonaro jest przyjaznym dla rynku konserwatystą, ale nie dałby się pokroić za wszystko to, co się z konserwatyzmem wiąże. Jest więc za dekryminalizacji narkotyków, ale i za scentralizowaną edukacją. Na pewno żaden światowy przywódca od czasów Ronalda Reagana i Margaret Thatcher nie był tak wolnorynkowy, jak on. Pierwsze z jego wystąpień było wielką obroną własności prywatnej. Mimo iż w grupie doradców ekonomicznych nowego prezydenta dominują ekonomiści „o skłonnościach austriackich”, on sam nie jest ani przeciwnikiem banku centralnego, ani podatku dochodowego; niechętny jest też prywatyzacji firm, które uważa za „strategiczne”, cokolwiek mogło by to znaczyć.

Paulo Guedes, jego główny ekonomista, jest wolnorynkowcem, przedstawicielem szkoły chicagowskiej (monetarystą) jest więc nadzieja, że na szefem popracuje. Prezydent elekt nie ma kompleksów. Wie, że Brazylia pilnie potrzebuje głębokich reform, z których wiele – choć możliwych do wykonania i niezbędnych – będzie bardzo niepopularnych, łatwych do wykoślawienia czy odrzucenia  przez lewicę. Uważa, że jeśli uda mu się osiągnąć jedną trzecią tego, co zaplanował, „wolności będziemy mieć o wiele więcej,  niż mogliśmy sobie wyobrazić przed ostatnimi wyborami”. Podkreśla, że chociaż kraj znajduje się dopiero na początku drogi, najważniejsze jest to, żeby wprowadzić libertarianizm na wszystkie szczeble wszystkich urzędów politycznych, uświadamiając ludziom, że tak jest etyczniej i korzystniej. Bolsonaro mówi to, w co wierzy. Brazylijczycy to czują i też wierzą, zwłaszcza że taką retoryką nie posługiwał się w stosunku do nich jeszcze nigdy nikt.

Cdn.

Jan M Fijor

Polska drugą Brazylią? (I)

0

Aby dokonać wolty i przejść na drogę reform wolnorynkowych i wolnościowych, Brazylijczycy musieli w kilka lat zbudować od zera grupę liderów propagujących nauki Misesa, Rothbarda, czy Hoppe’go. Polska jest w o wiele lepszej sytuacji. My takich liderów mamy wielu, i to od 30 lat.

Jak to się stało?

Po latach korupcji, paraliżującej na zmianę z interwencjonizmem gospodarkę kraju, Brazylijczycy w wyborach 2018 roku odrzucili dominujący, zresztą nie tylko tam, model socjaldemokratyczno-faszystowski, opowiadając się za wolnym rynkiem, swobodą wyboru i, nie bójmy się tego słowa, kapitalizmem.

Skąd nagle, w kraju zdominowanym przez socjalistyczną elitę, struktury militarno-feudalne i skorumpowane związki zawodowe pojawiło się tak ogromne poparcie dla kandydatów sprzyjających rynkowi i wolności? Co prawda, nie wiadomo jeszcze jak potoczą się losy obecnych reform, wiadomo jednak, że Brazylijczycy, w przeciwieństwie do Polaków w 1989 roku, których do transformacji prowadziły lewicujące elity intelektualne, zanim rozpoczęli swoją zmianę, uświadomili klasie robotniczej, masom w ogóle, że kapitalizm, kapitalista i rynek są jego sojusznikami, a nie wrogami.

Na czele marszów protestujących milionów robotników Sao Paulo, Santos czy Rio de Janeiro szedł nastolatek, Kim Kataguiri, z tomem Ludzkiego działania Ludwiga von Misesa, który po jej zakończeniu tłumaczył masom, że wolny wybór, kapitał i zysk nie biorą się z wyzysku, decyzji parlamentu czy rządu, lecz są suwerennym wyborem człowieka pracy; dobrobyt jest właśnie rezultatem wolnego wyboru. Coraz więcej przedstawicieli klasy robotniczej rozczarowanych retoryką marksistów i promotorów teologii wyzwolenia  zaczęło przechodzić na stronę liberałów, a nawet libertarian.

Nasze elity, od pierwszych dni rewolucji Solidarnościowej, o kapitalizmie mówiły coraz wstydliwiej i do tego szeptem, ośmieszając nielicznych apologetów wolnego rynku (Janusza Korwina-Mikke, nieżyjących już: Mirka Dzielskiego, Krzysztofa Dzierżawskiego, oraz kilku innych), określając ich epitetem: pozbawionych realizmu oszołomów. Nawet środowiska opozycji demokratycznej, początkowo życzliwe gospodarce wolnorynkowej i kapitalizmowi, z chwilą wejścia do obozu władzy przechodziły na pozycje socjaldemokratyczne, lub otwarcie lewicowe. Kulminacją tego okresu było wymazanie z praktyki tzw. Ustawy Wilczka, a więc liberalnego ustawodawstwa gospodarczego wprowadzonego, o ironio, przez odchodzący w niepamięć porządek realnego socjalizmu. To wtedy spopularyzowane zostało przez Leszka Balcerowicza określenie, że oto mamy w Polsce dwie lewice: lewicową i prawicową. Podobnemu skrzywieniu ulegał po 1989 roku polski Kościół.

Zamiast żeby nowe pokomunistyczne elity sięgnęły po Misesa, Heidela, czy nawet felietony JKM, zamiast wytłumaczyć masom, że państwo ma tylko tyle pieniędzy, ile zabierze  obywatelom, i nikt lepiej nie zajmie się gospodarką niż przedsiębiorca, nowa władza przywłaszczyła sobie retorykę Keynesa, a nawet postmodernizmu, wdrażając coraz bezczelniej interwencjonizm i centralizując decyzje gospodarcze. Klasa polityczna, stosując przymus – nakazy i zakazy – wystąpiła w roli oświeconej warstwy wszechwiedzących, wypierając z życia politycznego wolne decyzje wolnych ludzi. A nawet z tymi ostatnimi walcząc. Dyskusję o sprawnym modelu gospodarczym, zastąpiły od tego czasu krucjaty w kwestii aborcji i pozycji kobiet, praw dla odmiennych praktyk seksualnych, a ostatnio, na temat uchodźców, czy 500+.

Mimo usunięcia z dysputy publicznej kwestii wolności gospodarczej i systematycznej rozbudowy lewiatana, coraz większe grupy Polaków opanowane zostały przez ideę państwa minimalnego, nie angażującego się w gospodarkę, pełniącego rolę „stróża nocnego” strzegącego bezpieczeństwa i majątku obywateli. Wprawdzie, pod względem liczebności tzw. środowisk wolnościowych, dzierżymy dziś niekwestionowaną palmę pierwszeństwa, wyprzedzając takie bastiony liberalizmu, jak Holandia, Włochy, Szwajcaria, a nawet Wielka Brytania. W kraju, w którym rządzą wyłącznie lewice, grupa ta nie była jednak w stanie wypracować sobie odpowiedniej pozycji i nadal stanowi margines życia politycznego. Coraz więcej jej przedstawicieli znużonych swą bezsilnością i bezskutecznością, przechodzi na pozycje oportunistyczne. Ktoś policzył, że ok. 20 proc. posłów UW, PO, i niewiele mniej w PiS, to ludzie, którzy na jakimś etapie swojego życia byli członkami lub sympatykami UPR, Kongresu Prawicy, czy innej hybrydy politycznej stworzonej przez JKM lub jego stronników. W rezultacie, największą popularnością w Polsce cieszy się władza, która nie ukrywa, że chce powrotu do kolektywizmu.

W czasie, gdy pozbawiona do niedawna tradycji wolnościowych, dotknięta kryzysem gospodarczym i społecznym Brazylia szuka rozwiązań liberalnych, rynkowych, kapitalizmu, Polska wraca do socjalizmu. Spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak do tego doszło?

Brazylia czyta!

Światło na temat powstania brazylijskiego liberalizmu, a właściwie libertarianizmu rzuca Raphael Lima, na portalu mises.org. Zresztą, sami Brazylijczycy zastanawiają się nad swoim fenomenem. Bo, ziarno, które zasiał Kim Kataguiri, założyciele

Movimiento do Brasil Libre (Ruch Wolnej Brazylii) nie ma właściwie precedensu.  Coraz więcej osób, w tym ludzi z klasy średniej i niższych przybywa na spotkania szkoleniowe, gdzie – nierzadko za dość słoną opłatą, bo liczba miejsc jest zwykle ograniczona  – studiują i cytują dzieła Misesa, Rothbarda i Hoppe’go, przeciwstawiając się równocześnie  dominującym życie publiczne (świat akademicki, media, politykę) „lewicowym nauczycielom, głoszącym ewangelię wszechwiedzącego państwa”. Mnożą się na Internecie strony, na których można się zarejestrować w jednym z wielu stowarzyszeń i grup libertariańskich”. Zaprzyjaźniony ze mną przedsiębiorca z Sao Paulo, Guilherme Spina, pisze, że tylko w promieniu Sao Paulo naliczył ponad 150 takich organizacji. Jak grzyby po deszczu mnożą się komórki libertiańskie na brazylijskich uczelniach, a nawet w szkołach średnich.

Ruch ten ma przeciwko sobie właściwie cały establishment, na czele z mediami, akademią, oraz partiami lewicowymi, których w Brazylii, podobnie jak i w Polsce, aż się roi, libertarianie i zwolennicy nowej prawicy, czyli porządku opartego na wolnym wyborze, nieagresji  i konkurencji krytykowani są w państwowych i  prywatnych mediach głównego nurtu. Rozlega się w nich lament, że pod wpływem skrajnych liberałów (skąd my to znamy?) „ludzie przeciwstawiają się obowiązkowym, jedynie słusznym regulacjom i dogmatom etatyzmu”. Wrogiem numer 1 głównego nurtu kraju stał się Internet i „neoliberalni” autorzy, tacy właśnie jak Mises, argumentujący – o, zgrozo! – na rzecz wolnego, prywatnego państwa. To państwo zaczyna wciskać się do władz lokalnych.

Libertarianie się jednak nie poddają. Jednym z bardziej intrygujących przykładów tych zmagań, pisze Lima, jest historia radnego miejskiego z kilkudziesięciotysięcznego miasteczka na południu Brazylii. Człowiek ten, reprezentujący nic nie znaczącą dotąd partyjkę, który po zaprzysiężeniu zaczął studiować z pasją teorię państwa i ekonomię. Do studiów tych posłużył mu kanał YT brazylijskiego Instytutu Misesa. Pod jego wpływem przeczytał kilka książek i w rok później ogłosił, że to, czym do tej pory zajmowała się gmina  miejska, jest stratą czasu i pieniędzy. Po czym rozpoczął jej reformowanie.

Nie trzeba lecieć do Brazylii, żeby zorientować się, że dzieją się tam rzeczy „dziwne”. Wystarczy prześledzić ranking książek sprzedawanych na brazylijskim portalu Amazon. Takich książek, jak mi oświadczyła kiedyś prof. Urszula Grzelońska z PAN, polscy ekonomiści nie czytają w ogóle. Tymczasem w Brazylii, napisana w ponad pół wieku temu, książeczka Misesa, wydana w Polsce pod tytułem, Ekonomia i polityka, znajduje się na trzecim miejscu najlepiej sprzedających się książek ekonomicznych. Inna praca tego samego autora, Mentalność antykapitalistyczna, jest na miejscu jedenastym. Książka Fernando Ulricha na temat Bitcoina jest na pozycji czternastej, a Murraya N. Rothbarda Złoto, banki, ludzie na 15. Tuż za nią plasuje się, znane w Polsce jedynie w kręgach libertarian, Ludzkie działanie, pierwszą dwudziestkę zamyka nieznane w Polsce kompletnie, arcydzieło Adama Smitha. Mimo ogromnej kontrakcji lewicy, w pierwszej 50. książek wolnościowych znajduje się dzieło myśli politycznej H.H. Hoppego, Demokracja, bóg który zawiódł.

Jeszcze większym powodzeniem cieszą się brazylijskie kanały libertariańskie na YouTube. Liczba ich subskrybentów sięga ok. pół miliona, liczba wyświetleń sięga 80 milionów i wciąż rośnie.  Z jednej strony badania przeprowadzone w marcu 2018 pokazują, że większość Brazylijczyków nadal popiera duże państwo, z drugiej zaś, co 25 Brazylijczyk (ok. 4%) uważa, że państwo nie powinno się zajmować opieką społeczną, edukacją, ochroną zdrowia, zapewnieniem emerytury, opieką nad ludźmi starymi, czy tym bardziej wyrównywaniem nierówności dochodowych. Populacja przeciwników mieszania się państwa w relacje między płciami i grupami mniejszościowymi wynosi ponad 10 % , czyli 22 miliony osób. Tyle samo Brazylijczyków opowiada się za „całkowicie wolnym rynkiem”.

Pamiętajmy, że zmiana świadomości potężnego narodu spod Krzyża Południa dokonała się zaledwie w trzy, może cztery ostatnie lata.

Widmo Wenezueli

Jeszcze w 2011 roku, kandydatka „tradycyjnej” lewicy, Dilma Rousseff, pomimo swej oczywistej niekompetencji i skandali korupcyjnych, w jakie była zamieszana, stosunkowo swobodnie wygrała wybory prezydenckie. Opozycja, tak formalna, jak i intelektualna w Brazylii nie istniała. Kolejny rząd miał właśnie zdecydować o nowych podatkach. regulacjach, uszczelnieniach, programach inwestycyjnych i innych wydatkach rządowych zasilanych z bezdennej kieszeni  podatnika. Dla ludzi zatroskanych o przyszłość kraju, wszystko wydawało się stracone. Miliony Brazylijczyków, w obawie o wejście ich kraju na drogę Wenezueli,  przygotowywały się do wyjazdu na emigrację.

Jeszcze pięć lat temu – mówi Kim Kataguiri – który właśnie w 2012 roku, w wieku niespełna 16 lat rozpoczynał swą polityczną karierę – pies z kulawą nogą nie interesowałby się wolnością, a tym bardziej Misesem. Spotkania nielicznych grup libertariańskich w Rio czy  Sao Paulo przyciągały 50 – 60 osób. Służby lewicowego

rządu nawet nas nie prześladowały. Wydawali się niepokonani. Byliśmy dla nich jak powietrze”.

Wystarczyło 40 miesięcy, by mentor pani Rousseff, odchodzący prezydent Luiz Inacio da Silva, do niedawna jeszcze dobrodziej uciśnionych mas i ojciec opatrznościowy Mundialu 2014, Olimpiady 2016 i innych brazylijskich ekstrawagancji, które miały wynieść kraj na światowy Olimp, znalazł się w kryminale. Pani prezydent wywinęła się co prawda od więzienia, ale została brutalnie usunięta z urzędu. Mimo impeachmentu, Dilma Rousseff wzięła udział w tegorocznych wyborach, i chociaż agencje rankingowe wróżyły jej zwycięstwo, przegrała z kretesem i do parlamentu nie weszła. Wszedł doń 21. letni dziś Kim Kataguiri, z dystryktu Sao Paulo, który zdobył mandat parlamentarny z drugim wynikiem w Brazylii, zdobywając blisko pól miliona głosów.

Cdn.

Jan M Fijor

Milionerstwo.pl

 

Czerwone goździki – przypowieść o przedsiębiorcy

0

Tak się jakoś składa, że pewni ludzie, których się w życiu spotyka okazyjnie wyciskają w naszych wspomnieniach trwały ślad. Tak się to ma w wypadku Zygmunta Krauze (proszę nie mylić z polskim miliarderem lat 2000 o tym samym nazwisku). Wujka Krauze  spotkałem pierwszy raz w roku 1961. Ten wujek, to koligacja rodzinna odnosząca się nie do mnie, lecz do mej ówczesnej sympatii, Zofii, dla której Zygmunt Krauze był oczywistym i rodzinnie potwierdzonym wujem, czyli bratem matki Zofii.

W czasie mych wyjazdów i powrotów ze Szwecji do Polski i odwrotnie, które miały miejsce w latach 1961-62 i 1963-65, odwiedzając Warszawę zatrzymywałem się w jego willi przy ul. Olimpijskiej 39, na Mokotowie. Wtedy to Zygmunt Krauze opowiadał mi o swym niezwykle ciekawym życiu, człowieka, który z powodu wrodzonej inteligencji pokonał wiele trudności, wychował pięcioro przygarniętych dzieci i w niezwykle trudnych warunkach dorobił się pokaźnego, jak na ówczesne, komunistyczne czasy majątku.

Wujek Krauze miał dobrą ocenę swych braków i zalet. Powiadał: ”Ja nie mam wykształcenia i sam nie jestem ekspertem w żadnej dziedzinie. Mam natomiast talent, który polega na zdolności znajdowania ludzi, którzy mają wykształcenie i wiedzę i ja potrafię tymi ludźmi kierować”.

Miał przy tym niezwykle trafną ocenę sytuacji i dawał mnie, żółtodziobowi, życiowe rady, w postacie: „Pamiętaj, że milicja wie tylko tyle ile jej sam powiesz”. Wujek zakładał, że każdy, wcześniej czy później będzie aresztowany i poddany przesłuchaniom. Zygmunt Krauze wiedział, co mówi, bo wedle jego własnego zeznania siedział w więzieniach siedem razy, ale się zastrzegał, że nigdy nie był formalnie skazany przez sąd. Także podkreślał, że nigdy nie siedział z powodów politycznych, lecz co najwyżej, z powodu rozbieżności poglądów na funkcjonowanie systemu ekonomicznego między nim a kolejnymi rządami PRL. Czyli za nielegalny handel lub produkcję w strefie nie tyle szarej, co czarnej..

Zygmunt Krauze urodził się na początku lat 1900 w Mileszkach pod Łodzią. W czasie epidemii grypy tak zwanej „hiszpanki” w roku 1916 umarli obydwoje jego rodzice. Matka była Polką a ojciec Niemcem, urodzonym we Frankfurcie.  W Łodzi, na  Widzewie,  jego rodzice prowadzili sklep „ogólny” handlujący produktami żywnościowymi sprowadzanymi ze wsi. Zygmunt po śmierci rodziców w wieku lat 14 stał się nagle głową rodziny do której zaliczali się, jago brat Antoni i siostry, Emilia i Maria.  Zygmunt przejął kierownictwo nad sklepem i jeździł po okolicznych wsiach skupując produkty żywnościowe dla swojego interesu. Dwa lata później w czasie jednej z tych podroży w małym miasteczku Uniejów, koło Łodzi, spotkał swą przyszłą żonę, Kazimierę, która tam prowadziła własny sklep. Kazimiera była od Zygmunta 16 lat starsza, co nie przeszkadzało, że Zygmunt zaproponował jej małżeństwo. Szczęśliwa para przeniosła się do Łodzi, gdzie Kazimiera doglądała interesu w czasie, kiedy Zygmunt jeździł po Polsce w „delegacjach handlowych”. Wkrótce Zygmunt zmienił branżę handlową, ze spożywczej na bławatną i założył firmę handlującą krawatami pod szyldem „Krawat Polski” która nabrała ogólnopolskiego rozmachu z wieloma regionalnymi przedstawicielami.

Kiedy Niemcy weszli do Łodzi w 1939 szybko odkryli w aktach, że ojciec Zygmunta Krauzego był Niemcem. Właściwe organa odzysku ludzi pochodzenia niemieckiego udały się do Zygmunta z ofertą zapisania go na tak zwana Volkslistę. Zaskoczonemu Zygmuntowi Niemcy wyjaśnili, że na takiej liście znajdują się osoby pochodzenia niemieckiego urodzone poza granicami Wielkiej Niemieckiej Rzeszy. Takim osobom, zwanym Volksdeutsche przysługują lepsze kartki żywnościowe jak i obowiązek walczenia z wrogami Reichu w ramach Wermachtu, Kriegsmarine czy Luftwaffe.

Co prawda lepsze kartki żywnościowe mi odpowiadały, ale do umierania za Hitlera nie było mi spieszno, opowiadał wujek Krauze, dlatego im powiedziałem, że czuję się Niemcem Pierwszej, klasy a nie jakąś popłuczyną, jak Volksdeutsche.

Volksdeutsche nie byli równi innym Niemcom, urodzonym w granicach Wielkiej Rzeszy, którzy nazywają się Reichsdeutsche i byli Niemcami pierwszej klasy. „Niestety” matka Zygmunta była Polką i Zygmuntowi zaszczytny tytuł Reichsdeutsche nie przysługiwał. Przestano go wiec nękać aż do czasu, kiedy się potknął o ten feralny kradziony drut, który go zaprowadził do obozu koncentracyjnego w Mauthausen.

Czy wuj działał w partyzantce? Nic podobnego. Ja nigdy do polityki się nie mieszałem. Do Mauthausen wysłano mnie za drut – wspominał. Otóż w czasie okupacji w Częstochowie Krauze prowadził fabryczkę produkującą gwoździe, na które było duże zapotrzebowanie na polskiej wsi. Niestety nie mogłem kupić drutu, z którego gwoździe się robi. Drut był ściśle rozdzielany na potrzeby niemieckiej armii. Na szczęście albo nieszczęście poznałem pewnego Niemca, oficera, który mi umożliwił dostęp do drutu wojskowego. On kradł ten drut, a ja z niego robiłem gwoździe. Niestety Niemiec nie był ostrożny i go nakryli. Jego wysłano na Front Wschodni gdzie go Ruscy zaciukali a mnie do Mauthausen, gdzie o mało, co bym umarł z głodu. Kiedy obóz wyzwalali Amerykanie leżałem, razem ze swym młodszym kuzynem  na stosie 70-ciu trupów przeznaczonych do spalenia. Uratował go fakt że go ostrzeżono, że jeśli chce odzyskać siły i zdrowie, musi jeść niewiele i bardzo powoli. Jego kuzyn nie  przestrzegał tej reguły, nażarł się do syta i umarł w obozie już po jego wyzwoleniu.

Krauze miał mizerne wykształcenie, które chyba ograniczało się do czterech klas szkoły powszechnej, co wynika z jedynego listu, jaki do mnie przed śmiercią napisał na adres w USA. List ten ma 6 stron i brakuje mu interpunkcji. Wuja Krauze wylano podobno ze szkoły z powodu handlu papierosami, ale mnie mówił, że chodziło o wódkę. Musiał z czegoś swoją rodzinę utrzymać po śmierci rodziców.  Pisać go nauczono, ale o interpunkcji zapomniano. Przypuszczam, że ja byłem jedynym człowiekiem z akademickim wykształceniem, na dodatek „naukowcem” z Uniwersytetu w Uppsali, któremu chciał zaimponować swym rozmachem i koneksjami. W swym garażu przy ulicy Olimpijskiej 39 miał dwa samochody, jeden  Mercedes 220 o kolorze perłowym, który kupił od biskupa Klepacza z Łodzi i drugi Chevrolet Impala z imponującymi oskrzydlonymi błotnikami. Biskup Klepacz otrzymał Mercedesa w darze od swych byłych parafian z Chicago, ale jego splendor zbyt rzucał się w oczy, aby mógł go używać w okresie siermiężnego socjalizmu towarzysza Gomułki. Chevroleta Impala wuj sprowadził sobie bezpośrednio z Ameryki poprzez znajomych marynarzy z linii oceanicznych. Otóż Wuj zaproponował nam (mnie i Zofii) bankiet w wytwornym jak na owe czasy hotelu Orbisu o nazwie „Grand” w Warszawie przy ul. Kruczej.

Do hotelu udaliśmy się jego Impalą i zaraz przy podjeździe kłaniającemu się w pas portierowi wuj Krauze wręczył banknot 500 zł jako napiwek. Następne 500 zł przypadło dyrektorowi restauracji. Zdziwiony taką rozrzutnością, zapytałem go, jaki jest cel takiego szastania pieniędzmi w czasie, kiedy moja pensja asystenta na Politechnice wynosiła 2000 zł. Wuj spojrzał na mnie pobłażliwie i wyjaśnił; To nie jest napiwek, to jest inwestycja w przyszłość i najbliższą teraźniejszość. Ludzie w kłopotach z władzami, popełniają zasadniczy błąd dając urzędnikom łapówki. W takich sytuacjach dawanie łapówki jest już wysoce spóźnione. Łapówki daje się wtedy, kiedy nie ma się kłopotów z władzami. Jeśli chodzi o tę restaurację, to wiadomo było, że na sali są założone mikrofony do podsłuchu rozmów gości. Kierownik restauracji posadzi nas tam, gdzie podsłuchów nie ma albo gdzie mikrofon jest uszkodzony. Będziemy mogli sobie spokojnie na komunę narzekać.

Innego razu, późnym wieczorem smagany jesiennym deszczem udałem się do wujka willi na ulicy Olimpijskiej aby przenocować. Następnego dnia miałem mieć spotkanie w tak zwanym KNIT-cie (Komitecie Nauki i Techniki) z wicepremierem Adamem Szyrem, jednym z szajki komunistów z grupy Wandy Wasilewskiej w ZSSR ( t.zw. Związku Patriotów Polskich) do którego naiwnie napisałem list krytykujący system gospodarczy PRL-u,  Jak sobie przypominam wujek Krauze ostrzegał mnie przed wizytą u wicepremiera uważając, że przed wizytą winem się ubrać w ciepłe kalesony, gdyż wicepremier z tej wizyty może mnie skierować wprost do więzienia. Niemalże tak się stało, gdyż moje przestępstwo zakwalifikowano jako „obrazę majestatu”. Do więzienie mnie jednak nie skierowano, ale rozmowa mnie przekonała, że wiać powinienem z PRL-u jak najszybciej, gdyż miecz Damoklesa, czyli UB, wisi nad moją głową.

Przed wizytą u wicepremiera, kiedy zapukałem do drzwi wili wuja Krauze, przy stole w jego kuchni siedział milicjant. Przeraziłem się okropnie przypuszczając, że czeka na mnie z nakazem aresztu. Byłem świadomy, że mój telefon jest na podsłuchu i  w UB wiedziano gdzie zamierzam się zatrzymać w Warszawie. Służba Bezpieczeństwa była niezwykle podejrzliwa w stosunku do mnie, gdyż nie mogli pojąć, w jaki sposób otrzymałem ciekawą pracę na Uniwersytecie w Uppsali a najbardziej ich dziwiło to, że taką pracę porzuciłem, aby wrócić do PRL-u. Chyba myśleli, że albo jestem nasłanym szpiegiem, albo umysłowo chorym. UB-owcy nie brali pod uwagę, obfitego biustu mej dziewczyny, Zofii, dzięki któremu przebijałem wszystkie mury i antykomunistyczne uprzedzenia.

Dyskretnie odwołałem wuja do przedpokoju z zapytaniem, co tu u niego robi milicjant. Wuj mnie uspokoił, że to dzielnicowy, z którym on właśnie regularnie pije wódkę. Wuj mi wytłumaczył, że to jest jego dawny zwyczaj datujący się od czasów przedwojennych, poprzez całą wojnę i okupację i teraz, dla zachowania tradycji kontynuuje go w komunie. Bez milicjanta, a kiedyś policjanta, nie mam apetytu na wódkę. Aby wypić muszę mieć za kompana policjanta. Fakt, że się teraz czasy zmieniły i policjantów przechrzczono na milicjantów, nie może zmienić moich wieloletnich przyzwyczajeń towarzyskich. Poza tym, te właśnie stosunki towarzyskie uchroniły mnie wielekroć od wiezienia, gdyż zawsze wiedziałem (od policjanta, czy milicjanta), kiedy należy się spodziewać kontroli celnej, skarbowej czy kryminalnej. Jak wiadomo, bycie biznesmenem w tamtych trudnych czasach wymagało balansowania na skraju prawnej poprawności, szczególnie, jeśli chodziło o reglamentowane towary nie dostępne dla tak zwanych prywaciarzy albo „inicjatywny prywatnej”.

Będąc pod wrażeniem „bogactwa” wuja, zapytałem go bezpośrednio o początki jego majątku, kiedy na poły umierający i zagłodzony wrócił do Lodzi z obozy Mauthausen. Odpowiedział dość lakonicznie. Dorobiłem się na czerwonych krawatach. Otóż, kiedy w roku 1948 Polska Partia Robotnicza i PPS (Polska Partia Socjalistyczna) się „zlewały” w nowa partie PZPR, okoliczność ta wymagała dostawy kilku milionów czerwonych krawatów.

Przodujący przemysł państwowy nie mógł podołać społecznemu zapotrzebowaniu i dlatego Zygmunt Krauze złożył ofertę, że takie krawaty wyprodukuje pod warunkiem, że dostanie przydział na bawełniane sukno konieczne dla ich wykonania. Komuniści będąc jak wiadomo ludźmi praktycznymi zadbali o to, aby wuj otrzymał odpowiednio dużą dostawę sukna na wymienione krawaty. Zamówienie zostało wykonane przed „zlaniem” się dwu partii i kilka milionów członków nowej partii i im pokrewnych organizacji młodzieżowych mogło defilować z czerwoną pętlą pod broda. A skąd te pieniądze? Czy wujowi sowicie zapłacono za jego znój, trud i poświecenie dla sprawy socjalizmu? Bynajmniej, odpowiedział wuj. Ty młody człowieku nie zdajesz sobie spawy ile materiału potrzeba, aby uszyć z niego czerwony krawat. Kolor jest czynnikiem decydującym. Uszycie czerwonego krawata wymaga od pięciu do dziesięciu razy więcej materiału, niż uszycie krawatu o kolorze np. niebieskim. Z tych resztek materiału uszyliśmy setki, jeśli nie tysiące poszewek na poduszki i pierzyny, które rozeszły się jak woda po wsiach całej Polski.

Wuj Krauze przed przeniesieniem się do Warszawy w roku 1958 i zamieszkaniu w wili na ulicy Olimpijskiej 39, mieszkał w Lodzi na ul. Głównej 9 m 13. Tam tez w latach 1950-tych prowadził działalność handlowo – przemysłową w branży bławatnej. Była to działalność na dużą skalę, ale bez setek szwaczek pochylonych nad maszynami Singera w fabryce Zygmunta Krauze. W jego mieszkaniu przy ul. Głównej 9 m, 13, które było centrum dowodzenia jego przemysłu tekstylnego, pracowały jedynie dwie szwaczki.  Firma wuja była wprawdzie legalna, ale zakres jej działalności daleko wykraczał poza licencję drobnego rzemieślnika, jaką mu przydzielono. W istocie była to duża firma zatrudniająca dziesiątki szwaczek w systemie chałupniczym. Mieszkanie na Głównej 9 było centralą, do której przywożono gotowe produkty i rozdzielano materiał. Ponieważ materiał bławatny był ściśle reglamentowany, jego dostawy wymagały „współpracy” z szeregiem pracowników miejscowych dużych fabryk przemysłu tekstylnego, z których Łódź zawsze słynęła. Większość tych materiałów była podejrzanego pochodzenia, czyli po prostu kradziona. Wścibscy milicjanci i rewidenci skarbowi, którzy nie zostali odpowiednio wynagrodzeni, czyhali na okazję przyłapania większej partii materiału lub produktów opuszczających to mieszkanie. Aby się zabezpieczyć, wuj podobno zatrudnił, jako jedną ze szwaczek żonę pułkownika Armii Ludowej, który zdaniem wuja był w rzeczywistości Rosjaninem oddelegowanym do nadzoru ideologicznego nad Polską i  zaprzyjaźnioną Armią Ludową. Kiedy wujowi donoszono, że na dole kamienicy kręcą się podejrzani osobnicy wyglądający na milicjantów, żona pułkownika dzwoniła do swego męża, który przyjeżdżał wojskowym samochodem (chyba nie czołgiem) do którego ładowano trefny towar. Milicjanci byli bezsilni i mieszkanie zostało opróżnione z materiałów podejrzanego pochodzenia, przed spodziewaną rewizją.

Wuj działał także w branży ogrodniczej, zwanej w PRL „badylarska”. Moja kwiaciarnia w Łodzi na Stokach, wspominał kiedyś, słynie w całym Bloku Socjalistycznym jako dostawca najładniejszych czerwonych goździków. Zbudowałem te szklarnie za pieniądze zarobione w czasach, gdy szyłem wspomniane czerwone krawaty. A jak ci chyba wiadomo czerwony goździk jest symbolem komunisty. Bez bukietu czerwonych goździków nie można powitać lądujących w Moskwie sekretarzy bratnich partii komunistycznych Europy Zachodniej, Chin czy Kuby. Bez czerwonych goździków nie można pochować umierających zasłużonych klasie robotniczej notabli. Goździki są tak nieodzowne jak gwoźdź do trumny I Sekretarza KPZR (Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego). Niestety socjalistyczne przedsiębiorstwa rolne, czy to PGR-y czy sowieckie kołchozy nie były wstanie takich goździków wyhodować. Więdły im one w oczach, kolor miały nie taki, a zapach jeszcze gorszy. Nasze goździki z dzielnicy Stoki w Łodzi biły na głowę goździki socjalistyczne pod każdym względem, kolorystycznym, zapachowym i długowieczności. W związku z powyższym każdego tygodnia wysyłamy samolotem bukiety naszych goździków do Moskwy, gdzie spełniają ważną role w utrwalaniu pokoju i przyjaźni miedzy socjalistycznymi narodami. Towarzysze radzieccy zapewniają mnie, że włos mi z głowy nie spadnie z powodów podatkowych, gdyż jedność obozu socjalistycznego na tym właśnie włosie się trzyma.

Wiele lat później, żyjąc już w Stanach Zjednoczonych dostałem długi list pisany ręcznie na kilku stronach papieru. Ciekawym był fakt, że list nie miał na całej swej długości, ani jednej kropki ani jednego przecinka. Wuj pisał go z Austrii, do której właśnie przybył Mercedesem biskupa Klepacza gdzie wynajął, na lat 15, od austriackiego kościoła zdemolowany zamek w miejscowości Kemmelbach, 100 km od Wiednia, z kaplicą na 230 miejsc siedzących. Zapraszał, by go odwiedzić, gdyż właśnie zasadził 2500 doniczek storczyków i będzie je sprzedawał w następnym roku. Niestety nie miałem okazji go odwiedzić, gdyż wujowi się zmarło w roku 1974 czy 1975.

 

Jan Czekajowski

Tekst ten jest fragmentem wspomnień autora, zatytułowanych „Do sukcesu pod wiatr”

 

Dekalog Granta, dokończenie

0

Wystarczy, żeby wzrost gospodarczy uległ zahamowaniu, wydarzyła się jakaś klęska żywiołowa, czy zachwiał system polityczny kluczowej gospodarki, by świat wpadł w chaos; tracimy pieniądze, majątek, a może nawet i wolność. I właśnie temu, żeby takiej ewentualności przeciwdziałać, służy szereg stosunkowo prostych i logicznych kroków, które należy podjąć w celu obrony przed oczywistymi zagrożeniami. Oto ciąg dalszy dekalogu Granta:

  1. Rynek nie jest wcale idealnie sprawny i wydajny. Ponieważ ludzie, którzy go obsługują, nie są całkowicie rozsądni i racjonalnie. Debata na temat skuteczności rynku papierów wartościowych toczy się od czasu narodzin pierwszych giełd. Grant stoi po stronie nieefektywności – lukratywnej nieefektywności. W aktywnym zarządzaniu portfelem inwestycyjnym tkwi wartość sama w sobie. Dzięki zaangażowaniu się w kierowanie portfelem rynek jest uczciwy. Menedżerowie biją się o firmy, które bezpodstawnie zostały ukarane przez innych inwestorów, wywierając presję na sprzedaż papierów, które zostały bezpodstawnie, czy wręcz oszukańczo przeszacowane. To właśnie z powodu tych błędów i nieskuteczności, twierdzi Grant, ludzie myślący racjonalnie i liczący poprawnie osiągają korzyści.

Jeśli rynki są racjonalne, skuteczne i wydajne, jak to się stało, że indeks NASDAQ osiągnął w 2000 roku poziom rekordowy? Albo że w 2009 roku notowania banków i obligacji śmieciowych spadły na samo dno?

7. Najbardziej dochodowym aktywem jest cierpliwość, czy jak kto woli: czas. Oto jak Charlie Munger, wieloletni partner Warrena Buffetta w Berkshire Hathaway wyjaśnia nadzwyczajne sukcesy funduszu zarządzanego przez Buffetta: każdy bystry obserwator zauważy, że Warren głównie siedział na swoim tyłku i analizował. Po prostu kupił akcje i cierpliwie czekał. Jeśli chcesz osiągnąć sukces, usiądź i ty na swoim portfelu i dużo czytaj o tym, co się w gospodarce dzieje. Informację o tym, kiedy nadejdzie czas na twoje aktywa pozostaw nam.

 

  1. Nigdy nie stój w kolejce po papiery wartościowe. W tym miejscu muszę Państwu coś wyznać – pisze Grant. W styczniu 1980 roku, w szczycie Wielkiej Inflacji za prezydentury Jimmy Cartera, kolejka stojąca do pewnego dealera monet kruszcowych na Manhattanie sięgała aż na ulicę. Stojący w niej ludzie czekali na kupno złotych monet w cenie po 850 dolarów za uncję. Tego dnia padł rekord cenowy nie pobity przez następne prawie 30 lat. Stałem w tej kolejce i ja – wyznaje Grant. Od tego czasu popełniłem wiele innych błędów. Ale ten konkretny był dla mnie nauczką na całe życie.

 

  1. Dźwignia (lewarowanie) jest jak kremówka. Jeśli już musimy jej skosztować, to przynajmniej z umiarem. Rynki korygują wszystkie błędy. Korekta nastąpiła zarówno po legendarnej bańce tulipanowej w Holandii w 1630 roku, jak i w 2007 roku, po kryzysie kredytów hipotecznych. Na czym taka korekta polega? Na usunięciu błędów cenowych powstałych w czasie hossy (boomu). Każda korekta notowań odczuwana jest w postaci ich bolesnego spadku ceny i wartości. Im jest ona głębsza, tym więcej ofiar za sobą pociąga. Problem leży w tym, że nigdy nie wiemy, kiedy i z jakiego powodu korekta się zaczyna., Czasem może to być kryzys polityczny, innym razem trzęsienie ziemi, albo inne nawet mało ważne zdarzenie. Jeśli jesteś wypłacalny i wierzyciele cię nie gonią, nie musisz pozywać się dołujących akcji. Po prostu możesz dożyć ich lepszych dni. Posiadając dodatkowo gotówkę, możesz skorzystać z okazji i nabyć aktywa po dużo niższej, skorygowanej cenie. Kryzys wywołany głęboką korektą jest zwykle życiową okazją dla tych, którzy są nań przygotowani.

 

  1. Nie przeceniaj nigdy swej odwagi i odporności, z jaką potrafisz znosić i odpierać złe wieści. Nie tacy chojracy wyskakiwali z okien. Rozważ wszystkie fakty zanim niekorzystne wiadomości postawią cię pod ścianą. Nie pozwól na to, by toczące się wydarzenia wymuszały twoje decyzje. Nie pozwól poddawać się emocjom, czy co gorsze, porwać się nastrojom tłumu. Bądź zawsze niezależny od tego, co rozgrywa się wokół ciebie. Te ostatnie wskazówki pochodzą od arcymistrza rynku papierów wartościowych, Bernarda M. Barucha – jednego z największych inwestorów, jacy kiedykolwiek chodzili po Ziemi. Wiem, że Baruch nie będzie miał mi za złe, że go cytuję, zmarł bowiem w 1965 roku, dożywając pięknego wieku 94 lat. Poznałem go podczas pisania jego biografii. Jeśli i ty dużo czytasz poznasz z czasem krąg ludzi, którzy wzbogacą twoją wiedzę inwestorską i wzmocnią odporność na ryzyko.

na podstawie: Sovereign Man, Simon Black

P.S. Warto czytać aforyzmy giełdowe. Polecam książkę Marka Skousena, Wall Street. Giełdowe mądrości, maksymy i aforyzmy, Fijorr Publishing, Warszawa 2014 .

 

Inwestuj w….zdrowie!

0

Tadeusz Huciński

Diagnoza Problemu:

Przewidywany znaczący wzrost kosztów pokrywanych z budżetu Państwa związany z występowaniem chorób naczyniowo-sercowych.

Bezpośrednie koszty niewydolności serca 1,703 miliarda PLN (koszty bezpośrednich płatników) 672 milionów PLN (tylko usługi NFZ) Wydatki na niewydolność serca jako % całkowitych wydatków na opiekę zdrowotną 3,2% Szacunkowe roczne wydatki krajowe na leki na niewydolność serca 38,2 miliona PLN. Koszty pośrednie 151 milionów PLN (tylko zasiłki z tytułu niezdolności do pracy)

Przewiduje się, że w ciągu następnych 20 lat koszty leczenia niewydolności serca podwoją się i w przyszłości będą stanowić jeszcze większe obciążenie dla systemu opieki zdrowotnej.

Prognozy jednoznacznie wskazują, że zachorowalność na niewydolność serca w najbliższych latach znacznie wzrośnie wraz ze starzeniem się populacji. Przewiduje się, że w nadchodzącym 10-leciu zachorowalność na niewydolność serca będzie największa spośród wszystkich chorób układu sercowo-naczyniowego.

Dodatkowym obciążeniem poza systemem opieki zdrowotnej związanym z niewydolnością serca są koszty społeczne i ekonomiczne związane z niezdolnością do pracy. Zasiłki z ubezpieczenia społecznego dla osób żyjących z niewydolnością serca w 2010r. wynosiły 151 milionów złotych, z czego 89% stanowiły renty z tytułu niezdolności do pracy. W porównaniu do krajów Europy Zachodniej w Polsce choroba ta dotyczy większej liczby pacjentów w wieku produkcyjnym. W tej grupie osób jedynie 23% jest czynnych zawodowo, a wśród tych pracujących, niewydolność serca jest powodem wielu związanych z chorobą dni nieobecności w pracy. Ma to duży wpływ na polską gospodarkę.

Mimo częstego występowania i dużych kosztów społecznych profilaktyka niewydolności serca nie została wyszczególniona w dokumentach dotyczących polityki zdrowotnej w Polsce. Niewydolność serca stanowi istotny koszt ekonomiczny w systemie opieki zdrowotnej i społecznej w Polsce

Szacunkowa liczba osób z niewydolnością serca (zachorowalność) 600 000 -750 000.

Szacunkowa zachorowalność na niewydolności serca (% populacji ogólnej) 2,6%

Szacunkowe występowanie (liczba nowych przypadków na rok) 220 000

Współczynnik występowania 310,4 na 100 000.

Działania:

Jak ograniczyć wydatki związane z problematyką zachorowań i leczenia chorób sercowo – naczyniowych?

Stosując regularne ćwiczenia z umiarkowaną intensywnością przez 30 minut, 5 dni w tygodniu. Badania opublikowane w Journal of the American Heart Association (2016) jasno pokazują zależność wysokości kosztów leczenia w kontekście regularnego treningu, badania zostały przeprowadzone na grupie 26 000 amerykanów, którzy byli z i bez choroby sercowo-naczyniowej, zaoszczędzili 2,500 USD na rocznych kosztach leczenia, dzięki regularnemu ćwiczeniu.

Badania i analizy:

Wpływ ekonomiczny umiarkowanej aktywności fizycznej wśród osób z i bez stwierdzonej choroby sercowo-naczyniowej: badanie panelu wydatków medycznych 2012 Tło- Aktywność fizyczna (PA) ma ustalony korzystny wpływ na wyniki chorób sercowo-naczyniowych (CVD) i jakość życia. Celem niniejszej pracy było oszacowanie wpływu ekonomicznego umiarkowanie intensywnych PA na wydatki medyczne i wykorzystanie z kohorty reprezentatywnej w kraju z i bez CVD.

Metody i wyniki – Przeanalizowano dane z ankiety panelu wydatków medycznych w 2012 roku. Nasza populacja badanych, była ograniczona do niezinstytucjonalizowanych osób dorosłych w USA> 18 lat.

Zmienne zainteresowane obejmowały CVD (chorobę wieńcową, udar, niewydolność serca, zaburzenia rytmu serca lub chorobę tętnic obwodowych) i modyfikowalne czynniki ryzyka sercowo-naczyniowego (CRF, nadciśnienie, cukrzycę, hipercholesterolemię, palenie tytoniu i / lub otyłość).

Wykorzystano dwuczęściowe modele ekonometryczne do badania danych kosztowych; do oceny nakładów na mieszkańca wykorzystano uogólniony model liniowy z rozkładem gamma i logiem łącza. Ostateczna próba badania obejmowała 26 239 badanych osób.

Ogółem, 47% zaangażowało się w umiarkowanie energiczne PA> 30 minut,> 5 dni / tydzień, przenosząc na 111,5 milionów dorosłych w Stanach Zjednoczonych stratyfikujących według statusu CVD; 32% zgłosiło umiarkowanie intensywne PA wśród osób z CVD w porównaniu z 49% bez CVD. Ogólnie rzecz biorąc, uczestnicy zgłaszający umiarkowanie intensywne PA ponosili znacznie niższe wydatki na opiekę zdrowotną i wykorzystanie zasobów, wykazując krokowo niższe całkowite roczne wydatki na opiekę zdrowotną jako przejście z CVD na nie CVD (i każdą kategorię CRF).

Aktywność-umiarkowanie-energiczna PA> 30 minut,> 5 dni / tydzień wiąże się ze znacznie niższymi wydatkami na opiekę zdrowotną i wykorzystaniem zasobów przez osoby z i bez ustalonej CVD

Analiza finansowa

Czynniki ryzyka sercowo-naczyniowego: nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, hipercholesterolemia, otyłość i palenie. Bez CVD: skorygowany o wiek, płeć, dochód rodziny, rasę / pochodzenie etniczne, typ ubezpieczenia, region geograficzny i zmodyfikowany wskaźnik współwystępstwa Charlsona (bez elementów sercowo-naczyniowych). CVD: dostosowane do współzmiennych „bez CVD” plus czynniki ryzyka sercowo-naczyniowego.

Ważne

Mimo częstego występowania oraz dużych kosztów społecznych i ekonomicznych niewydolność serca nie została wyszczególniona w dokumentach dotyczących bieżącej polityki zdrowotnej w Polsce.

Ponieważ wystąpieniu niewydolności serca można zapobiegać, konieczne są skoordynowane działania na rzecz profilaktyki chorób sercowo-naczyniowych działania te powinny być ściśle związane z organizacją właściwych struktur realizujących zadania związane usportowieniem społeczeństwa .

Wnioski:

Zainwestowanie w edukację prozdrowotną kreującą aktywność fizyczną zapewni:

1. Zmniejszenie kosztów pośrednich państwa(zasiłki z tytułu niezdolności do pracy).

2. Zmniejszenie rocznych wydatków krajowych na leki na niewydolność serca obecnie 38,2 miliona, możliwość zatrzymania procesu wzrostu wydatku.

3. Poprawienie bilansu realizacji potrzeb związanych z chorobą sercowo – naczyniową do % całkowitych wydatków na opiekę zdrowotną na poziomie 3,2%

4. Spowolnienie procesu planowanego wzrostu kosztów bezpośrednich płatników obecnie1,703 miliarda PLN, 672 milionów PLN usługi NFZ.

Obszar działań

Opracowanie i wdrożenie nowych, innowacyjnych programów edukacyjnych i aktywizujących dla dzieci i młodzieży oraz ich rodziców i dziadków. Wyszkolenie odpowiedniej kadry odpowiedzialnej za realizację programów. Powołanie placówki naukowo-badawczej, której głównym zadaniem będzie stworzenie obszaru dla rozwoju innowacji w aktywności fizycznej i sporcie, swoistego inkubatora start-upów z tego obszaru. Stworzenie rozbudowanego portalu – „FB dla Aktywnych”. Portal oprócz zadań czysto informacyjnych służyć będzie m.in. jako narzędzie do wyszukiwania i rezerwacji obiektów sportowych, powiązania ze sobą ludzi chcących wspólnie być aktywnymi.

Stworzenie narzędzia wsparcia i rozwoju dla organizacji pozarządowych pracujących w obszarze edukacji prozdrowotnej.

Opracował: prof. nadzw. dr hab. Tadeusz Huciński

 

Sanacyjny etatyzm (1926-1939)  

0
Wtedy, podobnie jak dzisiaj byliśmy otoczeni samymi wrogami, Żydami, Rosją carską, potem sowiecką, Niemcami, masonerią etc. Tymczasem nikt nam, Polakom nigdy, wtedy i dzisiaj nie wyrządził więcej krzywd, niż  nasze tzw. elyty polityczne i intelektualne, działające niezmiennie pod sztandarem patriotyzmu i troski o naród.

czolo 1_1.jpgZdj. Stefan Starzyński
Po sprowokowaniu krótkiej wojny domowej z konstytucyjnymi władzami Rzeczypospolitej i po przejęciu władzy na drodze zamachu stanu, sanacja rozpoczęła proces budowy socjalistycznego państwa i socjalistycznej, zetatyzowanej gospodarki.

Choć dyktator, Józef Piłsudski, często powtarzał, iż na gospodarce się nie zna, że gospodarka go nudzi, a posiedzenia Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów nazywał szyderczo „posiedzeniami Komitetu Ej-komicznego”, nie oznaczało to wcale, że Piłsudski nie odpowiadał za etatyzację gospodarki.

Wręcz przeciwnie – odpowiadał, kreując taką a nie inną politykę kadrową (oddając z reguły resorty i decyzje ekonomiczne w ręce zwolenników gospodarki socjalistycznej), wyznając kult statolatrii i omnipotencji państwa, no i w końcu wywodząc swój rodowód polityczny z socjalizmu. Niemniej elementarna uczciwość nakazuje przypomnieć, że Piłsudski był zwolennikiem polityki zrównoważonego budżetu i nadwyżki budżetowej, czyli czegoś co powinno być drogowskazem w każdym czasie i w każdej epoce i dla głowy rodziny, i dla gospodyni domowej i dla każdego ministra finansów. Pozytywnie trzeba także ocenić rekomendowaną przez niego politykę stabilnej, silnej złotówki, choć błędem okazało się kurczowe trzymanie się tej wytycznej Piłsudskiego w czasie wielkiego kryzysu, co zaowocowało koszmarnie długim okresem deflacji ze wszystkimi negatywnymi skutkami tego zjawiska.

Zastanawiając się nad problematyką przyczyn etatyzacji oraz czynników sprzyjających temu niekorzystnemu zjawisku, należy zauważyć, iż etatyzm był kamieniem węgielnym wmurowanym pod budowę gmachu odrodzonej Polski, II RP. Budowniczowie tego gmachu kierowali się zasadą, że administracja każdego państwa zaborczego kryła w sobie pierwiastki dobre i złe, przy czym fatalnie się stało – jak celnie zauważył prof. UJ, Adam Krzyżanowski – że „nasze władze uznały za dobre wszystkie zarządzenia przymusowe, a liberalne za złe. Pierwiastki przymusowe rozszerzano pospiesznie na inne zabory. Budowa państwa polskiego dokonała się pod hasłem zsumowania wszystkich zarządzeń i instytucji etatystycznych, istniejących w każdym zaborze przed rozpoczęciem wojny.” Przykładów na potwierdzenie tej tezy jest aż nadto. Spośród trzech państw zaborczych najwyższą taryfę celną miała Rosja i właśnie takie rozwiązanie wybrała II RP. W Niemczech i w Austro-Węgrzech istniały przymusowe izby handlowo-przemysłowe – II RP rozciągnęła ten przymus na całe państwo.

Warto przypomnieć, iż do zorganizowania tych izb, które zaczęły powstawać tak na dobrą sprawę po zamachu majowym, walnie przyczynił się jeden z czołowych sanatorów, Eugeniusz Kwiatkowski.Przedsiębiorcom te kosztowne instytucje były kompletnie niepotrzebne, albowiem pomimo ich wprowadzenia biznesmeni nadal opłacali działalność związków powołanych dla obrony ich interesów; bo też pomysłodawcom przymusowych izb handlowo-przemysłowych na sercu wcale nie leżało dobro przedsiębiorców – izby te stały się narzędziem, za pomocą którego państwo kontrolowało polski biznes, wywierało na niego różne naciski, i tym samym utrudniało jego działalność. W Austro-Węgrzech funkcjonowały monopole tytoniowy i solny, nie znane w Rosji i w Niemczech. Polska przejęła te monopole i rozciągnęła na ziemie byłego zaboru niemieckiego i rosyjskiego. Za to Rosja mogła się „pochwalić” monopolem spirytusowym, który Polska wprowadziła i rozszerzyła na dawny zabór austriacki i niemiecki… itd., itp.

Zdaniem prof. Adama Heydla, Polacy z winy zaborców zostali zainfekowani wirusem etatyzmu. Społeczeństwo polskie cały wiek XIX musiało przeżyć w warunkach etatystycznej gospodarki. Wszystkie państwa zaborcze uprawiały politykę w wysokim stopniu przesiąkniętą etatyzmem. W Niemczech triumfy święciły idee nacjonalizmu gospodarczego stworzone przez prof. Fryderyka Lista, oraz poglądy całej rzeszy ekonomistów (Wernera Sombarta, Adolfa Wagnera, Gustawa von Schmollera czy Rudolfa von Gneista) nazwane „socjalizmem z katedry” („Katheder-Sozialismus”). Te poglądy i idee zaowocowały w Niemczech rozbudowaną polityką społeczną (to m.in. wzorowanie się państw europejskich na systemie emerytalnym tzw. solidarności pokoleń wprowadzonym w Niemczech przez żelaznego kanclerza von Bismarcka, jest jedną z przyczyn tego, że obecnie gospodarka starego kontynentu trzeszczy w szwach), a także rygorystyczną polityką celną, czyli protekcjonizmem.

Natomiast Rosji można zarzucić stosowanie w dziewiętnastym stuleciu prymitywnej, jakiejś zapóźnionej formy merkantylizmu. Kosztem rozwoju rolnictwa, po połowicznej i niepełnej reformie uwłaszczeniowej z 1861, zaczęto w sztuczny sposób przy pomocy protekcjonizmu celnego pobudzać przemysł. Austria zaś, tak jak i carska Rosja, w ogóle nie przeszła przez etap liberalizmu gospodarczego – prosto z epoki absolutyzmu oświeconego przeskoczyła do gospodarki mocno biurokratycznej, z rozdętym budżetem i rozrośniętą machiną państwowo-biurokratyczną. I z takiej szkoły myślenia państw zaborczych rekrutowali się nasi działacze społeczni, politycy, urzędnicy.

Innym, obiektywnym czynnikiem, skazującymi nas w pewnym stopniu na etatyzm, był czynnik wojenny. Jak wiadomo, wojna zawsze prowadzi do rozkwitu etatyzmu, ponieważ państwo prowadzące wojnę to państwo stanu wyjątkowego – gospodarka zostaje wytrącona z równowagi czasów pokoju i przestawiona na tory wojenne, gdzie na pierwszym miejscu znajdują się potrzeby państwa, nie zaś indywidualne potrzeby konsumentów. Zwykle po nastaniu pokoju, państwu trudno wyzbyć się etatystycznych nawyków. Tak też się stało w przypadku II RP, przy czym pamiętajmy, że na ziemiach polskich wojna trwała ponad sześć lat, a nie tak jak we Francji czy Belgii cztery lata. Do tego należałoby jeszcze dorzucić czynnik geopolityczny; Polska otoczona w większości przez państwa wrogie, nieprzyjazne, siłą rzeczy skłaniała się do tego, aby w gospodarce zastosować rozwiązania etatystyczne i autarkiczne.

Prof. Heydel był święcie przekonany, iż najgłębsze przyczyny etatyzmu w Polsce tkwiły – jak on to nazwał – „w strukturze socjalno-kulturalnej”. Rzeczywiście, mało było w ówczesnej Polsce nowoczesnych przedsiębiorców-biznesmenów, bourgeoise (ten typ reprezentowali głównie Żydzi). Włościaństwo, z całą pewnością nie odgrywało czynnej roli w kształtowaniu polityki ekonomicznej. Ziemian (poza chlubnymi wyjątkami) śmiało można było nazwać pogrobowcami szlachetczyzny. Ich punkt widzenia po trosze nawet przypominał ideologię feudalną (szczególnie na Kresach Wschodnich). Ziemianie, przywiązani do tradycyjnego sposobu życia, traktowali ziemię nie jako warsztat zarobkowy, lecz zupełnie irracjonalnie – z punktu widzenia ambicji bądź sentymentu.

Z kolei polski urzędnik nastawiony był w stu procentach etatystycznie. Ów urzędnik wraz z inteligentem mieli socjalistyczną wiarę w państwo, myśleli – i tu użyjmy jednego z ulubionych zwrotów sanacyjnej nowomowy – „państwowotwórczo”. I włościan, i ziemian, i urzędników i inteligentów coś łączyło: tym czymś była pogarda dla zysku. W konsekwencji w okres niepodległości w 1918 roku polskie społeczeństwo wchodziło ze słabą klasą średnią, hołdującą ideom szlachetczyzny. Ten problem celnie przedstawił Heydel: „Boy-Żeleński mówił, że przeciętny inteligent: lekarz, adwokat, pisarz francuski jest zwykle synem sklepikarza, a wnukiem stróża lub wyrobnika – przeciętny intelektualista polski chlubi się, że jego ojciec „miał wieś”, a dziadek ho, ho! dziadek siedział na dziesięciu folwarkach. Jest to jedna z najbystrzejszych syntez naszej historii gospodarczej i naszej gospodarczej psychologii. Jesteśmy w masie utracjuszami – i co gorzej – jesteśmy z tego dumni. To musi się zmienić. Musimy stać się społeczeństwem dorobkiewiczów i musimy zrozumieć, że to jest nasz etyczny obowiązek”.

W świetnej pracy zatytułowanej „Psychologia społeczno-gospodarcza (z 1939 roku)”, prof. Roman Rybarski potwierdził tezę Heydla. Za przedmiot badań posłużyła mu ludność galicyjska. W psychice tego społeczeństwa nie rozwinął się duch przedsiębiorczości. Ideałem było zdobycie patentu szkoły wyższej, który otwierał drogę do licho płatnej, ale spokojnej pracy urzędowej. Mało kto miał ochotę pracować na swoim.

Należy także zwrócić uwagę na fakt wywierania przez kręgi lewicowe przemożnego wpływu na rządy II RP. Pierwsze gabinety Polski niepodległej – Daszyńskiego i Moraczewskiego – dosłownie prześcigały się w lewicowości. Wojna i walka z hiperinflacją spowodowaną wydatkami wojennymi nie sprzyjała liberalizmowi gospodarczemu. Ledwo zdołano jako tako wyjść na prostą, gdy władzę przejęła sanacja. Rodowód polityczny sanatorów to socjalizm w czystej postaci. Chwalcy Pana Marszałka i jego ekipy powtarzają, że „Piłsudski i jego zwolennicy wysiedli z czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość”, lecz pamiętajmy, iż wysiadając z tego tramwaju byli ukształtowani przez socjalistyczną szkołę myślenia. Poza tym nie zapomnijmy, że sanatorów uformowało wojsko – byli wysokiej rangi oficerami, generałami; ci ludzie posiadali mentalność trepów, a to sprzyjało kultowi omnipotencji państwa, również w gospodarce. Większość z prominentnych polityków sanacyjnych należała do wolnomularstwa, organizacji grupującej ludzi chcących uszczęśliwiać społeczeństwo. A że ze skrzyżowanie socjalisty z trepem, i masonem na dokładkę, nie może powstać nic dobrego, wobec tego nie dziwota, iż powstał polityk sanacyjny, uszczęśliwiający innych na siłę.

Po przejęciu władzy przez sanację, główny ideolog gospodarczy i zdeklarowany socjalista, Stefan Starzyński, opublikował w czasopiśmie „Droga” artykuł Program Rządu Pracy w Polsce, będący manifestem etatyzacji gospodarki. Wkrótce też Starzyński powołał do życia tzw. I Brygadę Gospodarczą (zwaną też Grupą Frontu Gospodarczego). Zrzeszała ona nie przedsiębiorców, ale urzędników, którzy w kilku zbiorowych publikacjach głosili pochwałę planowości, interwencjonizmu państwowego, a nawet – tak jak Mieczysław Grabowski – pochwałę kołchozów w Sowietach.

Jednym z głównych narzędzi etatyzacji polskiej gospodarki był nadmierny fiskalizm, czyli wysokie podatki. Chodziło o to by wykończyć prywatnych przedsiębiorców, a przy okazji zdobyć środki na inwestycje państwowe i uzależnić obywateli od budżetu państwa. W 1929 r., wg prof. Heydla, obywatele RP płacili o 70-100% wyższe podatki niż pod zaborami, a dochód per capita wynosił 666 zł, zaś w 1933 roku – 604 zł. W 1937 łączna suma opodatkowania dla średniozamożnej rodziny to ok. 37% dochodu. System podatkowy w II RP posiadał mnóstwo wad. Do nich z całą pewnością zaliczymy brak stabilności, stałości w prawie fiskalnym. Psioczono na niejednolitość procedury podatkowej: każdy podatek miał inny tryb poboru, inne terminy płatności, inne wymogi formalne pism i środków odwoławczych; w dodatku w polskim systemie podatkowym brakowało koordynacji, spójności między podatkami państwowymi a samorządowymi. Skarżono się na niejasne i zbyt skomplikowane przepisy i zapewnie słusznie, skoro instrukcja do podatku dochodowego zawierała 273 drobiazgowo rozbudowane paragrafy

Osobnym problemem było uprzywilejowanie podatkowe przedsiębiorstw państwowych w stosunku do przedsiębiorstw prywatnych, co skutkowało nieuczciwą konkurencją. Np. Państwowe Wytwórnie Uzbrojenia, produkowały nie tylko broń i amunicję, ale również kłódki, meble biurowe, rowery, maszyny do pisania i poprzez swoje uprzywilejowanie na rynku przyczyniały się do plajty wielu firm prywatnych. Generalnie rzecz biorąc, te przedsiębiorstwa państwowe, w których stwierdzono brak odrębnej osobowości prawnej, były uwalniane od podatku dochodowego, ale nie od innych podatków państwowych i samorządowych. Jeżeli produkowały wyłącznie na potrzeby administracji państwowej, były wolne od podatku przemysłowego.

Kręgi antyetatystyczne naciskały władze, by te jak najszybciej przeprowadziły komercjalizację przedsiębiorstw państwowych, największych gigantów, takich jak Poczta Polska czy PKP, lecz w praktyce odbywało się to niezwykle opieszale. Władze solennie obiecywały, że zlikwidują uprzywilejowanie przedsiębiorstw państwowych. Owszem, uchwalano ustawy, wydawano rozporządzenia i dekrety, tylko że często sprzeczne ze sobą i o tak zagmatwanych przepisach, iż pozwalało to przedsiębiorstwom państwowym… nadal cieszyć się przywilejami podatkowymi.

W dodatku, od 1927 zaczęło powstawać coraz więcej państwowych spółek handlowych, dlatego że instytucja spółki handlowej usuwała przedsiębiorstwo państwowe z ram budżetu i spod kontroli budżetowej parlamentu (bilanse takich spółek nie były dołączane do preliminarza budżetowego i tym samym nie stanowiły przedmiotu obrad parlamentu). Dr Tadeusz Bernadzikiewicz ustalił, że przedsiębiorstwa państwowe zapłaciły w roku budżetowym 1936/37 9,8 mln zł podatków państwowych i samorządowych. To niezbyt duża kwota zważywszy, iż państwo było największym pracodawcą i przedsiębiorcą. Dla porównania – w tym samym roku spółka akcyjna Tomaszowska Fabryka Sztucznego Jedwabiu przekazała do fiskusa 3,7 mln zł podatków, a Łódzkie Towarzystwo Elektryczne – 3,8 mln zł. Razem – 7,5 mln zł zapłaconych podatków przez dwie średniej wielkości firmy prywatne. Idąc dalej tym tropem: w roku budżetowym 1936/37 podatek przemysłowy przyniósł skarbowi państwa ponad 225 mln zł, z czego zaledwie 4,3 mln zł przypadała na przedsiębiorstwa państwowe, czyli nie więcej niż 1,9%. Równie szokujące jest porównanie rentowności skarbowej (jest to zestawienie kwoty wpłaconej do skarbu przez przedsiębiorstwo z wartością majątku tegoż przedsiębiorstwa) firm państwowych i prywatnych (dane dla roku 1936/37). Otóż rentowność skarbowa przedsiębiorstw państwowych wyniosła 0,6%, a firm prywatnych 4,6%.

Monopole pod rządami sanacji nastawione były na jak najszybsze zdobycie jak największych kwot od konsumentów. I tak 1 I 1927 r. cenę 1 litra spirytusu stuprocentowego oznaczono na 13 zł i 50 gr. Była to cena najwyższa w Europie. Mimo to rząd zaproponował w 1930 r. (drugim roku kryzysu) podwyżkę ceny do 15 zł! Efekt był taki, jaki mógł przewidzieć każdy w miarę rozgarnięty ekonomista. Oczywiście wpływy do budżetu państwa zaczęły gwałtownie maleć – z 420 mln w roku budżetowym 1929/30 do 201 mln w roku 1932/33. Przekroczono tzw. punkt Cournota, czyli punkt wyznaczający ekonomiczne optimum produkcji przedsiębiorstwa monopolistycznego; w punkcie tym monopol osiąga zysk maksymalny.

Podobny cel przyświecał podwyżkom cen zapałek – w porównaniu z ziemiami zaboru austriackiego tuż przez I wojną światową, cena pudełka zapałek z 1927 w Polsce roku była wyższa aż o 550%! Natomiast po podpisaniu w 1931 r. umowy (zwanej drugą pożyczką zapałczaną) z koncernem Ivara Krugera, któremu polski rząd wydzierżawił monopol zapałczany, podwyższono cenę pudełka zapałek z 7 na 10 groszy (czyli o prawie 43%) jednocześnie zmniejszając ilość zapałek w pudełku z 60 do 48 (o 20%). Po tej drastycznej podwyżce sprzedaż zapałek poleciała na łeb, na szyję. Jeszcze w roku 1930 statystyczny Kowalski zużywał 1127 zapałek, ale już w 1934 – 466. Dla wielu Polaków zapałki stały się towarem luksusowym. To właśnie wtedy, w czasach wielkiego kryzysu, mówiono, że „polski chłop jest tak biedny, iż dzieli zapałkę na czworo”. Wpływy z monopolu zapałczanego do budżetu państwa ciągle spadały – z 16 mln zł w roku budżetowym 1929/30 do 6 mln zł w roku 1931/32. Aby zwiększyć sprzedaż zapałek, władze postanowiły wprowadzić wysokie opłaty stemplowe dla posiadaczy zapalniczek (od 10 do 25 zł rocznie).

Etatyzacji miała też służyć polityka dumpingowa. Jednym z towarów eksportowanych przez Polskę po cenach dumpingowych był cukier. W 1930 r. za kilogram cukru w handlu detalicznym należało zapłacić ok. 1,40 zł (czyli w przeliczeniu na dzisiejsze złotówki, ok. 14 zł). Oczywiście sprzedaż zaczęła wyraźnie spadać. Czym wytłumaczyć tak wysoką cenę? Dumpingiem. Otóż polski rząd wymyślił sobie, że trzeba koniecznie poprawić bilans handlu zagranicznego i wobec tego należy sprzedawać cukier za granicę po… 17 gr za 1 kg! Przemysł cukrowniczy (państwo poprzez kontyngentowanie produkcji i zbytu w pełni kontrolowało ten przemysł) musiał jakoś powetować sobie straty na eksporcie. Tymi którzy mieli pokryć te straty, byli biedni polscy konsumenci. Dumping dotyczył nie tylko cukru ale również: cementu, nafty i jej pochodnych, koksu, węgla kamiennego i żelaza. Ceny eksportowe tych dwóch ostatnich produktów była czterokrotnie niższa od cen na rynku krajowym. Miało to fatalne skutki dla polskiego przemysłu przetwórczego, bowiem polski przedsiębiorca nabywał (przepłacając) niezbędne surowce i półprodukty po cenach wyższych, aniżeli konkurenci zagraniczni.

Ekipa sanacyjna nie wahała się interweniować w sferę cen (w latach 1926-1938 co najmniej 8 istotnych rozporządzeń) oraz ceł. Według obliczeń Sekretariatu Ligi Narodów, Polska pod koniec lat 20. należała do państw otoczonych najwyższym murem celnym w Europie. Jej cła wynosiły ponad 25% wartości importowanych towarów. Z państw Europy wyższe cła miały tylko Węgry, Hiszpania i ZSRR. Interwencjonizm sanacyjnego państwa w handlu zagranicznym był przeogromny. Polski system celny, generalnie rzecz ujmując, polegał na preferencjach dla eksporterów.

Choć II Rzeczpospolita należała do grupy najbiedniejszych krajów europejskich, to szczyciła się posiadaniem najbardziej postępowego ustawodawstwa socjalnego, co zwiększało opodatkowanie pracy. Władze z dumą podkreślały, że w sferze ubezpieczeń społecznych świat powinien wzorować się na Polsce. Tymczasem okazało się, iż nasz system socjalny był bardzo kosztowny, a administracja pochłaniała krocie – w 1932 r. statystyki wykazały, że koszty funkcjonowania Kas Chorych na głowę ubezpieczonego Francuza w jego rocznych dochodach stanowiły 0,34%, Brytyjczyka – 1,84%, Niemca – 2,47%, Węgra – 2,98%, Czecha i Słowaka – 4,5%, Austriaka – 5,76%, Polska – aż 9,46%! Panaceum na tę bolączkę miał być system komisaryczny w Kasach Chorych, który jednak wcale nie doprowadził do zmniejszenia kosztów administracyjnych; wręcz przeciwnie – wydatki wzrosły: w 1928 r. na urzędasów wydano 13,4% ze składek ubezpieczonych, a w 1933 – 19,3%!

Wobec tego władze zdecydowały się na uchwalenie tzw. ustawy scaleniowej ubezpieczeń społecznych w 1933 r., co oznaczało, że sferę ubezpieczeń społecznych całkowicie podporządkowano państwu, sanacyjnym władzom, pozbawiając ubezpieczonego wpływu na zarządzanie instytucjami ubezpieczeniowymi, a w zasadzie od 1934 jedną instytucją – Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Koszty administracyjne, wbrew zapowiedziom, nie malały lecz rosły, np. w ubezpieczeniach emerytalnych pracowników umysłowych zwiększyły się z 5,2% w 1933 r. do 7% w 1934, a w Ubezpieczalniach Społecznych (Kasy Chorych przekształcono w Ubezpieczalnie Społeczne w 1933 r.) skoczyły w 1934 r. do ok. 30%!

Sanacja przejmując przedsiębiorstwa prywatne często szermowała hasłem samarytanizmu. Mianem samarytanizmu gospodarczego określano w Polsce międzywojennej przejmowanie przez państwo upadających przedsiębiorstw prywatnych. Zwolennicy samarytanizmu podkreślali, że państwo przejmując upadające zakłady prywatne czyni tak ze względów społecznych i gospodarczych. Dzięki samarytanizmowi nie likwiduje się miejsc pracy. Pracownicy oraz ich rodziny mają źródło utrzymania i nie muszą korzystać z pomocy socjalnej. Stopa bezrobocia nie ulega powiększeniu, a nastroje społeczne nie ulegają radykalizacji. I takich właśnie argumentów używał rząd, kiedy pomagał będącym w poważnych tarapatach Zjednoczonym Zakładom Włókienniczym K. Scheiblera i L. Grohmana S.A. w Łodzi.

Działalność zakładów w ciągu tych trzech lat (1930-1933) otrzymywania pomocy państwowej, wyrządziła w przemyśle włókienniczym, głównie w samej Łodzi, mnóstwo szkód. Chcąc wyciąć konkurencję, Scheibler i Grohman stosowali „ramsze”, czyli sprzedawali poniżej kosztów wytwarzania. Miało to druzgocący wpływ na rynek włókienniczy, gdyż „ramsze” obniżyły ogólny poziom cen, nie tylko poniżej kosztów produkcji Scheiblera, ale także poniżej kosztów produkcji wszystkich wytwórców. Łódź ogarnęła plaga upadłości, i właśnie wtedy powstało powiedzenie: „Scheibler i Grohman położyli pół Łodzi”. Charakterystyczne, że sanacja pomagając Scheiblerowi i Grohmanowi, przekazując fabryce ciężkie miliony zabrane polskim podatnikom, miała usta pełne frazesów o ratowaniu kilku tysięcy miejsc pracy. Owszem uratowano je, lecz przy okazji w wyniku nieuczciwej konkurencji stosowanej przez Scheiblera i Grohmana, pracę straciło ok. 20 tys. osób!

Sławomir Suchodolski

Są to obszerne fragmenty referatu, jaki autor wygłosił podczas konferencji „Piłsudski i sanacja – prawda i mity”, jaka odbyła się w Warszawie 12 maja 2018 roku. Całość została opublikowana w w książce pod tym samym tytułem (Centrum Edukacji i Rozwoju im. bpa Kajetana Sołtyka)
Myśl Polska, nr 37-38 (9-16.09.2018)

Reisefieber, czyli pomysł na zwiedzanie świata

0

Generalskaja doczka

(fragment najnowszej książki Jana M Fijora, zatytułowanej Reisefieber, Fijorr Publishing, Warszawa, 2018)

Księdza Bruno Rychłowskiego poznałem, gdy miał już solidnie po 80.tce, z czego ponad 60 lat spędzonych w Santiago. Zmarł w Chile 5 maja 2001 roku, w wieku blisko 90 lat

Urodził się w 1911 roku pod Krakowem.  W wieku 17 lat wstąpił do Salezjanów, a rok później, tuż po złożeniu ślubów zakonnych, wybrał się na miejsce swoich misji do Chile. Spędził tam całe  dorosłe życie. Tam stał się kapłanem, filozofem i nauczycielem. Był człowiekiem powszechnie w Chile znanym. Drugim po Domeyce rodakiem, który dostąpił zaszczytu przyznania mu obywatelstwa na wniosek parlamentu. W 1963 roku został rektorem Polskiej Misji Katolickiej, a w półwiecze swego pobytu, w 1978 roku, w uznaniu zasług w krzewieniu edukacji, oświaty, a zwłaszcza filozofii otrzymał honorowe i formalne obywatelstwo Chile. Był przez wiele lat profesorem filozofii uniwersytety katolickiego w Santiago. Dzięki cotygodniowym publikacjom swoich felietonów i esejów w dzienniku La Nacion, twierdzi Jose Pińera, wybitny ekonomista chilijski, był bez wątpienia najbardziej znanym filozofem w Chile.

W niedzielę, dwa dni po spotkaniu z córką generała, poszedłem do kościoła Polskiej Misji Katolickiej na Mszę św. Poszedłbym tam nawet, gdyby nie ks. Rychłowski. Lubię polskie parafie  emigracyjne. Odwiedzam je z sentymentem i zaciekawieniem. Znam dobrze kościółek na ulicy Mansilla w Buenos Aires, ośrodek w „Maciaszkowie” w Martin Coronado w Argentynie, kościółek na Botafogo w Rio de Janeiro i w Kurytybie, polski kościół na „Murzynowie” w Saint Louis, w stanie Missouri, kaplicę jezuitów na Avers w Chicago, parafię św. Stanisława B.M. w Rzymie, czy św. Krzyża w Southampton w UK. Poznałem w nich egzotycznych ludzi, dowiadywałem się ciekawych historii, jest przy tym okazja poprosić Boga o powodzenie czy to na emigracji czy w podróży.

W Madrycie, dzięki życzliwości rektora tamtejszego kapelana Polonii, nieżyjącego już, ks. Mariana Walorka, w polskim kościółku misyjnym przy Nicasio Gallego 22 poznałem małżonkę ostatniego pretendenta do tronu rumuńskiego, Michała; na Mansilla, żonę generała Andersa, przyjaciół Gombrowicza: Helenę Grodzicką, Alejandro Rusovicha czy Mariano Betelu, Jana Szychowskiego jednego z najbogatszych Polaków w Argentynie, na Botafogo zaś księcia Romana Sanguszkę, oraz ówczesną dyrektor Opery w Rio de Janeiro, Natę Nieć, pisarza, Teda Szulza, rodzinę pułkownika Stanisława Trelli, bohatera II Korpusu, inżyniera Zygmunta Kicińskiego, który elektryfikował Patagonię, a na Callao w Santiago de Chile spowiednika gen. Pinocheta, Bruno Rychłowskiego oraz Andrzeja Białousa, „kapitana Jerzego”, dowódcę batalionu Zośka.

Po mszy podszedłem do księdza rektora Rychłowskiego, przedstawiłem się, że jestem polskim dziennikarzem i szukam na antypodach śladów polskości. Lepiej nie mogłeś trafić, powiedział, zapraszając mnie do swego mieszkanka nad kaplicą. Posadził mnie między stertą książek a wieżą manuskryptów, zrobił herbatę i zamiast opowiadać spytał, co słychać w Polsce. Dziwni są ci Polacy na wychodźstwie. Im w większej głuszy żyją, im dłużej w Polsce nie byli, tym bardziej za nią tęsknią. Pamiętam pana Maurycego Schelembauma, który w chwili wyjazdu z Polski, w 1935 roku, miał 9 lat, gdy go spotkałem 50 lat później w La Paz kazał sobie opowiadać ze szczegółami o tym, jak dzisiaj wygląda rynek w jego rodzinnym Przeworsku. Nie mógł pojąć, jak ja, dziennikarz i Polak z Polski mogłem przeżyć tyle lat nie będąc nigdy w życiu w Przeworsku.

Można sobie wyobrazić ciekawość księdza Rychłowskiego, który, gdy go wtedy spotkałem w Santiago, obchodził 56 rocznicę pobytu w Chile. Zresztą ja też już byłem na emigracji 10 lat. Nie wiedziałem, co się dzieje w Alwerni. Nie znałem odpowiedzi na pytanie, czy przebudowano Drogę Krzyżową w Kalwarii, a także jak się miewa W., o którym nawet nie słyszałem. Rozmowa nam się wyraźnie nie kleiła, bałem się, że zaraz powiem coś, za co mnie ksiądz rektor wyprosi i do generała się nie dostanę. Próbowałem go zachęcić do opowiadania o sobie, ale wyraźnie nie miał ochoty, w końcu rzutem na taśmę spytałem:

– Jakie było księdza stanowisko wobec reżymu generała Pinocheta?

Spojrzał na mnie chłodno, jakby badając moje intencje i odrzekł:

– A jakie miało być? Znaliśmy się od lat. Byłem jego spowiednikiem od 1963 roku, odkąd objął w Santiago posadę dyrektora Akademii Wojskowej. Chrzciłem jego dzieci, udzielałem im sakramentów małżeństwa. Byliśmy przyjaciółmi. Budynek, w którym mieści się siedziba Polskiej Misji Katolickiej w Chile, właśnie ten, w którym teraz siedzimy zbudowany został za pieniądze jego rodziny i przyjaciół. To zacny człowiek, wielki patriota…

– Czy mogę go spotkać? Porozmawiać z nim, Czy ksiądz może mi w tym pomóc?

– Ależ, oczywiście. Dlaczego od razu nie mówiłeś. Zaraz zadzwonię do córki…- ożywił się.

– Czy chodzi o Lucię?

– Tak…

– Już z nią rozmawiałem…– bąknąłem, ale ksiądz Rychłowski nie usłyszał. Wyszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie znajdował się telefon. Wrócił po 10 minutach uśmiechnięty, ożywiony.

– Załatwione – rzucił – Za chwilę Lucia zadzwoni i powie, kiedy możesz się z ojcem widzieć. Poczułem na skórze rozkoszny dreszcz dobrze załatwionej sprawy. A jednocześnie lęk przed spotkaniem z Pinochetem. Propaganda z czasów peerelu zrobiła swoje. Mimo ciepłej rekomendacji od ks. Rychłowskiego trudno mi było wykrzesać w sobie choć odrobinę  obiektywizmu, nie mówiąc o optymizmie. Co będzie, jeśli mnie generał wyrzuci? Co ja o nim wiem? To, że nie lubił się z czerwonym, że niszczył komunę nie znaczy przecież, że jest szlachetnym człowiekiem. Co prawda, opinia księdza Bruno rozjaśniła nieco obraz generała, ale  przecież i on nie był obiektywny. Czułem jednak, że to nie będzie łatwa rozmowa. Podobało mi się, to co Pinochet zrobił dla Chile, szukałem jednak całej prawdy, a ta mogła być dla mojego rozmówcy niewygodna. Tak mi się przy najmniej wydawało.

Pamiętałem, na przykład, co mi w 1978 roku opowiadał o juncie chilijskiej Enrique, pilot chilijskich sił zbrojnych, którego poznałem w Argentynie. Enrique był uchodźcą, nie ukrywał swoich lewicowych przekonań, ale kto wtedy nie był pod Krzyżem Południa rewolucjonistą.      Poznałem w Ameryce Łacińskiej ludzi z establishmentu, których sam bym chętnie rozwalił. Gdy, w1988 roku zostałem aresztowany w Peru pod zarzutem szpiegostwa, nie skazali mnie lewacy, tylko porządny, konserwatywny rząd, któremu rzekomo nie podobał się mój polski paszport, a w rzeczywistości chciało im się moich zielonych banknotów. Minister Larco był zagorzałym katolikiem, przeklinał bezbożnika, Fidela Castro, ale po nasze pieniądze wyciągał rękę bez skrupułów, mimo, iż byliśmy gośćmi jego przyjaciela, Zakrzewskiego i rodakami Jana Pawła II. To bydło nie ludzie. Albo Ignacio Rez, przedsiębiorca budowlany z La Paz, który w klubie Circulo Israelita chwalił się, że ma na sumieniu śmierć kilkorga dzieci, które – swołocz! – na zapleczu magazynu jego firmy, urządziły sobie ognisko („żeby się ogrzać” – skomentował ochroniarz Ignacia). To, że Seńor Rez chodzi na co dzień z bronią gotową do strzału nie wynika z obawy przed nieletnimi piromanami, lecz dlatego, iż boi się żeby go nie zastrzelił jakiś porywczy narcotraficante, od którego – właśnie za pośrednictwem kilkunastoletnich chłopców – kupuje „kuka mati”, czyli surowiec do produkcji kokainy.

Gdybym nosił przy sobie nóż, to by mi się on sam w kieszeni otworzył, gdy poznałem Oscara, właściciela kilkuset tysięcy hektarów ziemi w brazylijskiej Mato Grosso, którą jego dziadek kupił od campesinos za jakieś śmieszne grosze, obiecując im pracę i prawo do uprawy jego ziemi, po czym wypędził ich pod groźbą kulki i cały obszar obsadził lasem z drzew babau i gajami palmares. Oscar, gdy go poznałem w Sao Paulo miał blisko 50.tki i nigdy majątku odziedziczonego po dziadku nie widział. Nie przeszkadzało mu to kasować za wyrąb lasu 300 tysięcy reali rocznie, w owym, czasie prawie 200 tysięcy dolarów. Każdego, kto zarabiał od niego mniej, lub pracował więcej nazywał Oscar „bobo” (kretynem) albo „puto”(pedałem).

Arogancja klas rządzących w większości krajów Ameryki Łacińskiej może budzić obrzydzenie. Augusto Pinochet w peerelowskich mediach identyfikowany był z sitwą feudalną, dla której odsunął od władzy, miłującego sprawiedliwość, prezydenta Salvadora Allende, mordując przy okazji miliony niewinnych robotników i chłopów Chile. Taką gębę przyprawiły Pinochetowi komunistyczne media. I chociaż od czasu puczu z września 1973 minęło ponad 40 lat, komuna rządzi już tylko w Korei Północnej, w Wietnamie i na Kubie, Pinochet wciąż uchodzi za mordercę i dyktatora, a Fidel Castro stawiany jest przez amerykańskich intelektualistów za wzór do naśladowania. Nikt z zachodniego mainstreamu nie zadał sonie trudu poznać prawdy o mordercy narodu, za którego duszę konstytucyjna większość Chilijczyków nadal się modli.

Mimo iż czułem, że prawda o juncie Pinocheta i jej zbrodniach jest bardziej skomplikowana niż to co pisał w Trybunie Ludu redaktor Marzec, a po powrocie z placówki w Santiago, opowiadał ambasador – redaktor Daniel Passent, korciło mnie, żeby temu sztywnemu generałowi o pokerowej twarzy dowalić.

– Pytał pan o moją opinię na temat Pinocheta – przerwał me rozmyślania głos księdza rektora, kładącego mi swą chudą, żylastą rękę na ramieniu. Moim zdaniem – westchnął – to porządny, odważny, może trochę pechowy człowiek. Spotka go pan, i sam wyrobi sobie zdanie na jego temat…Niech go pan pyta. On się trudnych pytań nie boi. On ich wręcz potrzebuje

Następnego dnia, Andrzej Zabłocki, szef szwedzkiej filii, Atlas Copco, lider miejscowej Polonii, przedstawił mi lokalnych Polaków. Pojechaliśmy do Valparaiso, miasta, o którym w dzieciństwie śniłem, a którego wielkość i sława głównego portu na drodze między Azją a Europą zgasła wraz z budową Kanału Panamskiego. W portowej knajpeczce zjedliśmy soczystą ośmiornicę, wypili vino chileno i wrócili do hotelu. Nazajutrz rano miał po mnie przyjechać generalski samochód i zabrał mnie do klubu oficerskiego, w którym Generał Pinochet, dwa razy w tygodniu, spożywa śniadanie. Oznajmiono mi, że Pan Generał ma dla mnie tylko 20 minut, więc aby nie marnować czasu, spisałem na kartce kilka prostych pytań i przesłałem je wieczorem faksem do córki Lucii.

Zobacz również:

Zobacz również: