Johnny Profit w Akademii Młodych Milionerów

2

Jeszcze dobrze nie wyschła farba drukarska na kartach naszego pierwszego bestsellera, jakim jest jest Kot biznesik, już na półkach księgarskich ukazuje się kolejny tomik książek dla młodych przedsiębiorców, z    serii Akademia Młodych Milionerów, zatytułowany Johnny Profit

(…) Na dalekiej planecie, w miasteczku Kimor, gdzie poczciwi ludzie w pocie czoła walczą o przeżycie pewnego dnia pojawia się tajemniczy Johnny wraz z rodziną. Kimorczycy przyjmują przybyszów z otwartymi rękami, pomagając im w szybkiej aklimatyzacji i przystosowując do trudnych warunków życia panujących na planecie. Wkrótce okazuje się, że Johnny jest pomysłowym wynalazcą, i nie tylko znakomicie daje sobie radę z trudami życia w Kimorze, lecz na dodatek służy swymi niecodziennymi pomysłami i pomocą innym mieszkańcom.

Książka napisana przez amerykańskiego ekonomistę i przedsiębiorcę, Michaela A. Malgeri,  jest barwną, bogato ilustrowaną opowieścią o tym, co takiego wynalazł przedsiębiorczy Johnny Profit, jakie zyski ze swych wynalazków osiągnął, a także jak skorzystali na tym wszyscy inni mieszkańcy Kimoru, miasta położonego na odległej planecie.

Ta urzekająca i intrygująca historyjka, zatytułowana Johnny Profit, przeznaczona jest dla dzieci w wieku od 4 do 12 lat. Jest ona pierwszą z trzech opowieści o przemianach, jakim ulegał Kimor dzięki osiedleniu się na planecie Johnny’ego Profita, a także jak zmiany te wpłynęły na powstanie kapitalizmu, który poprawił życie następnych pokoleń Kimorczyków. Już wkrótce w księgarniach kolejna opowieść o  przedsiębiorczym, Johnnym, zatytułowana Zloto Johnn’yego.

Perypetie Johnny’ego to trzytomowa (trzeci tom w pisaniu) historia o tym, jak budowało się społeczeństwo i jego najważniejsze fundamenty: wolność, wolny wybór, konkurencja, oraz pieniądz

 Wydawca

Fundacja Instytut Carla Mengera

menger@menger.pl

 

Płaca minimalna 10 tysięcy zł miesięcznie? Całkiem możliwe!

0

Długie, ale ważne!

Problem płacy minimalnej sprowadza sie do spostrzeżenia, że pewni ludzie zarabiają za mało na to, aby się utrzymać. Z tego powodu, powinien wtargnąć do gospodarki rząd i nakazać pracodawcom, aby zwiększyli płacę tak, by tym minimalnym wreszcie wystarczyło.

1.

Na pytanie, ile człowiek musi zarobić, żeby mu wystarczyło, odpowiedzi nie ma. Arbitralnie ustanawia się jakieś minima, ale to nie rozwiązuje sprawy. Nawet milionerskie dziecko wie, że zawsze wszystkiego jest za mało. Mądrzy ekonomiści nazywają to zjawisko rzadkością dóbr, czyli faktem, że na tym świecie wszystkiego jest za mało, aby wystarczyło dla każdego[1]. Powyżej tej rzadkości nie podskoczysz, chyba że jednemu zabierzesz, drugiemu dołożysz – na co stać tylko państwo. Taka polityka od lat podnosi ludziom ciśnienie, obniża tempo gospodarcze i marnotrawi rzadkie zasoby.

2.

Rząd może zatem podnieść płacę minimalną, nie jest jednak w stanie umożliwić ludziom, by zarobili tyle, ile by im wreszcie wystarczyło. Nie dość, że niewiele tym “minimalnym”  pomaga, to na dodatek psuje całą gospodarkę i zaburza solidarność społeczną. Przymus oddziela bowiem wysokość zarobków pracownika od jego wydajności oraz/lub jakości pracy, co owocuje przeważnie zwolnieniem go z pracy i bezrobociem. Pracodawca nie może płacić zatrudnionemu u niego pracownikowi więcej niż wynosi wartość pracy tego ostatniego. Jeśli coś takiego ma miejsce, pracownika zwalnia. Jeśli nawet z jakiegoś ustawowego powodu nie daje się pracownika zwolnić, naraża on firmę, która musi go zatrudnić na stratę, co może doprowadzić do jej upadku. Tak źle, i tak niedobrze. Argument o tym, że przymus jest konieczny, gdyż w przeciwnym razie, pracodawca celowo zaniży wysokość pensji i oszuka pracownika też nie trzyma się kupy.

3.

O wysokości pracy decyduje jej rynkowa wartość. Jeśli pracownik zarabia mniej niż wynosi rynkowa wartość jego pracy, odejdzie i zatrudni się u konkurenta, który chętnie zapłaci stawkę rynkową. Jeśli pracownik takiego konkurenta nie znajdzie, znaczyć będzie, że nie ma na rynku nikogo, kto zapłaciłby za jego pracę więcej niż obecny pracodawca, słowem, jego (pracownika) dotychczasowa stawka jest stawką rynkową.

4.

Praca ludzka jest dobrem rzadkim. Ponieważ dodatkowo praca ta jest uciążliwością, a nawet przykrością, jej rzadkość jest stosunkowo duża. Właśnie z tego powodu, Ford podniósł swoim pracownikom stawkę dzienną o 150 procent, i dopiero wtedy stał się najbogatszym człowiekiem na Ziemi. Walmart i McDonald’s od lat płacą swoim pracownikom od 20-25 procent więcej niż wynosi stawka minimalna ustanawiana przez państwo[2], a mimo to – a właściwie: dzięki temu – mają jeden z najwyższych poziomów rentowności w amerykańskim biznesie. Jak chodzi o ścisłość, obaj ci najwięksi pracodawcy Stanów Zjednoczonych należą do najbardziej zaciekłych….zwolenników podniesienia płacy minimalnej[3].

5.

Nie można jednak sprowadzać problemu zarobków do zastępowania ludzi przez maszyny. Niskie zarobki są faktem i trzeba z nimi walczyć. Tyle, że nie politycznie, lecz ekonomicznie. Zacznijmy od odpowiedzi na, pytanie co zrobić, aby zarobić więcej? Może jeszcze nie tyle, ile uważa pan Kaczyński, czy prezes Walmart, lecz więcej, dużo więcej (na przykład 10 tysięcy miesięcznie!) niż zarabia dzisiaj słabo wykwalifikowany Kowalski. Odpowiedź jest prosta: trzeba pracować lepiej. Wiadomo przecież, że są ludzie, którzy zarabiają więcej od nas. Jeśli chcemy im dorównać przyjrzyjmy się, jak oni pracują, i co robią od nas lepiej. Oto, co się w wyniku takiej obserwacji najczęściej okazuje:

  1. że ci, którzy lepiej od nas zarabiają mają lepsze od naszego wykształcenie;
  2. że się systematycznie dokształcają;
  3. są pilniejsi w pracy od innych;
  4. są punktualni, a przynajmniej się nie spóźniają;
  5. starają się wykonywać nakazy, rozkazy, procedury;
  6. nie palą w pracy, nie piją, zamiast tego usprawniają swoją pracę;
  7. dbają o powierzone im miejsce pracy: materiały, maszyny, zadania, cele;
  8. są ambitni i pomysłowi, a także uprzejmi w stosunkach międzyludzkich;

Jeśli mimo takiej postawy, pracodawca by nie docenił ich wysiłku i płacy im nie podniósł, należy czym prędzej od niego odejść. Chętnych na zatrudnienie kogoś, kto stara się i pracuje lepiej od innych jest bardzo wielu. Tacy ludzie nigdy nie są bezrobotni!

Co zrobić, żeby zarabiać więcej? Trzeba zlikwidować masę regulacji utrudniających pracę, obciążających tę pracę licencjami, pozwoleniami, podatkami i innymi haraczami (ZUS, PIP, BHP etc.). Trzeba przestać karać ludzi za to, że pracują[4], szanować indywidualne umowy o pracę, likwidować przywileje oraz obowiązek przynależności do związku zawodowego. Szczególnie szkodliwe jest ustawodawstwo w postaci tzw. karty nauczyciela, karty kolejarza, górnika, odgórne normy pracy, licencje, permity, czy zakazy lub utrudnienia przy zatrudnianiu imigrantów, a zwłaszcza zwalniania z pracy wałkoni i szkodników. Nic tak nie poprawia atmosfery i dochodów, jak zdrowa konkurencja pozwalająca na to, by miejsce pracy przypadło lepszemu i bardziej wydajnemu pracownikowi, bo tylko wtedy produkt czy usługa, którą oni wytwarzają będzie dostępniejsza dla nas, dla jej konsumentów.

Politycy, a zwłaszcza związkowcy są przekonani, że niska płaca jest skutkiem złośliwej, czy nieprzychylnej postawy pracodawcy, zasadniczo jednak jego chciwości i chytrości. Innymi słowy, gdyby tylko zmienić postawę i nastawienie pracodawcy, ludzie zarabialiby dużo więcej. Niestety, każdy sądzi według siebie. Żadnemu z tych darmozjadów nie przyjdzie do głowy, że wysokość płacy zależy od jej wartości, a konkretnie, od marginalnej wartości, czyli od tego, ile pracownik wyprodukuje plus zysk[5]. Trzeba pamiętać, że pracodawcy nie stać na dopłacanie do miejsca pracy w jego firmie. Tym bardziej, że może się to skończyć jej likwidacją, a wtedy wszystkie miejsca pracy mogą ulec likwidacji. I tak właśnie kończy gospodarka, w której przymus państwa i związków zawodowych dominuje nad swobodą zawierania umów, konkurencji i wolność wyboru.

Jan M Fijor

milionerstwo.pl

[1] Prócz wody słonej i powietrza, których jest pod dostatkiem i dlatego są za darmo. Pozostałych dóbr jest za mało i dlatego trzeba je reglamentować.

[2] Z takiego samego powodu, brakuje w  Polsce fachowców, którzy nierzadko zarabiają wielokrotność stawki urzędowej.

[3] Jeśli stawka minimalna będzie za wysoka, firmy te zatrudnią roboty i automaty zastępujące pracę człowieka. Tylko bardzo zamożne korporacje na taki kosztowny wydatek stać. Inni konkurenci, albo zamkną swoje biznesy, albo będą piszczeć pod jarzmem wysokiej stawki minimalnej.

[4] Taką karą jest na przykład, podatek progresywny, czyli podatek, którego udział procentowy rośnie  wraz ze wzrostem zarobków i wydajności pracy. Są nią także wysokie stawki tzw. ubezpieczeń społecznych, hamujące ludzi  przed samozatrudnieniem.

[5] Zysk jest miarą sukcesu, dowodzi bowiem, że rynek jest w stanie zapłacić za pomysł, wysiłek i produkt wytworzony  przez pracodawcę.

Pilnuj swoich oszczędności

2

Niedawno Christine Lagarde (https://www.ft.com/content/eb8dae8c-fb14-11e9-a354-36acbbb0d9b6), nowa szefowa Europejskiego Banku Centralnego (EBC), powiedziała coś, co powinno nam po raz kolejny uświadomić, że banki nie są jednak naszymi sprzymierzeńcami…

W swym cotygodniowym wystąpieniu oświadczyła niewiarygodną rzecz, mianowicie, że obywatele Unii powinni raczej skupiać się na pracy, i chronić ją jak oka w głowie, a nie na oszczędności w bankach. Co więcej, zwróciła uwagę, że w tym samym duchu prowadzona będzie w najbliższym czasie unijna polityka pieniężna. Innymi słowy, odtąd bank centralny i rzesza powiązanych z nim instytucji depozytowo – kredytowych mogą w każdej chwili zamachnąć się na nasze oszczędności, gdyż to nie one stanowią o naszym dobrobycie, lecz praca zawodowa. I to ona ma być chroniona. U pani Lagarde taki priorytet, pracy przed majątkiem, nie jest niczym szczególnym. Jako wysoka, doskonale opłacana urzędniczka unijna nie musi dbać o swoje oszczędności, bo pracę ma pewną, a zarabia miesięcznie więcej niż wynoszą oszczędności niejednego z nas.

W jej przypadku praca jest wszystkim, w naszym, bez oszczędności większość z nas nie zwiąże końca z końcem. Alternatywą dla naszych oszczędności staje się kredyt, czyli dług, a więc produkt, dzięki któremu żyje w dostatku prezeska Europejskiego Banku Centralnego i jej kamaryla. To w ich imieniu mówiła pani Lagarde. Nie wiadomo tylko, czy jest to ciche przyzwolenie na konfiskatę naszych oszczędności, czy zachęta do wzmożenia akcji kredytowej, która w równym stopniu uczyni nas niewolnikami banków. Jak znam życie, i jedno, i drugie.

Wydźwięk komentarza przywodzi na pamięć starą sztuczkę polegającą na łagodzeniu skutków zdarzenia, które wkrótce ma nastąpić. Przykładowo, w odpowiedzi na szerzące się pogłoski, że rząd wprowadzi zakaz spalania węgla, następuje masowa kampania przeciwko smogowi. Albo, przed zbliżającą się podwyżką akcyzy na cukier, alkohol i inne używki, rząd troszczy się nagle o stan zdrowia obywateli, zwracając uwagę, że spożywanie cukru i picie alkoholu szkodzi zdrowiu. Przypominają się też stare brytyjskie komedie, w których kobieta zamiast powiedzieć mężowi: „Moja mama przyjeżdża, by z nami zamieszkać na stałe”, mówi niewinnym tonem: Na pewno byłoby ci miło ujrzeć u nas moją mamę, prawda? Reszta dialogu toczącego się już po zadaniu pytania, dotyczy tego, jak miło nam będzie, gdy teściowa przyjedzie w odwiedziny, bez wspominania rzecz jasna, że pojawi się w ich domu ze sporym bagażem i to na zawsze.

Taka niespodzianka czeka wkrótce Europejczyków i resztę świata. W porównaniu z nią przyjazd teściowej, podwyżka cen alkoholu, czy cukru to pestka. W przypadku komentarza prezes EBC chodzi o coś znacznie groźniejszego, o usunięcie oszczędności z życia obywateli, co zmusi ich do życia z dnia na dzień, do egzystencji od wypłaty do wypłaty. Koncept taki jest wyrazem odwiecznych marzeń wszystkich rządzących, którego jak dotąd nie byli w stanie zrealizować. Każdy rząd rozumie bowiem, że bogactwo i/lub oszczędności stanowią fundament ludzkiej wolności. Im więcej masz pieniędzy, tym większą masz kontrolę nad swoim życiem, nad swą przyszłością. Dlatego rząd, który chce zniewolić swój naród, robi wszystko, aby stworzyć gospodarkę, w której ludzie zarobią na przeżycie, zabraknie im jednak sił i środków na normalne, godziwe życie. Co wtedy zrobią? Zwrócą się o pomoc do rządu, uzależniając od jego dobrej lub złej woli większość swych decyzji.

Jak myślicie, co sygnalizują bankierzy centralni, rządy, aparat państwowy mówiąc, że posiadanie pracy ma większe znaczenie niż oszczędzanie? – zapytuje Jeff Thomas czytelników popularnego bloga International Man. Odpowiedź jest prosta.

–  Jeśli masz zamiar obrabować ludzi z ich oszczędności, zechcesz pewnie ich na to przygotować. Wtedy cios nie będzie tak bolesny. Madame Lagard próbuje nas więc przekonać, że przecież oszczędności nie są aż tak ważne. Dużo ważniejsza jest praca. Nie martw się o swoje pieniądze, ty się lepiej martw o pracę. My, rząd, państwo zajmiemy się całą resztą.

A czymże jest ta cała reszta? To, rzecz jasna, negatywne stopy procentowe, które burzą sens oszczędzania. To także bańki spekulacyjne i, towarzysząca im, coraz wyższa inflacja, to wreszcie kontrola kapitału w postaci, chociażby, społeczeństwa bezgotówkowego.         W sukurs pani prezes idą możni tego świata, którzy uchwalili właśnie w Davos, że ludzie będą szczęśliwsi, gdy zamknie się ich działalność ekonomiczną, gospodarczą w czterech ścianach systemu bankowego. Nie będą mieli problemów z depozytami, lokatami, kursami i wymianą walut, czy wyliczeniami wysokości daniny, a raczej haraczu dla państwa. Przepływ naszych pieniędzy podlegać będzie kontroli i nadzorowi – tak jest przecież łatwiej. Cały majątek figurować będzie w formie cyfrowej, broń Boże w gotówce, złocie, czy jakimś innym pieniądzu towarowym.

W ten sposób, jeden wielki bank będzie zarządzał naszymi pieniędzmi, licząc sobie za to, tyle, ile będzie uważał za słuszne, bo przecież nie ma konkurencji; posiada monopol. Jeśli akurat zabraknie nam pieniędzy, tenże sam bank – dobrodziej, udzieli nam natychmiastowego kredytu pod zastaw przyszłych pensji (stąd ta troska p. Lagarde o naszą pracę), hipotek, czy innych tytułów własności. Oczywiście, cena takiego kredytu też będzie monopolowa. A gdyby tak powinęła nam się noga i stracilibyśmy pracę, tenże sam bank przejmie nasze hipoteki i tytuły własności, które są przecież zastawem naszych długów. Nietrudno się domyślić, że w krótkim czasie majątek większości z nas, a na pewno klasy średniej zostanie przejęty przez banki, które są własnością 0,01 procenta elit, które Mme  Christine Lagarde na prezeskę nominowały, za co jest im wdzięczna i już dzisiaj, na długo zanim zakaże nam się obrotu gotówką i wpędzi w sidła banków, jest protektorem i sojusznikiem przygotowującym ludzi do nowej rzeczywistości. W tej rzeczywistości, pisze Thomas, będziemy żyć jak rośliny:

– Kiedyś nasi przodkowie żyli na wolności, później w uprawnych ogrodach, w przyszłości przyjdzie nam żyć jako okazy hodowane hydroponicznie; będziemy się żywić wodą z dodatkiem składników odżywczych zalecanych nam przez hodowców bankierów, abyśmy tylko byli zdrowi i produktywni… I tyle!

Właśnie do tego dążą współczesne rządy, nasi dobroczyńcy, władcy państw opiekuńczych, giganci kompradorskiego kapitalizmu. Jeśli uświadomimy sobie za Leninem, że każdy rząd jest pasożytem, ​​to oczywiste, że pasożyt ten chciałby zminimalizować swój życiowy wysiłek i koszty, maksymalizując jednocześnie to, co może wydobyć od swych nosicieli, ludzi.

Pierwszym etapem tego procesu jest prowadzona od prawie 10 lat polityka zerowych stóp procentowych, która jest de facto wojną z ciułaczami i emerytami. Obie te grupy zostały pozbawione owoców swego oszczędzania w postaci odsetek, równocześnie, głównym beneficjentem ich darmowych pieniędzy stały się banki, które tym samym przejęły kontrolę nad robotniczymi mrówkami, czyniąc nas swymi sługami. Tym, co dodaje sytuacji dramatyzmu jest rozwój technologiczny, która proces przejęcia i zniewolenia ułatwia i przyspiesza. Już w niedalekiej przyszłości w rękach banków i rządów znajdzie się  technologia umożliwiająca monitorowanie każdej najmniejszej nawet transakcji finansowej – od kupna napoju w automacie, po zakup pakietu kontrolnego, czy nieruchomości. Pełne monitorowanie jest już tylko kwestią czasu, podobnie jak kwestią czasu jest decydowanie o tym, czy dana transakcja może się odbyć, czy nie.

Pół biedy, gdyby ludzie w odpowiedzi na to zniewolenie tradycyjnie wyszli na ulicę, zawołali: No pasaran! I zaczęli palić komitety. Problem w tym, że nie tylko nie wyjdą, ale wręcz powitają zniewolenie jako kolejny krok do poszerzenia zakresu komfortu ich życia. Wsparci przez tzw. intelektualistów, przez media, straszeni zagrożeniami w postaci finansowania terroryzmu, prania brudnych pieniędzy, ekosceptycyzmu, rasizmu, mowy nienawiści, seksizmu i innych atrybutów Imperium Zła, ludzie mogą się opowiedzieć za  nowinkami, a nawet je poprzeć.

– Cóż to takiego, że bank kontroluje zakup mojego drinka czy nawet skręta? Też mi problem!

Taka transakcja istotnie nie jest problemem. Może się jednak okazać, że bank – z powodu trudności którejś ze swoich jednostek terenowych – nie pozwoli ci wyjechać na wieś do rodziny, czy tym bardziej zagranicę. Na pewno jednak nie będziesz w stanie opuścić swego raju i przenieść majątku gdzie cię oczy poniosą. W Polsce już tak bywało i to przez bardzo długo, i bardzo dotkliwie.

To wszystko to tylko powtórka z totalitaryzmu. I właśnie o to chodzi p. Lagarde i jej poplecznikom z Davos, Brukseli czy Manhattanu.

Opr. Jan Bereta

Milionerstwo.pl

Jak kupować nieruchomości w Hiszpanii (I)

0

Wbrew panującej modzie, urodzie hiszpańskich miast i plaż, sympatycznym Hiszpanom, i pięknej pogodzie, a nawet spektakularnie niskim cenom, wielu Polaków, którzy zdecydowali się na kupno domu, czy apartamentu w Hiszpanii żałuje swego kroku. Coraz więcej z nich, po chwilowych zachwytach i płonnych nadziejach, po roku czy dwóch wstawia swoje nieruchomości z powrotem na rynek, nierzadko po desperacko niskich cenach.

Dotknij, poczuj, policz

Nie musiałoby do tego wszystkiego dojść, gdyby przed podjęciem decyzji o kupnie, głębiej się zastanowili, a zwłaszcza poznali skądinąd banalne i znane zasady ceny czy wyceny naszych domostw, mieszkań, czy innych posiadłości. Bowiem Hiszpania, mimo wspomnianych niepowodzeń jest krajem bardzo atrakcyjnym; to naprawdę jedna wielka okazja, pod warunkiem, że:

  1. nie cała Hiszpania;
  2. nie zawsze;
  3. nie dla każdego;
  4. i nie za każde pieniądze;

Zanim objaśnię znaczenie powyższych priorytetów, zwracam uwagę, że kupno nieruchomości, nawet w Hiszpanii, to  jedna z największych, najważniejszych transakcji naszego życia. Każda tak kosztowna i tak rewolucyjna decyzja wymaga namysłu. Oglądnięcie migawek z jakiegoś mieszkania w Alicante na YT, czy wysłuchanie tyrady pośrednika, który zapewni nas, że takiej okazji nie było od czasów konkwisty – nie wystarczy.

Kupno nieruchomości w obcym kraju wymaga gruntownej analizy. Dlatego, każdemu, kto nie był jeszcze w Hiszpanii, kto zna ten kraj z folderów o witryn biur podróży, albo nawet z tygodniowego all inclusive na Lamarach czy na Majorce,  doradzam; pojedźcie tam na 10 -15 dni, z rodziną, zobaczcie kilka miejsc, pospacerujcie po skwerach, sklepach, muzeach, restauracjach (nie tylko na plażach, gdzie dominują turyści zagraniczni), przyglądnijcie się, gdzie i jak ONI żyją, jakie nieruchomości są na sprzedaż i na jakich warunkach, co ONI jedzą, czy się uśmiechają, czy są życzliwi – każdy z nas ma swoje własne kryteria miejsc, w których czuje się dobrze, które lubi. Niech je po prostu dotknie, powącha, posmakuje, niech obserwuje, pyta, stara się chociażby zrozumieć ducha nowego miejsca i ludzi.

Taki pobyt to dodatkowo okazja do załatwienia – bez pośpiechu, spokojnie, a także taniej – spraw, bez których kupno nieruchomości w Hiszpanii jest niemożliwe. Mam na myśli zdobycie, „numeru identyfikacyjnego cudzoziemca”, znanego jako N.I.E. i  założenia konta bankowego.

Uwaga: jeśli zamierzacie stać się światowcami i nadal porozumiewać na migi w językach słowiańskich –  zmieńcie plany. Polska jest piękna. Bułgaria to też atrakcyjny kraj. Ukraina jest tania i zaczyna się rozwijać.

Mimo iż na ulicach Malagi, Barcelony czy Gandii język nierzadko częściej słychać ukraiński, bułgarski, ukraiński, nawet polski, niż hiszpański, podstawy castellano, czy chociażby języka angielskiego to jest program minimum. Ale to żaden powód do zmartwień; to okazja do poznania świata i poszerzenia horyzontów. Tym bardziej, że miejscowi ONI są bardzo komunikatywni, chętnie nam w nauce języka pomogą, a liczne NGOsy, jak np. Czerwony Krzyż (Cruz Roja), czy Lonely Planet organizują za pół darmo, a nawet za darmo kursy hiszpańskiego niemal w każdym mieście.

Nie tylko cena, czyli tylko nie cena

Założenie, jakie przy wyborze nieruchomości przyświeca większości z polskich expatów, żeby tylko cena była niska, to jest niestety błędne założenie. Tym bardziej, że nawet na lokalnych rynkach w Bytomiu, Siedlcach czy Nowym Targu niska cena to złe kryterium.          Najgorsze jest to, ze posługiwanie się ceną, jako kryterium okazyjności czy atrakcyjności czy to nieruchomości, czy kraju, miasta lub dzielnicy jest złudne. Bowiem, jak z wszystkim co posiadamy czy robimy, nie cena lecz wartość się liczy. Gdyby niska cena była najlepszym wskaźnikiem, ludzie jeździliby używanymi punto czy starymi skodami, a nie mercedesami, infiniti, czy wypasionymi suvami.

A ponieważ w teście mowa o kupowaniu nieruchomości w Hiszpanii, skupimy się w nim na sformułowaniu testu wartości nieruchomości, czyli kryterium, które pomoże nam we właściwym, czyli korzystnym wyborze upragnionego domu lub apartamentu na Półwyspie Iberyjskim. Aby takie kryteria poznać i zastosować, potrzebna jest analiza podstawowych wad, ryzyka, czy zagrożeń, jakie wiążą się ze zmianą miejsca zamieszkania i przesiedleniem zagranicę. Musimy wiedzieć, na co się decydujemy; co nas czeka, i jak się z tym uporać.

Cdn.

Jan M Fijor

milionerstwo.pl

Jak kupować nieruchomości w Hiszpanii (II)

0

Gdyby sami Hiszpanie, w minionych latach prosperity częściej posługiwali się kryterium rozsądku i kupowali mądrze, rynek hiszpański nie byłby dzisiaj taki atrakcyjny dla Polaków. Ignorancja Hiszpanów nie uchroni jednak przed kłopotami…

Specyfika

Od prawie 5 lat, po raz trzeci w tym tysiącleciu, rynek nieruchomości w Hiszpanii znajduje się w zapaści. Co prawda, odebrane przez banki domy i mieszkania własnościowe znajdują w coraz krótszym czasie  nowych właścicieli, w związku z czym zaczyna się mówić o końcu kryzysu, odbywa się to głównie przy udziale cudzoziemców. Jeśli jednak ci ostatni nie wykażą się rozsądkiem, czeka ich niechybnie podobny los.

Zwłaszcza, że rynek hiszpański, język, kultura, gospodarka, obyczaje są mocno specyficzne, a dwa, że samo osiedlanie się zagranicą rodzi nieoczekiwane konsekwencje. Odbijają się one nierzadko na rynku nieruchomości.

Zacznijmy od tego, że nowe życie w obcym kraju, to zawsze wielka zagadka. Po roku, czy dwóch może się okazać, że to nie to, albo że jednak trzeba wracać, bo tego wymaga interes kogoś bliskiego, lub pojawi się jakiś inny ważny wzgląd rodzinny. Do tęsknot dochodzą rozczarowania: „mam tej Polski dość”, czy „tam się nie da żyć”. Za komuny było łatwiej; jak już człowiek wyjechał, to nie myślał o powrocie, bo go nie było, albo był trudny. Teraz powrót jest czymś banalnym, więc się o nim marzy. Trzeba wtedy sprzedać nowonabyty dom, mieszkanie; byle szybko, niekiedy za każdą cenę.

Nieruchomość, jak sama nazwa wskazuje, jest nieruchliwa. Sprzedanie jej w krótkim czasie może być problemem. Pamiętajmy, że cena sprzedaży jest odwrotnie proporcjonalna do czasu sprzedaży. Żeby sprzedać szybko, trzeba sprzedać tanio. Tanio oznacz nierzadko taniej niż zapłaciliśmy sami. Tym bardziej, że na rynku mamy konkurencję zarówno ze strony innych cudzoziemców, jak i miejscowych, którym też się mogą preferencje zmienić. Te same zjawiska mają miejsce w kraju rodzinnym, ale tam jest jakoś łatwiej. Znamy ludzi, oni znają nas, jesteśmy bardziej elastyczni, nie ma tam bariery językowej.

Żeby w razie konieczności poradzić sobie z nieruchomością zagraniczną, trzeba o tym pomyśleć w chwili kupna tego wymarzonego apartamentu z widokiem na zatokę, czy góry.

Z deszczu pod rynnę?

Najważniejsze jednak, to zrozumieć w jakim celu opuszczamy kraj rodzinny! Czy jest to kwestia przygody, zmiany klimatu, kultury, czy może względy materialne: biznes, praca, inwestycja czy może po prostu w dotychczasowym otoczeniu nie możemy już wytrzymać? Każdy w tych powodów rodzi różne konsekwencje. Nie wchodząc w detale, polecam na wszelki wypadek nie palić za sobą mostów, a także, jeśli to możliwe, nie zacietrzewiać się na Polskę i skazywać na emigrację bez potrzeby. Polakom trudno się żyje bez Polski, o czym świadczą chociażby masowe powroty do kraju w przededniu września 1939 roku, gdy już było wiadomo, że do wojny dojdzie. Świadomość tego, że w każdej chwili możemy jednak do kraju wrócić koi nostalgię i pozwala zachować racjonalny umiar.

Pamiętajmy: jeśli upadła niepokonana komuna sowiecka, to i upadnie każda inna.

Pamiętajmy też, że trawa sąsiada jest zwykle bardziej zielona. Uważajmy więc, abyśmy nie wpadli z deszczu pod rynnę. Doug Casey, ekonomista specjalizujący się w tematyce „najlepszego miejsca pod Słońcem” w swej słynnej książce[1] – szczególnie w odniesieniu do osób szukających lepszego życia, lepszej przyszłości dla siebie i dzieci –  poznanie specyfiki politycznej, kulturowej, a zwłaszcza  ekonomicznej naszego nowego miejsca osiedlenia.  Chodzi konkretnie o pieniądz, rynek, system podatkowy i regulacje.

Pani A. odziedziczyła po krewnej dom. Sprzedała go i pod wpływem „interesującej oferty” znalezionej na fejsbuku kupiła w Walencji mieszkanie z przeznaczeniem na wynajem turystyczny. Ponieważ chce w Polsce dopracować 4 lata do emerytury, zamierzała prowadzić biznes na odległość. Podpisała umowę z hiszpańską firmą zarządzającą nieruchomościami, podała im numer konta i wróciła do rodzinnego Bytomia, do pracy.

Nawet dobrze nie wiedziała  co podpisała, bo języka nie zna. Nie rozumiała więc treści pisma, jakie wysłał jej Generalitat w związku z pogwałceniem zasad wynajmu mieszkań. Jeden telefon i agencja zarządzająca zapewniła ją, że wszystko jest OK, więc nie reagowała. Ustały wprawdzie wpływy na konto bankowe, ale równocześnie miała problem z Internetem, więc zrzuciła wszystko na karb technologii. Kilka miesięcy później nadszedł jednak list z Delegacion de Hacienda, czyli z tamtejszej skarbówki. Były w nim „jakieś wyliczenia”, poszła więc z tym do tłumacza przysięgłego: wymierzono jej podatek, karę, a ponieważ doszły jeszcze skargi sąsiadów, wszczęto sprawę sądową. Z bólem serca wzięła urlop i poleciała do Walencji. Od tego czasu procesuje się z władzami prowincji, walcząc o to, aby nie zlicytowali jej zdewastowanego mieszkania. Na samego adwokata wydała już 6 tysięcy euro. A gdzie elektryk, murarz, wymiana drzwi, zatkanych rur itp. Po dwóch latach od kupna wystawiła mieszkanie na sprzedaż. Jeśli dostanie pełną cenę będzie w plecy ok. 18 tysięcy euro, czyli 30 procent swojej inwestycji, nie licząc kosztów podróży, trzy razy tam i z powrotem, zniszczonych sprzętów, oraz grzywny, jaka ją czeka.

 

Przypadek Bytomianki nie jest odosobniony. Ludzie zakładają sklepy, hurtownie, a nawet firmy usługowe usiłując kierować nimi on-line znad Wisły, czy Odry. Trzeba być naprawdę sprawnym fachowcem i mieć szczęście do ludzi, aby coś takiego w ogóle się udało.

Raz na wozie, raz…

Czas w nieruchomościach odgrywa rolę zasadniczą. Jeśli kupi się nieruchomość w szczycie koniunktury, można, jak państwo K., czekać na powrót ceny 10 lat i dłużej. Za domek na prowincji, za który zapłacili w 2009 roku 110 tysięcy euro, oferują im dzisiaj nie więcej niż  50 tysięcy. A przecież go wyremontowali kosztem 25 tysięcy euro. Mimo to czekają. Na plaży, do której mają 5 kilometrów, nie byli od siedmiu lat. Nie mają do tego nastroju. Zamiast dostatniej emerytury w tropikalnym klimacie, siedzą sfrustrowani kłócąc od rana do nocy. Uważają, że to pośrednik ich naciął. Chętnie by wrócili do Polski, ale nie stać ich na taką stratę.

A przecież wystarczyło przed kupnem porozmawiać z  gestorem, czy adwokatem, by zrozumieć iż rynek nieruchomości ma swoje wzloty i upadki. Pożałowali 200 euro, tracą wielokrotność tej kwoty każdego miesiąca. Niewiele ich to nauczyło, bo właśnie wynajęli domek „jakiemuś Rosjanowi” – bez umowy, bez depozytu; tłumacząc, że chcieli jak najszybciej wrócić do Polski.

Kryzysy w Hiszpanii, to chleb powszedni. Kryzysom towarzyszą, rzecz jasna, skoki cen na rynku nieruchomości. I chociaż  większość osiedlających się na Półwyspie Iberyjskim radzi sobie z nimi dobrze, kupując w dołku, sprzedając w szczycie, doradzam przynajmniej, żeby coś na temat gospodarki poczytać. To się wiąże z kolejnym tematem, jakim są banki i kredyty…

Można znakomicie zminimalizować ryzyko ewentualnej wpadki poprzez należycie dobrany kredyt. Zasada ta obowiązuje na rynku amerykańskim, hiszpańskim, na polskim też.

Co więcej, hiszpański rynek kredytowy – zwłaszcza dla Polaka – jest niemal marzeniem: banki udzielają tam kredytu na zakup nieruchomości na 15 – 20 lat przy stałym oprocentowaniu nie przekraczającym – od co najmniej dwóch lat – 2,2 procenta rocznie. Lewarowanie się długiem w takich warunkach, zwłaszcza że Hiszpania wchodzi w okres poprawy koniunktury gospodarczej, europejski bank centralny drukuje pieniądze jak oszalały, a złotówka się całkiem dobrze trzyma jest dziś dla kupującego korzystne. Trzeba to jednak wiedzieć, znać reguły przyznawania kredytu, i zamiast za gotówkę, kupować częściej na kredyt…

Cdn.

Jan M Fijor

Milionerstwo.pl

 

Jak sobie radzić w trudnych czasach (II)

0

Kontynuujemy listę porad służących lepszemu przygotowaniu się do nadchodzącego kryzysu. Słusznie zauważył, Maciej Dutko, że „to nie są rady na kryzys, lecz  na całe życie”. Słowem, co robić, żeby nie miotać się od problemu do problemu, od kryzysu do kryzysu. Oto kolejna garść:

  1. Unikaj toksycznych ludzi: głupców, cyników i cwaniaków. Wielu z takich ludzi działa w polityce. Dlatego nie łącz się z nimi, nawet dla osiągnięcia korzyści. Taka korzyść też będzie toksyczna. Ludzie toksyczni marnują twój potencjał, zniechęcają cię do działania, a przede wszystkim zatruwają ci duszę. Z taką duszą trudno o prawdę, bez której nie ma sukcesu i szczęścia;

 

  1. Ludzie mając wybór producenta czy dostawcy, wybiorą tego komu bardziej ufają, czy kogo bardziej lubią. W dzisiejszych czasach, gdy różnice między firmami czy markami są tak niewielkie, zaufanie i sympatia do producenta czy sprzedawcy jest silniejszym kryterium wyboru produktu/usługi niż ich jakość czy nawet cena. Najczęstszym motywem stają się wtedy emocje: afekt, sentyment, a nawet przyjaźń. Staraj się zaprzyjaźnić ze swoim pracodawcą, klientem, kontrahentem. Postaraj się, aby i oni traktowali cię jak przyjaciela;

 

  1. Dbaj o swoją reputację, bez względu na okoliczności. Bądź lojalny, uczciwy i szczery. To są najważniejsze, najcenniejsze, ale i najrzadsze cechy człowieka. Trudniej jest się ich nauczyć niż mechaniki kwantowej. Dlatego właśnie są one w takiej cenie. Bądź lojalny, uczciwy, szczery zawsze. Nie tylko w biznesie, także w życiu codziennym, w domu, w kościele, na ulicy;

 

  1. Miej pasję! Jeśli nie wiesz, jak ją w sobie rozniecić, postaraj się nauczyć czegoś, co cię nęci czy porywa. Znajdź w sobie talent, łatwość, ciekawość i rozwijaj je. Może to być muzyka, sport, ale może też kolekcjonowanie żelazek, czy breloczków. Pasja i konsekwencja doprowadzą cię do wymarzonej pracy, sukcesu, a nawet fortuny. Będą przy tym dobrym sposobem na stworzenie sobie własnego, satysfakcjonującego biznesu;

 

  1. W sporze, zwłaszcza z zawodowcem nie obstawaj przy swoim, jeśli czegoś nie wiesz, albo nie jesteś tego naprawdę pewny. Tym bardziej nie blefuj. Upieraj się tylko wtedy, gdy musisz, i tylko wtedy, gdy wiesz, że masz rację. Zawodowiec dobrze wie, co ty naprawdę umiesz, amator zaś nie wart jest sporu nawet wtedy, gdy racja jest po twojej stronie. Wspomnij wtedy maksymę, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć;

 

  1. Targuj się! Spieraj. Negocjuj swój interes. Pamiętaj jednak, żeby nie wywierać zbędnego nacisku, a już – broń Boże – nie stosować siły. Nie traktuj negocjacji, sporu w kategoriach: zwycięzca – przegrany. Właściwe, czyli trwałe rozwiązanie konfliktu, a nawet zażegnanie kłótni wymaga, by obie strony barykady osiągnęły w wyniku porozumienia korzyść. Wynikiem negocjacji nie jest kapitulacja strony, czy stron, lecz znalezienie kompromisu określanego jako sytuacja win – win.

 

  1. Dobry zwyczaj nie pożyczaj. Zwłaszcza przyjaciołom, chyba że chcesz ich stracić. Od pożyczania są banki. One z tego żyją. Jeśli więc one nie chcą udzielić komuś kredytu to znaczy, że jest coś na rzeczy i z tego powodu nie chcą ryzykować. Skoro profesjonaliści stronią od zbędnego ryzyka, tym bardziej amatorzy powinni się przed nim powstrzymać. Chcesz komuś pomóc, to mu podaruj, a nie pożyczaj. Efekt będzie identyczny, a nie poczujesz się zawiedziony czy rozczarowany; .

 

  1. Zawiść i zazdrość to przyczyny 99 procent wojen i najcięższych konfliktów międzyludzkich. O ile zazdrość – czyli pragnienie posiadania tego, co posiada druga strona – można zrozumieć, usprawiedliwić, a niekiedy nawet, może mieć ona na nas wpływ budujący, o tyle zawiść – czyli pragnienie unicestwienia tego, co posiada druga strona, tylko dlatego, że nie posiadamy tego my, jest najgorszą z możliwych cech ludzkich. Przy czym zawistnik zwykle traci więcej niż osoba, którą chce przedmiotu zawiści pozbawić;

 

  1. Łatwiej jest okiełzać potrzebę niż ją zaspokoić. Jeśli cię nie stać, nie kupuj. Zbędny ciuch w cenie 100 złotych wymaga pracy wartej ok. 200 zł. Chcesz oszczędzić 200 zł, zrezygnuj ze spodni za 100 zł. Rentowność takiej decyzji wynosi 100 procent. Aby zarobić 100, wystarczy oszczędzić 50. Pokaż mi bank, czy fundusz inwestycyjny który płaci gwarantowane 100 procent odsetek, i to od każdej transakcji .

 

  1. Bądź gospodarny. Zapobiegaj stratom ciepła, wody, pieniędzy, czasu, energii i wszystkich innych rzadkich dóbr. Każda kaloria, kropla wody, złotówka, czy godzina mają alternatywne zastosowanie, cenę, czyli swoją użyteczność. Można je zagospodarować lepiej, i odnieść korzyść, można, i gorzej, a wtedy ponieść stratę. Dlatego, wymień uszczelki, filtry czy cieknące krany; uszczelnij drzwi i okna. Przejdź na oświetlenie ledowe, wcześniej jednak sprawdź gdzie można je kupić najtaniej. Różnica w ich cenie może sięgać 50 a nawet więcej procent. W świecie dóbr rzadkich każda oszczędność to dobry uczynek wobec bliźniego.

 

Cdn.

 

Jan M Fijor

Milionerstwo.pl

Jak sobie radzić w trudnych czasach (I)

0

Nadchodzą trudne czasy. Kryzys jest nieunikniony. Nie wiadomo, kiedy wybuchnie, wiadomo że wybuchnie. Ekonomiczni eksperci ostrzegają, że będzie to najgorszy kryzys w dziejach cywilizacji. Czy można się przed nim ochronić? Raczej nie, można jednak złagodzić jego skutki. Oto garść sprawdzonych, prostych i niedrogich zabiegów, które nam w tym pomogą:

 

  1. Wiadomo od wieków, że w sytuacjach kryzysowych złoto i srebro to najlepsze pieniądze. Warto więc zaopatrzyć się w kilkanaście czy kilkadziesiąt monet złotych czy srebrnych, by w razie załamania się waluty, móc się utrzymać przy życiu. No, dobrze, ale co mają zrobić ci, którzy nie zdążyli kupić na czas takich monet i dzisiaj ich na to nie stać? Jedna jednouncjowa pandy, krugerrand czy suweren kosztują dziś 6000 zł sztuka? Jeśli nie stać was na monety złote, kupujcie srebrne, jeśli i te są poza zasięgiem waszych możliwości finansowych, kupcie sobie jednostki funduszy inwestujących w spółki wiertnicze, poszukiwawcze, czy kopalnie metali szlachetnych. Można też kupić bezpośrednio akcje tych spółek. Ich cena rzadko kiedy przekracza 100 zł za jednostkę lub udział;

 

  1. Spłać wszystkie długi, a zwłaszcza te na drogich kartach kredytowych. Najlepiej skonsoliduj swoje zadłużenie w jednym kredycie hipotecznym, który jest z reguły najtańszy. Zanim to uczynisz weź nożyczki i przetnij swoje karty kredytowe. Zatrzymaj na czarną godziną jedną. I jedną debetową. Jeśli nie posiadasz nieruchomości, pożycz pieniądze z kasy związkowej czy zakładowej i spłać swoje zobowiązania, na ile tylko możesz. Jeśli masz słabą historie kredytową, znajdź drugą albo i trzecią pracę po to tylko, by szybko pozbyć się zadłużenia. Niewypłacalni dłużnicy tracą majątek, poczynając od tego najcenniejszego: dom, samochód, sprzęt agd, komputery etc.

  1. Nie zaciągaj nowych długów, zaciągnij za to pasa. Uważaj na to co kupujesz. Prowadź zapiski swoich zakupów, i analizuje je. Wyeliminuj to, co jest na nich zbytkiem. Racjonalizuj zakupy: Pięciolitrowy baniak Ludwika kosztuje tyle, co 3 butelki litrowe tego detergentu. Opakowanie X kosztuje 10 procent mniej, bo jest o połowę mniejsze od Y. Patrz, ile kosztuje kilogram, litr, a nie 100 g czy 100 ml. Jedz mniej, jedz zdrowiej. Zapomnij o barach, fastfudach, czy Gimnastykuj się;

 

  1. Oszczędzaj! Nie umiesz? Zacznij od wrzucania każdego dnia drobnych, jakie ci pod wieczór zalegają kieszenie do starego dzbanka czy puszki. Potem, z każdej wypłaty wypłać sobie na konto oszczędnościowe 100 złotych. Nie stać cię na 100, wypłać 50. Nie stać na 50, wypłać 10 zł, Uzbierasz 1000 zł, wpłać je do banku, który wybierzesz po skrupulatnej analizie. Potem się zastanowimy. Unikaj banków państwowych i doradców finansowych;

 

  1. Przeglądnij stare kufry, pudła, strychy i piwnice. Pozbądź się z nich zbędnych rupieci. Sprzedaj je. Napraw stary rower, usuń plamy z dywanu czy kanapy, dbaj o swoje zęby, bądź czysty. Pomóż dzieciom sprzedać makulaturę i zawieźć złom do skupu. Czystość pachnie i to bez stosowania perfum. Dbaj o kondycję fizyczną i zdrowie. Państwowa służba zdrowia jest kosztowna i ryzykowna.

 

6. Rzuć palenie, albo przynajmniej je ogranicz. To samo z alkoholem. Alkohol jest dla ludzi, ale ludzi mądrych. Zastanów się, czy nadal zasługujesz na to określenie. Ogranicz grono bliskich i przyjaciół, a wcześniej przeanalizuj, kto naprawdę do niego należy. Nie korzystaj z cudzej gościnności, bo rewanże są dwukrotnie więcej warte niż to czym cię poczęstowano. Nie ma nic za darmo, wystrzegaj się więc darmochy;

  1. Substytuuj swoje kaprysy i rozrywki. Zamiast iść na mecz Warta kontra Nie-Warta, oglądnij go w TV. Zapomnij o transmisjach per-pay-view. Zamiast oglądać telewizję pobiegaj z dziećmi po lesie. Zapomnij o płockich czy kołobrzeskich nocach kabaretowych – chcesz się pośmiać, poczytaj Marka Twaina, albo Annę Kareninę. Czy naprawdę nie jesteś w stanie obejść się bez 800 kanałów satelitarnych? Czy naprawdę nie jesteś w stanie żyć bez telewizora?

 

  1. Mniej oglądaj, więcej słuchaj; mniej słuchaj, więcej czytaj. Czytane na dłużej zapada w pamięci. Czytaj rzeczy mądre i pożyteczne. Jeśli uważasz, że książki są zbyt drogie, korzystaj z bibliotek i antykwariatów. Notuj, co przeczytałeś. Notuj też, co powinieneś przeczytać. Niewielkiemu wysiłkowi towarzyszy zwykle duża satysfakcja. Nic tak nie cieszy jak przezwyciężanie własnych słabości i lenistwa;

  1. Ucz się. Słyszysz trudne słowo, dowiedz się co ono oznacza. Znajomość pojęcia inflacja może zmienić bieg twego życia i z nędzarza uczynić człowieka zamożnego. Otaczaj się mądrymi ludźmi. Pracuj więcej, Pomagaj ludziom, którzy nie mają pomocy, a wpadli w tarapaty. Pomaganie bliźniemu poprawia samopoczucie. Dobre samopoczucie, podobnie jak dobra opinia w środowisku oznaczają uśmiech na twarzy. Ludziom uśmiechniętym, z dobrą reputacją więcej się w życiu udaje.

 

  1. Oszczędzanie dzisiaj nie wystarczy; bez inwestowania się nie obejdzie. Dopóki się nie nauczysz zasad, nie inwestuj w papiery wartościowe. Jedynym wyjątkiem mogą być Indywidualne Konta Emerytalne (IKE) oraz Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK). Boisz się, że rząd je zlikwiduje, tak jak to uczynił z OFE? Dowiedz się, co zrobić, aby do tego już nigdy nie doszło. Aby się tego dowiedzieć, przeczytaj obowiązkowo raz na tydzień jakąś wypowiedź Janusza Korwin-Mikke. Więcej w kolejnym odcinku…

 

Cdn.

Jan M Fijor

milionerstwo.pl

O tym, jak „Kot Biznesik” uczy dzieci, rodziców i dziadków

18

Pierwszą książką Fundacji Instytut Carla Mengera z serii książek przedsiębiorczych, czy jak kto woli biznesowych  dla dzieci ukazujących się pod szyldem Akademii Młodych Milionerów, było opowiadanie pióra Arkadiusza Błażycy, p.t. Kot Biznesik. Od pierwszych dni Kot biznesik stał się bestsellerem.

Oto fragment słuchowiska „Kot biznesik”:  https://audioteka.com/pl/audiobook/kot-biznesik

Książka jest debiutem autora, ale i wydawniczej działalności Instytutu, inauguruje także nowy nurt publikacji ekonomicznych, które mają zachęcić i edukować w ramach homeschoolingu (edukacji domowej) nasze dzieci w ich przyszłych staraniach o dobrą, ciekawą  pracę, uznanie, satysfakcję, spełnienie w życiu, czyli właśnie do działań przedsiębiorczych. Gołym okiem widać, że istniejący system oświatowy nauczaniu samodzielności nie sprzyja, co gorsza, propagując kolektywizm i sprzyjając państwu, pozbawia młode pokolenia inicjatywy i indywidualności.

Kierownictwo Instytutu Carla Mengera ma nadzieję, że ten niemal nieznany dotąd w Polsce gatunek literacki spotka się z zainteresowaniem ze strony rodziców, a zwłaszcza babć i dziadków uzupełniając braki w edukacji praktycznej naszych dzieci i wnuków, a przede wszystkim przygotowując młode pokolenia do dorosłego, godnego życia w charakterze przedsiębiorców i liderów biznesu. Przełamie równocześnie obowiązujący i błędny paradygmat, że to państwo, a nie  sami obywatele, naród jest  w stanie rozwiązać problemy materialne obywateli. Klęska socjalizmu realnego, ciągłe fiasko gospodarek idących drogą upaństwawiania środków produkcji, centralnego planowania i zniewalania ludzi, czy to na Kubie, w Wenezueli, Korei Północnej,czy nawet  w Indiach dowodzi, że droga rozwoju i prosperity wiedzie  t y l k o poprzez indywidualizm i produkcję  prywatną. Do tego jednak potrzebne jest przygotowania nowych pokoleń, czemu właśnie służą książki takie jak Kot Biznesik, John Profit, Złoto Janka i inne, jakie sukcesywnie ukazywać się będą w oficynie Instytutu Carla Mengera (menger.pl). Wkrótce uruchomimy także sprzedaż e-booków!

Książka, którą wkraczamy na nowe szlaki ludzkiego działania to pięknie wydana, bogato ilustrowana, mądra i zabawna historyjka pewnego kota, który zamiast szukać pracy, jak czyni to większość kotów,  w sektorze uspołecznionym, postanawia żyć lepiej i samodzielniej budując własną firmę.  W tym celu bierze  życie w swoje ręce i zakłada biznes. Tytuł skierowany jest do dzieci w wieku od 7 – 12 lat, ale także do młodszych, które – z pomocą rodziców – zainteresować  może dzielny kot. Lektura jest skierowana także do  rodzice (i dziadków również), którzy dzięki niej będą mieli okazję do przemyśleń swej koncepcji zatrudnienia i pracy. Kot biznesik, jak wszystkie kolejne pozycje Instytutu Carla Mengera (ICM) dostępne będą w większości księgarń w kraju, Można je będzie kupić także za pośrednictwem Instytutu, pod adresem menger.pl. Zamówienia prosimy kierować na adresem: menger@menger.pl. Wkrótce kolejne interesujące pozycje wydawnicze. Zwracamy się równocześnie do obecnych jak i przyszłych rodziców, aby wsparli nową ideą kupując swoim dzieciom książki biznesowe serii ICM. Mile widziane są nowe pomysły i inicjatywy, liczymy też na wsparcie w postacie najskromniejszych nawet datków. Nie ukrywamy, że przebijanie się z tak odważnym przedsięwzięciem jest trudne i kosztowne. Pomoc ze strony Czytelników i zwolenników wolnego rynku, wolności, konkurencji i przedsiębiorczości będzie dowodem na to, że chcemy aby nasze przyszłe pokolenia żyły w poczuciu satysfakcji i prosperity. Donacje na ten cel prosimy kierować na konto Fundacji Instytut Carla Mengera w mbanku nr konta: 59 1140 2004 0000 3302 7606 1154. Nasz adres: Fundacja Instytut Carla Mengera, ul. Ludwinowska 20/304, 02-856 Warszawa, NIP 951 237 53 28, KRS 0000488851.   

Arkadiusz Błażyca, Kot biznesik, czyli jak pewien kot został biznesmenem. Ilustracje Milana Popkova, ISBN 978-83-64599-97-2, Fundacja Instytut Carla Mengera, Warszawa, 2019. Twarda oprawa, full kolor, stron 84. Dostępna w księgarniach klasycznych i internetowych na terenie całego kraju

Książka to wspaniały prezent pod choinkę!

 

Wesołych Świąt!

 

W co wchodzić? (I)

0

Coraz więcej Polaków zastanawia się, jak zabezpieczyć swój biznes, majątek, oszczędności, słowem przyszłość  przed skutkami nadchodzącego kryzysu. W tym segmencie odpowiemy sobie na pytanie: w co dzisiaj opłaca się wchodzić z pieniędzmi?

Akcje, obligacje, nieruchomości

Zacznijmy od instrumentów inwestycyjnych najbardziej znanych i popularnych. Należą do nich: akcje, obligacje i nieruchomości.

Nawet średnio zorientowany inwestor-amator wie, że lokata nadwyżek finansowych w rynek papierów wartościowe, po ponad dekadzie boomu napędzanego niskimi stopami procentowymi, tanim pieniądzem i łatwymi kredytami wywołała na rynkach sztuczną hossę,  której skutkiem są bańki spekulacyjne z rażąco zawyżonymi cenami i irracjonalnymi oczekiwaniami mas. W takich warunkach rynkiem interesują się przeważnie ignoranci, chorobliwi optymiści i spekulanci. Racjonalny inwestor, który nie chce narażać całego swojego majątku na ryzyko upadłości, od papierów wartościowych – przynajmniej od października 2018 – stroni. Co prawda większość indeksów największych giełd świata, od USA przez Niemcy, Wielką Brytanię i Chiny przeżywa wzrost, trzeba jednak nie mieć rozumu, aby w nie wchodzić. Jest to bowiem „wzrost na wyrost”. Ceny akcji i obligacji są w takich okolicznościach wyraźnie zawyżone, znalezienie okazji jest praktycznie niemożliwe. Dostrzegli to na przykład inwestorzy polscy i dlatego – w szczycie światowego boomu giełdowego – notowania, i to nawet dobrych spółek giełdy warszawskiej (WGI), szorują po dnie. Jest to niewątpliwie przejaw racjonalności polskich

inwestorów, w pewnym stopniu także nieznajomość rynków zagranicznych, głównie amerykańskiego, wysokie opłaty pobierane przez krajowe biura maklerskie działające na głównych parkietach świata, a także – niestety – lęk przed inwestowanie wywołany opresyjną polityką fiskalną i regulacyjną aktualnego rządu. Do tego tematu wrócimy w dalszej części rozważań…

Inflacja

W wyniku wspomnianej polityki monetarnej/kredytowej spadają płace realne ludności. Zresztą, oba te zjawiska: hossa na giełdach, oraz spadek siły nabywczej pieniądza mają te same korzenie, którym na imię: inflacja.

Wbrew statystykom oficjalnym, spada także zatrudnienie, a przynajmniej spada ono w tych sferach gospodarki, które tradycyjnie gwarantujących godziwe dochody. Rośnie tym samym liczba bezrobotnych i osób zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin. Następnym rozdziałem tego procesu będzie gwałtowny wzrost cen konsumpcyjnych. Na razie, wskutek tricków księgowych oraz dzięki skanalizowaniu nadmiaru podaży pieniądza na rynki papierów wartościowych i w nieruchomościach, inflacja cenowa jest stosunkowo niska, wkrótce jednak wzrośnie także i ona, a wraz z nią ceny produktów konsumpcyjnych codzienniejszego użytku.

Keynesowska polityka ekspansji kredytowej i napędzanie (przez rząd) inflacji najsilniej uderzają w tzw. rynki wschodzące, do których należy także nasz kraj, skutkiem czego oszczędzanie i inwestowanie narażone jest u nas na dodatkowe niebezpieczeństwo, jakim jest rynek walutowy. Parytety wymiany, obarczone rzekomo wyższym ryzykiem, deprecjonują walutę polską, czeską, węgierską, tajlandzką, indonezyjską i inne utrudniając rozwój gospodarczy i zachęcając do interwencji pieniężnych ze strony banków centralnych. Kredytowanie importu w dolarach, euro czy frankach szwajcarskich jest drogie, dużo za drogie, absurdalnie wysokie[1]. Ze względu na narzuconą nam przez tzw. Zachód deprecjację złotego (PLN) zagrożone jest oszczędzanie. Paradoksalnie, ostatnie[2] wzrosty ceny złota bulionowego (sztabki, monety) o ok. 5 procent spowodowały wzrost cen kruszcu w PLN o prawie drugie tyle. Jakby tego było mało, globalna zmowa banków centralnych pod egidą amerykańskiego FED zmusza do fałszowania statysty inflacji, i co gorsza, do obniżania stóp procentowych, które jeszcze bardziej zniechęcają do oszczędzania. Bez oszczędności nie ma kredytu, a bez kredytu nie ma inwestycji. Drukowanie pieniądza nie jest dobrym rozwiązaniem: nie dość, że rujnuje gospodarkę, rujnuje także finansowe obywateli.

Bańki

Większość inwestorów,, zwłaszcza z grupy ludzi młodych, agresywnych i bez doświadczenia ratuje się krajowymi flipami i mieszkaniami na wynajem, ale to tylko zwiększa ryzyko krachu. Robią sobie wzajemnie konkurencję, dając fałszywy sygnał dla rynku i deweloperów, że w Polsce istnieje ogromne zapotrzebowanie na nowe mieszkania. Skutkiem tego jest wciąż rosnąca bańka spekulacyjna, niczym nie uzasadniony boom budowlany  i wysokie ceny mieszkań, przewyższające nierzadko ceny na rynkach Hiszpanii, Portugalii, Czech, Rumunii, a nawet niektórych rejonów Niemiec i Skandynawii. Dopiero od kilku miesięcy mówi się głośno o eksporcie inwestycji w nieruchomości zagranicę. Temu tematowi poświęcimy jednak osobny odcinek…

Czyż więc, inwestor polski nie ma lepszej alternatywy? Czy pozostaje mu tylko ryzyko na poziomie ryzyka spekulacyjnego? Nad odpowiedzią na te pytania zastanowimy się w dalszej części rozważań…

Cdn.

Jan M Fijor

milionerstwo.pl

[1] Np. w odniesieniu do cen mięsa, chleba, czy wyrobów mleczarskich: 1 GBP = 1 – 1,2 PLN przy parytecie ok. 4,90 PLN za 1 GBP (maj 2019).

[2] Mam nas myśli przełom maja i czerwca 2019 roku.

Złoto wraca do łask (I)

0

Złoto kruszcowe jest dzisiaj jedynym łatwo dostępnym i stosunkowo skutecznym ubezpieczeniem na wypadek inflacji. Chroni nas tym samym przed skutkami materialnymi recesji, krachów czy innych katastrof gospodarczych. Ostatnie zawirowania na rynkach walutowych i giełdach pozwalają przypuszczać, że oto złoto osiągnęło długo oczekiwaną fazę aprecjacji. Kto się spóźni na ten pociąg, będzie żałować.

Tytuł tego wpisu jest nieco mylący. Złoto nigdy nie straciło swego uroku, powabu, czy czaru. Zawsze jest pożądane i chętnie akceptowane. To jedyny prawdziwy pieniądz, akceptowany przez wszystkich bez wyjątku. Po latach opierania się presji banków centralnych, i – zaniepokojonych próbami przywrócenia standardu złota – rządów i polityków, złoto staje się jedynym ubezpieczeniem na wypadek nadejścia kryzysu ekonomicznego, do którego prowadzi nieodpowiedzialna i krótkowzroczna polityka monetarna. Zaniżanie stóp procentowych, zwiększanie podaży pieniądza nie dzięki oszczędnościom, inwestycjom i produkcji, lecz poprzez drukowanie banknotów na rozkaz rozrzutnych polityków, wywoływanie inflacji na żądanie, oraz gigantyczne długi państwa i obywateli, prędzej czy później doprowadzą świat na skraj gigantycznego kryzysu gospodarczego.

Niestety, mało kto zdaje sobie z tego sprawę.

Politycy i żyjący na ich łasce tzw. doradcy rządowi na temat zagrożeń, które sami wywołali – rzecz jasna – milczą lub kłamią. W sukurs idą im wierne media, dla których konflikt i niezadowolenie to ulubiona strawa. One też nie wahają się kłamać. Milczą i kłamią ekonomiści akademiccy, w przeważającej liczbie zatrudnieni na dobrze płatnych etatach państwowych, których nie chcą przecież stracić. Nieliczne głosy wzywające do opamiętania, są bagatelizowane, a nawet wyszydzane. Ulubionym chłopcem do bicia stało się właśnie złoto, jedyny prawdziwy pieniądz, którego nie da się wytworzyć z łatwością charakteryzującą banknoty papierowe tworzone z zadrukowywanych skrawków papieru.

Dlaczego złoto, najpewniejszy nośnik wartości, pożądany surowiec, a jednocześnie solidny pieniądz, wyszydzane jest przez polityków i bankierów jako relikt przeszłości, bezużyteczny antyk, coś wyjątkowo szkodliwego? Bo złoto nie kłamie. Złota nie da się wytworzyć, czy wydrukować. Jego trwałość i stabilność są gwarantami stabilności siły nabywczej naszych dochodów. Dzięki swej niepowtarzalności i trudnej dostępności reguluje gospodarkę, racjonalizując jej przychody i wydatki. Złoto nikogo nie oszuka, złota nie da się oszukać. To obiektywny miernik wartości nie poddający się manipulacjom i fałszerstwom polityków. Kto ma złoto, ten ma władzę. Kto ma dolary, funty, czy euro ten ma papier.

Dlatego złoto, a mniejszym stopniu też srebro, to jedyne narzędzie chroniące nas przed katastrofami gospodarczymi. Jest polisą ubezpieczeniową na wypadek nowych depresji; chroni przed utratą majątku, nierzadko także i życia.

Od zarania bloga Milion Plus zachęcam do kupowania złota, głównie złotych monet czy sztabek. Zobacz seriali kpt. Nie wszystko złoto…(https://milionerstwo.pl/nie-wszystko-zloto-1/. Wprawdzie ostatnie 10 lat – jak chodzi o cenę – żółty metal przeżywa prawdziwy roller coaster cenowy, mimo to w ciągu gros osób kupujących złoto w ciągu ostatniego roku osiągnęło w przeliczeniu na złote polskie (PLN) rentowność rzędu 10-12 procent. Żeby na złocie zarabiać, a równocześnie mieć pewność, że gdy nadejdzie czarna godzina, trzeba się zdecydować na jego kupno. Tak, jak polisy samochodowej OC nie sposób wykupić po wypadku, tak jest i ze złotem: należy je kupić zanim zdarzy się kryzys, czy krach. Dlatego

Mam propozycję; przeczytajcie ponownie Nie wszystko złoto…przeliczcie swoje zasoby i zdecydujcie się.

Na krajowym rynku złota dealerów jest wielu, jeszcze więcej jest ich poza granicami Polski. Różni ich lokalizacja, zakres usług, jakość, terminowość, rzetelność, a zwłaszcza cena.  Rzadko kiedy rekomenduję serwisy finansowe, brokerskie, maklerskie, agentów czy innych finansistów. Tym razem zrobię wyjątek, ponieważ firma, którą chcę zaproponować, „Mennica Mazovia”, to nie tylko specjaliści od złota i innych metali szlachetnych, ale, co ważniejsze, ludzie doświadczeni, o nieposzlakowanej opinii, rzetelni i sprawdzeni. Dzięki łączących nas od lat więzów, znajomości i współpracy, zdecydowali się potraktować Czytelników bloga Milion Plus wyjątkowo…

Każdy, kto posłuży się przy zamówieniu hasłem „milion plus” otrzyma od dealera, Mennica Mazovia, nie tylko specjalny serwis, oraz konkurencyjną w stosunku do notowań innych firm dealerskich cenę, to na dodatek będzie mógł w dowolnym momencie – co jest szalenie ważne zwłaszcza w trudnych chwilach – odsprzedać swe zasoby (monety czy sztabki) po gwarantowanej cenie. Nie ma znaczenia, czy chcecie otrzymać złote (i srebrne też) monety, sztabki na poczekaniu, czy zamówicie je z dostawą do domu, bez względu na to, czy dostawa ma być na teren Polski, Malty czy UK cena pozostaje stała i jest dla Was rewelacyjnie niska. Znacznie niższa niż ceny konkurencji.

Pamiętajcie, że odtąd czas działa na naszą niekorzyść. Nie wierzycie? Sprawdźcie  sami. Kupując jednouncjowego Krugerranda przedwczoraj (5 czerwca 2019) zarobilibyście na nim do chwili obecnej (wieczór 7 czerwca 2019) ok. 2,5 procent. To, co wydarzy się później, możecie sami analizować na portalu: mennicamazovia.pl. Możecie sprawdzić kursy czy ceny telefonicznie, dzwoniąc pod numery: +48 22- 602 2248 lub +48 534 477 169. Aby nie mieć żądnych wątpliwości, sprawdzajcie notowania dealerni konkurencyjnych. Nie zapomnijcie o haśle: Milion Plus. Gdy już nabierzecie przekonania, podajcie je przy kolejnej rozmowie/kontakcie i kupcie!

Więcej na temat dalszych faz procesu lokowania pieniędzy w metale szlachetne,  sposobów zabezpieczanie się na wypadek gwałtownych zawirowań w gospodarce, odsprzedawania i korzystania z owoców wzrostu, pisać będę w kolejnych odcinkach Milion Plus. Pamiętajcie: nadszedł czas złota! Taka okazja nie powtórzy się prędko. Zobaczycie!

Cdn.

Jan M Fijor

Milionerstwo.pl

Zobacz również:

Zobacz również: