Jak się bronić (3)

0

Jak się bronić (3)

W tym odcinku wyjaśniam jak przechowywać dane ewidencyjne, aby można było kontynuować działalność firmy nawet wtedy, gdy urząd zaplombuje nam szafy z dokumentacją księgową, zagarnie nasze twarde dyski i inną newralgiczną dokumentację.

Tajna kancelaria ewidencji działalności

Chroniąc majątek i dokumenty firmy, zapobiegamy jej likwidacji. Bez firmy trudno nam się bronić, tym bardziej, że koszty takie j obrony są gigantyczne.

Przede wszystkim pamiętajmy aby na twardych dyskach naszych komputerów nie było danych dotyczących naszej firmy. W prawidłowo prowadzonym systemie, to nie my, lecz biuro rachunkowe odpowiada za składanie deklaracji podatkowej. Pamiętajmy, aby ta uwaga znalazła się w umowie między naszą firmą a biurem rachunkowym. Pozostałe zapisy z twardych dysków powinny zostać skopiowane na CD, lub innych nośnikach na\danych i przechowane w tajnej kancelarii. Naszym podstawowym obowiązkiem jest w tym przypadku tak strzec dokumentacji i zapisów na dyskach czy dyskietkach, aby bez naszej wiedzy i zgody nie dostały się w ręce kontrolerów lub policji. W tym celu musimy mieć pełną kontrolę nad tym, co tym ludziom udostępniamy. Pamiętamy bowiem, że głównym celem kontroli, czy to skarbowej czy jakiejś innej nie jest poznanie prawdy materialnej, lecz wykrycie „czegoś, czegokolwiek”, słowem, znalezienie haka na nas. Nawet gdyby ten hak okazał się później nic nie znaczącą bzdurą. Zanim to wyjaśnimy, oni otrzymają premie i nagrody, pod czas gdy nasza firma może zostać zmuszona do likwidacji.

Uwaga:

  Właściwie przechowywane i ewidencjonowane dokumenty o działalności firmy są warunkiem bezpiecznego zarządzania firmą.

Dokumentacja działalności firmy nie powinna być przechowywana w całości w jednym miejscu. Na pewno oddzielnie powinna być przechowywana dokumentacja księgowo-finansowa, na podstawie której sporządzane są deklaracje podatkowe. (O tym, co powinna zawierać dokumentacja oficjalna i jak należy ją przechowywać piszę w następnym podrozdziale). Jeżeli firma prowadzi pełną księgowość, oddzielnie powinno się prowadzić kasę firmy.

Dokumentacja i ewidencja zatrudnienia, czy też dokumenty związane z zabezpieczeniem społecznym, też powinny być prowadzona oddzielnie. Oddzielnej lokalizacji wymagają także: dokumentacja działalności firmy tzn. kosztorysy, protokoły, dokumentacje technologiczne, organizacyjne, umowy handlowe, opinie biegłych prawników, rewidentów itp. Ze względu na bezpieczeństwo firmy, powyższa dokumentacja merytoryczna, powinna być przechowywana w poufnym pomieszczeniu, do którego dostęp ma jedynie jej prezes i/lub właściciel firmy. Wskazane jest, aby kancelaria ta była zakonspirowana, to znaczy, by nikt, nawet spośród pracowników firmy, nie wiedział, gdzie się ona znajduje. Zakonspirowanie  kancelarii, w której przechowywane są dokumenty ilustrujące tajemnicę firmy, w tym również tajemnicę handlową – zapobiega wielu przyszłym kłopotom. Z jednej strony, uniemożliwia ono przeciek tajemnicy handlowej do konkurencji, z drugiej zaś  zapobiega ewentualnej dewastacji firmy. Nie muszę chyba wyjaśniać, że zajęcie dokumentacji – czy to uzasadnione, czy nie – prowadzi do unicestwienia firmy.

Nierzadko bowiem, kontrolerzy lub inne władze, z zupełnie błahego powodu, na skutek niekompetencji w sprawach gospodarczych czy nawet przez zwykłą złośliwość „zabezpieczają” dokumentację firmy, utrudniając czy wręcz uniemożliwiając jej dalszą działalność, co z reguły prowadzi do jej upadłości.

Zarząd firmy lub upoważniony przezeń pełnomocnik musi mieć zawsze czas, by – jeśli uzna to za konieczne – dokumentację czy konkretny dokument przechowywany w tajnej, zakonspirowanej kancelarii, kontrolerom udostępnić. Wiele kryzysów firmy ma miejsce wówczas, gdy jest ona znienacka zaskakiwana przez organa ścigania czy urząd skarbowy. Temu zaskoczeniu można zapobiec, chociażby poprzez uniemożliwienie  kontrolerom dostępu do dokumentów, do których nie powinni mieć dostępu. Co więcej, skuteczna obrona w sądowym procesie odwoławczym wymaga dysponowania dokumentami, które są znane tylko nam. Ujawnienie ich przed przystąpieniem do obrony osłabia nasze szanse powodzenia. Posiadając konkretny dokument tylko dla siebie, nie pozwolimy aby aparat finansowy czy organa ścigania miały okazję do sporządzenia jego nieprawidłowej i niezgodnej z prawem interpretacji i przedstawieniu jej chociażby w formie aktu oskarżenia niekompetentnemu czy stronniczemu sędziemu. Posiadając  wyłączny dostęp do konkretnego dokumentu możemy go w razie potrzeby uzupełnić, wyposażyć w opinię biegłego i przedstawić sądowi we właściwym – z naszego punktu widzenia – momencie.

Nie ten winny, kto…niewinny

Proponowane przeze mnie  rozwiązanie w postaci tajnej kancelarii i oddzielnego przechowywanie dokumentacji merytorycznej jest odpowiedzią na patologię istniejącego systemu, gdy organy władzy zabezpieczają lub zajmują dokumenty bez potrzeby, „na wyrost”, a ich jedynym uzasadnieniem jest przywilej udzielony im z tytułu chorych ustaw.

Kodeks karno-skarbowym zobowiązuje nas jedynie do udostępnienia dokumentacji księgowej, związanej z deklaracjami podatkowymi. Nieudostępnienie jej naraża nas na postępowanie karno-skarbowe i wysoką grzywnę sądową, sięgającą nawet kilkudziesięciu tysięcy zł. W postępowaniu karnym nie mamy obowiązku przedstawiać żadnych dokumentów, nawet tych, które chcemy użyć we własnej obronie. Możemy więc śmiało zachować je do ewentualnego okazania dopiero przed sądem.

Radzę więc zabezpieczać istotne dokumenty i informacje związane z naszą działalnością biznesową, nawet wtedy gdy uważamy, że prowadzimy ją całkowicie rzetelnie i prawidłowo.

Nie ten jest bowiem winny, kto popełnił przestępstwo gospodarcze, ale ten komu się je udowodni.

Bardzo istotne jest zabezpieczenie wszelkich notatek i kalendarzy spotkań, również tych znajdujących się w komputerze. Moim zdaniem prowadzenie kalendarza ze szczegółowymi zapisami jest nie tylko zbędne, ale może być też szkodliwe. Jeśli jednak ktoś jest do tego zmuszony, niech go prowadzi tak, by nie dostał się on w niepowołane ręce. Najlepiej jest prowadzić notatki na luźnych kartkach czy na dysku komputera/smartfona i przechowywać je w tajnej kancelarii. Dobrze jest mieć na swój użytek szyfr,  przynajmniej w odniesieniu do liczb. Aparat kontroli, działający – jak pamiętamy – z pozycji siły, nie musi być zorientowany w naszym życiu prywatnym; z kim się spotykamy, co robimy i kiedy – to są nasze sprawy osobiste. Nikt nie może nas zmusić do ich ujawnienia.

Zwracam tu uwagę na konieczność przechowywania dokumentacji merytorycznej, stanowiącej tajemnicę handlową, ściśle wg moich wskazówek.

Uwaga:

Atak na nas lub na naszą firmę może nastąpić znienacka, do tego z najmniej spodziewanej strony. Czasem jego powodem może być bezmyślne, złośliwe pomówienie, innym razem zawiść konkurenta. Akcja urzędów skarbowych bywa niekiedy inicjowana pod wpływem zwykłego przypadku lub nieporozumienia. Jeśli nie zabezpieczymy dokumentacji należycie, możemy się jej łatwo pozbyć.

Przestrzegając moich wskazówek, to my, a nie nasi wrogowie, stajemy się moderatorami własnej obrony lub postępowania odwoławczego. Od blisko 30 lat zajmuję się biznesem. Przeżyłem w tym czasie wiele kontroli skarbowych a także trzy postępowania karne, jednakże jak dotąd nie przegrałem żadnej sprawy ani nie straciłem jakiegoś znacznego majątku[1]. Zawsze bowiem pamiętam o tym, że moi wrogowie z urzędu skarbowego czy organów ścigania, każdy dokument jaki im wpadnie w ręce, wykorzystają na moją niekorzyść. Ponieważ jednak są to ludzie dość przeciętnej inteligencji, a w sprawach gospodarczych, brak im często wiedzy i kompetencji, bez klarownej i niepodważalnej ewidencji nie są w stanie sprawy wygrać. W procesach gospodarczych, dowody w postaci zeznań świadków czy donosicieli mogą być łatwo podważone, zwłaszcza, gdy możemy się w tym celu posłużyć konkretną dokumentacją,  uzupełnioną na  dodatek opinią biegłych.

Zwracam jednak uwagę, że chociaż eksperci, biegli i sami biznesmeni są z reguły bardziej  kompetentni od urzędników zatrudnionych w organach państwowych, bez dowodów w ręku sobie nie poradzą. Zajęcia dokumentacji przez organa skarbowe, to najprostszy sposób na ich zwycięstwo.

Uwaga:

 Pamiętajmy, że o sposobie czy miejscu przechowywania ewidencji, dokumentacji nie wolno nam informować ani radców prawych, ani adwokatów. Ludzie ci, ze względu na specyfikę swojej pracy (na pograniczu dobra i zła) nie zawsze umieją i chcą dotrzymać tajemnicy. I to pomimo, że zmusza ich do tego status ludzi „zaufania publicznego”.

Szczególnie niepożądane jest udzielanie zbyt szczegółowych informacji adwokatom. Nie ujmując niczego ich kwalifikacjom formalno – prawnym, w kwestiach merytorycznych,  zwłaszcza w sprawach gospodarczych ich wiedza nadal pozostawia wiele do życzenia. Z tego względu, w swych działaniach ograniczają się do obrony taktycznej, opierającej się na rutynie i kwestiach „technicznych”.

Mając w ręku atuty w postaci konkretnej dokumentacji możemy nie tylko prowadzić skuteczną obronę, ale i zaatakować naszych prześladowców. Atak jest, jak wiadomo, najlepszą formą obrony. Jeżeli jesteśmy w posiadaniu realnych dowodów, a oskarżenie stawia nam zarzuty oparte na podejrzeniach, fragmentarycznych poszlakach, lub tendencyjnych ustaleniach, łatwo będzie je można zdyskwalifikować, co jest już połową wygranej. Druga połowa, to nasza satysfakcja. I chociaż gorycz porażki i mściwość to uczucia głęboko ludzkie, każde starcie z urzędem, z którego wyszliśmy zwycięsko, poprawia naszą reputację, także w oczach urzędników.

Uwaga:

W trakcie postępowania karnego czy karno-skarbowego musimy liczyć wyłącznie na siebie. Ludzie uwikłani w naszą sprawę równie energicznie, co my, walczą o swój byt. W panice czy ze strachu gotowi są – dla świętego spokoju – poświęcić najgłębsze nawet zasady, w tym także elementarną przyzwoitość. Dlatego polegajmy na zakonspirowanej dokumentacji!

Cdn.

Leszek Szlachcic

[1] W 2015 roku, na dwa lata przed swą śmiercią 4 lipca 2017 roku, Leszek Szlachcic, mężczyzna w wieku 80 lat, został postawiony w stan oskarżenia pod całkowicie dętym pretekstem. Mimo to aparat skarbowy w trakcie tzw. śledztwa zajął na poczet kar i grzywien jego majątek wielomilionowej wartości. Niedługo przed śmiercią zastaw został zwolniony z braku dowodów, a on sam uniewinniony. Nie ulega kwestii, że postępowanie to przyspieszyło śmierć autora powyższych rad.

Jak się bronić (2)

0

Skutecznym narzędziem samoobrony przed opresyjnością władz  skarbowych, oraz organów ściągania są firmy sekretarskie. Oto kilka porad, jak ich używać…

Sekrety firm sekretarskich

Firmy sekretarskie powstały przed laty w Stanach Zjednoczonych, zyskując sobie od początku dużą popularność i zasadnicze miejsce na rynku. Pełnią tam jednak inną rolę niż ta, o której mówimy w kontekście Polski. W USA firmy te służą pomocą przy rozkręcaniu interesów i ułatwianiu nowopowstałym przedsiębiorstwom wejścia na szeroki rynek. Początkujący przedsiębiorca, nawet jeśli posiada dobry i ciekawy pomysł na biznes, rzadko kiedy może sobie pozwolić na stworzenie eksponowanej siedziby w renomowanej okolicy czy w atrakcyjnym centrum biurowym. Dlatego chętnie zleca usługi sekretarskie firmie zewnętrznej, obsługującej pod jednym takim atrakcyjnym adresem wiele innych podmiotów gospodarczych, obniżając w ten sposób koszty rozruchu ich własnego biznesu. Stąd, gros amerykańskich firm sekretarskich lokalizuje swoje biura właśnie w wysoce eksponowanych, atrakcyjnych  dzielnicach handlowych czy usługowych.

W Polsce rola takich firm[1] mogłaby być również taka, lecz ja podsuwam na razie pomysł innych firm sekretarskich. Moja propozycja sprowadza się do tego, aby firma sekretarska spełniała rolę wyłącznie siedziby naszej firmy, bez wchodzenia w sprawy handlowe i promowania pomysłów na organizowanie biznesu. Polska firma sekretarska spełniająca jedynie rolę siedziby („adresu”) naszej firmy, ogranicza dostęp do niej kontrolerom skarbowych i organom ścigania, kupując jej właścicielowi czas na przygotowanie się do ewentualnego natarcia. Stąd siedziba takiej firmy sekretarskiej nie musi być wcale zlokalizowana w reprezentacyjnej dzielnicy handlowej, nie musi nawet posiadać okazałego biura. Ważne jest jednak, aby siedziba firmy sekretarskiej zlokalizowana była na terenie podległym liberalnemu urzędowi skarbowemu, którego urzędnicy i kontrolerzy są znani z  życzliwości wobec przedsiębiorczości.

Takie firmy sekretarskie mogą być znakomitym miejscem zatrudnienia emerytów czy rencistów, którzy w swoich mieszkaniach czy domach mogą przecież wydzielić pokoik na biuro jednej, lub kilku firm. Pokoje takie powinny posiadać możliwość zainstalowania Internetu, faksu, automatycznej sekretarki oraz być obsługiwane przez ludzi, którym można przekazać ograniczone uprawnienia np. prawo posługiwania się pieczątką firmy. Pracownicy ci powinni być zaufani, by skrupulatnie przestrzegać przekazanych im instrukcji oraz prawidłowej obsługi siedziby firmy. Nic poza tym. Sprowadza się to do roli pełnionej zwykle przez portierów czy strażników na bramie.

Ze względu na wyjątkowe rozbudowany aparat skarbowy i wyjątkowo  liczne[2] kontrole – potrzeba tworzenia proponowanych przeze mnie firm sekretarskich powinna znacznie wzrosnąć. I tak się dzieje, o czym można się przekonać po analizie wpisów i ogłoszeń na FB, allegro, czy tp. (Mimo iż nie wszystkie one organizowane są w formie, na jaką ja zwracam uwagę). Tym bardziej, że taka firma sekretarska jest tania[3] i prosta w  obsłudze. Dałoby to dodatkowy zarobek emerytom i rencistom, których często nie stać nawet na  podstawowe opłaty świadczeń czy abonament telefoniczny.

Konstrukcja firmy sekretarskiej

Postulowana firma sekretarska powinna ograniczać się do:

– posiadania adresu oficjalnej siedziby firmy;

– powinna być zarejestrowana w formie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością,

– albo spółka akcyjnej;

– odbierania i wysyłania poczty;

– odbierania faksów i wiadomości zapisanych na automatyczną sekretarce.

Warunkiem skutecznej ochrony naszego majątku osobistego przy pomocy wirtualnego biura jest prowadzenie działalności gospodarczej na podstawie wpisu imiennego lub, w spółce cywilnej, a wymogiem tego jest, niestety, posiadanie zameldowania na terenie działania firmy sekretarskiej. Co nie znaczy, że musimy mieszkać tam, gdzie jesteśmy zameldowani.

Idealna firma sekretarska to taka, która obsługuje tylko jedną, naszą firmę. z tym, że ideałów – jak wiadomo – raczej nie ma. Takie biuro byłoby bezpieczne, ale jednak bardzo kosztowne. Stąd siłą rzeczy musimy zgodzić się na działania kolektywne. Żeby nie miało to dla nas przykrych konsekwencji, powinniśmy domagać się prawa akceptacji (bądź nie akceptowania) klientów, jakich (prócz nas) firma obsługuje. I tak, nie powinniśmy godzić się na symbiozę z firmą, która jest dla nas konkurencyjna, ani z takimi, z którymi moglibyśmy wejść w konflikt. Ważne jest także, aby żaden z naszych sąsiadów nie był firmą, która skupia na sobie nadmierną uwagę służb skarbowych czy śledczych.  Chociażby tylko z tych powodów, warto przy wyborze firmy sekretarskiej zastrzec sobie prawo wyboru „sąsiedztwa”.

Popularyzowane na Śląsku określenie „biuro poza biurem”, w kontekście firm sekretarskich powinno brzmieć: ”biuro poza miejscem działalności firmy”. Nie ma też potrzeby ujednolicania firm sekretarskich wedle jakichś wzorców, czy podobieństwo np. w formie sieci, kooperatywy czy franszyzy. Tym, co powinno je łączyć, oddają coraz liczniejsze ogłoszenia  w Rzeczypospolitej, o treści: „dam biuro na siedzibę firmy” lub podobnej.

 Sądówki i wezwania urzędnicze.

Wiele osób uważa, że zignorowanie wezwania sądowego czy jakiegoś innego wezwania urzędowego to przecież żaden problem. Awizo zwykle nie podaje nadawcy, można więc udać nieświadomych. Pamiętajmy jednak, że zgodnie z absurdalnym, choć obowiązującym nadal prawem, zawiadomienie czy „sądówka uważane są za doręczone już w chwili, kiedy zostały one wysłane. Urząd skarbowy, sąd nie muszą otrzymać formalnego dowodu doręczenia w postaci zwrotki podpisanej przez adresata. Wysłane wezwanie, po upływie dwóch tygodni, uważane jest za formalnie doręczone. Moje bardzo bogate doświadczenie dowodzą, że „chowanie głowy w piasek” nic tu nie da. Co więcej, korespondencję, wezwania, sądówki należy odbierać chociażby po to, aby by się zorientować, kto i po co je do nas wysłał. Znając treść wezwania możemy  odpowiednio zareagować.

W celu zwiększenia pola manewru, czyli dla uniknięcia zaskoczenia, proponuję, aby korespondencję – właśnie wezwania i sądówki odbierała konkretna, upoważniona przez nas i zaufana, osoba. Daje nam to, w razie potrzeby, możliwość asekuracji. Przykładowo, możemy się wyłgać stwierdzeniem, że osobiście zawiadomienia nie otrzymaliśmy, bo „nasza zaufana osoba wyrzuciła je do kosza”; pomyliła się, uznała je za nieistotne lub nie chciała nas denerwować, bo akurat byliśmy niezdrowi. Każdy z tych przypadków traktowany jest przez sąd jako wystarczający do uznania, iż do doręczenie jednak nie doszło. Zeznanie takiej zaufanej osoby, może w razie czego, i to nawet przed sądem, uchronić nas od kłopotu lub grzywny.

Stąd, należyta organizacja „systemu” odbioru  korespondencji, wezwań czy sądówek jest w stanie zapewnić pole manewru i służyć obronie nawet wówczas, gdy sąd wydał już wyrok.

Uwaga:

 Jeżeli w swej naiwności sądzimy, że nasz biznes jest uczciwy, że prowadzimy go w sposób zgodny z prawem, a zatem jakakolwiek – wspomniana przez nas – asekuracja jest zbędna, bo przecież nie grozi nam żadna z opisanych przykrości, to jesteśmy w grubym błędzie.

Życie uczy, że to raczej łobuzom grzechy uchodzą na sucho. Ludzie naprawdę niewinni za swoją niewinność płacą frycowe. Nie dość, że w pewnych przypadkach można się znaleźć w kryminale za niewinność, to na dodatek bywają sploty okoliczności, które z najbardziej niewinnego człowieka uczynią winowajcę. Znani producenci komputerów, spółka JTT oraz Optimus SA popadli w tarapaty i splajtowali, gdyż ich władze uznały, że nie muszą się asekurować przed organami finansowymi czy ścigania.

Dlatego, dla dobra nas , naszych pracowników i rodzin przestańmy wierzyć w swoje dobre intencje, niewinność, czy w dobrą wolę władzy i zabezpieczajmy się w maksymalnie skuteczny sposób.

Cdn.

Leszek Szlachcic

 

 

[1] Zwanych także wirtualnym biurem.

[2] Zdaniem Tada Witkowicza, doświadczonego przedsiębiorcy (2 firmy na NASAQ) częstotliwość kontroli w Polsce jest co najmniej 8-10 razy większa niż w USA. Równocześnie, statystyki dowodzą, że w ciągu ostatnich 15 lat liczba kontroli w USA wzrosła 2-3 krotnie.

[3] Ceny notowane na FB w końcu maja zaczynały się od 31 zł za jedno wirtualne biuro.

Jak się bronić (1)

0

Zachęceni przez Czytelników bloga Milion Plus, przytaczamy fragmenty książki, zmarłego przed dwoma laty, Leszka Szlachcica p.t. Zasady bezpiecznego biznesu. Mimo iż napisana została kilkanaście lat temu, książka ta doskonale wpisuje się w ostatnie trendy systemowe, polegające na ograniczaniu wolności gospodarowania i nacjonalizacji firm prywatnych.

Kaci przedsiębiorczości

Każdy polski przedsiębiorca czy menedżer wie, że istnieją urzędy skarbowe, w pobliżu których prowadzenie działalności gospodarczej jest narażone na wyjątkowo liczne i tendencyjne kontrole skarbowe. W jednym z numerów tygodnika Wprost opisano działalność takich „katów przedsiębiorczości”. Z własnego doświadczenia wiem, że prowadzenie działalności gospodarczej w zasięgu operacji „kata”, zatrudnionego w urzędzie skarbowym jest nie tylko uciążliwe i kosztowne, ale wręcz niebezpieczne. Przedsiębiorca prowadzący działalność gospodarczą w rejonie podlegającym takim właśnie urzędom, zamiast koncentrować się na swojej działalności statutowej, ś produkcji towarów i usług i tworzeniu  majątku narodowego, zmuszony jest koncentrować się na permanentnej obsłudze kontroli skarbowych, tracąc w ten sposób czas, pieniądze i zdrowie.

Wprawdzie ostatnio, na skutek publikacji w prasie i protestów organizacji przedsiębiorców nastąpiła pewna poprawa w tym zakresie, daleko jednak do ustanowienia poprawnych stosunków między przedsiębiorcą, menedżerem a urzędem kontrolnym. Poprawa, o jakiej wspominam, dotyczy jedynie wyjątkowo brutalnych i bezwzględnych „katów przedsiębiorczości”.

Przykładowo, w myśl ostatnio ustanowionych przepisów i rozporządzeń, inspektorzy kontroli skarbowych nie mogą działać we własnym imieniu, a jedynie w imieniu naczelnika Urzędu Skarbowego lub dyrektora Izby Skarbowej. Ograniczono także ilość i częstotliwość kontroli. Pewne nadzieje można wiązać ze wspomnianą inicjatywą ustawodawczą posła Adama Szejnfelda z PO. Proponowana przezeń regulacja – w przypadku zaistnienia rażącej nieprawidłowości – zmusi przełożonych do interwencji, której rezultatem może być wysoka[1] kara pieniężna, a nawet uwięzienie. Optymizmem napawają także niektóre wyroki Naczelnego Sądu Administracyjnego (w składzie siedmiu sędziów), biorące przedsiębiorców w obronę. Stanowiąc wykładnię prawa, ograniczyły nieco samowolę rozpasanego aparatu władzy. Równie korzystne dla przedsiębiorców – choć tylko częściowo – są orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzające która interpretacja prawa dokonana przez urzędnika jest, a która nie jest zgodna z konstytucją. Do walki z bezprawiem i nadużyciami władzy włączył się również Rzecznik Praw Obywatelskich, który wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego m.in. z wnioskiem o zakaz egzekucji majątku w trakcie postępowania odwoławczego. Również NIK skrytykował działalność urzędów i urzędników skarbowych, a szczególnie metody wyłudzania przez nich  premii za bezpodstawne ustalanie „domiaru”, który następnie zostawał w postępowaniu sądowym uchylony. Wszystkie te poczynania idą w dobrym kierunku, jednakże ich pełna skuteczność zależeć będzie od zmian systemowych, eliminujących z aparatu władzy ludzi posługujących się bezprawiem lub uprzedzeniami, właśnie „katów” przedsiębiorczości.

Zanim to jednak nastąpi, należy chronić firmę i własne mienie, maksymalnie utrudniając organom ścigania działania tendencyjne czy naruszające prawo. Wymaga to odpowiedniego zorganizowania działalności, nawet jeśli do tej pory, na linii władza – przedsiębiorca, wszystko odbywało się bezproblemowo i bezboleśnie.

Zacznijmy od lokalizacji

Podstawowym mechanizmem ochronnym jest lokalizacja siedziby firmy na terenie Urzędu Skarbowego, o którym wiemy, że jest umiarkowany, nie jest tendencyjny czy, broń Boże, nie niszczy firm znajdujących się na swoim terenie. Przykładowo: warsztaty spółki ABC znajdują się w miejscowości X, a jej siedziba w miasteczku Y. Najprostszym rozwiązaniem są w takich przypadkach firmy sekretarskie. Właśnie w biurze takiej firmy sekretarskiej lokalizujemy formalną siedzibę (adres) naszej firmy.

Biuro naszej firmy zlokalizowane w firmy sekretarskiej powinno posiadać bardzo wąskie uprawnienia, ograniczające się do prowadzenia wyłącznie obsługi sekretarskiej t.j. przyjmowanie i wysyłanie poczty, obsługę telefonu/faksu, do którego powinny mieć dostęp jedynie urzędy. Nasi partnerzy biznesowi czy kontrahenci powinni dokładnie wiedzieć, gdzie znajduje się rzeczywiste biuro właściciela, przedsiębiorcy czy menadżera i gdzie jest prowadzona praktyczna działalność gospodarcza.

Lokalizacja działalności usługowej, handlowej i produkcyjnej firmy, poza formalną jej siedzibą, pozwala w razie kontroli na zdobycie dodatkowego czasu, niezbędnego do przygotowania się do niej. Unika się wtedy zaskoczenia, i towarzyszących mu objawów  paniki.

Uwaga:

 Z własnych doświadczeń, a także z informacji zdobytych od przyjaciół, znajomych, a także z mediów wiem, że należy za wszelką cenę unikać lokalizacji siedziby firmy w następujących urzędach skarbowych[2]:

  • w Krakowie;
  • Bielsku Białej;
  • Nowym Sączu;
  • Kielcach;
  • Rzeszowie,
  • We Wrocławiu;

  Najkorzystniej lokalizować siedzibę firmy w rejonach, w których działa duża ilość podmiotów gospodarczych. Takim właściwym miejscem jest np. Warszawa, Katowice, Poznań, a także Łódź, Opole i Olsztyn. W szczególnych przypadkach, poprzedzonych analizą, mogą być brane pod uwagę także gminy prowincjonalne, którym zależy na rozwoju przedsiębiorczości. Wskazówką może być tu opinia stowarzyszeń przedsiębiorców, Rady Biznesu, artykuły w mediach itp.

Poza siedzibą oficjalną powinna być prowadzona nie tylko działalność, lecz także – a może wręcz przede wszystkim –biuro zajmujące się ewidencją finansową działalności, czyli księgowość firmy. Najlepiej, jeśli księgowość prowadzona jest w ogóle poza firmą. Idealnym rozwiązaniem jest powierzenie jej w ręce wyspecjalizowanego biura rachunkowego, prowadzonego przez dyplomowanego księgowego z licencją. Umowa z biurem rachunkowym powinna być sformułowana precyzyjnie i m.in. upoważniać prowadzącego biuro rachunkowe, licencjonowanego księgowego, do samodzielnej obsługi kontroli skarbowych, kontroli ZUS oraz kontroli ze strony innych organów, odbywających się w oparciu o zgromadzoną dokumentację księgową i finansową. Dzięki takiemu upoważnieniu, frustrujący skądinąd, stresujący, a więc ryzykowny udział właściciela, przedsiębiorcy czy też prezesa zarządu nie będzie w czasie kontroli wymagany.

Przekazując dokumenty finansowe i księgowe do biura rachunkowego należy sporządzić ich skan, ksero, kopię komputerowe (back-up) i starannie je zabezpieczyć tak, by w razie jakichkolwiek zagrożeń można je było wykorzystać do własnej obrony lub do kontynuacji działalności np. wtedy, gdy kontrolerzy zablokują szafy w biurze rachunkowym lub zajmą naszą dokumentację.

Uwaga:

Odradzam przekazywanie do biura rachunkowego jakiejkolwiek dokumentacji merytorycznej, technicznej czy też organizacyjnej, a w szczególności takiej, która stanowi tajemnicę handlową firmy.

Wszelka dokumentacja merytoryczna o szczególnej wartości dla firmy musi być starannie ukryta w zakonspirowanej kancelarii. Dokumentacja ta może być udostępniona kontroli tylko wtedy, gdy właściciel, przedsiębiorca lub prezes uzna to za niezbędne. Pod tym względem należy być jednak niezwykle ostrożnym. Skorumpowane, lub niechlujne urzędy bywają źródłem wycieku informacji, mającej dla naszej działalności kapitalne znaczenie.

Każda firma powinna mieć tajną kancelarię starannie zakonspirowaną, dostępną tylko najbardziej zaufanym osobom. O kancelarii nie powinni wiedzieć ani pracownicy, ani współpracownicy. Jej istnienie jest jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic firmy. Ze względu na działający w Polsce wywiad gospodarczy a także możliwość inwigilacji przez policję kryminalną,  zwracam uwagę, że zanim udamy się do tajnej kancelarii, należy dokładnie sprawdzić czy aby nikt nas nie śledzi.

Leszek Szlachcic

[1] Ze względu na ciągle rosnącą tendencję do uszczelniania systemu fiskalnego, zmienia się wysokość kar i grzywien; są one coraz bardziej opresyjne. W niektórych przypadkach penalizacja za pomyłkę na fakturze  VAT przewyższa kary stosowane za…zabójstwo.

[2] Kryteria jakości pracy urzędów skarbowych są różne w zależności od tego, kto prowadzi ich klasyfikację. Tutaj podajemy urzędy, które w prywatnych rozmowach z przedsiębiorcami, jeszcze kilka lat temu cieszyły się najgorszą sławą. Każdemu, kto szuka lokalizacji dla swego interesu doradzam, aby przeprowadził własny ranking. Można się przy tym opierać na ilości głośnych spraw karno-skarbowych, ilości wadliwych decyzji i złym rozgłosie medialnym.

Rzadka okazja: zamieszkaj w Hiszpanii

0

Hiszpania, a konkretniej, jej obywatele, znajdują się od prawie 10 lat na liście najbardziej zagrożonych niewypłacalnością członków Unii Europejskiej. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele, głównie jednak nadmierne zadłużenie zbyt optymistycznym, żeby nie powiedzieć frywolnym  traktowaniem inwestowania w nieruchomości.

Na domiar złego, sektor nieruchomości – przynajmniej przez ostatnią dekadę socjalizmu (2008 – 2017) uznany został przez rządzących (najczęściej byli nimi socjaliści, którzy zwyciężyli też w wyborach przyspieszonych 2019 roku) za motor rozwoju gospodarczego Hiszpanii. Trudno dziwić się ludziom, że uwierzyli w cud gospodarczy i popełniali błędy (malinvestment) wierząc w złudzenie rozwoju gospodarczego napędzanego interwencjami rządu. W każdym razie, to oni jednak ponoszą dzisiaj konsekwencje swych zbyt naiwnych oczekiwań, których skutkiem jest m.in. kryzys na rynku nieruchomości, który od pewnego czasu się nasila. Mieszkania, domy będące zastawem kredytu – w sytuacji, gdy kredytobiorca się przeliczył i zaprzestał spłaty – przechodzą masowo na własność banków, które je kredytowały. Począwszy od 2017 roku ofiar przymusowych przejęć jest coraz więcej. Znacznie więcej niż jest ich w stanie wchłonąć rynek wewnętrzny, czyli sami Hiszpanie. Bowiem nieruchomości to tylko jeden z sektorów zagrożonych recesją. Podobnych obszarów jest więcej: dołujący przemysł samochodowy, maszynowy, czy rolnictwo pogarszają wypłacalność obywateli kraju. Jedyną dziedziną, która się wciąż dobrze trzyma jest właściwie turystyka i tu przechodzimy sedna.

Hiszpania jest krajem pięknym, o fascynującej tradycji, kulturze, architekturze, klimacie i obyczajach. Hiszpanie są miłymi i ciepłymi ludźmi, mają dobrą kuchnię, a koszty życia, w związku ze wspomnianymi powyżej kryzysami pozostają na stosunkowo niskim poziomie – porównywalnym z kosztami życia w Polsce. Dzięki tym wszystkim walorom, a także rozległej sieci połączeń lotniczych (z Polski lata doi Hiszpanii m.in. Wizzair i Ryanair) Hiszpania jest od lat mekką turystów z całego świata. Na liście najchętniej odwiedzanych krajów świata Hiszpania znajduje się w absolutnej czołówce, zaraz po Francji, z ponad 82 milionami turystów rocznie. Te miliony odwiedzających ten kraj przybyszów musi gdzieś mieszkać. A ponieważ hotele są dość drogie, modne stały się zwłaszcza apartamenty na wynajem terminowy. W niektórych rejonach i sezonach takich apartamentów brakuje. Oddawanie ich w najem, staje się siłą rzeczy bardzo opłacalne. Mimo uregulowania tej działalności przez rząd hiszpański fiskus nie jest zbytnio dokuczliwy. Rentowność wynajmu nieruchomości nierzadko przekracza 10 procent.

Dzięki przynależności do Unii Europejskiej, uzyskanie pozwolenia na osiedlenie się w Hiszpanii, prawa do pracy, kupna nieruchomości czy do działalności gospodarczej jest bajecznie łatwe. Zwłaszcza, że miejscowi nie garną się do przedsiębiorczości. Jednakże tym, co czyni ten kraj wyjątkowo atrakcyjnym akurat teraz są rekordowo niskie ceny nieruchomości. Rynek mieszkaniowy, zwłaszcza w rejonie Costa Blanca, Costa Brava czy innych południowych okręgach nadmorskich zalewany jest falami zbankrutowanych mieszkań, domów, hoteli, pensjonatów i innych  nieruchomości. Nie dość, że jest z czego wybierać, że ceny są naprawdę niskie (od 1500 do 4000 zł za 1 m kw.); że miejsce jest warte grzechu, miejscowe banki – podobnie jak cały system bankowy strefy euro – oferuje wyjątkowo tanie kredyty. Aby pozbyć się toksycznych aktywów i nie spaść w spiralę niewypłacalności, oprocentowanie kredytów hipotecznych oscyluje od 2,25 do 2,8 procenta zafiksowane na okres od 10 do 15 lat. Przy obecnej stopie inflacji oznacza to potanienie kosztów zakupu co najmniej o 15 – 20 procent.

W odpowiedzi na tak zachęcające okoliczności, Asbiro Investors Ltd postanowiło powołać do życia  hiszpański klub organizacji, Asbiro Investors Espańa. Jest on co prawda  w fazie organizacyjnej, wiadomo jednak, że na początek działać będzie w trójkącie Alicante – Gandia (siedziba rodu Borgiów) – Walencia –

dwie godziny problem na Majorkę. Klub chętnie pomoże wszystkim tym, którzy  zainteresowani są inwestowaniem lub osiedlaniem się w Hiszpanii. Nie ma jeszcze stałej siedziby, dlatego chętnych i zainteresowanych OKAZJĄ, jaką stanowi dzisiaj hiszpański rynek nieruchomości kierujemy na razie pod adresem: Menger@menger.pl lub telefonicznie pod numer: +48 600 745 945. Dowiecie się tam w jaki sposób znaleźć mieszkanie swego życia, jak je kupić, sfinansować, wyremontować, wynająć, czy sprzedać i co uczynić z zarobionymi na inwestycji pieniędzmi.

Posiadanie własnego pieda terre w Hiszpanii, to swego rodzaju  zabezpieczenie przed dalszym uszczelnianiem polskiego systemu podatkowego, oraz nadmiernym rozrostem państwa opiekuńczego. Taka nieruchomość nie tylko pomoże przeczekać w oczekiwaniu na zmianę trendu czy reżymu, pozwoli przy okazji na poznanie świata, a także nowych perspektyw finansowych i możliwości komercyjnych  w nowym kraju.

Jan M Fijor

FB: Asbiro Investors Ltd.

Drugi paszport (dokończenie)

0

Ucieczka od zniewolenia

Namawianie do opuszczanie własnej ojczyzny – napisał do mnie jeden z czytelników – jest sprzeczne z zasadami patriotyzmu. Nie powinien pan propagować takiego postępowania.

Nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić. Nikt nie ma prawa zmuszać kogoś, żeby żył w warunkach, które są dla niego szkodliwe, czy nawet trudne. To byłaby niewola, niewolnictwo. Analogicznie, patriotyzm nie jest formą posłuszeństwa wobec władzy! Każdy może mieszkać tam, gdzie chce i może. Konieczność opuszczenia  kraju rodzinnego nie jest dla nikogo decyzją łatwą. Nikt nie wyjeżdża z własnej ojczyzny li tylko dla przyjemności. Wyjazd taki wiąże się przeważnie z pojawieniem się okoliczności utrudniających normalne funkcjonowanie, wolne i dostatnie życie. Pamiętajmy też, że bieda, opresyjny system polityczny, czy przymus tzw. sprawiedliwości społecznej nie biorą się znikąd. Są one najczęściej efektem zgody społeczeństwa na politykę, która je stosuje. Obywatele mogą się cieszyć z co miesięcznego zasiłku socjalnego, nie wolno im jednak zapominać, że pieniądze na ten zasiłek pochodzą od innych obywateli. Zabieranie jednym – pod groźbą konfiskaty lub uwięzienia – i dawanie drugim, to działanie nie tylko niemoralne, ale i szkodliwe gospodarczo, wręcz kryminalne. Ci, którym się zabiera ,mają prawo się bronić. Wyjazd, ucieczka jest formą takiej obrony. Dochodzi do nich wtedy, gdy cierpienia wskutek z przebywania w źle rządzonym państwie ustępują korzyściom z pozostawania w nim.

Nawet wojna, która jest traktowana jako zrządzenie losu, bywa w dużym stopniu skutkiem polityki, w której władza nie dba o wolność obywateli. Wojnę można przewidzieć, a często nawet jej zapobiec, czego przykładem był los Danii w I wojnie światowej, czy Szwecji i Hiszpanii w czasie ostatniej wojny światowej.

Jeśli więc czujemy, że zostaliśmy przegłosowani przez rentierów i  darmozjadów, przez cwaniaków i oszustów, agresywnych nacjonalistów, populistów, czy socjalistów, to nie usprawiedliwiajmy się demokracji, i – jeśli nie mamy innego wyjścia – wyjeżdżajmy. Drugi paszport jest w takich okolicznościach formą samoobrony na wypadek, gdyby – tak jak w epoce PRL – rząd utrudniał ludziom opuszczenie kraju.

Pamiętajmy jednak, że zamordyzm i socjalizm są zaraźliwe. Epidemia, przed którą uciekamy może nas dogonić w miejscu nowego osiedlenia. Nigdy nie jesteśmy naprawdę bezpieczni i wolni. W 1945 roku Czechosłowacja została wyzwolona przez Armię USA, Austria zaś przez sowietów. Wyzwoliciele po kilku miesiącach wymienili się swymi łupami. Dlatego ważne jest, aby trzymać rękę na pulsie, czyli znać zasady, jakie w danym kraju obowiązują. Wielu z tych, co to się osiedlili si w poszukiwaniu wolności w USA ma dzisiaj trudności z pozbyciem się tamtejszego obywatelstwa – Stany Zjednoczone przestały być takie wolne, jak niegdyś.

Świat się zmienia i aby nie znaleźć się ponownie w tarapatach, trzeba  obserwować i przewidywać te działania rządu, które sprawiają, że konieczne będzie rozglądanie się za kolejnym paszportem. Wenezuela była niegdyś najbardziej demokratycznym krajem Ameryki Pd., osiedlali się w niej uciekinierzy z Kolumbii, dzisiaj jest odwrotnie. Takie zmiany nie są nagłe, czy niespodziewane . Jeśli rząd podnosi podatki dla bogatych, ogranicza dostęp do kont bankowych, kontroluje waluty zagraniczne oraz transfer kapitału, ogranicza prawo do podróżowania, wprowadza cła i inne haracze, które mają zapewnić sprawiedliwość społeczną –  pora się pakować. Liczenie na to, że dobra władza wybuduje nam z dobrego serca Centralny Raj Narodowy jest złudne, tym bardziej, że zrobi top za nasze podatki.

Drugi paszport jest nie tylko zabezpieczeniem przed opresją państwa. Pomaga nam on także przy inwestowaniu, w korzystaniu z bankowości, rynku papierów wartościowych, w kontaktach międzyludzkich, w prowadzeniu działalności gospodarczej tam, gdzie nie można jej było prowadzić wcześniej, a także żyć tam, gdzie chcemy czy lubimy. Więcej opcji oznacza więcej wolności i większe możliwości. Drugi paszportu ma zatem sens nawet wtedy, gdy nie musimy z niego korzystać. A co patriotyzmu, to mamy go w sercu, bez względu na to, jakim paszportem się posługujemy.

International Man

opr. Nick Giambruno

 

 

Cash is a king? (dokończenie)

0
czego boja sie amerykanie najbardziej

O ile zasadnicze znaczenie posiadania gotówki jest nadal aktualne, w związku z modnymi w ostatnim półwieczu manipulacjami monetarnymi i ręcznym sterowaniem pieniądzem, okazuje się, że król niekiedy bywa nagi, są też tacy, którzy chcą go zdetronizować.

Blaski…

Posiadanie gotówki jest szczególnie popularne wtedy, gdy ceny na rynku papierów wartościowych są wysokie, w związku z czym inwestorzy decydują się oszczędzać pieniądze na lepszy czas. W oczekiwaniu na spadek notowań, co ma zwykle miejsce w chwili nadejścia kryzysu, czekają aż gospodarka zahamuje, albo się skurczy i korzystają z kryzysowego spadku cen. Nie dość, że gotówka uzależnia nas od kaprysów banku, zakupy wychodzą taniej. Nie trzeba zaciągać drogiego kredytu w trakcie kryzysu, można poczekać na lepsze czasy, kiedy kredyt jest tańszy.

Zasada szanowania gotówki stosowana jest także w odniesieniu do oceny bilansu lub przepływu środków pieniężnych w przedsiębiorstwach. Duża ilość gotówki w kasie firmy jest zwykle pozytywnym znakiem, a solidne jej przepływy pozwalają na większą elastyczność w podejmowaniu decyzji biznesowych, zwłaszcza właśnie w odniesieniu do planów inwestycyjnych. W taki np. sposób, za gotówkę, firma Amazon kupiła sieć supermarketów spożywczych Whole Foods, Inc. W ten sposób gotówka podnosi zdolności korporacji i firm do pokrycie operacji krótkoterminowych, a zwłaszcza zakupu aktywów, takich jak sprzęt, maszyny, czy inne obiekty produkcyjne. Najczęstszą przyczyną upadku firm nie jest brak zysku, lecz braku cash flow, czyli kłopoty z płynnością, właśnie gotówką.

I cienie

Jednakże w ostatnim półwieczu spojrzenie na gotówkę ulegało zmianom. Głównym problemem jest pojawiająca się coraz częściej inflacja, a więc spadek siły nabywczej pieniądza, wywołany najczęściej beztroską polityką państwa opiekuńczego, które – z braku mechanizmu hamującego, w postaci standardu złota – zadłuża się poza granice wypłacalności, co skutkuje wzrostem cen i ucieczką obywateli przed gotówką. Zjawisko to ma miejsce zwłaszcza w warunkach wysokiej (galopującej) inflacji, kiedy posiadacze tradycyjnej gotówki starają się jej jak najszybciej pozbyć. Traktując pieniądz gotówkowy jako zło, spieszą się z jej wydanie zanim dojdzie do dalszego wzrostu cen.

Czy to znaczy, że slogan „cash is a king” przestał być aktualny? Niekoniecznie. Trzeba go jednak traktować powściągliwie. O ile w przypadku inflacji galopującej, przedłużających się recesji, czy krachów posiadanie gotówki może być ryzykowne, lub uciążliwe, o tyle umiejętnie sporządzony „mix” z użyciem metali szlachetnych, pewnych instrumentów krótkoterminowych, a nawet gotówki w innych walutach (hedge) mogą w przypadku kryzysów łagodniejszych, albo lokalnych – równocześnie – chronić nas przed inflacją i dostarczyć płynności. Król Midas był dawno i tylko jeden, większość współczesnych władców to niestety anty-Midasi. Przed ignorancja i cynizmem rządów, nie jest nas w stanie nic ochronić.

Ostatnimi laty gotówka zyskała jednak nowy, wybitny powód do domy, stając się alternatywą wobec opresyjnego państwa i lekkomyślnej, beztroskiej polityki banków. Mam na myśli koncepcję tzw. społeczeństwa bezgotówkowego, które – zdaniem bankierów centralnych i innych form rządu światowego – ma być lekarstwem na kryzysy finansowe. Przedsmak tego rodzaju polityki obserwujemy w Grecji i na Cyprze, gdzie rządy wyznaczają dzienne limity gotówki (ok. 60 euro), jakie można pobrać z kont bankowych. Gotówka stała się tym samym jedynym instrumentem/pieniądzem, nad którym jego właściciel będzie ma pełnię władzę, stała się ostoją wolności człowieka. Dopóki istnieć będą rządy, które nie zdecydują się na likwidację pieniędzy papierowych, czy złota, dopóty gotówka (czy to w PLN, czy w innych walutach) będzie ratunkiem przed zniewoleniem. Później pozostanie nam już tylko barter lub walka zbrojna.

A co z nami?

Jakie jest dzisiaj znaczenie gotówki dla zwykłego zjadacza chleba?

W sytuacjach kryzysowych gotówka jest znakomitym narzędziem umożliwiającym każdemu z nas wykorzystanie spadku cen, który jest najczęstszym skutkiem załamania gospodarczego. Okazje, jakie się w takich warunkach pojawiają trzeba kupować za gotówkę. Tym bardziej, że gotówka – zwłaszcza w warunkach pośpiechu i trudnego kredytu – jest silnym atutem pomagającym obniżyć cenę. Akumulowanie gotówki jest wciąż dobrym sposobem na zbudowanie większej puli bogactwa, tak aby je w razie potrzeby szybko i rentownie zainwestować. Jednakże trzymanie indywidualnego majątku „z zasady” w gotówce, w pościeli, a tym bardziej w bankach, które należy traktować jako zło konieczne – jest szkodliwe. Nie można pozwolić na to by gotówka stała się długoterminowy instrumentem inwestowania. Aby przyczynić się do istotnego pomnożenia naszego bogactwa, powinna być  oszczędzana  i  i n w e s t o w a na bardziej ryzykownie.

Gotówka to wprawdzie jeden z wehikułów, w których lokujemy nasz portfel kapitałowy, na pewno nie można jej z niego wyłączyć. Kto ma gotówkę ten śpi spokojniej.  Zadłużone po uszy, zdesperowane rządy mogą w krótkim czasie wywołać kryzys i pozbawić obywateli  – jak to ma miejsce w Grecji czy na Cyprze – środków do życia, czyniąc z naszego życia koszmar.

Jaki powinien być udział gotówki w przeciętnym majątku? Nie więcej niż 15 procent.

Doradzam rozrzucenie jej w złocie, srebrze, oraz kilku najsilniejszych walutach: frank szwajcarski, funt brytyjski, jeszcze przez jakiś czas dolar i być może już wkrótce juan.

P.S. Lektura obowiązkowa: Murray N. Rothbard, Złoto, banki, ludzie, tł. W. Falkowski, Fijorr Publishing, wyd. III, Warszawa 2016.

 

Jan M Fijor

Menger.pl

Cash is a king! (1)

0

W wolnym tłumaczeniu slogan ten oznacza, że w sytuacjach kryzysowych to właśnie „gotówka, a raczej jej posiadacz jest panem sytuacji, czyli symbolicznym królem”. Doświadczenie uczy, że ci, którzy w trudnych czasach posiadają gotówkę znajdują się w lepszej sytuacji od całej reszty.

Gotówka, czyli co?

Pod terminem gotówka, rozumiemy tradycyjne, fizyczne banknoty i monety pieniężne, wszelkie krótkoterminowe papiery wartościowe o wysokiej płynności[1], oraz metale szlachetne. Mają one przewagę nad innymi papierami wartościowymi, takimi jak akcje, obligacje, surowce i inne instrumenty finansowe o słabszej płynności, jak depozyty o określonym terminie płatności, np. lokaty terminowe, czeki, weksle i ich pochodne. Niejako przeciwieństwem gotówki są również – wymagające dłuższego czasu zbycia przy zamianie na pieniądz fizyczny, a mimo to bardzo popularne – ziemia, nieruchomości i wszystkie ich pochodne.

Doświadczenia rynków finansowych dowodzą, że w czasach nastania kryzysu, sektorem gospodarki dotkniętym spowolnieniem najmocniej są banki, główny dysponent gotówki. Właśnie w warunkach dekoniunktury, dobrem, którego brakuje najbardziej jest pieniądz. Jego cena rynkowa – wskutek spadku podaży – rośnie. Co prawda, modna od prawie wieku praktyka ratowania gospodarki dotkniętej kryzysem, przy pomocy kreacji pieniądza „z powietrza”, czyli promocja długu, który ma ratować biznes i obywateli przed bezrobociem i bankructwem bywa niestety bardzo ryzykowna. Polityka monetarna polegająca na pompowaniu pieniędzy w niedomagającą gospodarkę, na krótką metę może i pomaga, na dłużej jednak tworzy pieniądz inflacyjny. Nie ten, który – jak to zauważył francuski ekonomista, J.B. Say – pochodzi z produkcji i towarzyszącego jej popytu na pracę, lecz powstały na maszynach drukarskich w wyniku zadrukowania bezwartościowych kawałków papieru, tzw. pieniądz fiducjarny (fiat). Pieniądz inflacyjny niszczy majątek kraju i narodu. Nominalnie pieniędzy tych przybywa, spada jednak ich wartość, czyli siła nabywcza. W efekcie, jeśli nawet zarabiamy więcej, to za tę większą ilość pieniędzy kupujemy mniej towarów i usług. Dzieje się tak dlatego, że w wyniku spadku siły nabywczej pieniądza następuje wzrost cen i spadek wartości majątku.

Smutny los autora

Tytułowe powiedzenie jest stosunkowo młode i liczy niewiele ponad 30 lat.

Jeszcze niespełna pół wieku temu, za faworyta świata biznesu uchodziło złoto i srebro. Co prawda w czasach standardu złota, kiedy każdy funt, dolar, szyling czy marka miały pokrycie w złocie, czyli mogły być wymieniona na kruszec, jedno z najbardziej płynnych dóbr świata, zdarzały się okresy trudnego kredytu, czy wręcz jego braku, jednakże dopiero oderwanie kawałka zadrukowanego papieru (fiat), zwanego pieniądzem, od jego realnej wartości, jaką było złoto lub srebro – kotwica chroniącą świat przed nadmiarem długu i niewypłacalnością – wywołało falę kryzysów.

Standard złota, czyli powiązanie pieniądza papierowego z kruszcem, dzięki temu, że ten ostatni trudno jest podrobić, „chronił” gospodarkę, ale i prywatnych ludzi przed zbyt wysokim zadłużeniem, a w konsekwencji przed inflacją pieniądza. Chciwi politycy, obiecujący wyborcom raj na Ziemi mogli liczyć wyłącznie na podatki. Podnoszenie ich wywoływało jednak niezadowolenie mas; łatwo było w ten sposób stracić władzę. Aby się problemu pozbyć, w połowie sierpnia 1971 roku, na konferencji w Bretton Woods, Stany Zjednoczone, konkretnie prezydent Richard Nixon, a w ślad za nimi reszta świata zdecydowali, że gotówka papierowa nie będzie już wymieniana na złoto, lecz na dolary papierowe. To one miały mieć pokrycie w złocie, ale nie mają. Świat wkroczył w erę kryzysów. Wyznacznikiem wartości poszczególnych walut stał się amerykański dolar, waluta rezerwowa świata, niestety, amerykański rząd i bank centralny, wskutek manipulacji jego oprocentowaniem i podażą, pośrednio także nam, podkradają oszczędności i majątek w ogóle.

Konsekwencją likwidacji standardu złota był gwałtowny wzrost zadłużenia rządów, które zamiast opodatkować dzisiaj, znalazły sposób na zasilanie kasy poprzez wydatki na kredyt i przerzucanie perspektywy ich spłaty na swych następców. Kryzysy pojawiły się niemal natychmiast, najpoważniejszy z nich, już w Czarny Poniedziałek 19 X 1987, kiedy giełdy amerykańskie straciły ok. ćwierć swej wartości. Kryzys, zgodnie z zasadą, że gdy Ameryka ma katar, światu grozi zapalenie płuc, rozlał się po całym świecie. I właśnie wtedy, prezes szwedzkiego kolosa motoryzacyjnego, Volvo, Pehr G. Gyllenhammar sformułował slogan o królewskiej , który przeszedł do historii. Gotówka stała się królem!

Bessa najdotkliwiej dotknęła świat biznesu. Przerażone niepewną sytuacją banki zaczęły wprowadzać znaczne utrudnienia kredytowe. Na sektorze produkcji i sprzedaży finansowanych z reguły przy pomocy kredytu bieżącego/obrotowego odbiło się to natychmiastową recesją. To właśnie wtedy, po raz pierwszy w długiej historii Grupy Volvo, spółce zaglądnęło w oczy bankructwo. N.b. był to punkt zwrotny w dziejach tej zacnej firmy, która – po 20 latach ratowania jej przez rząd – perła w szwedzkiej koronie została w 2010 roku ostatecznie przejęta przez chiński holding przemysłowy, Zhejiang Geely Holding Group Co.

Cdn.

Jan M Fijor

[1] Czyli łatwo sprzedawalne, łatwo zamienialne na pieniądz fizyczny.

Kryzys: uwaga na długi (2)

2

To, że indeksy giełdowe są na rekordowo wysokim poziomie, bezrobocie jest rekordowo niskie, a dane GUS wskazują na niczym niezmąconą świetlaną przyszłość, to zwykle koniec fazy wzrostu i początek krachu.

W poprzednim odcinku porad antykryzysowych obiecałem garść rad odnośnie tego, jak bezboleśnie spłacać kredyty i inne długi. Oto one.

Konsolidacja I

Zaczynamy od spłaty kredytów najbardziej dotkliwych, czyli najwyżej oprocentowanych, albo takich, które musimy spłacić wcześniej niż inne. Jeśli jesteśmy szczęśliwymi  posiadaczami zadłużonej nieruchomości, a dokładniej, kredytu hipotecznego, który jest zwykle oprocentowany najłagodniej proponuję, aby wszystkie inne długi sprowadzić do jednego kredytu hipotecznego i ten ostatni nadpłacać.

Jak to uczynić?

Policzyć na jaką kwotę jesteśmy zadłużeni, iść czym prędzej do banku, w którym mamy kredyt hipoteczny  i poprosić o jego zrefinansowanie (spłacenie starego, aktualnego kredytu przy pomocy kredytu nowego, mniej uciążliwego – przyp. jmf), zaznaczając że nadwyżkę w stosunku do obecnego salda zadłużenia przeznaczymy na spłatę pożyczek A, B, długu C itd. W ten sposób, poziom naszego długu co prawda się nie zmieni, jednakże jego oprocentowanie (koszt) spadnie.

Jeśli się pospieszycie, za ten zrefinansowany kredyt nie zapłacicie więcej niż płacicie obecnie. A kiedy już go otrzymacie, proponuję, aby zamiast raz z miesiącu, spłacać połowę raty co dwa tygodnie. W rezultacie nie odczujecie większej zmiany w portfelu, dług jednak zacznie szybciej spadać, gdyż w ciągu roku spłacicie 13 rat (26 razy po pół raty) zamiast dotychczasowych 12 rat pełnych.

Historia kredytowa, której bohater, czyli wy, ma do spłacenia nie 5 kredytów/pożyczek, lecz tylko jeden dług hipoteczny w oczach bankiera wygląda znacznie lepiej niż historia składająca się z pięciu czy więcej pozycji. Co więcej, ktoś, kto ma na koncie spłatę kilku kart kredytowych, kredytu hipotecznego, i kilku innych długów zaciągniętych na zakup drogiego odkurzacza oraz wczasów w Bułgarii łatwo może przeoczyć czy to termin, czy wręcz cała spłatę (danej) raty i popsuć sobie kredyt. Jednej jedynej spłaty się nie przeoczy, chyba że akurat nie ma się pieniędzy, ale nawet w takiej sytuacji konsolidacja jest korzystniejsza.

Banki dobrze wiedzą, że noga może się powinąć każdemu. Jeśli jednak odpowiednio wcześnie im to zgłosimy, znajdą sposób na zrestrukturyzowanie (dopasowanie do sytuacji) spłaty, czy wręcz całego kredytu. Bankowi czy karcie kredytowej, które widzą, że mamy takich problemów kilka zwykle zapala się światełko alarmowe. Widząc spóźnienie jednej raty, raz w miesiącu to dla nich nie problem. Tym bardziej, gdy wiedzą, że przez okres poprzedzający opóźnienie nadpłacaliśmy nasze zobowiązania.

Konsolidacja II

Komuś, kto nie posiada kredytu hipotecznego, a chciałby się pozbyć kosztownego zadłużenia na kartach kredytowych, proponuję konsolidację wszystkich długów na tej z kart kredytowych, która jest oprocentowana najłagodniej. Przykładowo mamy Visę A na 28 proc., Master Card na 24 procent i drugą Master Card na 11 procent. Przy pomocy tej ostatniej spłacamy długi na pierwszej i drugiej, a zaoszczędzoną różnicą nadpłacamy (ile tylko się da) dług na Master Card (tej na 11 proc.).

Pamiętajcie, karta kredytowa nie służy zaciąganiu kredytu, lecz ułatwieniu spłaty zobowiązań, zakupów, należności. Ktoś, kto się z tym stwierdzeniem nie zgadza i szuka w karcie kredytowej łatwej pożyczki, ten prędzej czy później pójdzie z torbami. Kartom kredytowym poświęcimy osobny odcinek, a może nawet  dwa.

W następnym odcinku będzie o wyniszczającej nas inflacji, która wkrótce pokaże swe obrzydliwe oblicze.

I pamiętajcie, królem w czasie kryzysu jest gotówka!

W trudnych czasach w banku trzymamy tylko tyle pieniędzy, ile musimy. Resztę proponuję schować z banku ziemskim.

 

Cdn.

Jan M Fijor

menger.pl

Kryzys nadchodzi. Od czego zacząć? (1)

0

Jest takie stare powiedzenie giełdowe, żeby uciekać z parkietu, gdy do inwestowania zachęcają fryzjerzy i premierzy. Po ostatnich zachętach do kupowania na giełdzie ze strony prezydentów Trumpa, Macrona, Putina, premierów Morawieckiego czy pani premier May, można być pewnym, że kryzys gospodarczy już blisko.

Szczypta dobrej ekonomii

Czy można się przed skutkami kryzysu gospodarczego zabezpieczyć?

Można, ale trzeba to zrobić na wiele miesięcy, a nawet lat zanim kryzys wybuchnie. Był na to czas w 2016 i 2017 roku. Pisałem o tym, ale oczywiście wszyscy pokazywali mi kółka na czole, uznając za czuba. Taka wspaniała prosperita, a ja majaczę o krachu. Cóż, trudno, czasu nie cofniemy. Teraz pozostaje już tylko łagodzenie skutków, oraz – co jest równie ważne, działania umożliwiające wykorzystanie sytuacji – na kryzysach, jak pewnie słyszeliście, można nieźle zarobić.

Zacznijmy od spraw najważniejszych, czyli od kredytów, od długów.

Wbrew zachętom ze strony różnej maści keynesistów i innych ignorantów, w okresach recesji, załamania czy krachu nie należy konsumpcji zwiększać, lecz ją maksymalnie ograniczać. Analogicznie, trzeba maksymalnie ograniczyć własne zobowiązania, zwłaszcza te najbardziej dotkliwe. Do grupy tych ostatnich należą kredyty na kartach kredytowych, w parabankach, czy firmach oferujących łatwy i szybki (a zwykle z tego powodu drogi) kredyt.

Ostatnie 10 lat to okres tzw. niskich stóp procentowych. Odnosi się to jednak wyłącznie do depozytów, oraz kredytów hipotecznych, budowlanych czy innych długów niekonsumpcyjnych. Polityka niskich stóp procentowych z jednej strony zachęcała do zadłużania się, z drugiej, zniechęcała do oszczędzania. W zdrowej gospodarce, kredyt i inwestycje powstają z oszczędności. Pod nieobecność oszczędności kredytowanie odbywa się przy pomocy kreacji pieniądza przez bank centralny. Popularnie mówi się na to drukowaniem pieniędzy.

W normalnych warunkach pieniądz powstaje w trakcie produkcji. W języku dobrej ekonomii mówi się wtedy, że każdej podaży (produkcji) towarzyszy  popyt (czyli dochód zarobiony na tej produkcji). Drukowaniu pieniędzy produkcja nie towarzyszy. Jeśli zatem nie ma produkcji nie ma i popytu, który ona ze sobą niesie, wówczas pieniądz powstaje z powietrza i jest wart tyle, co to powietrze.

Więcej pieniędzy przy tej samej ilości towarów oznacza spadek siły nabywczej tych pieniędzy, a ten przekłada się na wzrost cen i niszczenie bogactwa.

 

Pierwszy krok

 

Ponieważ w Polsce oprocentowanie kredytu (czyli koszt pieniądza) jest płynne i podąża za stopą inflacji, czyli za spadkiem siły nabywczej, w miarę nasilania się inflacji kredyt jest coraz kosztowniejszy. W warunkach banku centralnego ustalającego stopy procentowe wedle widzimisię szefa Rady Polityki Pieniężnej (która działa na usługi NBP, czyli rządu, premiera), odsetki płacone przez bank od zdeponowanych pieniędzy (w tym również lokat) są niskie, za niskie, znacznie niższe niż rynkowe koszty kredytu.

Dlatego pierwszym krokiem na drodze do zabezpieczenia się przed skutkami krachu finansowego jest maksymalne pozbycie się długów, najpierw właśnie tych wysokooprocentowanych. Spłacając dług oprocentowany na 10 procent pieniędzmi zdeponowanymi w banku na 1 lub 2 procent, na każdej spłaconej złotówce zarabiamy od 9 do 8 procent.

Spłacony kredyt nie oznacza wprawdzie dodatkowych wpływów (dochodu), jest jednak równoważny z niższymi kosztami ponoszonymi przez kredytobiorcę. Właśnie w tym  tkwi korzyść z nadpłacania pożyczek.

W następnym odcinku o sposobach (prawie) bezbolesnego nadpłacania kredytu.

 

Jan M Fijor

Menger.pl

Borowiki i innowacje

0

Kilkanaście dni temu, we Wrocławiu, miałem okazję posłuchać interesującego wykładu profesor Deirdre McCloskey, ekonomistki z Uniwersytetu Chicago. McCloskey przybyła do Polski z serią wystąpień między innymi po to, by promować polskie wydanie cenionej książki jej autorstwa pt. Burżuazyjna godność[1]. To druga część tak zwanej trylogii burżuazyjnej, w której McCloskey próbuje rozwiązać największą zagadkę historii gospodarczej: niespotykaną nigdy wcześniej eksplozję bogactwa, która rozpoczęła się w XVIII wieku wraz z rewolucją przemysłową.

McCloskey w sposób bardzo przekonujący argumentuje, że do przełomowego wzrostu tempa rozwoju gospodarczego nie doszłoby bez uprzedniej, równie przełomowej zmiany kulturowej. Gdzieś na przełomie XVII i XVIII wieku zajmowanie się handlem lub rzemiosłem przestało być traktowane jako coś podłego, uwłaczającego lub w najlepszym wypadku prostackiego. McCloskey nie twierdzi, że kult heroizmu ustąpił kultowi drobnej przedsiębiorczości – tak się oczywiście nie stało. Zdaniem ekonomistki wystarczyło jednak, że stosunek do kupców zmienił się z wrogiego i lekceważącego, na umiarkowanie pozytywny[2], a zawód ten zamiast, jak dotąd, być podejmowany w ostateczności, stał się zawodem chętnie wybieranym przez coraz więcej coraz bardziej rozmyślnych ludzi. Dalsze konsekwencje nietrudno przewidzieć – im większa część społeczeństwa zaczęła aktywnie zajmować się zaspokajaniem ludzkich potrzeb, tym skuteczniej potrzeby te zaczęły być zaspokajane.

Czynnik przedsiębiorczy jest dla McCloskey tak istotny, gdyż jak przekonuje, sam proces akumulacji kapitału nie może posłużyć za wyjaśnienie tak gwałtownego wzrostu bogactwa. Według wyliczeń przytaczanych przez McCloskey jesteśmy dziś około trzydziestokrotnie bogatsi niż nasi przodkowie sprzed dwustu pięćdziesięciu lat. Wcześniej w historii okresy „dobrych rządów”, rozumiane jako ustabilizowanie się warunków prawno-instytucjonalnych na dłuższy okres czasu, owocowały podwojeniem lub potrojeniem dziennej konsumpcji per capita. Natomiast trzydziestokrotny wzrost w ciągu dwustu lat? Nic podobnego nigdy wcześniej nie miało miejsca. Oprócz braku wojen, w miarę stabilnego prawa i w miarę rozsądnych władców potrzeba było czegoś jeszcze.

Z tego właśnie powodu zdaniem McCloskey żyjemy w niewłaściwym systemie lub mówiąc dokładniej – w niewłaściwie nazwanym systemie. McCloskey, gdyby mogła, zamieniłaby miano „kapitalizm” na „innowizm” – od innowacji. To właśnie innowacje umożliwiają bowiem ludzkości stawianie kolejnych milowych kroków. Samo wznoszenie dodatkowych budynków, stawianie następnych fabryk czy hal produkcyjnych, to niekompletna recepta na wzrost. Polegając tylko na tym nasi pradziadowie prędzej czy później wpadliby w pułapkę prawa malejących przychodów. Z pomocą przychodzą innowacje – nieprzewidywalne, zaskakujące, rewolucyjne zmiany w zakresie produkcji i dystrybucji dóbr oraz usług. Koło, kompas, prasa drukarska, silnik parowy, metoda bezpośredniej syntezy amoniaku, internet – oto epokowe przełomy, które zmieniły losy świata.

Korzyści wynikających z tego rodzaju innowacji nie trzeba nikomu tłumaczyć. Są to korzyści tak ewidentne i tak odczuwalne w codziennym życiu, że innowacjom kibicują w zasadzie wszyscy. Każdy z nas chciałby, żeby innowacje pojawiały się częściej i żeby było ich więcej. Tutaj niestety rodzi się pewne niebezpieczeństwo. Skoro znakomita większość ludzi uważa innowacje za coś pozytywnego, w głowach polityków rodzi się pokusa, by na tej preferencji skorzystać. Do ugrania jest łatwy kapitał polityczny oraz finansowy. Proinnowacyjne społeczeństwo z chęcią zagłosuje na proinnowacyjną partię i z chęcią zgodzi się przeznaczać część podatków na proinnowacyjne inicjatywy. Za przykład niech posłuży choćby obecny rząd, który proinnowacyjną narracją dekoruje wiele elementów swojej polityki. Polacy z dumą i podekscytowaniem słuchają dziś o polskich samochodach elektrycznych podbijających globalny rynek, tak jak kiedyś z dumą i podekscytowaniem wyobrażali sobie szklane domy.

Czytając o tych drugich człowiek przynajmniej wiedział, że ma do czynienia z fikcją. Co do tych pierwszych wielu się łudzi.

A teraz dygresja. Kiedyś z jakiegoś powodu zaczęło mnie zastanawiać dlaczego nie hoduje się grzybów, szczególnie tych najdroższych, jak borowiki szlachetne. Żeby nazbierać wiaderko grzybów ludzie skłonni są zrywać się przed świtem, jechać do odpowiedniego lasu i przeczesywać go wzdłuż i wszerz przez cały dzień. Przy odrobinie szczęścia w takim wiaderku znajdzie się kilka borowików – grzybich arystokratów o dostojnym wyglądzie, pięknym zapachu i wybornym smaku. Na rynku, w formie suszonej, cena borowików zaczyna się od 300 złotych za kilogram. Dlaczego ludzie nie zakładają farm borowików? Pieczarki na przykład uprawia się w sposób przemysłowy, dzięki czemu cechuje je duża dostępność i niska cena. W czym problem?

Internet szybko zaspokoił moją ciekawość. Otóż problem w naturze borowika. Jak się okazuje, te wybredne grzyby potrzebują do życia bardzo złożonego ekosystemu, który nadal nie do końca rozumiemy. Wchodzą w symbiozę mikorytyczną z drzewami (głównie świerkami, najlepiej w średnim wieku), w ramach której poprzez korzenie drzew pozyskują związki organiczne wytwarzane przez rośliny w procesie fotosyntezy, którego grzybów ewolucja nie nauczyła. W zamian grzyb wysyła drzewu różne związki mineralne. Co więcej, borowiki występują tylko w towarzystwie dwóch konkretnych gatunków muchomora. Oprócz tego mają swoje ulubione gleby oraz poziomy wilgotności i nasłonecznienia.

Krótko mówiąc borowików się nie hoduje, bo jest to cholernie trudne, nieobliczalne i najwyraźniej nieopłacalne. Nie wystarczy wsadzić grzybnię w ziemię, regularnie ją podlewać, odpowiednio doświetlać i spokojnie czekać aż wyrosną jak pieczarki. Pojawianie się borowików to zjawisko niezwykłe, które nie daje się przewidzieć. Nie zachodzi według określonych zasad. Nie przebiega w określonym rytmie. Nie daje się opisać wzorami. Ogrom czynników, które je warunkują czyni wszelkie kalkulacje jałowymi, a wszelkie oczekiwania złudnymi. Podsumowując, jedyne co na ten moment wiemy, to w jakim mniej więcej środowisku rosną borowiki. Nie potrafimy tego środowiska sztucznie odtwarzać.

I to właśnie borowiki przyszły mi na myśl, gdy słuchałem, jak McCloskey opowiada o kapitalizmie i innowacjach. Wolny rynek jest dla innowacji tym, czym las dla borowików – ich naturalnym środowiskiem. To tam występują (choć sporadycznie i nieregularnie). To na wolnym rynku mogą dojrzewać w symbiozie z rozmaitymi technologiami i czerpać z nich „składniki” potrzebne im do rozwoju. Nie potrafimy dokładnie stwierdzić, gdzie i kiedy pojawią się kolejne innowacje. Ale jeśli miałbym wstawać o świcie i jechać ich szukać, na trasie wypatrywałbym tabliczki z napisem „KAPITALIZM”.

Być może ta obrazowa metafora da do myślenia politykom podpisującym się pod oksymoronem „przedsiębiorcze państwo”, którzy tak ochoczo przeznaczają środki na innowacje. Tacy ludzie najwyraźniej myślą, że będą uprawiać pieczarki. Wydaje im się, że rozsypią zarodniki i jeśli tylko będą je dostatecznie obficie podlewać pieniędzmi podatników, pozostanie tylko zebrać innowacyjne plony. W rzeczywistości, tak samo jak nie potrafimy hodować borowików, nie potrafimy „hodować” innowacji. Pomijając fakt, że państwo nawet czegoś tak prostego, jak uprawa pieczarek zapewne nie potrafiłoby wykonywać kompetentnie, w jego przepisie na innowacje brakuje magicznego składnika: przedsiębiorczości.

Tymczasem ani przedsiębiorczości ani innowacyjności nie umiemy sztucznie generować zachowując rentowność – nie jeśli uwzględniamy koszty alternatywne. Owszem, innowacje są czymś korzystnym i pożądanym, jednak nie za wszelką cenę. Nie należy ich traktować jako cel sam w sobie, lecz jako środek do celu – jakim jest ogólny wzrost standardu życia. Dopóki rachunek ekonomiczny pozwala wnioskować, że wydatki na innowacje przyniosą z czasem profity w postaci dobrobytu, zasadne jest ponoszenie tych wydatków. W przeciwnym razie nie ma to sensu. Sprawy nie ułatwia to, że decyzje te muszą być podejmowane z wyprzedzeniem, uwzględniać multum zmiennych i opierać się jedynie na domysłach na temat przyszłości. Przestrzenią, która najszybciej wyłapuje błędy w rachunku ekonomicznym oraz która najskuteczniej kieruje kapitał od tych, którzy go marnują, do tych, którzy robią z niego najlepszy użytek – także w dziedzinie innowacji – jest rynek. Państwo znajduje się pod tym względem na przeciwnym krańcu spektrum.

Podsumowując: możemy wydać górę forsy na zasadzenie odpowiedniego lasu, a następnie przeznaczać masę pieniędzy na regularne nawożenie, podlewanie, doświetlanie oraz utrzymywanie właściwej wilgotności i temperatury, by na koniec chwalić się wszem i wobec, że wyhodowaliśmy jednego borowika (o ile nie pieczarkę). Lepiej jednak pozwolić by borowiki rosły w lesie, tam gdzie występują częściej i mniej kosztują. Tak samo z innowacjami.

Krzysztof Zuber

 

[1] Deirdre N. McCloskey, Burżuazyjna godność. Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata? Warszawa, Instytut Ludwiga von Misesa, 2017.

[2] Na co McCloskey przedstawia wiele dowodów. Nie bez powodu cała trylogia liczy blisko 2000 stron.

Zobacz również:

Zobacz również: