Pokolenie XXI wieku

0

Moje pokolenie

Próbuję tutaj odpowiedzieć na pytanie, czym moje pokolenie, pokolenie  wieku XXI, a więc osoby urodzone już po upadku „komuny”, różnią się od swych rówieśników z pokoleń urodzonych po II wojnie światowej. Jakie są fundamenty życiowe, doświadczenia, oraz perspektywy na przyszłość mojego pokolenia.

Wielu pedagogów, polityków, dziennikarzy, a zwłaszcza zaangażowanych społecznie akademików, z grona osób pragnących zyskać popularność i uznanie społeczne, chętnie pochyla się, czy wręcz lituje nad problemami tzw. młodocianych. Tłumaczą to swoje zainteresowanie chęcią wyciągnięcia ręki do młodych w trosce o to, by mieli oni życie lżejsze niż sami zainteresowani. Innym, często spotykanym argumentem uzasadniającym zajmowanie się problemami młodego pokolenia jest przekonanie, że o ile poprzednie pokolenia miały jakiś udział w tworzeniu swej rzeczywistości, a więc niejako działali świadomie i w dużym stopniu ,, na swe własne życzenie „, tak pokolenie nasze [autor jest nastolatkiem] zostało postawione w obecnym społeczeństwie „niezależnie od swej woli”. Chcąc być lubianymi i słuchanymi, a przede wszystkim ,,fajnym” osobami, biją w wielki dzwon, by pokazać jak to obecna młodzież ma się okropnie.

 

Warto jednak zauważyć, iż każde pokolenie urodziło się w systemie, którego nie kształtowało, więc nasze nie jest tu żadnym wyjątkiem. Żaden człowiek nie miał wpływu na rzeczywistość w której się urodził. Możliwość zmiany rzeczywistości pojawia się wraz z pierwszą samodzielną myślą tworzącą się w naszym umyśle. Od niej rozpoczyna się nasz wkład w formowanie świata.

Problem w tym, że ta myśl macierzysta, fundamentalna jest tłumiona przez tzw. naukę o odpowiedzialności społecznej. Co ona oznacza? Że za wszystko co jest w życiu pozytywne odpowiada ,,społeczeństwo”, a więc nie jest to naszą zasługą; za wszystko co złe i szkodliwe też odpowiada społeczeństwo, czyli wszyscy (prócz samych przestępców), wliczając w to ofiary!.

Determinizm przyjęty przez obecnych twórców opinii rozbraja nas z największej broni jaką posiadało każde pokolenie u swego progu: pragnienia, a zwłaszcza możliwości zmiany istniejącego status quo. ,,Jeśli wszystkie moje wady są winą opresyjnego systemu, a jednocześnie jest to system demokratyczny, w którym rządzi większość, która jest absolutem najwyższym, to ja sam na nic nie mam wpływu”.

Jeśli uważasz, że będę tutaj kogoś usprawiedliwiał i podawał wymówki, usprawiedliwienia złych działań, proszę, odpuść sobie resztę tego tekstu. Jeśli wierzysz, że to iż masz dużo pryszczy na twarzy; że ważysz 100 kilogramów; że żadna dziewczyna (tudzież chłopak) cię nie chce, a twoim jedynym zainteresowaniem są gry komputerowe, lub instagram, to wszystko wina (jedynie): państwa, systemu, czy rodziców, też sobie odpuść ten tekst i wróć do pornografii i energetyków.

Szkoła

Nigdzie nie marnuje się więcej czasu niż w publicznej szkole. Nic, co darmowe, nie może mieć wartości. Do głów każdego ranka tłoczona jest tam niepotrzebna nikomu wiedza. Marnowanie ośmiu, czasem i więcej godzin zamiast zajęcie się czymś produktywniejszym, skutkuje spadkiem samodzielności wśród młodych ludzi. Oczywistą reakcją organizmu jest automatyczne wypychanie takich treści z umysłu. Po skończeniu liceum nikt nie pamięta rzeczy których uczył się jeszcze niedawno. Przykładami będą tutaj materiały nagrywane przez matura to bzdura.

Przymus prowadzi do skutków odwrotnych do zamierzonych. Obowiązkowa nauka prowadzi do jej wypaczenia, piękna prawda o otaczającymi nas świecie i zjawiskach jakie w nim występują jest ignorowana i odtrącana przez umysły młodych ludzi. Jednocześnie każe się być wdzięcznym, ponieważ inne pokolenia chciały się uczyć, ale nie mogły.

No właśnie, one chciały. Przymus nauki szkolnej i upowszechnienie wiedzy oznacza jej upadek. Cenne jest tylko to, co rzadkie. A gdy ktoś wbrew woli chce zrobić ci dobrze; uciekaj – to na pewno gwałciciel!

Pedagogia

Osoby które powinny posiadać najwięcej umiejętności dotarcia by ucznia i przewidzenia jego zamiary – a więc nauczycielki, czyli szkolne pedagożki – są najbardziej naiwnymi pracownikami szkoły. To one usprawiedliwiają niewiedzę ucznia jego problemami psychicznymi, czy materialnymi, stwarzając wymówki tego ostatniego do nie robienia nic. Jednocześnie za wszystko oskarżają używki i komputery. Ich propaganda jest tak tępa, że ośmieszają jedynie swoją pozycję i kompetencje.

Kwestie filozofii

Moim zdaniem kwestie etyczne, czyli zrozumienie tego, co jest właściwe, a co nie jest, to kwestie w życiu kluczowe. Człowiek bez zasad moralnych, bez ryz, których się trzyma ,,choćby nie wiem co”, staje się bezkształtną masą cytoplazmatyczną. Dzisiaj filozofia jest wyśmiewana i odtrącana przez młodych ludzi jako nudziarskie zajęcie nie przynoszące satysfakcji. Wynika to głównie z przekonania, że filozofii uczy się nas poprzez naukę historii filozofii, która bez uprzedniego zapoznania się, czym właściwie jest filozofia, jest po prostu,, taką nudniejszą historią. Co z tego, że wiemy gdzie wykładał Sokrates, czy Platon oraz jak wyglądała klasyfikacja bytów przez Arystotelesa, jeśli nie wiemy co to oznacza?
Dzisiaj nie przestrzega się rozumnych praw logiki. A równocześnie bijemy brawo i wykrzykujemy, jaki jest mądry ktoś, kto wygłosi banał w rodzaju: ,,ludzie urodzili się by być wolnymi”. A przecież są to jedynie płytkie hasełka, pozbawione uzasadnienia i argumentacji. Przykładowo, załóżmy że wypowiedziałbym tekst:

,,Polski Naród ma dozgonny dług wobec dziedzictwa, jakim obdarzyła nas historia. Dlatego powinniśmy podchodzić z szacunkiem do siebie nawzajem i okazywać względem siebie solidarność”

Jest to oczywiście beztreściwy bełkot, pozbawiony związku przyczynowo – skutkowego. Jestem jednak pewien, że gdybym miał 70 lat i wygłosił to w eleganckim garniturze, na jakimś placu, z flagą Polski w tle, tłum stałby z rozdziawioną buzią i wszyscy wołaliby:

Oj! Jaki on jest mądry, kulturalny i na poziome. Ma świętą rację!

To są właśnie skutki nieznajomości filozofii.

Tępa propaganda

Młodzież zawsze buntuje się przeciwko zastanym wzorcom. Często ten sprzeciw jest słuszny, czasem jednak bywa nieuzasadniony. Dzięki temu, z każdym kolejnym wiekiem ludzkość próbowała nowych rozwiązań, które pozwoliły na empiryczną ocenę określonych zachowań i systemów.

Można powiedzieć, że młodzież jako taka, jest jak…osioł. Ciągnąc go za ogon pobiegnie w przód! A mimo to, dzisiaj ciągnie się ten ogon w tył mocno jak nigdy wcześniej i narzeka że młodzież podąża w niepożądanym kierunku. Cała kampania antynarkotykowa, antyalkoholowa, czy antygrokomputerowa to jeden wielki, śmieszny żart. Nie przynosi on rezultatów – ba, skłania ku dalszej rozpuście! Pokazuje się skutki, które nie występują, demonizuje się Internet, ośmiesza naukowe autorytety, miesza fakty z opiniami.

Hipokryzja dotyka też bardziej ,,nowoczesnych” kwestii. Reżim sanitarny to ostatni przykład zmasowanego łamania praw logiki. Jakim autorytetem ma być nauczycielka, która karci młodego człowieka za brak maseczki, gdy obok niego inna osoba też jej nie nosi, ale jest usprawiedliwiona, bo akurat je śniadanie? Co mam myśleć, jeśli w piątek nasza pani ma pretensje, że rozsiewamy groźnego wirusa, a już w poniedziałek, po tym jak rząd dłużej do maseczek nie zmusza, sama ich nie nosi? Pomyślę, że jest kretynką i czy bardzo się pomylę?

 

Panuje mit, że w szkole powinno się uczyć przedmiotów, które zapewnią pokoleniu dobrze płatną pracę. W teorii brzmi to pięknie, ale to przecież utopia. Jeśli ktoś wie dobrze jak zarabiać, jest dobry w zawodzie który wykonuje, nie będzie tracił czasu na marną pensję w szkole tylko będzie po prostu wykonywał swoją pracę. Dlaczego zatem przedmiotów innowacyjnych uczą nas najwięksi nieudacznicy; ludzie, którym nie powiodło się w zawodzie, w którym są rzekomo specjalistami. Zgodnie ze starą chińską zasadą: ,,Kto umie, ten robi. Kto nie umie, ten uczy, jak to robić!”.

Podstawowym problemem systemu nauczania jest brak zrozumienia, że przymus rodzi skutek odwrotny do zamierzonego. Zwłaszcza, że wszystko co państwowe, nie ma rachunku zysków i strat i NIE MOŻE być skuteczne! Nasze pokolenie ma jedno ważne zadanie przed sobą: nie pozwolić państwu rozwinąć się do tych granic, które przekroczyło ono w XX wieku, w najbardziej tragicznym pod względem systemowym okresie, jaki przeżyła ludzkość. Rozrost infantylizmu, bierności, ignorancji oraz uzależnień sprzyja odbieraniu nam wolności. W zalewie informacji, przekaz wartościowy jest gubiony i odrzucany.

Rzeczywistość Orwellowska wcale nie jest niemożliwa. Obecnie, tym bardziej, że jak nigdy dotąd sprzyja jej technologia wykorzystywana w niemoralny sposób przez państwa i rządy.

Julian Heller

Mrowisko, czyli niezwykłe losy mrówki BAK

0

Recenzja książki ,,Mrowisko, czyli niezwykłe losy mrówki BAK”.

,,Mrowisko” jest częścią serii książek dla przedsiębiorczych dzieci Akademia Młodych Milionerów, jednakże jest to dojrzała, pełna napięć i zwrotów akcji, a przede wszystkich świetnie napisana historia inflacji. Akcja tego thrillera rozgrywa się w środowisku…mrówek. .Autorem niniejszego dziełka jest Marek Łangalis, polski przedsiębiorca i doktor nauk ekonomicznych. Pisarz i publicysta z pasji. Zawodowo wykładowca na Uniwersytecie Gdańskim.

Historyjka w świecie przedstawionym rozgrywa się w leśnym mrowisku i trwa kilka obfitujących w wydarzenia lat. Pamiętajmy jednak, że dla mrówek rok to znacznie dłuższy okres niż dla nas, ludzi.

Bohaterem tytułowym książki jest mrówka BAK z rodu oznaczonego serią ABA-ABZ. Po raz pierwszy spotykamy go w komnatach ,,dziecięcych”, gdzie jako larwy dojrzewały przez pierwsze 25 dni życia (dla mrówek to całe dzieciństwo), przygotowując się do zajęcia funkcji w Królestwie. Warto zauważyć, że nazwy mrówek powstawały alfabetycznie, pierwsza mrówka (Królowa) to AAA, jej pierworodny/a to AAB, kolejny to AAC… ABB, ABC etc. Ułatwia to znacznie określanie wieku danej mrówki (im dalsza litera alfabetu tym mrówka jest młodsza). Co ważne, nazwy nie zlewają się w pamięci czytelnika; główna mrówka nazywa się BAK, jego (ulubiona) siostra to BAO, więc nie ma problemu z identyfikacją postaci.

Już na początku, czytelnik ma okazję poznać system gospodarczy, jaki panuje w Królestwie AAA, można go określić jako model gospodarki centralnie planowanej. Królowa, z racji bycia jedyną zdolną do rodzenia mrówką w Mrowisku, posiada najwyższą władzę, jednak z tego także powodu nie ma wiele czasu na rządzenie. Jej namiestnikiem, z którym od czasu do czasu się konsultuje, jest Kasztelan ADD. To on decyduje o przyszłości wszystkich mrówek. Ze względu na konieczność zaspokajania wielu potrzeb Mrowiska jednocześnie, panuje w nim podział pracy.

Są więc mrówki budownicze, transportujące, odkrywające i dystrybuujące. Mrowisko rozwija się, jednak w niewielkim tempie.

BAK, jako odkrywca, będzie odpowiedzialny za dostarczanie żywności pozostałym mieszkańcom. Jako mrówka niezwykle ciekawa świata, będzie zapędzał się z dala od mrowiska. Podczas rozmów ze swą ulubioną siostrą nauczy się jednak stosować rachunek zysków i strat – im dalej znalezione pożywienie – tym więcej energii potrzeba na jego transport do mrowiska. Jest to zatem idealna okazja na refleksję dla czytelnika, by zastanowił się, czy to, o co się stara, czy czego pragnie jest naprawdę warte jego wysiłku.

Książka niesie też przesłanie filozoficzne. Opisywany przez autora pogląd społeczny, śmiało można nazwać kolektywizmem. Jedna mrówka nie ma wartości jako jednostka. Przykładem stosowania tego poglądu będzie działanie Królowej, która dla mazi wydawanej przez Modraszka oddawała mu dwie larwy (do zjedzenia?) dziennie, bo jej zdaniem było to niezbędne, aby mrowisko przetrwało zimę. Wszystko dla dobra królestwa! Czytelnik został wyraźnie pouczony o czułkach mrówek, które mówią im co i kiedy mają robić oraz pozwalają na wzajemną identyfikację mrówek. Chociażby z tego widać, że mieszkańcy mrowiska nie mają do końca wolnej woli. Nie istnieje tu także pojęcie rodziny. Wszystkie mrówki są sobie braćmi i siostrami. Skutkuje to kolektywnym wychowaniem, brakiem osobistych więzi, a zwłaszcza samej własności prywatnej. Wszystko w Mrowisku należy do Królowej AAA. Oczywistym jest zatem, że zwierzątka od małego są zachęcane do patriotyzmu i porzuceniu egoizmu na rzecz dobra wspólnoty. 

Autor ukazał jak sytuacja zmienia się niemal o 180 stopni, gdy do mrowiska przybywają nowe, czerwone mrówki QQQQ(A-Z) Deklarują one, iż przybywają z potężnego królestwa AAAAA, gdzie rzekomo urodziła się Królowa AAA. Mrówki QQQQ charakteryzują się tym, że nie zajmują się one pracą, lecz zarządzaniem. Jako jedyne myślące niezależnie mrówki, zapewniają sobie posłuch Królowej i Kasztelana oraz wprowadzają w królestwie szereg zmian gospodarczych, czyli Nowy Porządek

Nowe zmiany zakładały m.in. zapłatę za wyniki pracy (dotychczas mrówki pracujące więcej żyły na tym samym poziomie, co te mniej pracowite, czy mniej skuteczne). Wprowadzono dobrowolność w wydatkach, a także zniesienie darmowych posiłków i komnat po ukończeniu 25 dnia życia. Środkiem płatności zostaje igiełka.

Dzięki temu, Czytelnik może dowiedzieć się, na czym polega gospodarka rynkowa oparta na własności prywatnej. Zostaje także wytłumaczone dlaczego to właśnie igiełka została pieniądzem (oraz jakie warunki musi spełniać pieniądz). By chronić Mrowisko przed nielegalnymi dostawami igiełek (pieniędzy) z zewnątrz (co mogłoby doprowadzić do załamania systemu cen) zostaje wprowadzony nowy rodzaj mrówek – Żołnierze.

Wkrótce zostajemy zapoznani ze skutkami powstania własności prywatnej. Początek ery czerwonych mrówek można porównać do początku XIX wieku – następuje pobudzenie gospodarcze, Królowa znosi więcej jaj niż kiedykolwiek, mrówki stają się o wiele produktywniejsze: odkrywcy znajdywali więcej pożywienia, transportowcy byli szybsi, a kopacze skuteczniejsi. Oczywiście najbardziej skorzystali na tym  Odkrywcy. Przed reformami ich praca była nagradzana identycznie jak praca pozostałych, zaś po – ich zyski były wyższe niż zyski całej  gromady mrówek transportujących! 

Czytelnik poznaje także co oznacza negocjacja i jak bardzo jest ona istotna w życiu gospodarczym. Mrówki targują się, licytują i po każdej transakcji obie strony są usatysfakcjonowane.

Z czasem jednak waluta w postaci igiełek przestaje się mrówkom podobać. Powód? Są trudne w podzieleniu. Zazwyczaj dzielono je przez gryzienie, jednak było to działanie bolesne i niedokładne. Wprowadzono zatem system banknotów – Qnotów. Jedna igiełka odpowiadała 1000 Qnotom, banknoty miały na sobie specjalną maź wydzielaną przez czerwone mrówki. Czytelnik poznaje zatem na czym polega system bankowości – mimo, iż posługiwano się banknotami, tak naprawdę pieniądzem pozostały igiełki.

Z historii wiemy jednakże, że nic co dobre, nie trwa wiecznie. Pod koniec XIX wieku świat zmierzał nie ku wolnej wymianie i swobodzie umów, lecz ku etatyzmowi, związkom zawodowym, inflacji oraz bankowości opartej rezerwie cząstkowej. Skutki tego kursu ludzkość mogła odczuć w XX wieku,  w najkrwawszym wieku w historii homo sapiens.

Młody czytelnik w książce ,,Mrowisko, czyli niezwykłe losy mrówki BAK”  uczestniczy w tym historycznym marszu idei w podobny sposób. Łamanie własności prywatnej, nadużywanie monopolu na przemoc, korzystanie z uprzywilejowanej pozycji Banku, a także populizm, demagogia, divide et imperia, to mroczne strony Królestwa AAA. Książka jest, wciągającym thrillerem, który jak twierdzi jej autor, niezależnie od wieku, zabierze cię w podróż ku genezie inflacji. Polecam wszystkim dzieciom, w wieku od 10 do 100 lat. 

P.S. Na uznanie zasługują dobrze wymyślone i świetnie namalowane ilustracje Michała J. Zielińskiego.

Julian Heller

Julian Heller

Komiks Irwina Schiffa, „Jak powstaje bogactwo, i kiedy nie powstaje?”

1

      Autorem omawianego dziełka jest zmarły w 2016 roku amerykański ekonomista i pisarz o polskich korzeniach, Irwin Schiff. Wyreżyserował on także głośny swego czasu dokument filmowy ,,Ameryka: od wolności do faszyzmu”, w którym opowiada o postępującym regresie wolności. Jest także autorem głośnej książki p.t. „Federal mafia”, za którą został skazany na 6 lat więzienia. Pamiętajmy, że działo się to w USA, do niedawna najbardziej liberalnym kraju świata.  

Komiks jest częścią serii książek dla przedsiębiorczych dzieci Akademia Młodych Milionerów.

Historyjka opisana w komiksie rozgrywa się na odległej wyspie, trwa przez kilka kolejnych pokoleń i obrazuje jej rozwój gospodarczy. 

Pierwsze – w mojej opinii najoryginalniejsze – sceny opowiadają o perturbacjach trzech wyspiarskich chłopców, którzy całe dnie spędzają na zdobywaniu pożywienia. Oczywiście, takie życie nie było w stanie doprowadzić do żadnego rozwoju dopóty, dopóki jeden z nich zaryzykował i nie stworzył pierwszego wyspiarskiego wynalazku: sieci rybackiej.

Autor opisuje, a ilustrator pokazuje na czym polega pierwotne zawłaszczenie, czyli jaka jest geneza prawa własności. W komiksie zostało to doskonale pokazane: zanim nasz bohater podjął przedsiębiorczą decyzję, musiał wpaść na pomysł sieci, przemyśleć dokładnie jej funkcjonowanie, przez jakiś czas nawet głodować, żyć skromnie, znosić drwiny kolegów, a przede wszystkim liczyć na to, że jego projekt się powiedzie. Nawet, gdy się później okazało, że innowacja była udana, musiał nadal bacznie uważać, by nie paść łupem żądnych łatwego wzbogacenia się ,,przyjaciół”. Autor ukazuje możliwości, jakie wyspiarze mieli przed jak, i po podjęciu decyzji powstania sieci. A także jakie były tego konsekwencje dla pozostałej dwójki. Ten epizod genialnie odwzorowuje mechanizmy działania rynku, odpowiadając na tytułowe pytanie ,,Jak powstaje bogactwo?”. Młody czytelnik może dowiedzieć się i poczuć niemal na własnej skórze, jak naprawdę trudne może być tworzenie bogactwa i jak bolesna może być jego utrata. Zostały też opisane, towarzyszące działalności, zasady moralne oraz to jak funkcjonuje prawo własności prywatnej. Komiks skłania do oszczędzania ,,na czarną godzinę” i ukazuje skutki katastrof, zarówno naturalnych jak i tych wywołanych przez człowieka.

Późniejsza akcja na wyspie rozwija się dynamicznie. Niełatwo jest oddzielić to co jest częścią fabuły od tego co jest jedynie ilustracją mającą przybliżyć nam skutki danego działania. Co do samej wyspy, to prosperuje ona coraz lepiej. Z miesiąca na miesiąc, z roku na rok zamieszkuje ją coraz więcej ludzi; mimo początkowej nieobecności, przybywają na wyspę także kobiety. Pojawia się także wyspiarski powszechny środek wymiany, czyli pierwszy pieniądz – są nim ryby.

Wkrótce na teren wyspy wkracza państwo, coraz bardziej ingerujące w procesy wymiany zachodzące między mieszkańcami. Ukazany jest równolegle proces psucia monet (a dokładniej: ryb) przez państwo, oraz jego skutek, czyli inflacja. Młody Czytelnik ma możliwość poznania korzyściami płynących  z funkcjonowania podziału pracy i współpracy między ludźmi, zasad działania systemu bankowego, a także skutków ingerencji rządu w gospodarkę, a nawet w sądownictwo. Z czasem zobaczymy także skutki działania demokracji, populizmu oraz etatyzmu. Po tej lekturze żaden z wyspiarzy nie ufa już kolejnym zwodniczym obietnicom polityków!

Książka jest pełna trudniejszych zwrotów, wyrażeń, takich jak: subsydia rządowe, kapitalista, demokracja, konsumpcja, dług publiczny i cykle koniunkturalne, co staje się okazją do pogłębienia edukacji!  Pomocny staje się zamieszczany na końcu każdego tomu Akademii Młodych Milionerów, Słownik wyrazów i wyrażeń przedsiębiorczych, który wyjaśnia wszystkie skomplikowane słówka, wzbogacając tym słownictwo i wiedzę młodego czytelnika.

Moim zdaniem ta lektura/komiks przeznaczona jest głównie dla dzieci należących do grupy wiekowej od 9 do 12 lat, przy czym lepiej gdyby młodzik wcześniej miał już kontakt z jakąkolwiek literaturą poważną.

Komiks ,,wciąga” czytającego, łatwo i przyjemnie się z nim spędza czas. Szata graficzna jest atrakcyjna, pełna kolorów i zabawnych obrazków. Czcionka duża i czytelna, idealnie spełnia swą rolę. Co istotne, uczy zaradności i przedsiębiorczości, przestrzegając jednocześnie przed kłamstwem oraz co najważniejsze – niesie ze sobą przesłanie merytoryczne i morał, który brzmi: Bez względu jakby na to nie patrzeć… czy własność została skradziona przez bandziora, czy przez Urząd Podatkowy, trzeba ją nazwać kradzieżą!

Julian Heller

Oszuści czy ignoranci, rabowanie nas pod pozorem nauki…

0

Poniższy tekst jest fragmentem książki Jamie Whyte’a pt. Oszuści czy ignoranci, czyli o nadużywaniu  nauki do celów politycznych, wydanej przez Fijorr Publishing w 2015 roku. Książka już wtedy zwiastowała nasilenie się ruchu, którego skutki: pandemia, dekarbonizacja, Zielony Ład, Davos i wiele innych akcji zmierzających do zniewolenia nas. Ich skutki zaczynają być coraz bardziej widoczne. Serdecznie polecamy!

Państwowe regulacje stały się w zachodnich gospodarkach wszechobecne. Ekonomiczną aktywność niemal we wszystkich sektorach życia ściśle ograniczają rządowe przepisy. Zakres przedsiębiorczości i innowacji poważnie się zmniejsza, co ma negatywne skutki zarówno dla wolności, jak i dla tworzenia bogactwa.

fragment Przedmowy, Richard Welling, Instytut Spraw Ekonomicznych, Londyn, maj 2013

Podatek: bicz na człowieka! 

Załóżmy, że spalanie paliw kopalnianych rzeczywiście stanowi źródło niebezpiecznego globalnego ocieplenia. W przeciwieństwie do kosztów ubocznych biernego palenia, które są dobrowolne i stąd nie wymagają reakcji politycznych, analogiczne koszty związane ze spalaniem paliw kopalnianych nie są możliwe do uniknięcia przez osoby, które je ponoszą. Elektrownia węglowa w Chinach uwalnia tony dwutlenku węgla do atmosfery. Rośnie temperatura, topnieją lodowce w Arktyce, podnosi się poziom mórz, a mieszkańcy atoli na Pacyfiku muszą opuszczać swoje domy. Nie mają w tej kwestii żadnego wyboru. To nie oni zdecydowali się ponosić koszty ze względu na jakieś korzyści uzyskiwane przez chińską elektrownię.

(…) Ludzie spalający paliwa kopalniane – przez używanie energii elektrycznej wytworzonej z węgla i poruszanie się samochodami napędzanymi paliwem, albo wykorzystując proces spalania paliw w jakikolwiek inny sposób – nie ponoszą kosztów, które nakładają na innych poprzez AGW (ang. skrót od terminu: wywołane przez człowieka globalne ocieplenie – przyp. red.). Będą zatem spalać więcej paliw kopalnianych niż powinni. Będą to robić nawet wówczas, gdy całkowity koszt przekroczy całkowitą korzyść (zakładając, że korzyści zewnętrzne nie przewyższają zewnętrznych kosztów). W przypadku węgla podatki Pigou są uzasadnione. Opodatkowanie emisji dwutlenku węgla podatkiem Pigou w wysokości równej jej kosztom zewnętrznym dawałoby pewność, że emisja ta ma miejsce tylko wówczas, gdy jej całkowita korzyść przewyższa jej całkowity koszt.

Oczywiście nie wszystkie przedsięwzięcia polityczne rzekomo usprawiedliwione przez AGW odpowiadają tej logice. Na przykład dofinansowanie elektrowni wiatrowych jedynie zwiększy nadmierne zużycie energii. Podatek Pigou skutecznie eliminuje dotacje – w tym przypadku „dotacje”, których beneficjentami są osoby zaangażowane w spalanie paliw kopalnych, nie muszące ponosić opłat z tytułu kosztów, jakie narzucają ludziom za pośrednictwem AGW. Dotacji tej nie eliminuje wsparcie finansowe rozwiązań alternatywnych dla paliw kopalnianych. Stwarza ono jedynie „wyrównane szanse” dla konkurujących źródeł energii. Ale odbywa się to przez subwencjonowanie wszelkiego rodzaju zużywania energii. Jeśli na zużycie paliwa kopalnianego nałożono by odpowiedni podatek Pigou (Arthur Pigou, XX. wieczny brytyjski ekonomista o poglądach lewicowych) i żadne dotacje dla rozwiązań alternatywnych nie byłyby uzasadnione. Także systemy „handlowania emisjami zanieczyszczeń” (zazwyczaj stosowane tylko w przypadku bardzo dużych firm) nie oznaczają wcale, że do emisji węgla będzie dochodziło tylko wtedy, gdy przyniesie to korzyści netto. W ramach tych systemów całkowita ilość wyemitowanego węgla ma pokrycie w liczbie wydanych zezwoleń i w miarę wzrostu bądź spadku zapotrzebowania na emisję węgla również cena zbywalnych zezwoleń rośnie albo spada. Tylko wówczas, gdy cena zezwolenia będzie się równała zewnętrznemu kosztowi emisji węgla, otrzymamy jej słuszną ilość. Ale nie ma powodu, dla którego wartości te miałyby być równe. Cena zezwoleń jest zdeterminowana poziomem pokrycia i zapotrzebowaniem na emisję węgla, natomiast zewnętrzny koszt tej emisji nie.

Nie zamierzam jednak włączać się w dyskusję na temat tego, które rozwiązania polityczne nakierowane na ograniczenie emisji węgla są najlepsze. Wszystkie są zaprojektowane tak, aby funkcjonowały na zasadzie nakładania kosztów na emitentów węgla i konsumentów dóbr, których produkcja wiąże się z emisją. Wszystkie więc skłaniają do pytania o to, czy ten koszt znajduje uzasadnienie w otrzymanej korzyści. Upraszczając, możemy potraktować wszystkie tego rodzaju środki jako formy podatku Pigou, a następnie spytać, czy dany podatek równa się mniej więcej kosztowi zewnętrznemu emisji węgla.

Jaki jest więc zewnętrzny koszt emisji węgla? Odpowiedź zależy od skutków klimatycznych, nad którymi – jak wyżej wspomniano – dyskusja trwa. Zależy to jednak także od preferencji tych, którzy doświadczają skutków AGW. Innymi słowy, to nie jest pytanie, na które decydującej odpowiedzi dostarcza sama nauka.

Porównajmy budowniczego z Oslo, rybaka z atolu na Pacyfiku i pracownika fabryki w Pekinie. Norweski budowniczy może skorzystać na AGW, gdyż pracuje na zewnątrz i w chłodnym kraju. Tuwalski rybak będzie poważnie poszkodowany, ponieważ straci swój dom i środki do życia. Pracownikowi fabryki w Pekinie może być prawie że wszystko jedno, gdyż środowisko, w którym żyje, i tak jest już tak zanieczyszczone i nieprzyjemne. Uczynienie go cieplejszym, może wywołać niewielkie marginalne utrapienie. Oczywiście AGW może wywołać skutki, które zaszkodzą nawet naszemu norweskiemu budowniczemu. Na przykład może się okazać, że płaci wyższe podatki na sfinansowanie mieszkań, nauki i innych roszczeń uchodźców z atoli na Pacyfiku. Ale nie zmienia to faktu, że AGW nie spowoduje, iż wszyscy będą w równym stopniu obłożeni biorącymi się z niego kosztami.

To oznacza, że nawet jeśli skutki emisji węgla byłyby w pełni znane, oszacowanie kosztu zewnętrznego byłoby trudne. Nie tylko musielibyśmy znać preferencje ludzi na całym świecie, ale musielibyśmy je wyważyć. Załóżmy, że dla usunięcia skutków AGW, tuwalski rybak byłby gotów zapłacić 500 dolarów amerykańskich, pekiński pracownik fabryczny 200, a norweski budowniczy -500, co znaczy, że zapłaciłby 500 dolarów za wywołanie skutków AGW. Nie wynika z tego, że koszt zewnętrzny netto AGW w przypadku naszej grupy wynosi 200 dolarów. Konsumpcja, a stąd również przeznaczane na nią pieniądze, mają malejącą wartość krańcową. Pięćset dolarów ma znacznie większą wartość dla tuwalskiego rybaka niż dla zamożnego norweskiego budowniczego. Aby obliczyć zagregowany efekt dla dobrobytu – prawdziwy koszt zewnętrzny – musielibyśmy użyć „funkcji dobrobytu”, która przypisuje wagi sumom pieniędzy, które ludzie gotowi są zapłacić, żeby uniknąć skutków AGW (lub otrzymać za nie rekompensatę).

To samo dotyczy kosztu podatków Pigou od emisji węgla. Nie dotykają one każdego w ten sam sposób. Tuwalski rybak ucierpi z powodu wyższych cen energii niewiele, ponieważ niewiele konsumuje. Norweski budowniczy ucierpi bardziej, gdyż w swoim chłodnym kraju zużywa wiele energii w celach grzewczych, a także dlatego, żeby za pomocą maszyn efektywnie wykonywać swoją pracę. Pracownik fabryczny z Pekinu może ucierpieć najbardziej, ponieważ pracuje w przemyśle, którego produkty zdrożeją z powodu ich opodatkowania, a to spowoduje zmniejszenie się na nie popytu. Pracownik ten może odnieść szkodę w postaci niższej zapłaty albo nawet stracić swą pracę. Również w tym przypadku wszystkie te koszty należałoby zważyć w oparciu o funkcję dobrobytu.

Jamie Whyte (przekład: P. Nowakowski)

Nie jestem optymistą…- rozmowa z Hansem H. Hoppe

0

 Pandemia i towarzyszące jej zamordystyczne, antyliberalne restrykcje wymyślane przez rządy państwa doprowadziły wielu ludzi do ponownego spojrzenia na takie wartości, jak wolność osobista, czy prawo naturalne. Czy taki klimat może sprzyjać odrodzeniu się libertariańskiej analizy społeczeństwa oraz krytyki instytucji państwa?

HHH: Nigdy wcześniej w czasie pokoju nasze swobody nie były tak drastycznie i surowo ograniczane, poczynając od aresztów domowych, poprzez godziny policyjne, zamykanie przedsiębiorstw, zakazy pracy, produkcji, podróżowania, do prawa przemieszczania się i zrzeszania ludzi. Istniały pewne różnice w zależności od kraju, czy regionu, jak chodzi o stopień surowości tych ograniczeń, nigdzie jednak nie pozwolono ludziom na całkowicie normalne życie. A wszystko to w imię ochrony ludności przed rzekomo śmiertelnym i wysoce zaraźliwym wirusem, który w przeciwnym razie, pod nieobecność tych restrykcji, spowodowałby dramatyczny, a nawet katastrofalny wzrost śmiertelności.

Szybko stało się jasne, że nic z powyższego nie jest prawdą. W przeważającej liczbie przypadków (około 80%) wirus jest bezobjawowy, tak że osoba zakażona, gdyby nie została poddana wysoce niewiarygodnemu testowi nie miałaby nawet pojęcia, że jest zakażona. We wszystkich takich bezobjawowych przypadkach osoba „zakażona” nie stanowiła żadnego zagrożenia dla innych ludzi. Nawet, jeśli wirus wystąpił jednocześnie z towarzyszącymi mu objawami chorobowymi, pacjent przeżywał chorobę praktycznie w ponad 99% przypadków (w grupie osób poniżej 70 roku życia) i około 95% (w grupie wiekowej 70+). Nie zaobserwowano znaczącej nadwyżki śmiertelności w porównaniu z innymi, wcześniejszymi okresami intensywnych sezonów grypowych. Także wskaźnik ofiar (chorych i zmarłych) w krajach, lub regionach z ciężkimi i poważnymi blokadami, takich jak na przykład Niemcy czy Kalifornia, nie różnił się znacząco od tych, ze stosunkowo łagodnymi i liberalnymi ograniczeniami, takich jak Szwecja czy Floryda.

Nie zniechęciło to polityków od utrzymywania narodów w stanie lęku i permanentnej paniki. Ulubionym motywem rządzących stała się narracja  o ciągle mutujących wirusach, co było formą nakłaniania ludzi do szczepienia się przeciwko Covid-19. I to pomimo, że stosowane preparaty do szczepienia są wciąż nieprzetestowane pod kątem skutków ubocznych. Wiadomo też, że nie chronią one przed zakażeniem się wirusem, co gorsza, wszyscy ich producenci zostali zwolnieni z odpowiedzialności z tytułu ewentualnych roszczeń ich ofiar.

(…) Po tym przydługim wstępie moja odpowiedź na twoje pytanie brzmi: nie, nie jestem optymistą! Biorąc pod uwagę masowe i bezprecedensowe ingerencje państwa w prawo własności prywatnej i naturalne wolności człowieka, poziom sprzeciwu publicznego, oporu oraz nieposłuszeństwa obywatelskiego wobec pandemii i blokad – moim zdaniem – jest przygnębiająco niski. Wyjątek stanowią nieliczne kraje o bogatej tradycji indywidualizmu, takie jak Stany Zjednoczone, gdzie odnotowano kilka godnych uwagi przypadków obywatelskiego nieposłuszeństwa, a także kraje byłego bloku wschodniego, gdzie tradycja zamordystycznych i dyktatorskich rządów jest wciąż żywa, a ludzie dawno nauczyli się skutecznego ignorowania czy omijania wielu opresyjnych i natrętnych edyktów rządowych.

(…) Reszta świata wprawdzie demonstruje, na ulicę wychodzą niekiedy dziesiątki tysięcy protestujących przeciwko restrykcjom rządowym, nigdzie jednak w debacie publicznej związanej z protestami nie mogłem się doszukać wyraźnej świadomości podstawowej przyczyny problemu, mianowicie: samej instytucji państwa. Instytucji, mającej monopol na inicjowanie przemocy; której agenci mogą wydawać polecenia dotyczące majątku obywateli, wbrew ich woli, zgody i interesowi; instytucji, która stoi w jawnej sprzeczności z tzw. złotą zasadą etyki, ósmym, dziewiątym i dziesiątym  przykazaniami biblijnymi, oraz z zasadami prawa naturalnego.

Podsumowując: z przykrością stwierdzam, że nie spodziewam się jakiegokolwiek znaczącego, czy gwałtownego wzrostu zainteresowań libertarianizmem, lub prawem naturalnym. Obawiam się natomiast, że z obecnego kryzysu to raczej politycy wyciągną lekcję – zorientowali się bowiem, że do wywołania lęku i paniki wystarczy sprytnie spreparowana statystyka zdrowotna, oraz że panika ta może skutecznie posłużyć do poszerzenia zakresu totalitarnej kontroli. Zważywszy na typową dla nich megalomanię i pychę, nie tylko będą przeciągać  obecny stan rzeczy jak długo się da, ale zachęci ich on najprawdopodobniej do uciekania się do podobnych środków przymusu także w przyszłości – gdy uznają, że znowu mają rację.

Zapisał: Andrea Venanzoni, dla włoskiego magazynu internetowego Atlantico. Rivista Di Analisi Politica, Economica, w którym znajduje się pełny tekst wywiadu.

Link do całości: https://www.lewrockwell.com/2021/08/hans-hermann-hoppe/on-the-corona-panic-and-other-insanities/

Przekład oraz opracowanie: Julian Heller.

________________________________________________________________________

O autorze

Hans Hermann Hoppe to  znany niemiecki filozof i ekonomista, przedstawiciel Austriackiej Szkoły Ekonomii, anarchokonserwatysta, sympatyk anarchokapitalizmu. Autor m.in. wydanych w Polsce: Demokracja – bóg, który zawiódłWielka fikcja – państwo w epoce schyłku i Ekonomia i etyka własności prywatnej – studia z zakresu ekonomii politycznej i filozofii. W latach 1976–1978 był wykładowcą Uniwersytetu Michigan w Ann Arbor. Później, wykładał na uniwersytetach we Włoszech i Niemczech, by w 1986 przeprowadzić się do Stanów Zjednoczonych, gdzie studiował u boku słynnego Murraya N. Rothbarda. Po śmierci swego mistrza, w 1995 roku, objął stanowisko profesora ekonomii na Uniwersytecie Newady w Las Vegas, na którym pozostał do 2008 roku.

Na zdjęciu, Hans H. Hoppe (środek, wraz z Januszem Korwin Mikke oraz jego małżonką, Dominiką, w Bodrum, Turcja, zaproszeni w 2015 roku na zorganizowaną przez prof. Hoppego konferencję ekonomiczną. Z archiwum JKM.

Opracowanie: J.H.

Australijski rząd: powrót do Średniowiecza?

0
Styczeń 17, 2022

27 lipca 1656 żydowska Rada Starców w Amsterdamie zajęła się pisaniem cheremu, co po hebrajsku oznacza ekskomunikę. Tym razem ich celem był 23 letni, zdolny, niderlandzko-portugalski intelektualista Baruch Spinoza (również Żyd), którego zbrodnią było podważanie niepodważalnego nauczania teologicznego.

Żydowska rada starców proklamowała, iż „Bóg się wścieknie na tego człowieka, nie będzie widniało nazwisko jego w Królestwie Niebieskim” i nakazali, by żaden Żyd z nim nie rozmawiał, nie pomagał mu, nie udzielał pożyczek, ani nie czytał jego dzieł.

Kilka lat później, Kościół Katolicki poszedł tą samą ścieżką i wpisał dzieła Spinozy na Indeks Ksiąg Zakazanych. To sprawiło, że stał się on jednym z niewielu potępionych zarówno przez Żydów, jak i katolików!

Jego filozofia była w tamtych czasach źle rozumiana. Każdy oskarżał go o ateizm, co w XVII wieku było jedną z najgorszych obelg.

Tak naprawdę ateistą nie był. Prace Spinozy były jego sposobem pogodzenia wiary z nauką teologów, która bywała nielogiczna, wewnętrznie sprzeczna, a nawet niezgodna z prawami natury.

Pisał sporo o swojej „intelektualnej miłości boskiej”, ale spowodowało to wyrzucenie Spinozy z jego własnej Diaspory.

Obecnie odpowiednikiem Barucha Spinozy jest Novak Djokovic. Tyle, że w 2022, wykluczenie ze świata zachodniej demokracji za niezależne myślenie jest co najmniej dziwne.

Novak Djokovic jest serbskim tenisistą uważanym za jednego z najwybitniejszych tenisistów w historii tego sportu. Obecnie jest numerem 1 na świecie i osiągnął niezliczone ilości brawurowych wyników.

Ale niestety Djokovic okazał się być heretykiem. Herezją było nie zaszczepienie się na covid19.

Pojechał do Melbourne, by grać w Australian Open Tennis Tournament, ale już po przekroczeniu granicy zatrzymały go służby zajmujące się kwestiami imigrantów(!).

Po 9 dniach walki z wiatrakami Djokovic został deportowany do swego kraju i dostał zakaz wstępu na terytorium Australii przez najbliższe 3 lata.

Nie liczy się fakt, że australijski rząd dał wizę Djokovicowi w połowie listopada 2021 i nie można go oskarżyć o nielegalne przekroczenie granicy.

Wtedy rząd dobrze wiedział, że Djokovic nie był zaszczepiony. Tenisista mówił o tym otwarcie. Rząd go wyrzucił i unieważnił mu wizę, zaledwie chwilę po jego przyjeździe.

Żeby się usprawiedliwić, australijskie władze orzekły, że ponieważ jest zagrożeniem dla społeczeństwa, a jego obecność na terenie kraju jest niepożądana.

Oczywiście nie uargumentowano tego, nie przedstawiono na oskarżenia kierowane pod adresem tenisisty żadnych dowodów. Rząd z zasady mówi prawdę, więc to MUSIAŁA być prawda!

Ale nawet jeśli byłaby to prawda, dziwić nas powinno prewencyjne aresztowanie. Rząd chciał być wiarygodny… Jego zdaniem należało ukarać niewinnego tenisistę.

Ma to sens!

Kolejnym argumentem było rzekome zagrożenie dla zdrowia publicznego.

Djokovic się nie zaszczepił, więc zaraża innych.

Może to być prawdą, ale nie zmienia to jednak faktu, że zaszczepieni również mogą zarażać. Zaszczepieni chorują oraz są hospitalizowani, niektórzy nawet umierają.

Odsetek zaszczepienia w Australii jest jednym z najwyższych na świecie. Używa się już tam tzw. boostera.

Nie zmienia to faktu, że z danych publicznego resortu zdrowia wynika jasno, iż w ostatnich 24 godzin zaraziło się 55232 Australijczyków. W porównaniu do stycznia ubiegłego roku, gdy przypadków było 10 dziennie. Ale wtedy przecież nie było masowych szczepień. Teraz gdy 92,6% Australijczyków się zaszczepiło jest ich o 5 tysięcy razy więcej.

Zaszczepieni ludzie przenoszą wirusa na innych zaszczepionych. To obiektywny fakt!

Tymczasem rząd mówi, że  roznosi go   t y l k o  Djokovic i inni niezaszczepieni, co jest teorią jawnie antynaukową, dorównującą twierdzeniu że Ziemia jest płaska.

Jednakże najśmieszniejszym argumentem było oskarżenie „Djokovica o to, że w Australii zniechęca do szczepień”.

To przecież absurdalne. Chyba, że chodziło o to, że Djokovic miał zarażać Australijczyków swoją niebezpieczną ideologią. Dodajmy jeszcze, że zdaniem rządu australijskiego, idee roznoszą się wyłącznie poprzez kontakt fizyczny – stąd winę za ewentualną niechęć do szczepień ponosi on, Djokovic.

Szymon Black
Sovereign Man

Tłumaczenie i opracowanie: Julian Heller

Czy można usprawiedliwić przemoc w polityce?

0

Poniżej przedstawiam własną pracę naukową, napisaną początkiem grudnia ubiegłego roku na temat usprawiedliwienia przemocy w polityce. Pod koniec znajdziecie Państwo komentarz wybitnego filozofa, Jakuba Bożydara-Wiśniewskiego, który opatrzył nim tę pracę.

Miłej lektury!

Julian Heller

Czy można usprawiedliwić przemoc w polityce? Czy możliwa jest polityka bez przemocy?

Wstęp

Pozwolę sobie zacząć od odpowiedzi na drugie pytanie. Aby prawidłowo zająć się tym tematem, należy zacząć od definicji ,,polityki” i ,,przemocy”. Posłużę się definicją ze słownika języka polskiego. Polityka to ,,działanie władz państwowych”, a przemoc to ,,przewaga wykorzystywana w celu narzucenia komuś swojej woli, wymuszenia czegoś na kimś”. Zatem pytanie brzmi: czy działanie władz państwowych jest możliwe bez korzystania z przewagi w celu narzucenia komuś swojej woli, bądź wymuszeniu czegoś na kimś”.

Czy możliwa jest polityka bez przemocy?

W celu odpowiedzi zacznijmy od podstawowego działania władz państwowych. Tego, które robi obecnie każde państwo na świecie, a mianowicie pobieranie podatków. Pobieranie podatków jest najważniejszym działaniem każdej władzy państwowej, bez niego żadne państwo nie może istnieć. Czy pobieranie podatków jest możliwe bez korzystania z przewagi w celu narzucenia komuś swojej woli, bądź wymuszeniu tego na obywatelach? Wszelkie badania empiryczne i ekonomiczne mówią, że w negocjacjach przy wymianie każdy chce zdobyć jak najwięcej jak najmniejszym kosztem. Kupujemy produkt, który w momencie transakcji bardziej wartościujemy od posiadanej przez nas wartości pieniężnej. Prakseologiczne nauki mówią zatem jasno, że człowiek dąży do zwiększania swojego majątku. Gdy firma zażąda ceny wyższej niż konsument ceni jej produkt, on zrezygnuje z transakcji. Państwo natomiast nie jest firmą. W stosunku do innych względem państwa występuje równość, więc człowiek niezależnie, ile płaci, posiada takie same prawa. Co więcej, korzyści z płacenia podatków nie są nigdy ściśle określone. Państwo nie jest kontrahentem. Nie spisujemy z państwem umowy, co zyskamy za daną cenę i nie ma przedmiotów wymiany. Naturalne jest zatem, że większość ludzi w mniejszym, lub większym stopniu dokonuje tzw. optymalizacji podatkowej, czyli minimalizowanie obciążeń podatkowych, przy wykorzystaniu dozwolonych prawem norm. Ludzie płacą podatki nie dlatego by coś uzyskać, lecz ponieważ wartościują kwotę, którą oddają państwu mniej niż problemy, jakie pojawiają się po niezapłaceniu podatków. W trosce o to, by ludzie oddawali państwu jałmużnę, stworzono system kar za nie płacenie ich. Zatem ludzie płacą podatki tylko i wyłącznie ze strachu. Strach natomiast determinuje przewaga państwa nad nami. Jego urzędnicy mogą nas aresztować, skazać, uwłaszczyć (z większej kwoty niż ta, której wcześniej żądało), więzić, a czasem nawet zabić. Zatem nie możliwa jest polityka bez użycia przemocy.

 

Zarys filozofii społecznej

Czy można usprawiedliwić wykorzystanie tej przewagi w celu narzucenia, wymuszenia czegoś na innych? Czy takie działanie można uznać za moralne? W odpowiedzi posłużę się ,,Filozofią społeczną Robinsona Crusoe” Murraya Newtona Rothbarda. Wspomniany bohater natrafia na bezludną wyspę i cierpi na amnezję. Nie wie nic o otaczającym go świecie poza: pierwotnym faktem świadomości i ciała. Nie można wiedzieć, że nie wie się nic. Wie też to, co odkryje: środowisko i zasoby, jakie go otaczają. Poza tymi faktami, nie wie absolutnie nic; wszystkiego musi się nauczyć. Najpierw zaczyna odczuwać pragnienia, które nakreślając mu cele zmuszają go do działania. Odtąd jego życie to nieustanne dążenie do zaspokojenia swych potrzeb.

Wkrótce zaspokoi swoje podstawowe potrzeby (jedzenie, picie, schronienie). Niektóre z nich może osiągać przy minimalnym wysiłku, np. oddychanie, jednak wkrótce Crusoe naucza się, że otaczający go świat natury nie daje natychmiastowej i niezwłocznej satysfakcji; nie żyje w Raju. 

Zatem, aby przeżyć i osiągać swe cele, musi szybko i skutecznie brać dane przez naturę surowce i podporządkowywać je sobie. Schemat jego działania wygląda następująco:

1. Wybór celu.

2. Nauczenie się, jak dany cel osiągnąć.

3. Użycie swego ciała do pracy, by zamienić te zasoby w pożądany stan rzeczy.

Może z nich wytworzyć ,,dobra kapitałowe” (np. łopata) lub ,,dobra konsumpcyjne” (np. słodka woda). Jego ostatecznym celem jest zawsze konsumpcja. Lecz zanim skonsumuje musi albo zebrać, albo wyprodukować. Podsumowując: Crusoe musi używać rozumu, który jest dla niego głównym narzędziem przetrwania i pozyskiwania wiedzy. Jest to wyłącznie ludzki sposób istnienia i dążeń do celów. Arystoteles zauważył, że człowiek jest zwierzęciem rozumnym. Dzięki rozumowi nasz bohater poznaje, jak działa świat i odkrywa naturalne prawa kierujące zachowaniem się rzeczy. Dokonując introspekcji własnej świadomości, dowiaduje się o swojej wolności. Zawsze i wszędzie musi wybierać. Wybiera, czy pójdzie zapolować na zwierzynę, czy nazbiera jagód. Naukowym faktem jest panowanie umysłu nad ciałem, czyli posiadaniem go.

Wiedza potrzebna człowiekowi do przetrwania i działania nie jest wrodzona, ani zdeterminowana, co pokazuje, że posiada wolność korzystania ze swojego rozumu, czyli ma wolną wolę. Immanuel Kant zauważył, że ,,osoba nie może z jednej strony w spójny sposób wierzyć, że wydaje sądy, głosząc jednocześnie, że w tym samym czasie determinuje ją pewna obca przyczyna. Gdyby to było prawdą, jaki byłby status sądu, co do którego jest zdeterminowana?”.

Przypuśćmy teraz, że Crusoe zamierza zjeść jagody, które okazują się trujące. Jeśli tego nie wie, będzie to działanie obojętne moralnie, natomiast jeśli jakimś sposobem dowie się, że są toksyczne i mimo to je zje, będzie to decyzja obiektywnie niemoralna. Dlaczego? Dlatego, że byłaby ona umyślnym aktem skierowanym przeciwko życiu. Rothbard w swej pracy udowadnia także, że życie jest najwyższą wartością, ponieważ każdy, nawet zaprzeczający opowiadaniu się za życiem, korzysta z życia w trakcie jego odrzucania (tylko żywy może umrzeć). Każda żyjąca i rozumna istota (człowiek) afirmuje życie. Gdyby bowiem sprzeciwiała się życiu konsekwentnie, nie byłoby sensu żyć. Stąd nawet przeciwnik życia akceptuje je przez sam fakt bycia żywym.

Wolność, jak zauważa Murray Rothbard nie jest władzą. Możemy wybierać, lecz nasz wybór jest ograniczony przez prawa naturalne. Gdy jednak twierdzimy: ,,Człowiek nie może żyć wiecznie”, nie stwierdzamy braku wolności, lecz brak władzy człowieka nad światem, by zmusić go do spełnienia jego woli. Crusoe jest nienaruszalnie i niezbywalnie wolnym, równocześnie nie będąc wszechmocnym, ani wszechwiedzącym.

Powracając do analizy filozofii społecznej Crusoe. Przybywając na wyspę, bohater zastał nieużywaną i niekontrolowaną przez nikogo ziemię. Przekształcając je w pożądane formy, w ujęciu Johna Locke’a ,,miesza swą pracę z glebą” tym samym przemieniając ją w swą własność. Dopóki jest sam na wyspie, może z niej korzystać do woli. Zauważmy, że koncepcja własności nie jest relacją między obiektem a podmiotem, lecz pomiędzy kilkoma podmiotami względem danego obiektu. Crusoe nie widzi żadnej różnicy między jego własnością a zasobami naturalnymi wyspy. Dla niego wszystko jest potencjalną własnością. Nagle na wyspę przybywa Piętaszek.

Co zastaje? Dziewiczą wyspę i własność Crusoe.

Własność prywatna

W kwestii uzgodnienia kwestii własności posłużę się etyką argumentacyjną Hansa Hermanna Hoppe’go Po pierwsze, należy zauważyć, że o dylemacie moralnym i kwestii jego rozwiązania można mówić tylko wtedy o ile podmioty są zdolne do wymiany twierdzeń, czyli argumentacji. Argumentować zaś mogą jedynie istoty rozumne; kamień i ryba nie potrafią wymieniać się twierdzeniami, zatem nie mogą (i nie robią tego) rościć sobie żadnych praw. Ale jeśli tak jest- a nie można temu zaprzeczyć nie popadając w sprzeczność, (nie da się argumentować, że nie można argumentować) – musimy założyć, że każda propozycja etyczna, jak również każde inne twierdzenie, musi zostać zweryfikowane na drodze argumentacji. ‌Po drugie, trzeba jasno podkreślić, że argumentacja nie składa się z losowo przedstawionych twierdzeń (które zaś nie składają się z losowych słów, które to nie składają się z losowych głosek, a te nie składają się z losowo wytworzonych dźwięków, itd), lecz jest formą działania, wymagającą stosowania rzadkich zasobów w postaci narządów i rozumu; to zaś oznacza, że aby cokolwiek mówić, rościmy sobie prawo do własnego ciała. Nikt nie mógłby zaproponować niczego i nikt nie mógłby zostać przekonany do czegokolwiek, bez prawa do posiadania własnego ciała. Jeśli bowiem nikt nie miałby prawa kontrolować swojego ciała, wszyscy byśmy nie istnieli i wszelkie argumentacje i rozważania by nie istniały. Fakt, że prawowicie posiadamy nasze ciała jest faktem obiektywnym. Z niego możliwe są trzy wnioski tworzące etykę. Pierwsza opcja to posiadanie wszystkich ciał przez wszystkich. Stwierdza ona, że każdy człowiek jest współwłaścicielem każdego ciała każdego człowieka. Ta zasada jednakże jest niemożliwa do spełnienia, bowiem ludzie je głoszący nie mają pozwolenia na używanie swojego ciała od innych. Zasada ta, będąca komunistyczną próbą zniesienia koncepcji własności nie wytrzymuje krytyki logicznej argumentacji. Bowiem jesteśmy zmuszeni używać naszych ciał zanim się w ogóle spytamy kogokolwiek o pozwolenie. W dodatku niemożliwe jest (i nigdy nie będzie) pytanie o zdanie nawet połowy ludzkości, bowiem większość nie jest zdatna do odpowiedzi (nie narodziła się jeszcze, lub już umarła). W dodatku sam akt odpowiedzi wymagałby kolejnego pytania (zatem nawet gdyby zgromadzić całą ludzkość, jaka kiedykolwiek żyła/będzie żyć i spytać ją o możliwość posługiwania się ciałem, ludzkość, aby odpowiedzieć sama musiałaby użyć swoich ciał) stworzyłoby to zatem nieskończoną spiralę pytań. W dodatku samo zadanie pytania jest możliwe tylko przy afirmacji prawa do własności własnego ciała. Jest to więc utopijna ,,etyka” i zwykle prowadzi jedynie do opcji drugiej, w której grupa a jest właścicielem ciał grup a+b. Na tej zasadzie zostałyby stworzone dwie klasy ludzi. Grupa a posiadałaby grupę b, lecz grupa b nie posiadałaby grupy a. Ta zasada, choć łatwiejsza do uzyskania w praktyce niż poprzednia, także kłóci się z logiką, ponieważ nie spełnia zasady uniwersalności. Niemożliwe jest obiektywne podzielenie ludzi na godnych posiadania i go niegodnych. Co więcej, Ci ,,niegodni” i tak musieliby się rodzić i korzystać ze swojego ciała w nieświadomym stanie, zanim ,,godni” by im na to zezwolili. Pozostała zatem trzecia, pierwotna zasada, że każdy jest właścicielem tylko swojego własnego ciała. Ta zasada jest zarówno uniwersalna (dotyczy w tym samym stopniu każdego) jak i możliwa w realizacji.

Jeśli uznamy za aksjomat twierdzenie, że każdy jest właścicielem swojego ciała musimy ponownie spytać: jak się to stało? Jak powstaje własność? Chas Holloway wyróżnił trzy etapy powstawania własności:

1. Dostrzeżenie. Istota rozumna zauważa dane dobro i definiuje ją jako odrębną od środowiska.

2. Wycena. Człowiek przypisuje danemu dobru subiektywną wartość.

3. Panowanie. Człowiek uzyskuje kontrolę nad obiektem.

Zastosujmy powyższy schemat do dobra zwanego ludzkim życiem.

1. Dostrzeżenie. Własnego życia nie da się nie dostrzec. Nawet zarodek czuje, co jest jego ciałem, a co nie (nie konsumuje samego siebie).

2. Wycena. Życie jest najwyższą wartością (jak udowodniłem powyżej, aby wykonać jakiekolwiek działanie niezbędna jest afirmacja życia) dla każdego żyjącego człowieka.

3. Panowanie. Sterowanie swoim ciałem i umysłem oraz stopniowe uniezależnianie od warunków zewnętrznych.

Własność nie może zatem stać się jedynie przedmiotem deklaracji, ale zmieszaniem zasobu naturalnego z pracą. Powracając do ,,Filozofii społecznej Crusoe” i odpowiadając na pytanie: co na wyspie możemy nazwać własnością Robinsona? Otóż do własności Crusoe możemy zaliczyć jego ciało wraz z wszystkimi przekształconymi przez niego zasobami, zwanymi nieprokreacyjnymi pochodnymi życia. Jeśli Piętaszek podniesie rękę na którekolwiek z tych dóbr stanie się agresorem. Jeśli jednak Crusoe zadeklaruje, że cała wyspa należy do niego, ponieważ pierwszy ją zamieszkał i przepędzi Piętaszka nawet z nieprzekształconych przez niego rejonów wyspy, wtedy sam zostanie agresorem. Taka deklaracja własności, jaką widzimy w np. Małym Księciu (przypadek Biznesmena, który rościł sobie prawa do gwiazd tylko dlatego, że jako pierwszy zadeklarował, że należą do niego. Później, w dialogu z Małym Księciem, przedstawił swoją koncepcję zawłaszczenia. Mimo, że uwzględnił w niej zasadę pierwszeństwa, oparł ją wyłącznie na dostrzeżeniu i wycenie, pomijając panowanie) byłaby całkowicie pusta. Podobnie, bezwartościowa byłaby odwrotna deklaracja, czyli pierwotne użytkowanie dóbr bez roszczenia sobie do nich praw własności. Można by postawić tezę, że skoro nie można zrzec się jakiegoś dobra, to niemożliwy jest handel. Otóż w handlu następuje dobrowolna wymiana. Przesyłka ma zarówno nadawcę jak i odbiorcę. Tego rodzaju deklaracje nie są problemem  w przypadku wartościowych dóbr: gdyby Crusoe rzekł, że nie rości sobie już praw do swojej chaty, Piętaszek z radością przejąłby jego własność i wtedy faktycznie mielibyśmy do czynienia z wymianą. Jednak w przypadku dóbr o ,,wartości ujemnej” (np. odpady, ścieki), nie można po prostu się ich zrzec i pozostawić na czyjejś działce, one nadal należą do osoby, która je zawłaszczyła, lub nabyła na drodze pokojowej wymiany.

Państwo

Nadszedł czas aby przyrównać powyższą filozofię społeczną z państwem i jego działaniami (polityką). Przypuśćmy, że na wyspę, oprócz Piętaszka przybywa także Lewiatan.

Argumentuje, że jeśli Piętaszkowi i Robinsonowi pozwoli się być wolnym w każdym aspekcie, a szczególnie, jeśli każdemu z nas pozwoli się zachować broń i prawo do samoobrony, to będzie oznaczało wojnę wszystkich przeciwko wszystkim i mikro-społeczeństwo ulegnie zniszczeniu. Dlatego też dotychczasowi mieszkańcy powinni oddać swoją broń oraz ostateczną władzę określania praw, rozstrzygania wyroków i egzekwowania ich (także w sporach z samym Lewiatanem) w jego ręce. Tylko on będzie zdolny uchronić ich przed nimi samymi. Oczywiście, człowiek jako istota rozumna dobrowolnie nie zgodziłby się na taki układ. Poza tym pozostałoby pytanie: kto ochroni mieszkańców przed potencjalną agresją ze strony Lewiatana, skoro on sam będzie decydował o wyroku? W takiej sytuacji, Lewiatan mógłby zaprowadzić swe rządy, jedynie poprzez przymus i agresję. By to ułatwić, konstruowałby wiele koncepcji etycznych by uzasadnić swoje panowanie nad cudzą własnością. W rzeczywistości natomiast państwo można by zdefiniować właśnie jako agencję posiadającą ostateczny monopol na podejmowanie decyzji na określonym terytorium. 

W dzisiejszych czasach, gdy anarchia (w znaczeniu stricte libertariańskim) prawie nie występuje, przyjęło się uważać, że dlatego iż jest niemożliwa do zastosowania. Taki pogląd figuruje obecnie w opinii publicznej. Natomiast mało kto zauważył, że stan anarchii występuje między państwami. Nie istnieje jeden ogólnoświatowy arbiter, któremu rządy wszystkich krajów na świecie płacą daniny, którego jurysdykcję uznają ponad własne sądy. Poza tym także występuje zasada pierwotnego zawłaszczenia; pierwszy kraj, który zaczął użytkować dany obszar staje się jego ,,właścicielem”. Jednak nie wystarczy tu wyłącznie przybycie i deklaracja (w przeciwnym wypadku rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki domagałby się praw do Księżyca). Także w stosunku do siebie państwa tworzą ,,prawa międzynarodowe” uznając agresora za państwo atakujące. Nie istnieje też żaden ogólnoświatowy przymus redystrybucji budżetów rządów między sobą. To wszystko natomiast prowadzi nas do wniosku, że etatyści (zwolennicy istnienia państw) sami uznają prawo naturalne, tylko na wyższej płaszczyźnie. Lewiatan wie, że aby spokojnie okupywać tereny, potrzebuje obiektywnych norm w stosunku do swoich odpowiedników na innych wyspach. Widać tu oczywiście sprzeczność. Dodatkowo, państwa jako instytucje agresywne, znacznie częściej popadają w konflikty niż jakiekolwiek inne instytucje.

Franz Oppenheimer stwierdził, iż istnieją dwa, antagonistyczne wobec siebie sposoby, przy użyciu których człowiek może wejść w posiadanie jakichkolwiek dóbr: pracę i własny wysiłek oraz grabież i wykorzystywanie wysiłku innych. Pracę i jej wymianę nazwał sposobami ekonomicznymi, a przymusowe i bezzwrotne zawłaszczanie pracy innych sposobami politycznymi. I trzeba tu zaznaczyć, że żadne państwo nie mogłoby prowadzić żadnej polityki, gdyby przynajmniej częściowo nie popierała środków ekonomicznych. Środki polityczne mogą istnieć dzięki środkom ekonomicznym, zatem działania państwa (polityka) to pasożytowanie na środkach ekonomicznych. Jest ona w każdej formie agresją, a zatem wszelka agresja przeciwko własności prywatnej, którą jest polityka, jest tak naprawdę przemocą (w stosunku do pokojowo zagarniętych dóbr) i nie da się jej usprawiedliwić. Nawet jeśli państwo wykonuje słuszny wyrok, to i tak robi to w sposób agresywny (zmuszając innych do subsydiowania jego działalności). Jeśli Lewiatan napadłby na Piętaszka, zagarniając jego broń i dobra konsumpcyjne, Piętaszek nie miałby prawa zmusić Crusoe do pomocy poprzez przymusowy pobór, bądź nawet chwilowe zagarnięcie jego broni. Gdyby tak było, sam stałby się agresorem. Środki polityczne, które przeczyłyby celowi (sprawiedliwość) czyniłyby przestępcą Piętaszka.

Julian Heller

Bibliografia

Prace Murraya Newtona Rothbarda

Rothbard, M.N., ,,Egalitaryzm jako bunt przeciw naturze”, Fijorr Publishing, Warszawa 2009.

Rothbard, M.N., ,,Etyka wolności”, Fijorr Publishing, Warszawa 2010.

Rothbard, M.N., ,,O nową wolność. Manifest libertariański”, Warszawa 2004.

Rothbard, M.N., ,,Rząd kontra zasoby naturalne” w ,,Ekonomiczny punkt widzenia” Wrocław 2015

Rothbard, M.N., ,,Prakseologia – metodologia Szkoły Austriackiej”, mises.pl 2005.

Prace Hansa Hermanna Hoppe’go

Hoppe, H.-H., ,,Etyka i ekonomia własności prywatnej” w ,,Wielka Fikcja, państwo w epoce schyłku”, Fijorr Publishing, Warszawa 2014.

Hoppe, H.-H., ,,Ekonomia i etyka własności prywatnej. Studia z zakresu ekonomii politycznej i filozofii”, Fijorr Publishing, Warszawa 2011.

Hoppe, H.-H., ,,Naturalne elity, intelektualiści i państwo”, mises.pl 2004.

Pozostałe opracowania

Locke, J., ,,Dwa traktaty o rządzie”, Warszawa 1992.

Oppenheimer, F., ,,The State: Its History and Development Viewed Sociologically”, Nowy Jork 1926.

Arystoteles ,, Polityka ”, Warszawa 2001.

Holloway, Ch., ,,Koniec polityki, czyli państwo bez przymusu”, Fijorr Publishing Warszawa 2018.

Wojtyszyn, R., ,,Anty-lewiatan. Doktryna polityczna i prawna M.N. Rothbarda”, Wrocław 2017.

Kant, I., ,,Uzasadnienie metafizyki moralności”, Warszawa 1971.

_____________________________________________________

,,Praca jest bardzo erudycyjna i poważnie zagłębiająca się w omawiany temat… Pańska znajomość literatury libertariańskiej, w Pańskim wieku jest doprawdy imponująca”

Jakub Bożydar Wiśniewski

Menger: ekonomia bez matematyki

0
Artykuł ukazał się 25 czerwca 2021 na portalu obserwatorfinansowy.pl

W tym roku minęło 100 lat od śmierci Carla Mengera, twórcy austriackiej szkoły ekonomii. Warto zastanowić się, dlaczego Menger był tak niechętny stosowaniu matematyki w analizie ekonomicznej.

Nie ma wątpliwości, że XX wiek przekształcił ekonomię głównego nurtu, ekonomię neoklasyczną, w zmatematyzowaną naukę. George Stigler i jego współpracownicy zbadali zastosowanie technik matematycznych w czterech najważniejszych czasopismach ekonomicznych. Z ich przeglądu wynika, że udział artykułów, w których nie używa się notacji matematycznej (lub reprezentacji geometrycznych) spadł z ok. z 95 proc. w 1892 r. do 5,3 proc. w 1990 r. Wyniki te zostały potwierdzane przez innych badaczy w następnych dekadach.

Można doszukiwać się podobieństw i różnic w dziełach twórców rewolucji marginalistycznej, jeśli jednak spojrzeć na ich dzieła z perspektywy ich stosunku do zastosowań matematyki do analizy ekonomicznej to widać, że Menger zasadniczo odróżnia się od Jevonsa i Walrasa. Menger nigdy nie napisałby tego, co napisał Jevons w 1871 roku, od razu na początku, we Wstępie, do Teorii ekonomii politycznej, traktując to jako coś oczywistego, że „ekonomia, jeśli w ogóle ma być nauką, musi być nauką matematyczną” i deklarując, że jego „teoria ekonomii ma charakter czysto matematyczny”.

Konsekwencją jest zaakceptowanie przez Jevonsa, dominującego w tamtym czasie w fizyce, rachunku różniczkowego jako podstawowego narzędzia opisu matematycznego zjawisk gospodarczych. Menger myśląc w kategoriach produktów dyskretnych (tj. takich, których liczba musi być wyrażona w liczbach naturalnych) nie zaakceptowałby tego, co dalej napisał Jevons: „Nie waham się użyć odpowiedniej gałęzi nauk matematycznych, która nieustraszenie bierze pod uwagę nieskończenie małe ilości. Teoria polega na zastosowaniu rachunku różniczkowego do znanych pojęć bogactwa, użyteczności, wartości, popytu, podaży, kapitału, odsetek, pracy i wszystkich innych ilościowych pojęć związanych z codzienną działalnością przemysłu. Ponieważ cała teoria prawie każdej innej nauki wymaga użycia tego rachunku, nie możemy mieć prawdziwej teorii ekonomii bez jej pomocy”.

Wydaje się, że Menger nie zgodziłby się też z poglądem Jevonsa, że „nasza nauka musi być matematyczna, po prostu dlatego, że zajmuje się ilościami. Wszędzie tam, gdzie traktowane rzeczy mogą być większe lub mniejsze, tam prawa i relacje muszą z natury mieć charakter matematyczny. Zwykłe prawa podaży i popytu odnoszą się wyłącznie do ilości towaru, na które istnieje zapotrzebowanie lub które są dostarczane, i wyrażają sposób, w jaki ilości te zmieniają się w zależności od ceny. Skutkiem tego jest, że prawa są matematyczne”. Warto zauważyć, że Jevons nie odnosił się do odwrotnego problemu, mianowicie, czy wszystko to, co wyrażamy słowami da się wyrazić w języku matematyki?

Podobnie Léon Walras w Elementach czystej ekonomii zastosował bardzo zmatematyzowane podejście do analizy ekonomicznej. Opublikowanych zostało pięć wydań Elementów Walrasa. Dwa kolejne wydania (opublikowane przez Walrasa w 1889 i 1896 roku) różniły się dosyć istotnie od pierwszego z 1874 roku. Czwarte wydanie z 1900 roku, zostało na tyle zmienione, że Donald A. Walker i Jan Van Daal uznali, że „zmiany te spowodowały powstanie tekstu niekompletnego, wewnętrznie sprzecznego i czasami niespójnego”. W drugim wydaniu Walras odwołuje się do prac Gossena, Jevonsa i Mengera. Podejście Jevonsa jest wyraźnie bliższe Walrasowi, który komentuje i podejmuje polemikę z nim wielokrotnie (powołuje się na Jevonsa 32 razy). Zauważa, że prekursorem ich prac był Hermann-Heinrich Gossen, który wymieniany jest przez Walrasa 12 razy. Natomiast Carl Menger, tak trochę mimochodem, wymieniany jest przez Walrasa trzykrotnie.

Walras we Wstępie zauważa, że w drugim wydaniu swojej Teorii… (z 1879 roku) Jevons „częściowo przyznał Niemcowi Gossenowi, pierwszeństwo w określeniu podstaw ekonomii matematycznej”. Dalej zauważa, że „znaczenie rozważania rareté w teorii wymiany zostało ponownie odkryte i podkreślone, niezależnie od naszej trójki, przez pana Carla Mengera, profesora ekonomii na Uniwersytecie Wiedeńskim”. Potem Walras wspomina o Mengerze w Lekcji 16. zatytułowanej „Opis i odrzucenie twierdzeń w doktrynie Adama Smitha i J.-B. Saya o pochodzeniu wartości w teorii wymiany”: „W tym samym czasie, gdy Jevons po raz pierwszy opublikował swoją Teorię ekonomii politycznej, to znaczy w 1871 i 1872 roku, pan Carl Menger, profesor Uniwersytetu Wiedeńskiego, opublikował swoją Grundsätze der Volkswirthschatslehre, która jest trzecią pracą poprzedzającą moją, w której podstawy nowej teorii wymiany zostały przedstawione w sposób niezależny i oryginalny. Pan Menger rozwinął, tak jak my, teorię użyteczności, przedstawiając prawo malejących potrzeb wraz z rosnącą konsumpcją, będące podstawą teorii wymiany. Stosował metodę dedukcyjną, ale był przeciwny metodzie matematycznej (… ). To sprawia, że ​​nie mogę skomentować jego teorii w kilku wierszach, tak jak zrobiłem to w przypadku Gossena i Jevonsa. Powiem tylko, że on i autorzy, którzy podążali za jego naukami (…), wydają mi się pozbawiać siebie cennego, a nawet niezbędnego zasobu, odmawiając bezpośredniego zastosowania metody i języka matematyki do analizy zasadniczo matematycznego problemu. Niemniej jednak dodam, że z niedoskonałą metodą i językiem, którym się posługują, być może mocniej uchwycili problem wymiany niż Gossen i Jevons”.

Trochę zastanawiające jest to bardzo zdawkowe odwołanie się Walrasa do prac Mengera, zwłaszcza w świetle bardzo intensywnej korespondencji pomiędzy obu ekonomistami, jaka toczyła się między nimi na początku lat 80. XIX wieku. Walras twierdzi, że „teoria ekonomii, (…) musi poprzedzać ekonomię stosowaną, a teoria ekonomii jest nauką fizyczno-matematyczną. (…) teoria bogactwa społecznego rozpatrywana sama w sobie jest nauką fizyczno-matematyczną, podobnie jak mechanika czy hydrodynamika, i dlatego nie powinniśmy się obawiać stosowania metod i języka matematyki”.

Te podstawowe prace Jevonsa i Walrasa z lat 70. XIX wieku są w istocie traktatami matematycznymi poświęconym koncepcji równowagi. Omówione w nich zjawiska ekonomiczne traktowane były jako zjawiska mechaniczne. Nie było tam miejsca na relacje przyczynowo-skutkowe, ani na dogłębną analizę ludzkiego działania. Carl Menger, ze swoim dążeniem do realistycznego opisu rzeczywistości gospodarczej i przywiązaniem do skrupulatnej analizy związków przyczynowo-skutkowych, będąc jak najdalej od zwyczajowo przyjętych przez ekonomistów XIX wiecznych uproszczeń, chciał odciąć się od wszelkich porównań do tego rodzaju nierealistycznych teorii.

Oba nurty badawcze (szkoły austriackiej, zainicjowany przez Mengera, i szkoły neoklasycznej, zainicjowany przez Walrasa i Jevonsa) aż do trzeciej dekady XX wieku rozwijały się równolegle w niemalże jednakowym stopniu. Były traktowane jako komplementarne.

Warto zauważyć, że oba nurty badawcze (szkoły austriackiej, zainicjowany przez Mengera, i szkoły neoklasycznej, zainicjowany przez Walrasa i Jevonsa) aż do trzeciej dekady XX wieku rozwijały się równolegle w niemalże jednakowym stopniu. Były traktowane jako komplementarne, a nawet można powiedzieć, że w pewnym okresie szala przechylała się na korzyść podejścia austriackiego. W latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku na scenę wkroczyli młodzi, zdolni matematycy zainteresowani analizą ekonomiczną, tacy jak John Hicks i Paul Samuelson w krajach anglosaskich, Abraham Wald oraz John von Neumann w krajach niemieckojęzycznych. Zaczęli oni rozwijać analizę równowagową Walrasa i Jevonsa, dzięki czemu zmatematyzowana ekonomia neoklasyczna dostała duży impuls do dalszego rozwoju w XX wieku. Ten rozwój wydarzeń uświadomił austriakom, że przepaść między ich ideami a programem neoklasycznym była większa, niż się spodziewali.

Carl Menger o matematyzacji analizy ekonomicznej

Carl Menger w Zasadach ekonomii (1871) w żadnym miejscu nie odwołuje się do matematyki, nie pisze o możliwościach zastosowania podejścia matematycznego, o podejściu formalnym do analizy ekonomicznej, ani też o jakichkolwiek metodach stosowanych w fizyce. Komentarze tego typu pojawiają się u Mengera dopiero w Dociekaniach nad metodą nauk społecznych (Untersuchungen (…), 1883), ale na marginesie jego rozważań. Pierwszy raz w kontekście możliwości testowania czystej teorii ekonomii, stwierdza on, że „chęć przetestowania czystej teorii ekonomii przez doświadczenie (…)

jest procesem analogicznym do tego, co czyni matematyk, który chce poprawić zasady geometrii, mierząc rzeczywiste przedmioty, bez zastanawiania się, czy te rzeczywiste wyniki nie są identyczne z wielkościami, które czysta geometria zakłada, lub że każdy wymuszony pomiar pociąga za sobą elementy niedokładności. Realizm w badaniach teoretycznych nie jest czymś wyższym niż orientacja ścisła, ale czymś innym”.

W Dodatku IV pt. „Terminologia i klasyfikacja nauk ekonomicznych”, pisze: “Wszystkie praktyczne nauki ekonomiczne zależą więc od teoretycznej nauki o gospodarce. Byłoby jednak błędem zakładać, że ta ostatnia stanowi ich jedyną podstawę teoretyczną. Nauki praktyczne, jakiekolwiek by one nie były, wcale nie są zakorzenione wyłącznie w poszczególnych naukach teoretycznych. (…) Teoretyczne podstawy chirurgii i terapii to nie tylko anatomia, ale także fizjologia, fizyka, mechanika, chemia itp. Chemia teoretyczna nie jest jedyną teoretyczną podstawą technologii chemicznej, ale fizyka, a nawet mechanika i matematyka również stanowią dla niej podstawy. To samo dotyczy praktycznych nauk ekonomicznych. Z pewnością są one gruntownie, ale nie wyłącznie, zakorzenione w teoretycznej nauce o gospodarce”.

Można zadać pytanie o to, skąd się wzięła ta obojętność Mengera w stosunku do matematyzacji ekonomii? Czy Menger nie był w stanie nauczyć się matematyki, tak jak to było w przypadku jednego z najsławniejszych ekonomistów XX wieku, Josepha A. Schumpetera? Richard Goodwin, jeden z najbardziej utalentowanych ekonomistów matematycznych, współpracował z Josephem Schumpeterem, kiedy obaj byli na Harvardzie od 1938 do 1950 roku. Schumpeter cenił matematykę i ilościowe podejście do analizy ekonomicznej. Był jednym z szesnastu założycieli Towarzystwa Ekonometrycznego w 1933 r. i prezydentem tego Towarzystwa w latach 1940–1941. Hardy Hanappi wspomina, że Goodwin udzielał prywatnych lekcji i próbował uczyć Schumpetera matematyki. Chociaż Schumpeter bardzo lubił matematykę i bardzo chciał się jej nauczyć, nie był w stanie tego zrobić. Richard Goodwin powiedział Hanappiemu, że Schumpeter „był bardzo nieutalentowanym uczniem”.

Karl Menger (1973), sławny matematyk, syn Carla Mengera, pisze, że „w przeciwieństwie do Walrasa i Pareto, którzy jako studenci inżynierii przeszli gruntowne wyszkolenie w zakresie analizy, oraz Jevonsa, który był znakomitym logikiem matematycznym, austriacy rozwijali teorię ekonomii pracując jako prawoznawcy, będąc urzędnikami rządowymi lub działaczami gospodarczymi; a w starym austriackim Gymnasien nie byli kształceni z analizy matematycznej. Mimo to w późniejszym życiu mogli uciekać się do samodzielnej nauki na podstawie podręczników; w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku mój ojciec rzeczywiście rozpoczął taką samodzielną naukę, świadczy o tym ręczne spisane przez mojego ojca trzystronicowe wprowadzenia do elementów rachunku różniczkowego, które wpiął do posiadanego przez niego egzemplarza drugiego wydania Eléments d’économie politique pure”.

Dalej Karl Menger pisze, że w jego posiadaniu jest zbiór dwudziestu zeszytów z lat 1867-1868, które zawierają fragmenty klasyków ekonomii przeplatane pierwszymi szkicami własnych pomysłów ojca na teorię wartości; „Jeden z tych zeszytów zawiera kilka stron z wzorami i wykresami, w których użyteczność jest reprezentowana przez obszar pod (w przybliżeniu liniowym) wykresem, który w ten sposób reprezentuje użyteczność krańcową. Ale te strony są przekreślone i żaden z późniejszych wpisów w tych zeszytach nie powraca do prezentacji jego ‘matematycznych’ pomysłów”.

Wiele wskazuje na to, że niestosowanie matematyki przez Carla Mengera wynikało z jego świadomej postawy metodologicznej i filozoficznej.

Wiele wskazuje na to, że niestosowanie matematyki przez Carla Mengera wynikało z jego świadomej postawy metodologicznej i filozoficznej. Być może, Carl Menger, będąc obznajomiony z matematyką, był w stanie ocenić to, przy jak daleko idących idealizacjach, założeniach i wybranej klasie równań (ciągłych, różniczkowych, liniowych, a nie dyskretnych, różnicowych i nieliniowych) te wnioski zostały sformułowane i jak bardzo całość rozważań Walrasa była daleka od tego, co obserwujemy w procesach rzeczywistych? Może dlatego skłaniał się on do bardzo ograniczonego zakresu stosowania matematyki w analizie ekonomicznej? Carl Menger bronił zasadności badania praw ekonomicznych przed argumentem, że formułowanie praw (matematycznych) odnoszących się do ludzkiego zachowania jest niemożliwe ze względu na wolną wolę człowieka.

Jak się wydaje jedynym miejscem, w którym Carl Menger jasno odniósł się do roli matematyki jako narzędzia analizy ekonomicznej, są jego listy do Walrasa, np. w liście z lutego 1884 roku, Menger pisze, że matematyka może być używana tylko do opisania relacji ekonomicznych, które zostały już odkryte innymi metodami badawczymi. Takie matematyczne podejście nigdy nie pozwala wniknąć w prawdziwą istotę (das Wesen) zjawisk gospodarczych. Zdaniem Carla Mengera, matematyka jest bezsilna, jeśli chodzi o wyjaśnienie ludzkich motywów, które ostatecznie kształtują zachowania gospodarcze, a tym samym określają wartość wymienną towarów.

Carl Menger – matematyka może być używana tylko do opisania relacji ekonomicznych, które zostały już odkryte innymi metodami badawczymi. Takie matematyczne podejście nigdy nie pozwala wniknąć w prawdziwą istotę (das Wesen) zjawisk gospodarczych.

W korespondencji z Walrasem z 28 czerwca 1883 r., Menger wyraził swój stosunek do stosowania matematyki w ekonomii: „Nie należę jednak do prawdziwych zwolenników metod matematycznych stosowanych w naszej nauce. Uważam bowiem, że metoda matematyczna jest głównie metodą reprezentacji i demonstrowania, a nie badania. […] Przedmiotem moich badań jest redukcja złożonych zjawisk ekonomicznych do ich prawdziwych, konstytutywnych przyczyn oraz poszukiwanie praw, według których powtarzają się te złożone zjawiska gospodarcze. Wyniki moich badań można przedstawić za pomocą wzorów matematycznych. Reprezentacje matematyczne mogą pomóc w przedstawieniu własności matematycznych. Jednak matematyczna metoda reprezentacji nie jest w żaden sposób istotną częścią zadania, którego się podjąłem”.

Problem znajomości matematyki przez Carla Mengera jest ciągle dyskutowany i wzbudza wiele kontrowersji. Jednakże wydaje mi się, że rozważania na ten temat opierają się na analizie korespondencji pomiędzy Walrasem i Mengerem, która odczytywana jest w różnoraki sposób. Wyjątkiem jest wcześniej wspomniana opinia syna Carla Mengera o notatkach jego ojca.

Friedrich von Hayek (1934) ma chyba rację twierdząc, że Carl Menger nie wypowiadał się publicznie na temat wartości matematyki jako narzędzia analizy ekonomicznej. Zdaniem Hayeka nie ma powodu sądzić, że Menger nie był zdolny nauczyć się matematyki. Hayek argumentuje też, że zdolności matematyczne były swego rodzaju tradycją rodzinną Mengerów i przywołuje „intensywne zainteresowania matematyką” jego brata Antona oraz to, że jego syn Karl był bardzo znanym matematykiem. Hayek argumentował też, że Menger nie miał żadnych problemów z przeczytaniem zmatematyzowanych prac Jevonsa i Walrasa, jak również zmatematyzowanej pracy R. Auspitza i R. Liebena, Untersuchungen über die Theorie des Preises (Badania dotyczące teorii cen; w tamtym czasie jedno z najważniejszych dzieł ekonomii matematycznej). W recenzji pracy Auspitza i Liebena, która ukazała się w dzienniku Wiener Zeitung 8 lipca 1889 roku, Carl Menger, uznając, że matematyka może być użytecznym narzędziem w badaniach podstawowych, odrzuca wykorzystanie matematyki w teorii ekonomii, ponieważ nie jest ona w stanie wyjaśnić istoty zjawisk ekonomicznych.

Komentując wypowiedź Hayeka z 1934 roku, William Jaffé wyraził opinię, że nie ma podstaw do zaakceptowania przypuszczenia wyrażonego przez Hayeka, że Menger miał możliwości i zdolności do nauczenia się i stosowania matematyki. Na koniec tej uwagi Jaffé pisze, że „z pewnością zainteresowanie matematyką brata i syna Carla Mengera jest tutaj zupełnie nieistotne”.

Postawa metodologiczna Carla Mengera nie pozwalała na stosowanie matematyki (w tym także rachunku różniczkowego) w analizie ekonomicznej.

Richard Howey zauważył, że postawa metodologiczna Carla Mengera nie pozwalała na stosowanie matematyki (w tym także rachunku różniczkowego) w analizie ekonomicznej. W opinii Howeya, są dowody na to, że Menger znał rachunek różniczkowy przed 1869 r. Możliwość znajomości matematyki przez Mengera potwierdza list, który napisał do Sigismunda Feilbogena, który został opublikowany w 1911 r. w „Journal des Economistes”. W liście tym Menger napisał: „Filozofia i matematyka zawsze były jednymi z moich ulubionych studiów” („La philosophie et la mathématique ont compté de tout temps parmi mes études préférées”).

Zdaniem Howeya, korespondencja Mengera i Walrasa też uwiarygadnia znajomość matematyki przez Mengera. Walras po raz pierwszy dowiedział się o Mengerze w liście z 22 czerwca 1883 r. od Aulnisa de Bourouill, który dwanaście lat po jego publikacji, odkrył Grundsätze Mengera. Walras zaczął wtedy korespondować z Mengerem. Odpowiedzi Mengera odnosiły się też do problemów ekonomii matematycznej. Zdaniem Richarda Howeya można z tej wymiany listów wnioskować, że Menger miał dostatecznie dużą wiedzę matematyczną, by podjąć dyskusję nad stosowaniem matematyki w analizie ekonomicznej. W jednym z listów Menger wymienił kilka prac matematycznych na tematy ekonomii politycznej, które miał w swojej bibliotece i zaproponował, że pożyczy je Walrasowi.

Należy się zgodzić z opinią Josefa Mensika, że prawie żadne z pojęć zastosowanych przez Carla Mengera „nie zostało zdefiniowane matematycznie w żadnym z możliwych znaczeń”. Problem jednak nie polega na niedojrzałej naturze ekonomii Mengera. W istocie jest to problem niematematycznej natury większości naszej obecnej wiedzy odnoszącej się do procesów społecznych (w tym gospodarczych). Jak pisze Mensik: „Nie wiemy, jak matematycznie określić przytłaczającą większość pojęć, których używamy na co dzień, z pewnością odnosi się to do takich pojęć jak „ludzki”, „zrozumienie”, „związek przyczynowy”, „rzeczy”, „satysfakcja” czy „potrzeby”. Ponieważ Menger w swych rozważaniach chciał wykorzystać to wszystko, jego ekonomia musiała pozostać niematematyczna”.

W konkluzji swoich rozważań Mensik stwierdza, że chociaż zbudowana na regularnych, prostych, „czystych typach” ontologia Mengera wydaje się zachęcać do matematycznego traktowania, to jednak Menger był jednocześnie krytyczny odnośnie matematycznego podejścia w ekonomii. Wydaje się, że wynikało to z ukrytej ambicja Mengera, by zachować pełne znaczenie pojęć języka naturalnego i jednocześnie używać ich jako pojęcia ścisłe (teoretyczne) i konsekwentnie stosowane w jego teorii.

Chyba zgodzimy się z tym, że w większości koncepcje języka naturalnego są niematematyczne, stąd też taka miała być ekonomia Mengera. Konsekwencją tego jest to, że teoria ekonomiczna Mengera jest z jednej strony bogatsza, pełniejsza, ale niekiedy może być niejednoznacznie rozumiana. Wydaje się, że był to świadomy wybór dokonany przez Carla Mengera w odniesieniu do natury przedmiotu badań, jakim jest ekonomia społeczna. Jak to zwykle bywa w życiu (nie tylko ekonomicznym), zawsze są jakieś koszty alternatywne. Teoria Mengera (teoria szkoły austriackiej) jest realistyczna, lepiej opisuje dynamiczną rzeczywistość społeczną i gospodarczą, ale ceną, jaką za to się płaci, jest mniejsza precyzja, mniejsza dokładność opisu. Menger w Dociekaniach wielokrotnie podkreślał, że pożądane jest, aby nie tylko nauki przyrodnicze, ale także ekonomia stały się naukami ścisłymi. Jednak warto stale podkreślać, że „naukami ścisłymi” nie oznacza u Mengera „naukami zmatematyzowanymi”.

Carl Menger nie uznaje zasady, że „naukowa ścisłość” ma wynikać z tego, że w analizie zjawisk gospodarczych stosuje się aparat matematyczny i że wszystko wyraża się w formie ilościowej, mierzalnej. Daje temu wyraz przede wszystkim w opublikowanych w 1883 roku Dociekaniach. W Księdze trzeciej, zatytułowanej „Organiczne rozumienie zjawisk społecznych” Menger proponuje „analogię między zjawiskami społecznymi a organizmami naturalnymi”, wskazując jednak na ograniczenia takiej analogii oraz wyłuszczając „zasady metodologiczne wynikające z badań społecznych z niekompletności analogii między zjawiskami społecznymi a organizmami naturalnymi”. W rozdziale drugim przedstawia „teoretyczne zrozumienie tych zjawisk społecznych, które nie są wynikiem porozumienia lub pozytywnego ustawodawstwa, ale są niezamierzonymi rezultatami rozwoju historycznego”, w którym wykazuje, że „uznanie zjawisk społecznych za struktury organiczne w żaden sposób nie wyklucza dążenia do ścisłości ich zrozumienia” oraz wskazuje na „kierunki badań teoretycznych będące konsekwencją postrzegania zjawisk społecznych jako struktur organicznych”.

Odwołanie się do sfery ogólnej wiedzy ludzkiej w kontekście procesów gospodarczych (a tak stawiają sprawę ekonomiści austriaccy) czyni ekonomię znacznie bogatszą (i ciekawszą) niż jakikolwiek pojedynczy (nawet niekiedy skomplikowany) model matematyczny „działającego człowieka”.

Wbrew powszechnemu przekonaniu zadanie, jakie postawił sobie Menger (a za nim inni ekonomiści szkoły austriackiej) jest znacznie trudniejsze i ambitniejsze niż nawet bardzo zaawansowane modelowanie specyficznych, wyizolowanych procesów gospodarczych. Odwołanie się do sfery ogólnej wiedzy ludzkiej w kontekście procesów gospodarczych (a tak stawiają sprawę ekonomiści austriaccy) czyni ekonomię znacznie bogatszą (i ciekawszą) niż jakikolwiek pojedynczy (nawet niekiedy skomplikowany) model matematyczny „działającego człowieka”.

Z pewnością trudno Carla Mengera uznać za nieuka i beztalencie matematyczne, co rzekomo miałoby usprawiedliwiać jego niechęć do stosowania matematyki w analizie ekonomicznej.

Witold Kwaśnicki obserwatorfinansowy.pl

 

Czy rynek naprawdę trzeba poprawiać?

0

Tekst jest długi, ale nie zniechęcajcie się. Napisałem go na prośbę p. prof. Urszuli Grzelońskiej z INE PAN, która kwestionuje nie tylko rynek, ale i ludzkie działanie oraz subiektywne wartościowanie człowieka – podporządkowując je, jak to czyni gros etatystów,  dominacji i wszechmocy państwa i socjalizmu.  Dlatego własnie tekst ten może przysłużyć się w dyskusji z lewicą, od której w naszym świecie akademickim, nie mówiąc o polityce, mediach czy show biznesie  aż się roi.  Być może też pomoże obalić szereg mitów gospodarczych, na których – niestety – opierają się plany, marzenia i aspiracje wielu Polaków.

Czy rynek naprawdę jest zawodny[1]?

Argumentem zwolenników klasycznej ekonomii dobrobytu, mającym uzasadnić interwencje rządowe w gospodarkę, jest zawodność mechanizmów rynkowych, którą trzeba skorygować.

Konieczność korekty rodzi jednak kilka fundamentalnych problemów. Pierwszy, to ten, że rynek istotnie jest zawodny, ale zawodność ta nie wynika z jego niedoskonałości, lecz z niedoskonałości człowieka, którego decyzje ekonomiczne tworzą sieć powiązań zwanych rynkiem, drugi, że korekta niedoskonałości rynku dokonywana przez przedstawicieli rządu jest równie zawodna, co sam rynek, gdyż dokonywana jest przez tych samych niedoskonałych ludzi[2].

Od lat wiadomo, że lista zarzutów wobec wolnego rynku[3] jest długa[4] i obejmuje zarówno aspekty moralne, jak i wady gospodarcze czy polityczne – od rozbudzania chciwości, materializacji każdego aspektu życia człowieka, aż po niewydolność informacyjną i gospodarczą, niesprawiedliwość, na pogarszaniu poziomu życia kończąc. W niniejszym tekście skupiono się na omówieniu zarzutów stawianych najczęściej, oraz na próbach ich odparcia korzystając z dorobku austriackiej szkoły ekonomicznej (ASE). Podzielimy je na zarzuty egzystencjalne, a więc na takie, które dotyczą zawodności wywołanej wadami moralnymi, oraz na te, których przyczyną jest chęć równoczesnego osiągnięcia na rynku sprzecznych celów etycznych i ekonomicznych.

 

  1. Zarzuty egzystencjalne

 

  • Niesprawiedliwa dystrybucja

 

Podstawowym źródłem przekonania, że wolny rynek nie radzi sobie z dystrybucją dochodu jest (najprawdopodobniej) traktowanie go jako gry u sumie zerowej[5]. Pogląd ten zakłada, że aby jeden mógł zyskać, drugi musi stracić, innymi słowy, że zysk na wolnym rynku osiąga się wyłącznie w drodze wyzysku. Wszystkie pozostałe zarzuty dotyczące wadliwej dystrybucji, czyli niesprawiedliwego podziału dochodów z działalności gospodarczej są pochodnymi znanej tezy Montaigne’a[6]. Israel Kirzner twierdzi, że w krytyce kategorii zysku, przejawia się społeczne potępienie chciwości, zachłanności, egoizmu i innych zachowań, które – zdaniem krytyków wolnego rynku – dewaluują jednostkę i społeczeństwo. Konsekwencją powyższego jest teza o nierówności w osiąganiu korzyści, co jest czynnikiem zmuszającym rząd (władzę) do wyrównywania różnic[7].

Stąd dochodzimy do „teorii dystrybucji”, którą wielu współczesnych ekonomistów rozpatruje oddzielnie od teorii produkcji. Tymczasem dystrybucja, to zjawisko towarzyszące produkcji. Zarobki, czyli właśnie dystrybucja, to składniki produkcji, których cena jest ceną poszczególnych czynników produkcji. Teoria rynku – pisze Murray N. Rothbard – określa ceny i dochody uzyskiwane przez czynniki produkcji, a tym samym ich „funkcjonalną dystrybucję”[8]. To, ile każda osoba uczestnicząca w procesie produkcji otrzyma, czyli jaki jest jej dochód pieniężny, zależy od funkcji tej osoby w procesie produkcji. Składają się na to płace za pracę uczestników procesu produkcji, renta ziemska, odsetki od zainwestowanego kapitału etc. Są to de facto czynniki produkcji, a cały zarobek to ich cena. Bez zaangażowania czynników produkcji nie doszłoby do samej produkcji. Źródłem powstania czynników produkcji nie jest konfiskata, lecz oszczędności, z których powstały, oraz praca ich posiadaczy. Oskarżenia pod adresem rynku, że niesprawiedliwie dzieli dochody wynikają z przeświadczenia, jakoby czynniki produkcji były wspólnym dobrem, którego właścicielem jest każdy obywatel. Przywłaszczenie wspólnego dobra musi siłą rzeczy – twierdzą krytycy rynku – odbywać się kosztem pozbawienia takiej możliwości innych osób[9].

Mises zwraca uwagę[10], że pojęcie dystrybucji uległo dzisiaj zniekształceniu w stosunku do swego oryginalnego znaczenia. Dzisiaj opiera się ono na „handlowym” rozumieniu tego terminu: wyprodukowane towary zostają zgromadzone przez firmy zajmujące się hurtem/handlem/dystrybucją, które je następnie dystrybuują/rozsyłają. Nie jest to jednak rozumienie dystrybucji, o jakie chodzi przedstawicielom klasycznej teorii dobrobytu, największym, obok socjalistów, krytykom wolnego rynku.

Podsumowując: produkcja i dystrybucja to dwa procesy występujące nierozerwalnie. To dwie strony tego samego medalu[11]. Na wolnym rynku nie dochodzi osobno do produkcji, i osobno do dystrybucji. Oba te zjawiska są ze sobą nierozerwalnie powiązane.

 

  • Redystrybucja, postulat dążenia do równości

 

Implikacją „niesprawiedliwego” podziału zysków jest domaganie się wyrównania krzywd. Popularną metodą, która zdaniem krytyków rynku ma dystrybucję uczynić sprawiedliwą jest tzw. redystrybucja. Redystrybucja to interwencja państwa opierająca się najczęściej na mechanizmie transferu majątku od osób osiągających dochody powyżej pewnego pułapu (ceiling) do osób o dochodach poniżej pewnego poziomu (floor)[12]. Redystrybucja jest potężnym narzędziem ekonomicznym i politycznym, o czym świadczą chociażby jej rozmiary. W większości krajów rozwiniętych, zwanych z powodu rutynowego stosowania mechanizmu redystrybucji państwami dobrobytu, albo opiekuńczymi (welfare state) – do grupy tej należy także Polska –  wartość transferów w ramach redystrybucji stanowi niekiedy ponad połowę  budżetu państwa[13]. „Redystrybucjonizm – twierdzi Bertrand de Jouvenel –zaczął się od poglądu, że jedni mają zbyt mało, a inni zbyt wiele”[14]. Przytaczając dalej racje zwolenników wyrównywania poziomu satysfakcji, czyli poprawiania dystrybucji rynkowej, de Jouvenel dodaje że „istnieje jakiś przyzwoity poziom życia, poniżej którego nikt nie powinien spaść, zaś style życia znajdujące się powyżej tego poziomu mogą, co prawda, być pożądane lub do przyjęcia, ale tylko w pewnych granicach”. Tym bardziej, że „Bogatsi (pod wpływem redystrybucji) odczują swoją stratę znacznie łagodniej, niż biedni docenią swoją korzyść”. Podstawą takiego poglądu było, cytowane dalej przez autora „odkrycie” dokonane przez Arthura Pigou, brzmiące: „To jasne, że jakikolwiek transfer dochodu od człowieka względnie bogatego do względnie ubogiego o podobnym temperamencie, z racji tego, iż umożliwia zaspokojenie bardziej palącej potrzeby, musi prowadzić do wzrostu zagregowanej sumy satysfakcji (użyteczności)”[15]. Jego uzasadnieniem ekonomicznym była teoria malejącej użyteczności w odniesieniu do pieniądza. Mimo iż pogląd ten został wkrótce potem obalony przez Robbinsa[16], który wykazał, że porównywanie użyteczności dwóch różnych osób nie ma sensu, intuicyjnie jest nadal uznawany, skutkiem czego uważa się, że użyteczność krańcowa jednostki dochodu utraconego przez człowieka bogatszego jest mniejsza niż użyteczność krańcowa jednostki dochodu pozyskanego kosztem takiej redystrybucji[17]. Zdaniem przedstawicieli szkoły austriackiej, ale i socjalisty, Bertranda de Jouvenel, redystrybucja dochodu opiera się na kryteriach arbitralnych i uznaniowych, przez co traci swój wolny od wartościowania (Wertfrei) naukowy charakter. Skutkiem tego twierdzenia zwolenników klasycznej/ortodoksyjnej ekonomii dobrobytu nie ma charakteru naukowego. Już z tego powodu powinny one zostać zarzucone. Problem jednak jest znacznie bardziej fundamentalny, zwłaszcza w kontekście austriackiego aksjomatu ludzkiego działania (prakseologia), aksjomatu o unikalnym charakterze ludzkiej wiedzy i umiejętności, a także w obliczu rzadkości zasobów oraz przykrości (antyużyteczności) ludzkiej pracy[18].

Przyjęcie założenia o konieczności wyrównywania różnic między ludźmi doprowadzić może do zniszczenia aksjomatu o unikalnym charakterze jednostki ludzkiej, który leży np. u podstaw podziału pracy. Nawet z etycznego punktu widzenia jest to postulat niemożliwy do spełnienia. Pomijając moralne trudności z ustaleniem pułapu i sufitu dla równego dochodu, a zwłaszcza takie wyznaczenie dochodów państwa, aby do egalitaryzmu doszło w zgodzie z optimum Pareto, o czym pisze de Jouvenel[19], równość w dochodach, w kategoriach realnych a nie pieniężnych, jak pisze Rothbard, jest niemożliwa do zapewnienia. „Jest to cel konceptualnie niemożliwy do osiągnięcia ze względu na rozproszenie ludzi w przestrzeni” a także zróżnicowanie ich wzajemnych możliwości[20]. Przy jednakowych dochodach pieniężnych, różnice w posiadanych umiejętnościach, wiedzy, kulturze czy doświadczeniu prowadzić będą do zróżnicowania korzyści (użyteczności), a więc i różnego poziomu dochodu. Hejnał z wieży kościoła Mariackiego w Krakowie dla Polaka znaczy więcej (ergo, posiada wyższą użyteczność) niż dla mieszkańca Guayaquil, w Ekwadorze. Ten pierwszy wie, bez sięgania po zegarek, że jest właśnie południe, drugi niekoniecznie. Różnice między ludźmi, różnice ich miejsc w przestrzeni, różnice w kulturze, klimacie etc. czynią nierealnym inne założenie egalitaryzmu, mianowicie: równość szans.

Skoro niemożliwa jest równość na mecie, mówią ortodoksyjni egalitaryści[21], spróbujmy ustanowić równość na starcie. Nawet taki, łagodniejszy postulat równości jest absurdalny. Każdy człowiek, zgodnie z aksjomatem działania, dąży do maksymalizacji satysfakcji z życia. Trudno sobie wyobrazić, a jeszcze trudniej wymagać, aby mieszkaniec Krakowa, żyjący najprawdopodobniej na wyższym poziomie niż mieszkaniec Guayaquil, cofnął się na skali swego szczęścia do sytuacji tego drugiego, a tylko wtedy można mówić o równości szans na starcie. Zapewnienie równych szans jest niewykonalne, a jeśli już, wymagałoby ogromnej machiny, która kontrolowałaby, aby nikt nie uzyskał „na starcie” przewagi nad innymi, co jest pomysłem z gatunku science fiction, czy wręcz eugeniki. Nie można wymagać, aby dziecko wybitnego pianisty dobrowolnie rezygnowało z wrodzonego (dziedziczonego) talentu na rzecz uniformizacji i egalitaryzmu. Filozofia równości we wszystkich swych przejawach jest sprzeczna zarówno z naturą człowieka, jak i naturą świata. Równość, podobnie jak użyteczność, implikuje konieczność ustalenia metod jej pomiaru. Austriacka teoria ekonomiczna, jako doktryna subiektywizmu, pokazuje że nie ma takiej jednostki, którą można by mierzyć/porównywać szczęście czy satysfakcję – a tym samym zapewnić równość filozoficzną, ekonomiczną, kulturową – dwóch różnych ludzi[22]. Brak jednostki miary implikuje zbędność cechy, którą można by zmierzyć.

Krytycy wolnego rynku zgadzają się, co do jego cech alokacyjnych czy nawet unikalności natury człowieka, odrzucając jednak warunki początkowe każdej działalności gospodarczej. Co z tego, że X jest zdolniejszy i bardziej przedsiębiorczy od Y, skoro ten ostatni posiada miliardy zgromadzone przez jego przodków, czy nawet przez swoje wcześniejsze działania, co daje mu niesłychaną przewagę na starcie. Tę niedoskonałość wolnego rynku trzeba wyeliminować.        Problem w tym, że o ile Bill Gates i jego Microsoft są w stanie pokonać (niektórzy mówią nawet, że zniszczyć)[23] większość swoich konkurentów i rywali, co zawdzięczają ogromnej ilości kapitału, jaki zgromadzili, o tyle ich bogactwo i siła są wynikiem wcześniejszej działalności, która opierała się na lepszej alokacji zasobów, a także wyższych umiejętnościach i przedsiębiorczości założycieli tej znanej firmy, słowem dzięki lepszemu służeniu konsumentom. Nie można równocześnie pozwalać na stosowanie wolnego rynku dla debiutantów, a zabraniać stosowania go z chwilą, gdy niektórzy z nich dorobią się fortun. Ten sam argument stosuje się do dziedziców fortun. To, że potomek Rockefellera czy Mellona może być dziś człowiekiem zamożnym, w związku z czym jego start niemal w każdej dziedzinie życia jest najprawdopodobniej łatwiejszy niż w przypadku innych, mniej sławnych, mniej zamożnych ludzi, jest skutkiem posiadania majątku i wpływów, jakich dorobili się dzięki przedsiębiorczości i lepszej alokacji zasobów ich dziadkowie czy ojcowie[24], a także szacunku dla prawa własności, którego prawo do przekazania majątku dowolnie wybranej osobie (dziedzicowi) jest nieodłączną częścią. Kwestionowanie tego faktu np. w postaci dotkliwego podatku spadkowego czy innej formy korekty dystrybucji nie tylko kwestionuje prawo własności, ale może też – poprzez pozbawienie motywacji do bogacenia się – zniechęcić innych do przedsiębiorczego wysiłku i służenia konsumentom.

 

  • Dążenie do nirwany a niedoskonałość człowieka

 

Nirwana to stan szczęśliwości, stan odczucia pełni szczęścia. Od wolnego rynku wymaga się doskonałości i zdolności zapewnienia takiego stanu[25]. Każde odstępstwo od takiego ideału to zarzut wobec wolnego rynku, świadczący o jego niedoskonałości, którą należy skorygować. Najczęściej stosowanym narzędziem takiej korekty bywa ingerencja aparatu państwa.

Człowiek jest szczęśliwy wtedy, gdy osiągnął swoje cele – pisze Ludwig von Mises[26]. Człowiek działa po to, by te cele osiągnąć. „Nikt nie ma prawa orzekać, co powinno uczynić innego człowieka szczęśliwym”. Już samo to stwierdzenie wystarcza do odrzucenia zarzutu niedoskonałości ludzkiej oceny tego, co dobre, a tym samym – jak chcą krytycy rynku i zwolennicy interwencji – kształtowania ludzkich decyzji i celów przy pomocy państwa i polityki. Jeśli ja nie wiem, co jest dla mnie dobre, bo jestem zawodny, niedoskonały, to przecież równie niedoskonały i zawodny jest urzędnik państwowy czy nawet wynajęty przez niego ekspert, który korygować będzie moje błędne decyzje. Co więcej, jego ocena skażona jest jego osobistym, subiektywnym interesem, który jest efektem istnienia w każdym z nas subiektywnej hierarchii potrzeb i celów.

Krytyka pod adresem zawodności wyboru człowieka ma swoje źródła w modelu neoklasycznym, w którym zakłada się, że wszystkie dane, informacje sprzyjające osiągnięciu stanu równowagi, będącej celem procesów rynkowych, służące za punkt wyjścia rachunku ekonomicznego są nam dostępne, a nawet znane. Tymczasem tak nie jest. Procesy gospodarcze są procesami dynamicznymi[27], w których dane mogą nie być dostępne. Załóżmy nawet, że osobie A opłaca się sprzedać posiadany przez nią grunt, zaś osobie B opłaca się grunt ten kupić, do transakcji może nie dojść z powodu nieznajomości danych, które dowodzą opłacalności takiej wymiany[28]. Pojawienie się przedsiębiorcy jest elementem dynamicznym, dopasowującym czy uzupełniającym brakujące dane i poprawiającym sytuację stron, które takiej koordynacji nie dostrzegły.

Wprawdzie uznanie dla wolnego rynku opiera się na znacznie głębszych argumentach niż możliwość dostarczania przezeń szczęścia, to i tak doktryna wolnorynkowa nie zakłada wcale, że ludzie są nieomylni i wszyscy zawsze wiedzą, co jest dla nich najlepsze. Murray N. Rothbard w Interwencjonizmie[29] pisze, że wprawdzie człowiek nie jest wszechmocny, ale „każdy powinien mieć wolność dążenia do tego, co uważa dla siebie za najlepsze”. Wiąże się to z prawem człowieka do maksymalizacji użyteczności swego działania. Co prawda, argument ten spotyka się z zarzutem krytyków wolnego rynku, że nie każdy jest w stanie działać tak, aby wzrost użyteczności jego działania nie ograniczał się tylko do czasu teraźniejszego[30], pomijając konsekwencje postepowania ex-post, jednakże warunkiem koniecznym do zdobycia tego, co dla człowieka jest najlepsze jest wolność podejmowania decyzji. Pozbawiony wolności, poddany przymusowi, bo do tego sprowadza się interwencja państwa, „obniży czerpaną przez niego użyteczność ex post”. Doświadczenie uczy, że dobrowolne przekonanie człowieka do tego, co mu służy, jest znacznie skuteczniejsze niż siła, która to przekonanie zmienia. Świadczy o tym chociażby bardzo rozpowszechniony w systemach totalitarnych i opresyjnych czarny rynek i obywatelski ruch nieposłuszeństwa. Człowiek pozostający pod wpływem presji innego człowieka „i tak myśli i robi swoje”.

Narkoman najprawdopodobniej dobrze wie, że korzystniej byłoby dla niego, gdyby w sytuacji „głodu” zdecydował się na wstrzemięźliwość, która w dłuższym okresie czasu mogłaby go wydobyć z nałogu. I tak się niekiedy zdarza. Częściej jednak, z chwilą odczucia dyskomfortu, sięga po narkotyk, który przyniesie mu chwilową ulgę, pogłębiając istniejące uzależnienie. Takie działanie człowieka uzależnionego od narkotyków to przykład działania celowego, a nawet racjonalnego. Problem w tym, że najprawdopodobniej nie prowadzi do celu dla niego najkorzystniejszego. Lekarze specjalizujący się w leczeniu uzależnień przyznają, że zakaz prawny czy przymus sądowy nie zmienią takich błędów równie łatwo i skutecznie, co perswazja czy silna wola samego uzależnionego[31].

Dążenie do nirwany, to dążenie do doskonałości. Doskonały cel wymaga doskonałych środków do jego osiągnięcia. Zarówno człowiek nie jest doskonały, jak i doskonałe nie są warunki, w jakich żyje. Ludzkie działanie odbywa się w warunkach realnych, w istniejącej rzeczywistości. Nirwana nie istnieje. Ekonomiści skupieni na szukaniu stanu równowagi, czyli na zestawie danych opisujących sytuację doskonałą, pomijają naturalną niedoskonałość człowieka i jego czynów, czyli dynamiczną stronę jego działania. Domaganie się stanu idealnego to nie tylko dowód ignorancji ekonomicznej, lecz także, najprawdopodobniej, niechęć do wolnego wyboru, wolnego rynku i kapitalizmu[32]. Jedynym punktem odniesienia, jakim należy się posługiwać w badaniu ludzkiego działania – pisze Mises – są ostateczne cele, które człowiek chce zrealizować wybierając takie, a nie inne działanie. Nikt nie ma prawa ustalać hierarchii celów innym ludziom.[33].

Z faktu etycznej neutralności nauki[34] (Wertfrei), w tym nauki ekonomii, wynika, że obserwator zewnętrzny może, co najwyżej, zwrócić uwagę, że środki, jakich człowiek użyje do realizacji wybranych celów, mogą do ich spełnienia nie wystarczyć, albo że takich środków w realnym świecie nie ma. Każda inna ocena będzie oceną arbitralną, a tym samym, subiektywną i nienaukową.

Innym czynnikiem, który sprawia, że przymus jest znacznie gorszym korektorem błędów niż doświadczenie człowieka jest powszechna niepewność panująca w świecie realnym. Żaden urzędnik, czy nawet ekspert rządowy nie posiada wiedzy tajemnej o tym, co się wydarzy. Jego świat – podobnie jak świat ludzi, których decyzje lub działania chce korygować – jest również zdeterminowany przez czynniki nieprzewidywalności i ryzyka.

Grupą ludzi wyposażonych w szczególną umiejętność przewidywania przyszłych zdarzeń gospodarczych są natomiast przedsiębiorcy. Ludzie ci, lepiej od innych potrafią odkrywać sytuacje niedopasowania na rynku, rozbieżność między istniejącym popytem a podażą, między cenami w różnych miejscach i okolicznościach, i podjąć działanie, które doprowadzi do zmian korygujących (arbitrażowych), a tym samym do zaspokojenia ludzkich potrzeb oraz osiągnięcia zysku. Osobnicy obdarzeni talentem przedsiębiorczym rzadko pracują na stanowiskach urzędniczych czy nawet eksperckich. Swój talent wykorzystują przeważnie dla własnej korzyści. I przeciwnie, to ludzie pozbawieni talentu przedsiębiorczego zajmują się chętnie działalnością polityczną, która jest znacznie mniej ryzykowna i kosztowna, niż podejmowanie ryzykownych i kosztownych działań przedsiębiorczych. Taka ‘asymetria informacyjna’ nie tylko nie jest wadą wolnego rynku, lecz niezwykle cenną zaletą, dzięki której rośnie użyteczność krańcowa działań przedsiębiorczych i maleje w przypadku działań odbywających się wedle wadliwej alokacji zasobów.

Człowiek nie tylko lepiej od innych ludzi zna swoje odczucia i potrzeby. Co ważniejsze, to właśnie on ponosi bezpośrednio konsekwencje swoich działań, bowiem każde jego działanie podlega „testowi sukcesu”[35]. Jeśli działanie to jest skuteczne, a więc jeśli leży w interesie podejmującego je człowieka, zostaje utrzymane, jeśli zawodzi, podlega korekcie albo kończy się utratą użyteczności. Urzędnik, polityk, czy doradzający im eksperci, podejmując się korekty działania innych ludzi takiemu testowi nie podlegają. Ich testem sukcesu jest ocena osobistej satysfakcji. Ich działania nie podlegają weryfikacji ze strony rynku, która polega na tym, że w przypadku błędu poniosą osobistą stratę, zaś w przypadku sukcesu odniosą zysk.

Stopień zbliżenia się do stanu nirwany jest dla człowieka proporcjonalny do skuteczności doboru środków i realizacji przy ich pomocy swoich celów. W przypadku urzędnika, sukcesem jest zdobycie uznania ze strony przełożonych. Ci ostatni znacznie bardziej dbają o popularność w oczach wyborców, by na nich głosowali, umożliwiając im udział we władzy dającej prawo stosowania przymusu, niż o osobiste dobro innego człowieka.

O ile człowiek określający swoje cele i dobierający do nich środki posługuje się wolnym wyborem, który jest jedynym legalnym sposobem ich zdobywania, o tyle urzędnik państwa czy zatrudniony przez niego ekspert ma do swej dyspozycji także przymus. Ta dodatkowa alternatywa sprawia, że nie musi się należycie starać, gdyż w razie czego skorzysta z prawa do stosowania siły. Jakie to rodzi skutki widać na każdym kroku. Tym bardziej, że człowiek działający, przedsiębiorca podlega konkurencji, zaś urzędnicy, politycy, czy pracujący na ich rzecz eksperci cieszą się monopolem.

Naturalnie, przedsiębiorca też może się mylić. Zmaga się przecież z niepewnymi warunkami, z jakimi będzie miał do czynienia w przyszłości. Jego sukces lub fiasko zależą od trafności, z jaką tę niepewną przyszłość odczyta. Dlatego przedsiębiorca jest zawsze spekulantem[36]. Jeśli przewidzi źle,  straci pieniądze. Osiąga zysk tylko wtedy, gdy lepiej od innych, od konkurentów i rywali odczyta preferencje konsumentów, czyli popyt na dobro, które oferuje. Gdyby wszyscy potrafili trafnie przewidzieć przyszły stan rynku w odniesieniu do jakiegoś dobra/usługi, ich przyszła cena, a także ceny wszystkich użytych do jego wyprodukowania środków produkcji byłyby z góry ustalone (znane). Nikt by nie poniósł straty, ale i nikt nie osiągnął zysku.  Dopóki świat realny jest nieprzewidywalny, dopóty przy realizacji celu na wolnym rynku konieczne jest ryzyko przedsiębiorcze i rachunek ekonomiczny. Urzędnik podejmujący decyzję o zaangażowaniu środków do osiągnięcia stawianych sobie celów takim hamulcom i ograniczeniom nie podlega.

Dobrym przykładem są tu dobra publiczne, jak choćby budowa stadionów czy innych obiektów sportowych na dużą sportową imprezę, jaką były mistrzostwa piłkarskie Euro 2012. Aby je urządzić, rząd opodatkowuje obywateli, uzasadniając wydatki na organizację mistrzostw tym, że na dłuższą metę, przyniosą one korzyści nie tylko graczom, lecz także narodowi, lokalnej społeczności i dlatego to się summa summarum opłaci. Takie wyjaśnienie – w odniesieniu do polityki gospodarczej – podpada pod słynną przestrogę Bastiata[37]. To, co widać, to najpierw prace budowlane; przedsiębiorcy budowlani znajdują przy nich zatrudnienie dla swoich firm, najpierw budując, a potem utrzymując te obiekty; drogi dojazdowe, parkingi itp. Później, już w czasie zawodów, to dodatkowo tłumy kibiców, turystów zagranicznych, wynajmujących hotele, odwiedzających restauracje, puby, zwiedzających muzea, teatry, podróżujących po kraju, kupujących bilety na mecze; usługi te są opodatkowane, a więc dostarczają dochodów „skarbowi państwa”. W obiektach i w pobliżu nich kibice kupują hot dogi, piwo, słodycze, pamiątki, z których dochód mają producenci, sprzedawcy, działacze sportowi, a także władze lokalne. Wielu turystów – kibiców być może wróci kiedyś do Polski na wakacje z rodzinami, zarekomenduje nas swoim znajomym. To jest dla kraju reklama, która z pewnością zaowocuje wzrostem wymiany handlowej, a tym samym poprawą prosperity. Nie bez znaczenie jest wzrost dumy narodowej i poczucia patriotyzmu, co również maksymalizuje użyteczność wielu obywateli. Z tego, co widać, staje się jasne, że mistrzostwa stymulują rozwój gospodarki, poprawiają nasz wizerunek i przynoszą dochód. Kiedy jednak zwrócimy uwagę na to, czego nie widać, optymizm ustępuje realizmowi.

Aby utrzymać konkluzję, że to państwo musi dostarczać dóbr publicznych w postaci mistrzostw takich, jak Euro 2012, które w inny sposób nie odbyłyby się, konieczne jest jednak przemycenie do łańcucha logicznego pewnej normy, mianowicie twierdzenia mówiącego, że pewne dobra dzięki posiadanej charakterystyce nie byłyby wytwarzane przez sektor prywatny, a ponieważ dobra te powinny być wytwarzane, muszą być wytwarzane pod przymusem państwa. Pociąga to za sobą ważne konsekwencje dla wszystkich obywateli.

Pieniądze na budowę stadionu muszą skądś pochodzić. Jeśli nawet większość z nich została sfinansowana z kredytu, trzeba je będzie oddać z podatków[38]. Duży popyt na kredyt skomasowany w krótkim czasie spowoduje wzrost jego ceny rynkowej. Pogorszy to także bilans płatniczy kraju. Pieniądze pożyczone na budowę stadionów nie będą pożyczone, a w konsekwencji, nie będą wydane na zakup maszyn, urządzeń, pracy – czynników produkcji niezbędnych w innych dziedzinach gospodarki; ktoś inny nie będzie mógł ich posiadać. Organizacji mistrzostw towarzyszy wysiłek przy budowie hoteli, obiektów infrastruktury, modernizacji dróg, lecz jeśli na te obiekty istnieje rzeczywisty popyt, to powstałyby i tak bez względu na Euro 2012, i to najprawdopodobniej w sektorze prywatnym, bez konieczności wydatkowania pieniędzy podatnika. Jeśli sektor prywatny nie widzi sensu w budowie stadionów czy innych obiektów sportowych i dlatego musi się ich budową zająć państwo, znaczy to najprawdopodobniej, że budowa tych urządzeń jest mało opłacalna, albo wręcz nieopłacalna.

Ponadto, stadiony będą wymagały nakładów pieniężnych przy utrzymaniu ich po zakończeniu mistrzostw. Ktoś ten wysiłek będzie musiał sfinansować[39]. Inwestycje powstałe za pieniądze z podatków również przyciągnęłyby turystów. Nie bez znaczenia jest fakt, że to, co ludzie wydadzą w restauracjach, muzeach, kinach zlokalizowanych na obiektach sportowych lub w czasie trwania zawodów, nie wydadzą w innych restauracjach, muzeach i kinach w innym okresie. Liczenie na rozbudzenie uczuć patriotycznych, zarówno u kibiców, piłkarzy, jak i u telewidzów też może być iluzoryczne. Piłka nożna wzmaga uczucia patriotyczne i dumę narodową niezależnie od tego, w jaki sposób jest finansowana. Dowodem trwałości i namiętności uczuć jest chęć wyrzeczenia się w ich imieniu czegoś cennego. Kibic, czy telewidz, który jest dumny ze swej drużyny płaci za bilet na jej mecz. Gdyby uczyniło tak odpowiednio wielu kibiców, zbyteczny byłby przymus podatkowy i udział państwa w organizacji mistrzostw.

Podobnie ma się rzecz z budową stadionu, co z produkcją filmów, bądź budową studni oligoceńskich, a także z wszystkimi innymi wysiłkami rządu podejmowanymi dla „ożywienia gospodarki”, co sprowadza się do korekty działań przedsiębiorczych indywidualnych osób. Jeśli państwo wyręcza przedsiębiorców i stawia studnię oligoceńską lub stadion, zmusza zarówno siebie, jak i sektor prywatny do powstrzymania się od budowy innego obiektu; stal, cement, praca ludzka – wykorzystane przy budowie studni i stadionów – nie będą dostępne dla innych projektów. Jeśli na dodatek projekty te wykonywane by były na wolnym rynku, czyli w ramach sektora prywatnego, ich użyteczność byłaby znacznie wyższa niż użyteczność stawianych przez państwo (rząd) studni i stadionów. Wynika to z natury wolnego rynku, z natury wolnej (dobrowolnej) wymiany[40], która zawsze zwiększa użyteczność[41]. Państwo wzrostu użyteczności nie gwarantuje, gdyż wymiany zachodzące pod przymusem implikują spadek użyteczności przynajmniej jednej ze stron. W rezultacie działań gospodarczych kierowanych przez politykę, korzyści nie odnosi nikt, bądź nie odnosi ich przynajmniej jedna ze stron. W przypadku mistrzostw piłkarskich, prawdziwą korzyść odniosą politycy, działacze sportowi, zaangażowane przez nich firmy, a działanie sprowadzi się do transferu pieniędzy od podatnika (płatnika) do polityków i ich sojuszników zaangażowanych przy organizacji mistrzostw: media, sportowców, działaczy sportowych i wynajęte przez nich podmioty realizujące projekt. Nie popełnimy błędu, jeśli stwierdzimy, że składają się nań najbogatsze grupy społeczne, ludzie posiadający już milionowe fortuny. Najbardziej wygraną stroną pozostaną politycy, którzy – poza wdzięcznością swoich sportowych faworytów – zyskają sympatię i poparcie mas kibiców, którym wydaje się, że władza w trosce o nich zorganizowała igrzyska, z których wszyscy: kraj, naród, Polska osiągną korzyść. W przypadku studni oligoceńskich, jak wynika z  badań, istnieją również grupy uprzywilejowane, które mają łatwiejszy dostęp do darmowej wody, na czym korzystają kosztem tych, którzy takiego dostępu nie posiadają, mimo iż na budowę zdroju łożyły ze swych podatków. Trzeba dużej naiwności, by takie postępowanie nazwać usuwaniem/korygowaniem niedoskonałości wolnego rynku. Człowiek nie zawsze wie, co jest dla niego najlepsze, albo chociażby dobre, jednak pozwolenie mu na to, aby wybierał sam wedle własnej hierarchii celów, potrzeb i preferencji przynosi ludziom znacznie więcej satysfakcji (i użyteczności) niż pozostawienie troski o nirwanę obywateli i konsumentów w gestii urzędników i polityków.

 

  1. Sprzeczne cele etyczne i ekonomiczne

 

  • Monopole i ograniczanie konkurencji

 

Zarzut ten dotyczy zjawiska tworzenia się na rynku monopoli i powstawania cen monopolistycznych.

Jeśli przez monopol rozumieć sytuację, w której mamy do czynienia z „wyłącznym, albo jedynym sprzedawcą danego produktu”, wówczas zarzut ten nie ma większego sensu. Trudno wskazać dobro konsumpcyjne czy usługę, które byłyby homogeniczne. Austriacka teoria ekonomiczna zauważa m.in. że każdy produkt różni się od innych przynajmniej jedną cechą, jest nią miejsce na skali potrzeb (celów) producenta i/lub konsumenta ergo jest on heterogeniczny. Jeśli tak, wszyscy jesteśmy monopolistami, czyli kształtujemy ceny. Sam fakt posiadania monopolu, a tym samym posiadania wpływu na kształtowanie ceny, pisze Mises[42], nie daje jednak sprzedającemu władzy nad podażą. Pojawia się ona dopiero wtedy, gdy sprzedający może ograniczyć podaż tak, aby zastąpić cenę konkurencyjną ceną monopolową. Nie wystarczy samo podniesienie ceny. Konieczne jest to, żeby liczba klientów płacących wyższą cenę „była wystarczająca, by zrekompensować z nadwyżką spadek łącznej sprzedaży związany z tym, że inni przestaną kupować jego towary”. Dopiero wtedy cena monopolowa może być traktowana jako forma manipulacji rynkiem. Do kwestii ceny monopolowej i ekonomicznych aspektów istnienia monopolu wrócimy w dalszej części tekstu. .  

         Istnienie naturalnych tendencji tworzenia się monopoli stało się fundamentem teorii ekonomicznej Karola Marksa i wszystkich jej pochodnych, w tym także ortodoksyjnej ekonomii dobrobytu. Zarzut ten jednak nie opiera się na teorii ekonomicznej, lecz na psychologii i polityce. Wiąże się on z przekonaniem, że wolny nieregulowany rynek prędzej czy później doprowadzi do powstania monopoli, bo taka jest natura ludzi zarządzających przedsięwzięciami gospodarczymi.

Z przekonaniem tym zgadzają się nie tylko krytycy leseferyzmu, lecz także znakomita większość ludzi biznesu i przedsiębiorców. Ich niechęć do konkurencji, co jest zjawiskiem ludzkim i naturalnym, traktowana jest błędnie, jako brak konkurencji. Mimo swej fałszywości pogląd taki znalazł uznanie intelektualistów i większości ekonomistów, którzy w obronie konsumentów, domagają się, aby pod nieobecność konkurencji wypartej przez monopole, pojawiła się interwencja rządu, regulacje i inne formy stosowania przymusu (przemocy).

Jednakże zabieg wprowadzający tezy normatywne do ekonomii skutkuje pomieszaniem pojęć. Mówiąc o monopolu zapomina się, że jego szkodliwość ekonomiczna może mieć miejsce tylko wtedy, gdy przedsiębiorca ma kontrolę nad całkowitą podażą, a taka sytuacja w warunkach rynkowych (ekonomicznych) zdarza się niezmiernie rzadko, o ile zdarza się w ogóle. Zresztą sama kontrola nad podażą nie musi być wcale szkodliwa. Zaczyna nią być dopiero wtedy, gdy monopolista siłą wyklucza konkurencję; uniemożliwia jej stworzenie i działanie. Krytycy rynku odwołując się do argumentu politycznego, czyli do argumentu siły formalnie krytykują rynek, de facto jednak jest to krytyka etatyzmu. Rynek jak wiadomo opiera się na wolnych wymianach. Wolności wymiany strzeże konkurencja, czyli istnienie alternatywy, istnienie wyboru. Jeśli zatem wymiana jest wolna trudno mówić o monopolu, który jest przejawem wywierania siły na drugą stronę transakcji wymiany. Taka wymiana „siłowa” nie jest już wolna, a więc nie jest rynkowa. W warunkach rynkowych narzucenie drugiej stronie przymusu nie jest możliwe[43].

Sam brak konkurencji nie jest jeszcze przymusem[44]. Konieczne jest do tego uniemożliwienie stosowania konkurencji[45]. Taka alternatywa może mieć miejsce wyłącznie w warunkach regulowanych przez prawo. Zakazać istnienia konkurencji może tylko ustawodawca lub rząd. Producent czy usługodawca sam takiej kompetencji nie posiada. Może legalnie stosować siłę wyłącznie wtedy, gdy pozwala mu na to rząd chroniący jego przywilej monopolisty. Dzieje się tak poprzez ustanowienie prawnych barier wejścia na rynek dla jednych, i zniesienia ich dla monopolistów. Takimi barierami są licencje, subsydia, franszyzy czy inne formy reglamentacji ustanowione przez władzę – a nie przez wolny rynek – dla wybranych producentów lub grup producentów.

Mimo iż kluczowym warunkiem powstania monopolu jest siła, a konkretnie siła zalegalizowany przez rząd, w powszechnej świadomości panuje przekonanie, że siłę np. w postaci oszustwa lub tricków można stosować również na wolnym rynku. Odbywa się to w procesie akumulacji kapitału np. poprzez przejmowania mniejszych firm konkurencyjnych przez firmy większe, bogate, albo poprzez stosowanie przez firmy większe tzw. cen dumpingowych, czyli cen niższych od cen rynkowych. Wszystkie te sposoby – zdaniem krytyków wolnego rynku – prowadzą do wyeliminowania konkurencji, a następnie do powstania monopoli. Takie praktyki – pisze Nathaniel Branden[46] – nie są jednak w praktyce wykonalne. Przejmowanie firm konkurencyjnych w celu zdobycia monopolu, podobnie jak zaniżanie cen w celu wyeliminowania konkurencji jest bardzo kosztowne. Firma, która poważyłaby się na coś takiego, po chwilowym wysiłku musiałaby zacząć rekompensować sobie poniesione wydatki. To wiązałoby się z drastycznym podniesieniem cen, a tym samym narażeniem się na atak nowych konkurentów, których przewagą konkurencyjną wobec „monopolistów” byłby korzystniejszy bilans płatniczy, dzięki któremu byłyby w stanie „monopolistów” pozbawić monopolu. Monopol upadłby równie szybko, jak szybko powstał. Doświadczenie uczy, że wojna cenowa między rywalizującymi ze sobą firmami jest równie korzystna dla konsumenta, co niekorzystna dla potencjalnego monopolisty. Pod nieobecność barier prawnych i regulacji rządowych, „ostatecznym czynnikiem regulującym konkurencję na wolnym rynku – pisał w 1962 roku Alan Greenspan[47], późniejszy prezes Federal Reserve Board – jest rynek kapitałowy”.

Nieskrępowany kapitał podążać będzie do dziedzin, w których spodziewa się najwyższej rentowności. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się te dziedziny produkcji, które są wyjątkowo rentowne. Przyciągają one zwykle więcej kapitału niż wynosi popyt na produkowane w nich dobra, w rezultacie takiego napływu inwestorów i wzrostu podaży, rentowność produkcji spada niekiedy poniżej średniej rynkowej. Rynek kapitałowy – pisze dalej Greenspan – działa jak regulator cen, lecz niekoniecznie zysków. Mechanizm ten prowadzi do wzrostu użyteczności krańcowej; rośnie wydajność i jakość, spadają koszty i ceny. Przykładem tej nadzwyczajnej mobilności i efektywności rynku są dzieje amerykańskiego przemysłu samochodowego na początku XX wieku, a konkretnie zdominowanie go na pewien czas przez Henry Forda i jego Model T. Konkurencja, ale i rentowność w – liczącej około 2000 fabryk – branży samochodowej była w owym okresie tak ogromna, że zaledwie w ciągu jednej dekady doszło do wielokrotnego wzrostu produktywności, i 60. krotnego spadku cen, a mimo to Henry Ford stał się monopolistą[48] i jednym z najbogatszych ludzi Ameryki. Wkrótce jednak pojawił się General Motors, który odebrał Fordowi palmę pierwszeństwa[49]. Jak uczy doświadczenie, każdy monopol (jeśli wystąpi) jest monopolem chwilowym (co nie znaczy, że w okresie istnienia monopolu konsument nie był stale ‘zadawalany’).

Monopol naturalny, a więc zdobyty w wyniku konkurencyjnej przedsiębiorczości i czujności, zdarza się rzadko, ale jednak zdarza. Współczesnym przykładem takiego monopolu jest np. oprogramowanie operacyjne Windows produkowane przez firmę Microsoft[50], czy wyszukiwarek internetowych produkowanych przez firmę Google. Taki monopol jest zgodny z zasadą wolnego rynku, gdyż powstał w wyniku zagospodarowania zasobu, którego inni przedsiębiorcy nie dostrzegli i dlatego służy konsumentom, którzy produkty Microsoft czy Google nabywają w warunkach wolnej wymiany. Monopol systemu operacyjnego Windows czy wyszukiwarki Google nie powstał w wyniku przywileju otrzymanego od państwa, lecz na drodze wolnej konkurencji; nie wywiera przemocy na konsumentów, nie ogranicza rywalom wejścia na rynek[51]. Z faktu utrzymywania się sytuacji quasi-monopolistycznej Microsoft/Google wynika, że monopol ten – przynajmniej w krótkiej perspektywie – może być dla rynku korzystny. Gdyby nie był, najprawdopodobniej by upadł.

 

2.2 Koszty i korzyści zewnętrzne

 

Terminy, koszty (korzyści) zewnętrzne to kluczowe terminy ekonomii dobrobytu. Istnienie kosztów i korzyści zewnętrznych uzasadnia konieczność interwencji państwa korygującego obie te niedoskonałości wolnego rynku. Ekonomistą, który jako pierwszy użył sformułowania koszty zewnętrzne (externalities) był brytyjski uczony, Arthur C. Pigou. Zauważył on m.in., że część kosztów (lub korzyści) ludzkiej działalności przenoszona jest na osoby trzecie, które z tą działalnością nie mają nic, lub prawie nic wspólnego. A ponieważ z faktu poniesienia przez nie odpowiedzialności za coś, czego nie dokonały wynika konieczność rekompensaty, której rynek nie jest w stanie zapewnić, konieczna jest regulacja ze strony państwa, która określi zasady rekompensaty lub zakaże tego typu działalności. Od czasów Pigou mówi się o kosztach zewnętrznych i korzyściach zewnętrznych, jako o podstawowej formie zawodności (niedoskonałości) mechanizmu rynkowego.

Przypomnijmy, czym są efekty zewnętrzne, otóż sprowadzają się one do tezy mówiącej, iż niektóre działania osobników (jednostek) A, B i C odbywają się w taki sposób, że korzyść z nich odnoszą także jednostki D i E, których nie można zmusić do zapłacenia za działania osób A, B i C. Innymi słowy, osobnicy D i E pełnią rolę analogiczną do roli krańcowych użytkowników dobra publicznego, których nie można z konsumpcji tego dobra wykluczyć, bez względu na to, czy za nią zapłacili czy nie. Trudno zrozumieć, dlaczego efekt ten przedstawiany jest jako zarzut wobec wolnego rynku, gdyż tak długo, jak długo korzyści odniesione przez D i E z działań wykonanych przez A, B i C nie są wymuszone siłą, lecz dobrowolne, efekt mieści się w ramach doktryny leseferyzmu. W takim kontekście osobnicy E i D nazywani są gapowiczami (free riders).

Inną formą efektów zewnętrznych są koszty zewnętrzne. Rynek – zdaniem jego krytyków – zawodzi wtedy, gdy w wyniku działania osobnika A, niezawinione straty ponoszą jednostki B, C, D etc. W takiej sytuacji interwencja rządu/państwa jest nieodzowna, uważają zwolennicy teorii dobrobytu, bo kto, jeśli nie ono, zmusi A do działań kompensujących straty B, C, D etc.

Paul Krugman, znany ekonomista, laureat Nagrody Nobla, sformułował swe zastrzeżenia pod adresem „zbyt ślamazarnego” rynku[52], wskutek którego naród, jako całość (a ściślej, kierowcy na drogach), posługując się rynkiem dokonuje złych wyborów, tym samym podejmują decyzje antyużyteczne dla innych kierowców. Każdy włączający się do ruchu kierowca obciąża dodatkowymi kosztami tych kierowców, którzy znaleźli się na drodze wcześniej od niego. Innymi słowy, im więcej kierowców na drodze, tym dłużej trzeba pokonywać dany dystans, tym gorsze są warunki jazdy, tym więcej nas ta jazda kosztuje. Krugman wylicza nawet wartość tego dodatkowego kosztu[53] narzucanego przez kierowcę (sprawcę) na innych kierowców (ofiary). Wedle jego wyliczeń kosztuje to każdego z uczestników ruchu 14 dolarów w postaci straconego czasu oraz paliwa. Obliczył to na podstawie badań zatłoczenia ulic w Atlancie, gdzie w ciągu 1999 roku „korki” uliczne kosztowały ok. 2,6 mld dolarów. Koszt – uważa Krugman – był wynikiem błędnego wyboru rynkowego. Aby zły (błędny) wybór ograniczyć Krugman postuluje wprowadzenie regulacji państwowych w postaci rozporządzeń i podatku. Sam rynek – pisze autor – nie jest w stanie dokonać korekty[54]. Podobny zarzut stawia rynkowi Thomas Sowell[55], kiedy uzasadnia wymóg wyposażenia samochodów w chlapacze chroniące jadących za nimi kierowców przed zanieczyszczeniem szyb, a tym samym poprawiające bezpieczeństwo jazdy. Zdaniem Sowella taką korzyść zewnętrzną może zapewnić tylko państwo, ponieważ na posiadaniu ochraniaczy (chlapaczy) nie korzysta ich posiadacz, lecz ktoś, komu ten ostatni może utrudnić widoczność. Regulacje są odpowiedzią na koszt zewnętrzny, jakim jest zła widoczność wywołana ewentualnym brakiem ochraniaczy u innych uczestników ruchu.

Do odparcia powyższych zarzutów można się posłużyć przytoczonym następującym argumentem Misesa:

 

Gdyby prawo własności było spójne, upoważniałoby właściciela do czerpania wszelkich

           korzyści wynikających z zastosowań danego dobra i jednocześnie obciążałoby go

           wszelkimi kosztami związanymi z jego użytkowaniem. Właściciel byłby całkowicie

           odpowiedzialny za rezultaty wykorzystania dobra będącego jego własnością.”[56]

 

Ekonomiści szkoły austriackiej uważają, że gdyby drogi były prywatne, a nie w przeważającym stopniu państwowe, wówczas ich właściciele zadbaliby o to, aby nie dochodziło na nich do korków, jakie obserwujemy na drogach państwowych. Rynek rozwiązałby ten problem, poprzez (a) dostarczenie użytkownikom drogi alternatywnej lub (b) podniesienie ceny użytkowania drogi, co wywoła  spadek popytu na korzystanie z niej. Jest to rozwiązanie analogiczne do tych, jakie stosują właściciele kwiaciarń, piekarń, restauracji czy prywatnych kin i sali koncertowych stosują, by zapobiec tworzeniu się długich kolejek do kas, do szatni, do wyjścia i innych niewygód odczuwanych przez konsumentów.

Państwo, nie odnosząc korzyści ze zwiększonego ruchu na drodze (publicznej) nie ma interesu w zwiększeniu jej przepustowości lub ograniczaniu zatorów. W przeciwieństwie do prywatnego właściciela drogi, który dzięki temu, że ze swojej drogi może czerpać korzyści jest (a) zainteresowany jak największą jej przepustowością, ale także (b) warunkami poruszania się po niej kierowców. Im niższy komfort jazdy wywołany m. in. zatłoczeniem, tym wyższe ryzyko utraty klientów, a więc dochodu. Z trudnych do utrzymania i zrozumienia względów rząd zatrzymuje dla siebie monopol budowy, eksploatacji, a szczególnie posiadania dróg.

Korki, a więc ponoszone przez kierowców „koszty zewnętrzne” nie są rezultatem niedoskonałości wolnego rynku, lecz skutkiem ograniczania jego istnienia przy pomocy regulacji prawnych. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest państwowy monopol na drogi, w których posiadanie weszło ono również w sposób nie-wolnorynkowy, przejmując (nierzadko pod przymusem) grunt prywatny z zamiarem przeznaczenia go na cele „wyższej użyteczności”, czyli dobra publiczne. Ponadto, bez względu na to, czy droga jest zatłoczona czy nie, (a) każdy obywatel musi za nią płacić, oraz (b) jej realni użytkownicy nie ponoszą z tytułu użytkowania żadnych dodatkowych kosztów. Posiadanie przymusowego monopolu jest (a) dowodem ograniczenia rynku, a nie jego niedoskonałości, oraz (b) zwalnia rząd z troski o warunki jazdy. Słowem, koszty, o których pisze Paul Krugman nie są dowodem niedoskonałości rynku, lecz przykładem marnotrawstwa ze strony państwa.

Powodem marnotrawstwa jest także antyrynkowa interwencja rządu w ramach tzw. transportu publicznego. Gdyby autobusy, taksówki, koleje dojazdowe itp. uwolnić od gorsetu regulacji rządowych, to można sobie wyobrazić, że wówczas albo (a) podróżowanie środkami publicznymi byłoby znacznie tańsze, a jednocześnie wygodne, albo/i (b) podróżowanie po nie zatłoczonych drogach samochodami prywatnymi[57] stałoby się kosztownym luksusem. Najbardziej nierynkowe[58] warunki panują na państwowych drogach żelaznych, czyli w kolejach pasażerskich. Wojewoda mazowiecki ujawnił kilka lat temu, że „taniej byłoby wozić część pasażerów taksówką” niż utrzymywać niektóre połączenia kolejowe. Dane na temat sytuacji finansowej polskich kolei[59] pozwalają sądzić, że koleje utrzymuje się ze względów politycznych, to jest pod naciskiem związków zawodowych, a próby ich reformowania, nie mówiąc o prywatyzacji, mimo iż są w większości pozorne spotykają się z protestami wpływowych lobby i grup interesów. Nie ma to nic wspólnego z wadami wolnego rynku, a raczej z niedoskonałością regulacji prawnych i politycznych.

 

  • Dobra publiczne

 

Dobra publiczne to w opinii wielu szczególna kategoria (forma) zawodności rynku. Dobra publiczne, w rozumieniu teoretyków ekonomii dobrobytu różnią się od dóbr prywatnych tym, że stają się własnością ludzi bez względu na to, czy za nie zapłacili czy nie. Aby było to możliwe, dobro publiczne musi być (a) niekonkurujące (non-rivalry), co oznacza że z chwilą jego powstania i dostępności na rynku może być konsumowane przez dodatkowe osoby bez ponoszenia jakiegokolwiek dodatkowego kosztu[60], a także (b) posiadać charakter niewykluczający (nonexcludable) to znaczy, że nikt nie może być wykluczony (wyłączony) z konsumpcji dobra publicznego[61]. Konkludując: dobra publiczne dostarczane są wszystkim, nawet tym (gapowiczom), którzy za nie nie płacą.

Do najczęściej wymienianych dóbr publicznych należą dobra bezpieczeństwa, a więc obrona narodowa, usługi porządku publicznego, wymiar sprawiedliwości oraz edukacja. Dlaczego akurat te dziedziny? Tego ortodoksyjni teoretycy ekonomii dobrobytu nie precyzują.[62] Klasyfikacja opiera się zasadniczo na tradycji i intuicji, które implikują „państwowy”, a więc kolektywny charakter tego typu dóbr[63]. Najczęstsze wyjaśnienia teoretyków dóbr publicznych mają raczej charakter uznaniowy (etyczny, ideologiczny, polityczny) i traktowane są bardziej jako nakaz moralny społeczeństwa, przywilej, czy „prawo człowieka” niż wolne od wartościowania prawo ekonomiczne.

Wyjątkowy charakter dóbr publicznych tłumaczony jest także faktem istnienia pewnych potrzeb społecznych, których rynek nie jest w stanie dostarczyć w odpowiedniej ilości lub/i jakości, dlatego muszą być one produkowane i dostarczane przez państwo, czyli przez sektor publiczny[64] finansowany w oparciu o wpływy podatkowe[65]. Ponieważ wady wolnego rynku sprawiają, że podaż i jakość dóbr publicznych dostarczanych przez sektor prywatny są najczęściej niewystarczające w stosunku do popytu, więc państwo musi tę wadę rynku usunąć.

Murray N. Rothbard uważa, że podkreślanie państwowego charakteru dóbr publicznych ma na celu wzmocnienie argumentacji propaństwowej, że dobro jest wspólne, to znaczy każdy członek społeczeństwa posiada w nim równy udział własnościowy[66]. Sens ekonomiczny takiej tezy jest mocno arbitralny, uznaniowy i niejednoznaczny[67]. Fundamentalną cechą własności jest faktyczne – a nie formalne czy deklaratywne – władanie tym, co posiadamy[68]. Jednym z przejawów tego władania jest możliwość zbycia własności posiadanej w całości lub w części. W przypadku własności państwowej, pisze Rothbard, „władają” nią de facto przedstawiciele państwa, bowiem to oni ją kontrolują. Kontrola ta i władanie ma charakter przejściowy i krótkotrwały, co wynika z zasad demokracji. Polityk, rząd, „posiada” majątek publiczny tylko wtedy, gdy go kontroluje, czyli gdy jest przy władzy. Z chwilą przegranej w wyborach, swoje władztwo traci. Ma to swoje daleko idące implikacje. O ile właściciel prywatny pewny jest swego prawa własności wobec X tak długo, jak długo z tego prawa nie zrezygnuje, o tyle własność polityka jest nieustannie zagrożona. Właśnie to zagrożenie implikuje doraźny (krótkoterminowy) charakter wykorzystania zasobów, co wiąże się często z brakiem efektywności, partykularyzmem rządzących, ergo, z marnotrawstwem i korupcją.

Traktowanie dóbr publicznych jako pozytywnych efektów zewnętrznych, bez odwołania się do wartościowania etycznego, nie tłumaczy ani konieczności dostarczania tych dóbr przez sektor państwowy, dostarczania go wszystkim, bez względu na to, czy płacą czy nie, czy tego dobra pragną czy nie, ani tym bardziej tego, że odbywa się to bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów. Obserwacja naoczna niektórych, najbardziej znanych dóbr publicznych prowadzi do wniosku, że ich krańcowy koszt jest jednak większy niż zero. Innymi słowy, dostarczanie ich kolejnym użytkownikom bez płacenia za nie, zniekształca, bądź eliminuje dane dobro. Chroniący porządek na ulicach policjanci (czy funkcjonariusze innych służb ochrony) nie mogą równocześnie ochraniać magazynów portowych i lotnisk. Rozbudowa lotnictwa (sił powietrznych) pochłania środki, których może zabraknąć na uzbrojenie artylerii. Świadomość zagrożenia zbrojnego z zewnątrz nie uzasadnia istnienia państwowej armii[69]. W świecie realnym, siła robocza, materiały budowlane, amunicja, grunty budowlane, wszystko to są dobra rzadkie. Zapewnienie wszystkim wszystkiego, do czego odwołuje się teoria dóbr publicznych oznaczałoby, iż zasoby wykorzystane do zapewnienia tych dóbr nie były rzadkie. Innymi słowy, przestałyby posiadać charakter ekonomiczny, stając się dobrem powszechnym, takim jak powietrze czy wody w oceanie. Doświadczenie uczy, że taka konkluzja jest irracjonalna.

 

2.4 Bezrobocie

 

Bezrobocie i inflacja, traktowane są jako podstawowe[70] wady wolnego rynku. Jednakże, zarówno bezrobocie, jak i inflacja, są zjawiskami wywołanymi przez interwencję rządu. Bezrobocie jest rezultatem sztucznie zawyżonej ceny pracy, inflacja zaś, skutkiem ekspansji kredytowej wywołanej przez sztuczne zwiększanie podaży pieniądza powyżej poziomu równowagi. Prowadzi  ponadto do zaniżania stóp procentowych, ignorowania preferencji czasowej lub/i arbitralnego jej ustanawiania. W warunkach wolnorynkowych bezrobocie nie istnieje. Podaż pracy ludzkiej, podobnie, jak wszystkich innych dóbr i usług, w warunkach wolnego wyboru, nie przekracza popytu na te dobra. Wynika to z wolnorynkowej zasady zależności wielkości płacy (ceny) od podaży i popytu na pracę, a bezpośrednio z prawa Saya, które w najprostszej postaci głosi, że „każda podaż ma swój popyt”. Jeśli podaż pracy rośnie, jej cena spada, wpływając na wzrost popytu na pracę.

Praca ludzka to jedno z najbardziej rzadkich dóbr ekonomicznych. Jego rzadkość wynika zasadniczo z przykrego charakteru pracy ludzkiej. Człowiek w pewnym momencie musi i chce odpoczywać. Odpoczynek jest działaniem będącym przeciwieństwem (alternatywą) pracy.       Człowiek poszukujący pracy ma szansę ją znaleźć pod warunkiem, że koszt krańcowy zatrudnienia go nie przekracza krańcowej użyteczności powstałej z jego pracy. Z chwilą, gdy koszt krańcowy przekroczy krańcowy zysk, następuje bezrobocie.

W warunkach wymiany wolnorynkowej bezrobocie jest niemożliwe, a jeśli istnieje, jest procesem przejściowym, związanym z przejściem od jednego do drugiego miejsca pracy. Pod nieobecność regulacji, w przypadku, gdy koszt krańcowy zatrudnienia pracownika wzrośnie powyżej użyteczności krańcowej jego pracy, ten ostatni ma do wyboru, jeśli chce nadal pracować, (a) zdecydować się na obniżenie swojej płacy, albo/i (b) na podwyższenie wydajności swej pracy. Oba sposoby prowadzą do obniżenie kosztu krańcowego jego pracy, a tym samym wpływają na spadek ceny pracy i uzasadnienie zatrudnienia. Jeśli pracownik nie chce pracować, wybiera odpoczynek i przestaje pracować.

Na wolnym rynku, w warunkach konkurencji, przedsiębiorca/pracodawca licytuje pracę pracowników, tak jak każdy inny czynnik produkcji. Jeśli jego oferta (płaca) jest niższa niż oferty innych pracodawców, pracownik oferujący swoją pracę na rynku zatrudni się gdzie indziej. Jeśli licytujący pracodawca zaoferuje pracę, której koszt krańcowy przewyższa cenę rynkową, wówczas traci swoją konkurencyjność i albo zmienia swoją taktykę, albo bankrutuje. Wartość samej pracy fizycznej jest w większości krajów świata, w porównywalnych warunkach, podobna. Czynnikiem, który powoduje, że w niektórych krajach, branżach czy przedsiębiorstwach płace są wyższe, jest wyższa wartość kapitału – w przeliczeniu na osobę zatrudnioną – zainwestowanego w wyszkolenie ludzi, narzędzia, maszyny, organizację pracy[71]. To zaś zależy od warunków, jakie dla akumulacji kapitału stwarza istniejący system polityczny. To nie rynek, lecz rząd, który wyznacza niesprzyjające warunki do akumulacji i obrotu kapitału wpływa na wysokość zarobków. W warunkach wolności wymiany pracy za płacę, ceteris paribus, stawki zarobkowe ustanawiane są w relacji popytu na pracę i jej podaży. To, że płaca robotnika rolnego jest niższa od pracy górnika nie wynika z okrucieństwa przedsiębiorców rolnych, czy dobroduszności właścicieli kopalń, lecz z praw rynku. Relacja rynkowa zostaje zaburzona z chwilą, gdy rynek pracy nie jest wolny, a tak się dziś dzieje w większości krajów świata. Przeciwieństwem wolności są regulacje państwowe. Mają one miejsce w sytuacji, gdy rządzący uznają, że wolna wymiana jest dla pracowników (albo dla rządzącego establishmentu) z jakichś względów szkodliwa[72].

Instytucjami regulującymi rynek pracy są najczęściej: związki zawodowe, rząd, a pośrednio też prawo (np. prawo pracy, albo o ubezpieczeniach społecznych etc.) Regulacje prowadzą do podwyższenia krańcowych kosztów pracy, a tym samym, do przymusowego bezrobocia tych, których krańcowa użyteczność pracy jest niższa niż jej krańcowy koszt. Tak się dzieje  np. w przypadku ustanowienia płacy minimalnej, kiedy na przymusowe bezrobocie przechodzą ci, których krańcowa użyteczność (wartość) pracy jest niższa niż jej koszt (płaca minimalna). Pracodawca, aby uniknąć bankructwa, rezygnuje z zatrudnienia pracownika[73]. Analogiczna sytuacja ma miejsce wtedy, gdy pod naciskiem związków zawodowych, wymuszone zostaną umowy zbiorowe, w których cena pracy wywindowana jest powyżej wartości wolnorynkowej. Thomas Sowell pisze, że takie działanie prowadzi niekiedy do upadku całych branż przemysłu[74]. Nieprawdą jest bowiem, popularna wśród zwolenników interwencjonizmu na rynku pracy teza mówiąca, że pracodawca może zneutralizować wzrost płacy minimalnej, albo monopolizację stawek wymuszonych przez związki zawodowe przy pomocy wzrostu ceny produkowanego dobra czy usługi[75].

Przyzwolenie rządu na stosowanie siły przez związek zawodowy jest tożsame z regulacją i prowadzi do wzrostu bezrobocia. Analogicznie dzieje się w warunkach narzucania przez rząd podatku od pracy (np. ZUS, Social Security) czy innych form zakazu/nakazu (licencje zawodowe, koncesje, przywileje cechowe itp.) czy poprzez regulacje prawa pracy. To nie wolny rynek pracy jest zawodny i prowadzi do bezrobocia. Przyczyną utraty miejsc pracy są regulacje rządowe i związkowe, które usiłują ten rynek „poprawić”. Wyeliminowanie bezrobocia wymaga wyeliminowania przymusu z rynku pracy.

 

2.5 Nadprodukcja, marnotrawstwo konkurencji

 

Nadprodukcja dóbr i usług, podobnie jak i bezrobocie, które jest nadprodukcją pracy, traktowane są przez niektórych ekonomistów, jako zjawiska immanentnie związane z  kapitalizmem. Jeśli nawet takie zjawisko występuje na rynku trwale to ono również jest skutkiem kontroli cen i ma miejsce wtedy, gdy koszt krańcowy jakiegoś dobra przewyższa jego krańcową użyteczność. Nadprodukcja w warunkach prawdziwie rynkowych zdarza się w sposób spontaniczny sporadycznie i szybko podlega korekcie dzięki mechanizmom rynkowym. Niesprzedana produkcja (nadprodukcja)  informuje przedsiębiorcę, że wybrał błędną alokację zasobów, źle służy społeczeństwu i dlatego ponosi straty. Prowadzenie produkcji przynoszącej straty na dłuższą metę jest niemożliwe i prowadzi do upadłości, która jest formą korekty dokonywanej przez rynek na przedsięwzięciach społecznie szkodliwych. Zasoby błędnie ulokowane czy zbyt wysoko wycenione wędrują do rąk tych, którzy potrafią je lepiej wykorzystać. Rzadkie dobra przestają być tym samym marnotrawione. W przypadku produkcji wytwarzanej przy istotnym wpływie regulacji rządowych (albo bezpośrednio przez sektor rządowy) takiego mechanizmu korekty brak, albo jest on znacznie słabszy. Przykładem tego był w PRL nadmiar (nadprodukcja) dóbr, których nikt nie kupował. Rząd stać na dotowanie strat przy produkcji bubli, a tym samym na odsuwanie widma bankructwa w nieskończoność. Odbywa się to kosztem wydajnego sektora prywatnego, który za produkcję (w tym często nadprodukcję) państwową płaci w postaci podatków lub bankructwa.

Niektórzy[76] krytycy rynku podkreślają, że samo zjawisko konkurencji niedoskonałej jest z punktu widzenia alokacji zasobów marnotrawne[77]. Ich zdaniem współzawodnictwu towarzyszy zbędne powielanie działań, które są korygowane dopiero wtedy, gdy odkrywa się, że został popełniony błąd. Takie działanie metodą prób i błędów jest w działaniach przedsiębiorczych najczęściej nieuniknione i wiąże się z niedoskonałością ludzkiej wiedzy, a w szczególności, z zawodnym charakterem rynkiem. Israel Kirzner obala[78] tę argumentację, twierdząc, że dzięki procesowi konkurencji (nawet w opinii krytyków rynku, konkurencji niedoskonałej) rynek zbliża się do stanu równowagi, eliminując tym samym niedoskonałości ludzkiej wiedzy. Tylko wszechwiedzący aktor jest w stanie działać bez popełniania błędów. W świecie realnym takich nieomylnych ludzi nie ma, a jeśli twierdzą, że takowymi są, to pojawiają się dopiero z chwilą odkrycia błędu. Co więcej, pisze Kirzner, należy „kwestionować krytykę niestosowności takiej [marnotrawiącej – przyp. aut.] alokacji surowców, której nieefektywności nikt, z teoretykiem dobrobytu włącznie, nie był w stanie zauważyć”, zwłaszcza, że koncepcja alokacji prowadzącej do marnotrawstwa opiera się na wiedzy, która jest nam dana tu i teraz, a krytykowana bywa po znacznym upływie czasu. Dokonując alokacji, przedsiębiorca posługuje się kryteriami, jakie są mu dostępne przy danym stanie technologii i w warunkach przeprowadzonej kalkulacji ekonomicznej. Dopiero zmiana warunków czy technologii, wiele lat później, umożliwia bardziej efektywną alokację[79], o czym przekonujemy się post factum.

Jeśli nawet konkurencja jest na pewnym etapie marnotrawiąca (w krótkim okresie), to i tak jest ona potrzebna, chociażby po to, aby zweryfikować czy istniejący producent należycie przewidział poziom stosowanej przez niego ceny (co w długim okresie okazuje się zbawienne). Bez istnienia konkurenta ta weryfikacja jest niemożliwa. Marnotrawstwo istnienia konkurencji nie jest skutkiem wad wolnego rynku, lecz efektem nieprzewidywalności świata, w którym żyjemy. Wolna konkurencja pomaga tę niedoskonałość eliminować.

Konkludując: mniej czujni i mniej zmotywowani urzędnicy, których ambicją jest korygowanie niedoskonałej wiedzy i nieefektywnej alokacji przedsiębiorców nie są w stanie zrobić tego lepiej, niż robią przedsiębiorcy. To rynek jest miejscem, w którym skupiają się doświadczenia przedsiębiorcze i wytworzona przez przedsiębiorców informacja. Pamiętajmy jednak, że państwo, a ściślej jego eksperci i funkcjonariusze, nie dość, że nie są wszechwiedzący, to na dodatek nie korzystają z wiedzy zgromadzonej na rynku przez przedsiębiorców.

 

2.6 Recesje, depresje i cykle koniunkturalne

 

Kolejna wada, polegająca na skłonności rynku do przemiennych cykli „prosperity i depresji” jest niejako logiczną konsekwencją zarzutu „nadprodukcji”. Krytycy leseferyzmu twierdzą, że wolny rynek (kapitalizm), wskutek swej immanentnej niedoskonałości, posiada wbudowany mechanizm wywoływania ogólnokrajowych (a nawet ogólnoświatowych) recesji, depresji, kryzysów, krachów, które dotykają prawie wszystkich gałęzi gospodarki jednocześnie.

Procesy gospodarcze w kapitalizmie toczą się w rytm tych cyklicznych fluktuacji. Najpierw następuje okres ożywienia gospodarczego (boom), charakteryzujący się wzrostem aktywności gospodarczej zwłaszcza w dziedzinach wytwarzających dobra kapitałowe, a także na rynku, gdzie następuje wymiana tych dóbr i rosną ceny. Nagle, pozornie bez jakichś wyraźnych przyczyn, pojawia się kryzys, a wraz z nim, bankructwo zakładów produkcyjnych, fabryk, banków, rośnie bezrobocie, pogarszają się notowania wskaźników giełdowych, ceny spadają, pojawia się nadmiar mocy produkcyjnych, czyli recesja, depresja, krach (bust). Ponieważ przez długi czas ekonomiści nie byli w stanie wyjaśnić przyczyny powstawania cykli, uznano je za „wrodzoną” wadę gospodarki rynkowej. Aby jej przeciwdziałać, w okresach depresji, recesji, kryzysów interweniować musi państwo (rząd). Ponieważ w ślad za interwencją gospodarka wraca do normy, działanie rządu potraktowano jako sposób na przezwyciężenie kryzysu wolnego rynku, nie zastanawiając się nawet, czy przypadkiem bez takiej interwencji[80]wyjście z fazy depresyjnej jest możliwe, a także czy interwencja państwa jest wyjściem korzystniejszym od samego kryzysu. Najświeższych przykładów takich interwencji dostarczyły działania stymulujące gospodarki Stanów Zjednoczonych oraz niektórych krajów Europy Zachodniej[81] w czasie ich załamania  jesienią 2008/2009 roku. Twórcą teorii uzasadniającej konieczność stymulowania przez rząd gospodarki w okresach recesji i wzmożonego bezrobocia jest brytyjski ekonomista John Maynard Keynes[82].

Tymczasem w naturze wolnego rynku nie ma nic, co by wywoływało tak dotkliwe cykle koniunkturalne. Nie są one rezultatem nadprodukcji, nie mogą też być ceteris paribus efektem gwałtownego spadku konsumpcji, nadmiernych skłonności obywateli do tezauryzacji i sknerstwa[83], błędów w dystrybucji, czy monopoli. Nie są one też skutkiem braków talentu czy nagłego lenistwa przedsiębiorców.

Przy bliższej analizie okazuje się, że okresy dekoniunktury zdarzają się wtedy, gdy w wyniku przedsiębiorczej czujności przedsiębiorca dojdzie do wniosku, że należy podjąć decyzję o realokacji zasobów, czyli dokonać transferu kapitału. Tam, skąd kapitał zostaje wycofany, koniunktura spada, rośnie zaś gdzie indziej, w miejscu, do którego kapitał został przetransferowany. W wyniku tego typu decyzji dojść może do błędnych inwestycji, po których może nastąpić chwilowy spadek popytu (z równoczesnym wzrostem podaży) i kryzys w firmie, grupie firm czy nawet w całej branży. Trudno jednak wyobrazić sobie, że wszyscy (lub prawie wszyscy) przedsiębiorcy równocześnie podjęli błędne decyzje o przepływie kapitału i realokacji zasobów, doprowadzając do spadku aktywności gospodarczej w większości dziedzin gospodarki równocześnie, i to na całym obszarze kraju czy regionu.

W warunkach polityki monetarnej (i bankowości) opartej na standardzie złota każdy błąd inwestycyjny jest nie wątpliwie kosztowny. Mechanizmem korekty jest kredyt bankowy, który w warunkach pieniądza kruszcowego ma ograniczoną podaż. Jeśli błędnych decyzji będzie zbyt wiele, wzrośnie zapotrzebowanie na kredyt, co przy niewielkiej dynamice wzrostu podaży pieniądza (odpowiadającej z grubsza tempu wzrostu gospodarczego), doprowadzi do wzrostu oprocentowania kredytów, a także do zahamowania podaży (wolumenu) pieniądza przy użyciu bardziej rygorystycznych kryteriów przyznawania kredytu. Niekiedy może dojść w tych warunkach do łagodnej recesji, jednakże po krótkotrwałej korekcie, gospodarka (przedsiębiorcy) dokonuje korekty, rosną inwestycje, produkcja i zatrudnienie. Inaczej wygląda sytuacja w warunkach pieniądza fiducjarnego, państwowego monopolu na emisję pieniądza, w środowisku banku centralnego ignorującego preferencję czasową[84], i w warunkach obowiązywania systemu rezerwy cząstkowej w bankowości. Pod nieobecność mechanizmu rynkowej kontroli podaży pieniądza, w warunkach wolnej bankowości opartej na systemie niskich rezerw cząstkowych, możliwa jest ekspansja kredytowa, zwiększająca podaż pieniądza tworzonego z powietrza, a równocześnie, chroniąca system bankowy przed bańkami spekulacyjnymi i runami, znieczulająca gospodarkę, wprowadzając tym samym przedsiębiorców w błąd. To właśnie wtedy myślą oni, że sytuacja jest lepsza niż jest w rzeczywistości, skutkiem czego podejmują błędne decyzje (malinvestment)[85]. Kiedy okaże się, że powstałe w fazie ekspansji kredytowej inwestycje są zbędne, trzeba je – zwykle ze stratą – upłynnić. Faza upłynniania odbywa się w okresie zwanym właśnie recesją/depresją/kryzysem. Nie ma to nic wspólnego z działaniem wolnego rynku, lecz raczej z jego zaprzeczeniem, z polityką interwencji.

Austriacka Teoria Cykli Koniunkturalnych, teoria tłumacząca mechanizm powstawania cykli bez odwoływania się do pomocy etyki i polityki, dowodzi, że kryzysy gospodarcze powstają w wyniku fałszywej informacji udzielonej rynkowi przez bank centralny. Źródłem tej informacji jest przywilej kształtowania przez bank centralny polityki monetarnej, czyli ustanawiania stóp procentowych bez uwzględniania preferencji czasowej uczestników rynku. W zamian za ten przywilej bank centralny, w okresach obniżonej aktywności gospodarczej służy rządowi, ustanawiając bazowe stopy procentowe na poziomie niskim, niekiedy nawet bliskim zero. Odbywa się to poprzez stymulowany przez bank centralny, niemal nieograniczonego – a na pewno przewyższającego podaż oszczędności, które na wolnym rynku stanowią źródło kredytu – wzrostu podaży pieniądza, co jest możliwe tylko w warunkach pieniądza fiducjarnego, pod nieobecność ograniczającego tę podaż w sposób naturalny standardu złota. Następstwem fazy ekspansji kredytowej i sztucznie napędzanego przez nią ożywienia gospodarczego jest cykl inflacyjny, a następnie spadek produkcji, bezrobocie i kryzys.

Konkludując: trzonem cyklu koniunkturalnego, a zarazem zasadniczą przyczyną jego istnienia jest proces interwencji dyktowany najczęściej decyzjami o charakterze regulacyjnym i politycznym.

 

2.7 Inflacja

 

Inflacja to jedno z najbardziej skomplikowanych zjawisk gospodarczych, co nie przeszkadza posługiwać się przy jej omawianiu uproszczeniami. Jedno z nich mówi, że inflacja to wzrost cen wywołany zachłannością biznesu. Chciwi przedsiębiorcy podnoszą ceny skutkiem czego powstaje inflacja, czyli wzrost cen, czyli drożyzna. Takie rozumienie zjawiska przeniknęło do większości mediów i języka potocznego. Rynek nie jest w stanie poradzić sobie ze złymi skłonnościami dyktującego ceny środowiska biznesu, wskutek czego panuje nieustanny wzrost cen. Aby z powodu wzrostu cen nie tracić na płacy realnej, pracownicy muszą, co jakiś czas, domagać się wzrostu płac. Wzrost wynagrodzeń pokrywa spadek wartości dochodu, rozumianego jako siła nabywcza pieniądza, a jednocześnie wpływa na wzrost cen.

W społeczeństwie, rzadko kto zastanawia się, jakie są prawdziwe przyczyny tego spadku siły nabywczej, a w konsekwencji, także wzrostu cen, bo tłumaczenie ich chciwością czy zachłannością biznesu w warunkach istniejącej konkurencji wydaje się wyjaśnieniem dosyć naiwnym. Trudno wyobrazić sobie sytuację, i to nawet w warunkach kartelizacji/zmowy, w której wszyscy uczestnicy rynku zastosowali te same, zawyżone w stosunku do cen rynkowych, ceny monopolowe lub quasi-monopolowe i przestała działać konkurencja. Mechanizm ten objaśniliśmy wcześniej.

Inflacja polega na arbitralnym zwiększeniu podaży pieniądza powyżej poziomu odpowiadającego realnemu popytowi na pieniądz. Skutkuje to wzrostem cen w gospodarce[86]. O ile niegdyś wydatki publiczne finansowane były z podatków, dzisiaj w warunkach opresyjnego opodatkowania, ich źródłem staje się – obok kredytu – także inflacja, proces, którego nie rozumieją niekiedy nawet sami pracownicy banków[87]. W warunkach pieniądza fiducjarnego instytucją odpowiedzialną za podaż pieniądza jest system bankowy działający w oparciu o wątpliwą etycznie, a nawet z legalnego punktu widzenia[88] zasadę wolnej bankowości opartej na rezerwie cząstkowej, wspieraną przez bank centralny. Proces inflacyjny ma swoje źródło w mechanizmach opisanych przy okazji cyklu koniunkturalnego, a konkretnie w arbitralnej polityce monetarnej. Arbitralność polityki monetarnej wynika w głównej mierze z: (a) braku standardu złota, czyli mechanizmu definiowania podaży pieniądza w odniesieniu do wolumenu zapasów pieniądza prawdziwego, czyli złota. Każdy pieniądz określany był w jednostkach wagowych złota; (b) funkcjonowaniu systemu bankowości opartej na rezerwie cząstkowej, co umożliwia bankom komercyjnym ekspansję kredytową, czyli zwiększanie własnej podaży pieniądza, opartej na niskiej rezerwie gotówkowej; oraz (c) z istnienia banku centralnego, ustanawiającego arbitralnie – często właśnie wbrew preferencjom czasowym ludzi – tzw. bazowe stopy procentowe, po których banki komercyjne pożyczają pieniądze swoim najlepszym klientom, a także chroniącego banki komercyjne przed utratą płynności. Żaden z tych elementów nie ma charakteru rynkowego. Wszystkie są pochodną regulacji rządowych. W tym przypadku zarzut zawodności rynku jest  nieadekwatny, a w zasadzie fałszywy.

 

Podsumowanie

 

Z powyższej analizy zarzutów kierowanych wobec wolnego rynku wynika, że większość z tzw. wad rynku – przynajmniej z punktu widzenia austriackiej szkoły ekonomii – nie posiada uzasadnienia teoretycznego, a przynajmniej ich autorzy takiego przekonującego uzasadnienia nie podają[89]. Opiera się ono na arbitralnych przesłankach moralnych, politycznych, często też na błędach logicznych. Korygowanie wolnej wymiany (dystrybucji) czy to w formie transferów, subsydiów, wyższego opodatkowania, redystrybucji czy produkcji dóbr publicznych przez państwo – podobnie jak każde inne działanie zmierzające do korygowania wolnego rynku obarczone jest, co najmniej, takim samym błędem, jak przyczyny, dla których krytycy leseferyzmu domagają się korekty. Urzędnik korygujący posługuje się w swym działaniu równie subiektywnymi normami moralnymi i umiejętnościami, nie poddając się przy tym obiektywnej ocenie (odpowiedzialności) swego postępowania przez wolnych konsumentów. Każda interwencja w rynek wiąże się ze stosowaniem siły. Jest ona dowodem przeświadczenia urzędników i ustawodawców, że lepiej od obywateli znają skalę ich preferencji i celów, a także przykładem lekceważenia suwerenności konsumentów i ich prawa do wolnego wyboru. Ponadto zniekształca i ogranicza fundament ekonomiczny i etyczny gospodarki kapitalistycznej (wolnorynkowej), jaką jest prawo własności prywatnej. Ludwig von Mises zwraca uwagę, że „historia ludzkości obfitowała w próby zniesienia własności prywatnej”[90] i chociaż wysiłki te zakończyły się niepowodzeniem, ich ślady obserwować można w problematyce prawa własności nie uwzględniającej niektórych społecznych konsekwencji własności prywatnej, czy ograniczającej ją do wybranych dóbr i procesów[91].

Nie twierdzę, że interwencjonizm jest rozwiązaniem gorszym od wolnego rynku, nie twierdzę też, że jest rozwiązaniem lepszym, staram się jednak wykazać, że realizacja celów kolektywnych kosztem celów indywidualnych jest możliwa tylko przy zastosowaniu środków, które są z tymi celami sprzeczne, albo niemożliwe do realizacji. Stawianie celów kolektywnych przed rynkowymi burzy nie tylko ład indywidualny, lecz także cywilizację w której żyjemy.

 

Bibliografia

 

Jesus Huerta de Soto w Sprawiedliwość a efektywność, tłum. K. Śledziński, Fijorr Publishing, Warszawa 2010

 

Murray N. Rothbard Złoto, banki, ludzie czyli krótka historia pieniądza, wyd. II, tłum. W.

Falkowski, Fijorr Publishing, Warszawa 2009.

 

Murray N. Rothbard Toward a Reconstruction of Utility nd Welfare Economics w The Logic of Action One: Method, Money, and the Austrian School (London: Edward Elgar, 1997.

 

Francis M. Bator (1958). „The Anatomy of Market Failure,” Quarterly Journal of Economics, 72(3).

 

Ludwig von Mises Mentalność antykapitalistyczna, tłum. Jan M. Małek. wyd. II Wilno 1994.

 

Hans Hermann Hoppe, The Economics and Ethics of Private Property, Studies In Political Economy and Philosophy, 2nd Edition, Ludwig von Mises Institute, Auburn, Ala. 2006.

 

Israel Kirzner, Niedobry rynek w pracy zbiorowej Moralność kapitalizmu, red. Grzegorz Nowak, tłum. Paweł Mroczkowski, Instytut Liberalno – Konserwatywny, Lublin 1998.

 

Muray N. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku tom III, tłum. R. Rudowski, Fijorr Publishing 2008

 

Bertrand de Jouvenel, The Ethics of Redistribution, Liberty Fund, Indianapolis, 1990

 

Mały rocznik statystyczny Polski rok 2004, GUS Warszawa.

 

Ludwig von Mises Ludzkie działanie, tłum. W. Falkowski, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2007
Thomas Sowell, Ekonomia dla każdego, wydanie II poprawione, tłum. Jan M Fijor, Fijorr Publishing, Warszawa 2007

 

Kenneth J. Arrow, Economic Welfare and the Allocation of Resources for Invention for the Rate and Direction of Inventive Activity, w National Bureau of Economic Research, Inc. Chapter 2144.

 

Jules Backman, Advertising and Competition, New York University Press, 1967.

 

Jesus Huerta de Soto, Pieniądze, kredyt bankowy, cykle koniunkturalne, tłum. G. Łuczkiewicz, Instytut Misesa, Warszawa, 2009

 

Kenneth Arrow, Toward a Theory of Price Adjustment, Stanford University Press, 1959,

 

Israel Kirzner, Konkurencja i przedsiębiorczość, tłum. K. Śledziński, Fijorr Publishing, Warszawa, 2010.

 

Ludwig von Mises, Planning for Freedom, II wyd. South Holland, Illinois; Libertarian Press, 1962,

 

The Objectivist Newsletter, IAD, Nathaniel Branden, „Monopolies and Laisses-faire Capitalism”, June 1962 (w Ayn Rand Institute, Irvine, California).

 

Murray N. Rothbard, „Toward a Reconstruction of Utility and Welfare Economics”, w  www.mises.org/story/2205

 

Frederic Bastiat, Co widać i czego nie widać, Instytut Liberalno – Konserwatywny i Fijorr Publishing, tłum. S. Stachurski, Lublin 2005.

 

Murray N. Rothbard, Interwencjonizm,  czyli władza a rynek , tłum. R. Rudowski, Fijorr Publishing, Warszawa 2009

 

Walter J. Blum, Harry J. Kalven, Uneasy Case for Progressive Taxation, University of Chicago Press, 1953

 

Murray N. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku t. II, tłum. R. Rudowski, Fijorr Publishing 2007.

 

  1. Pigou, Economics of Welfare, wyd. IV (Londyn, 1948),

 

Lionel Robbins, Essay on the Nature and Significance of Economic Science, 2nd ed. (London, Macmillan, 1935).

 

Gene Calahan, Ekonomia dla normalnych ludzi, tłum. J. Fijor, Fijorr Publishing, Warszawa 2004.

 

 

 

[1] Ambicją tego tekstu jest udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy wolny rynek reprezentowany w teorii szkoły austriackiej – jak twierdzą jego krytycy – jest bardziej zawodny niż regulacje rządowe, które mają być antidotum na tę zawodność.

[2] W dalszym ciągu rozważań wykażemy, że jednak decyzje rynkowe, decyzje przedsiębiorcze zawierają czynnik, który  przeciwdziała ich niedoskonałości, podnosząc użyteczność tych ostatnich.

[3] Zwanych także „wadami rynku”’ albo „zawodnością rynku”. Termin ten użył jako pierwszy Francis M. Bator w „The Anatomy of Market Failure,” Quarterly Journal of Economics, (1958) 72(3) s. 351 i n.

[4] Zob. np. Joseph E. Stiglitz Ekonomia sektora publicznego, tłum. pod red. R. Rapackiego, Wydawnictwo PWN , Warszawa, 2005. s.297 i n, Eulalia Skawińska, Katarzyna Nawrot, Katarzyna G. Sobiech, Marek Szczepański Główne problemy makroekonomii – teoretyczne i praktyczne aspekty gospodarki rynkowej, Wydawnictwo PWE 2008.

[5] ibidem, s. 195.

[6] Która sprowadza się do popularnego poglądu, że zysk jednej ze stron, którą najczęściej jest kapitalista, producent, sprzedawca jest nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do zysku strony drugiej, którą jest konsument, pracownik, pracobiorca, robotnik.

[7] Bertrand de Jouvenel w The Ethics of Redistribution, Liberty Fund, Indianapolis, 1990 przypisuje tę konieczność naturalnej ludzkiej tendencji do sprawiedliwości i wyrzutom sumienia.

[8] Murray N. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku t. II, tłum. R. Rudowski, Fijorr Publishing 2007, str. 371 – 72.

[9] O błędności takiego stanowiska świadczy m.in. przekonanie socjalistów, że pozbycie się pośredników czy kategorii zysku, jako ogniw procesu produkcji, obciążających koszty doprowadzi w socjalizmie do spadku cen. O tym, że tak się nie działo pisze Thomas Sowell w Ekonomii dla każdego, tłum. J. Fijor, Fijorr Publishing, Warszawa 2003, s. 110.

[10] Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, op.cit. s. 220.

[11] Murray N. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku, tom II. s. 372.

[12] Bertrand de Jouvenel, The Ethics of Redistribution, op. cit. str. 23 i n.

[13] Zob. Mały rocznik statystyczny Polski rok 2004, GUS Warszawa, str. 411.

[14] Bertrand de Jouvenel, op. cit. s. 30 i n.

[15] A. Pigou, Economics of Welfare, wyd. IV (Londyn, 1948), str. 89 (pierwsze wydanie w 1920 r.).

[16] Zob. słynną pracę Lionela Robbinsa, Essay on the Nature and Significance of Economic Science, 2nd ed. (London, Macmillan, 1935).

[17] Być może błędem wydaje się także zastosowanie teorii malejącej użyteczności do pieniądza fiducjarnego. Pieniądz, jako środek wymiany dóbr, wraz ze wzrostem jego podaży nie traci (ani nie zyskuje) użyteczności. Większa ilość pieniądza nie oznacza więcej bogactwa czy zamożności. Za każdą krańcową jednostką pieniądza kryje się użyteczność tych dóbr, które za niego możemy nabyć. Zmienia się ona wraz ze zmianą siły nabywczej pieniądza, a nie jego ilości. Może maleć użyteczność poszczególnych dóbr krańcowych, ale nie środka, za który je nabywamy.

[18] Zob. Interwencjonizm op. cit. s.293.

[19] Bertrand de Jouvenel, The Ethics of  Redistribution, s.17.

[20] Ibid. s. 294-295.

[21] Walter J. Blum, Harry J. Kalven, Uneasy Case for Progressive Taxation, University of Chicago Press, 1953 s. 501.

[22] Zob. „Toward a Reconstruction of  Utility and Welfare Economics” op. cit., a także w Jesus H. de Soto, Szkoła austriacka, tłum. K. Śledziński, Fijorr  Publishing, Warszawa 2010, s. 10.

[23] Bartłomiej Wyszyński, w „Barbarzyński marketing”, w recenzji książki Jennifer Edstorm i Marlin Eller, tłum. G. Grygiel, Barbarzyńcy pod wodzą Billa, Prószyński i Sp-ka S.A. zob. http://www.nowamarka.pl/omarce/raport/rap2/barbarzynski/body_barbarzynski.html

[24] Rothbard zwraca uwagę na argument zwolenników regulowanej dystrybucji wysuwany w stosunku do tych, którzy odziedziczyli majątek zdobyty przez ich przodków na drodze przestępstwa. Uważa jednak, że – o ile zaraz po dokonaniu nielegalnego zawłaszczenia czyjegoś majątku – skutki takiego czynu miały znaczenia, o tyle z upływem czasu i nastaniem nowych pokoleń fakt posiadania majątku wiąże się znacznie silniej z umiejętnościami go utrzymania i pomnażania, niż z początkowym rabunkiem. Sama działalność w charakterze rabusiów „z pewnością ich do tego nie przygotowała”. Zob. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku t. II, s. 372.

Najlepszy dowód, że wielu uczestników pierwszych edycji listy 100 najbogatszych tygodnika Wprost – nie posiadając umiejętności właściwej alokacji swych zasobów i służenia konsumentom – zakończyło swą działalność bankructwem, bądź w równie przykry sposób. Fałszem bowiem jest prawda obiegowa mówiąca, że pieniądz robi pieniądz. To człowiek, przedsiębiorca robi pieniądz.

Ale krytycy, którzy wypowiadają się w takim nastawieniu pokazują tylko, że mają bardzo wadliwe i materialistyczne pojęcie tych wyższych i szlachetniejszych potrzeb. Społeczna polityka, ze środkami do jej dyspozycji, może uczynić ludzi bogatymi lub ubogimi, ale nigdy nie może zdołać uczynić ich szczęśliwymi lub zadowolić ich najgłębsze pragnienia. Tutaj wszystkie zewnętrzne usiłowania zawodzą. Wszystko co może społeczna polityka to usunąć zewnętrze przyczyny bólu i cierpień; może sprzyjać systemowi który nakarmi głodnych, ubierze potrzebujących odzienia, i da mieszkanie bezdomnym. Szczęście i zadowolenie z losu nie zależy od żywności, odzienia, i mieszkania, ale, przede wszystkim, od wewnętrznych myśli i marzeń człowieka. To nie przez lekceważenie duchowych potrzeb że liberalizm troszczy się wyłącznie materialnym dobrobytem człowieka, ale z przekonania, że na to co jest najwyższe i najgłębsze w człowieku nie mogą wpływać żadne zewnętrzne regulacje”.

[26] Ludwig von Mises Ludzkie działanie, tłum. W. Falkowski, Instytut Misesa, Warszawa 2007, str. 12.

[27] Jesus H. de Soto Sprawiedliwość a efektywność, tłum. K. Śledziński, Fijorr Publishing Warszawa 2010, str. 9-62.

[28] Tym samym pojawia się miejsce dla przedsiębiorcy, który może odkryć dane, czyli dostrzec okazję w kupieniu gruntu od A i sprzedaniu go B, czyli skorygować niedopasowanie rynku. Taka sytuacja, zakładając że wszystkie trzy wymiany do których doszło są dobrowolne, mimo istnienia początkowego stanu niewiedzy, prowadzi do wzrostu użyteczności społecznej (w rozumieniu optimum Pareto). Jest to niewątpliwa zasługa rynku, który zebrał w całość, a więc koordynuje rozproszone informacje na temat zaistniałej transakcji. Obszernie proces ten wyjaśnia Israel Kirzner w Konkurencja i przedsiębiorczość, tłum. K. Śledziński, Fijorr Publishing, Warszawa 2010, str. 201 i n.

[29] Interwencjonizm, tłum. R. Rudowski, Fijorr Publishing, Warszawa 2009  str. 284-285.

[30] Posługując się słynnymi słowami francuskiego ekonomisty z początków XIX wieku, Frederica Bastiata, można by powiedzieć: kierować się tym, co widać, zapominając o tym, czego nie widać.

[31] Zob. http://terapia-uzaleznienia.pl/artykuly-prasowe. Pobrano 6 listopada 2010.

[32] Interesujące jest przekonanie przeciwników wolnego rynku, że o ile wolny wybór obarczony jest błędem niedoskonałości człowieka, o tyle wyborom politycznym (np. w trakcie głosowania na parlamentarzystów) takiej niedoskonałości już się nie zarzuca. Na tym założeniu opiera się właśnie interwencjonizm, czyli system pozwalający na korygowanie błędów jednostek przy pomocy działań ich (nieomylnych?) przedstawicieli politycznych.

[33] Ludzkie działanie, str. 553.

[34] Mowa o spopularyzowanej przez Maxa Webera zasadzie (Wertfrei), że nauka, a w szczególnym przypadku ekonomia, nie może ustanawiać sądów etycznych (wartościujących). Co nie znaczy, że przyjęcie tego założenia jest równoznaczne z akceptacją stanowiska Max Webera, który uważał, że etyka nie może być nigdy ustanowiona – wbrew temu co  mawiał Arystoteles – na drodze naukowej lub racjonalnej.

[35] Interwencjonizm, str. 285.

[37] Zob. Frederic Bastiat, Co widać i czego nie widać, Instytut Liberalno – Konserwatywny i Fijorr Publishing, tłum. S. Stachurski, Lublin 2005.

[38] W przypadku działań finansowanych z budżetu państwa dochodzi jeszcze czynnik marnotrawstwa i rozrzutności. Człowiek, jako indywiduum liczy się z groszem, bo pieniądz to dla niego dobro rzadkie. Jeśli wyda za dużo, zabraknie mu na zaspokojenie innych potrzeb; nie będzie miał, co jeść czy w co się ubrać. Urzędnik takiego hamulca nie ma. Urzędnik dysponuje praktycznie nieograniczoną ilością pieniędzy. Gdy mu ich zabraknie, zwróci się o więcej do podatnika, zwłaszcza, że może na tym ostatnim wywrzeć przymus fizyczny. Negacja rzadkości dóbr i prawo do stosowania przemocy to nieuniknione źródła marnotrawstwa zasobów, które dla reszty obywateli są rzadkie.

[39] Pouczający jest tu przykład Portugalii, gdzie z braku środków na ich utrzymanie burzy się stadiony, wybudowane na mistrzostwa piłkarskie Euro 2004. Utrzymanie stadionów kosztuje ok. 1,2 miliona euro miesięcznie. Obiekty nie przynoszą dochodu z powodu kryzysu lokalnych drużyn piłkarskich. Zob. dziennik.pl z dnia 7 listopada 2010.

[40] Gospodarka nie jest grą o sumie zero. Zysk jednych, wbrew temu, co pisał Michel de Montaigne (Próby, tłum. T. Boy-Żeleński, s. 226), nie jest stratą  innych. Z faktu istnienia wolnej wymiany, wynika wzajemna korzyść wymieniających się stron. W przeciwnym razie do wymiany by nie doszło. Rynek jest miejscem, na którym odbywają się takie wzajemnie korzystne (bo dobrowolne) wymiany.  Na tej podstawie należy domniemywać, że wolny rynek jest miejscem, na którym dochodzi do maksymalizacji użyteczności społecznej, tym samym, do wzrostu korzyści wszystkich uczestniczących w nim stron, i to niezależnie od wyznawanego sądu etycznego. Mimo ewidentnej słuszności tego poglądu, dowiedzionej przez naukę prawie 100 lat temu, większość ignorantów ekonomicznych i niedouków nadal uważa, że w kapitalizmie zysk jednej ze stron jest stratą drugiej strony. O problemie tym wspominamy także w sekcji, poświęconej innej „niedoskonałości” rynku, mianowicie: zawodności dystrybucji.

[41] Murray N. Rothbard, „Toward a Reconstruction of Utility and Welfare Economics”, zob. w  www.mises.org/story/2205 str. 15

 

[42] Mises, Ludzkie działanie, op. cit.s.307 i n.

[43] Szkodliwy monopol przymusowy, czyli wolność od konkurencji, – czy to prywatny czy państwowy – może istnieć wyłącznie pod egidą rządu (państwa). Monopol naturalny nie jest szkodliwy, gdyż w każdej chwili może być zakwestionowany przez konkurencję. Monopolista naturalny zdobywa swój monopol dzięki temu, że jest w swej dziedzinie najlepszy i najtańszy; patrz: Murray N. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku, tłum. R. Rudowski, Fijorr Publishing, Warszawa, 2008/09.

[44] Tym bardziej, że trudno sobie wyobrazić sytuację, w której brakuje konkurencji. Konkurencję w zakresie programów operacyjnych ma nawet monopolista Microsoft, który posiada rywali choćby w postaci wolnego oprogramowania  Linux czy Unix (nie mówiąc już o rodzącej się konkurencji firm jak np. Google (system operacyjny Chrom)). Konkurencją dla każdego wyboru w warunkach złożonej gospodarki jest każdy inny produkt, na który można alternatywnie wydać nasze środki. Monopolista światowej produkcji aluminium firma Alcoa, będąca jedynym w USA producentem czystych odlewów aluminiowych nie mogła sobie pozwolić na ceny monopolistyczne, gdyż mogło to doprowadzić do wyparcia aluminium przez stal czy tworzywa sztuczne. Dlatego m.in. w wczasach, gdy Alcoa cieszyła się niemal stuprocentowym monopolem, cena aluminium na rynku amerykańskim spadała. Zob. Thomas Sowell, Ekonomia dla każdego, s. 130.

[45] Na początku XX stulecia, istniało w Stanach Zjednoczonych  około 2,000 firm produkujących jeden lub więcej samochodów. Dwadzieścia lat później, liczba firm spadła do 100, by pod koniec 1929 roku osiągnąć poziom 44 zakładów. W 1976, amerykańskie zrzeszenie producentów samochodów, Motor Vehicle Manufacturers Association posiadało jedynie 11 członków. Podobna prawidłowość miała miejsce w Europie i Japonii. Zob. History of automobile. http://l3d.cs.colorado.edu/systems/agentsheets/New-Vista/automobile/. Pobrano 22 listopada 2010.

[46] The Objectivist Newsletter, IAD, Nathaniel Branden, „Monopolies and Laisses-faire Capitalism”, June 1962 (w Ayn Rand Institute, Irvine, California).

[47] Zob. Polyconomics, Supply Side University, „Antitrust by Alan Greenspan”, Jude Wanninski, 12 czerwca 1998 w http://www.polyconomics.com/ssu/ssu-980612.htm. Pobrano 22 sierpień 2010.

[48] Symbolem monopolu Forda Model T był słynny slogan: „ Możesz mieć nasz samochód w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny”.

[49] Nathaniel Branden op. cit. twierdzi, że bezpośrednim powodem osłabienia pozycji Forda była niechęć tego ostatniego do zmian. GM natomiast wprowadził zgrabniejszą stylistykę swoich samochodów, pomalowanych w żywe, pastelowe barwy.

[50] W październiku 2009 roku udział w rynku systemów operacyjnych Windows (używanych przez osoby w celu posługiwania się Internetem), produkowanych przez Microsoft wynosił 91 procent. Zob. http://n.wikipedia.org/wiki/Microsoft_Windows. Pobrano 23 listopada 2010.

[51] O czym świadczy istnienie rywali z  Apple Computers, Linux, Unix. Te dwa ostatnie świadczą oprogramowanie nieodpłatnie, a mimo to nie zdołały wyprzeć Microsoft z rynku.

[52]Paul Krugman, “Nation in a Jam”, The New York Times, z 13 maja 2001

[53] Mimo woli Krugman uzasadnia w ten sposób tezę Rothbarda, że z faktu rzadkości dóbr w ogóle wynika, iż dobra publiczne nie mogą istnieć; krańcowy koszt dodania użytkownika jest zawsze większy niż zero.

[54] Kolejny błąd w rozumowaniu: drogi, ulice w Atlancie to „typowe” dobra publiczne wykonane przez sektor państwowy i przezeń zarządzane.

[55] Thomas Sowell, Ekonomia dla każdego op. cit. S. 314.

[56] Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2007 str. 556.

[57] Komendant policji w Chicago, w wywiadzie udzielonym stacji WLS 890 AM, 18 maja 2010 o godz. 12.20, tłumacząc dużą ilość korków drogowych, informował, że „w 70 procent samochodów osobowych na terenie metropolii Chicago podróżuje jedna osoba”.

[58] Regulacje, które doprowadziły do wydzielenia na zachodnich autostradach bus lanes czyli specjalnych pasów ruchu przeznaczonego wyłącznie dla pojazdów, w których poruszają się co najmniej dwie osoby i autobusy, pod wpływem skarg kierowców indywidualnych, bywają cofnięte. Transport publiczny Wielkiej Brytanii szacuje straty z tytułu likwidacji lub zawieszenia funkcjonowania bus lanes na ok. 7% całości dochodów. Zob. The Free Library by Farlex, http://www.thefreelibrary.com/Bus+lane+closure+plan+may+continue-a0136057280. Pobrano 21 listopada 2010. O innych przykładach zawieszenia „bus lanes” dla najbardziej zamożnych przedmieść Los Angeles, donosi LA Subway Blog, http://www.lasubwayblog.com/2010/11/can-rich-be-exempt-from-bus-lanes.html. Pobrano 23 listopad 2010.

[59] Dotacje na rzecz siedmiu spółek przewozowych: PKP Intercity, Przewozy Regionalne, PKP SKM Trójmiasto, WKD, Koleje Mazowieckie – KM, PCC RAIL Jaworzno, Koleje Dolnośląskie S.A. wyniosły w 2010 roku ponad 3,7 mld złotych. Mimo to spółki kolejowe balansują na granicy opłacalności, albo znajdują się głęboko pod kreską. Źródło: Ministerstwo Infrastruktury, 6 października 2010 .

[60] Innymi słowy, krańcowa jednostka dobra konsumowanego przez osobę X może być równocześnie konsumowana przez osobę B, C, D etc. bez ponoszenia przez nie jakiegokolwiek dodatkowego kosztu.

[61] Ten drugi warunek nie jest równie ortodoksyjny, co pierwszy. Niektórzy uczeni, jak np. Knut Wicksell, czy Mancur Olson najczęściej go pomijają.

[62] Hans Hermann Hoppe, The Economics and Ethics of Private Property, Studies In Political Economy and Philosophy, 2nd Edition, Ludwig von Mises Institute, Auburn, Ala. 2006, str. 15 – 18.

[63] Być może dlatego, że właśnie obrona narodowa (armia) i zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego (policja) wymienione zostały po raz pierwszy jako dobra publiczne (obowiązek państwa) przez Adama Smitha.

[64] Nie wszyscy teoretycy dóbr publicznych ograniczają produkcję dóbr publicznych do sektora państwowego. Część z nich, jak Mancur Olson, James Buchanan czy Gordon Tullock, to zwolennicy wolnego rynku,  rozszerzający produkcję dóbr publicznych także na sektor prywatny.

[65] Muray N. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku tom III, tłum. R. Rudowski, Fijorr Publishing 2008. str. 443 i n.

[66] Ibidem, s. 362-363.

[67] Konsumpcja może być niekonkurująca tylko wtedy, gdy nie można z niej wyłączyć „gapowiczów”. Wyłączenie gapowiczów sprawia, że jest ona rywalizująca (konkurująca). O ile wyłączenie gapowiczów jest możliwe, o tyle włączenie ich do konsumpcji może się odbywać w warunkach, w których koszt krańcowy dołączenia gapowicza wynosi zero. Sprowadza się to do założenia, pisze H.H. Hoppe, że dołączenie kolejnego konsumenta nie obniży ani jakości, ani ilości konsumowanego dobra. Zdaniem teoretyków dóbr publicznych niedoskonałość rynku (czyli sektora prywatnego) polega na tym, że w warunkach rynkowych dodanie konsumenta wiąże się z dodatkowym kosztem, albo z ograniczeniem konsumpcji innych uczestników rynku. Przynajmniej to ostatnie twierdzenie nie jest prawdziwe. Zob: Hans H. Hoppe, op. cit. 

[68] Inną immanentną cechą własności prywatnej jest prawo do jej zbycia lub darowania na rzecz innych osób lub instytucji. W przypadku dóbr publicznych takiej możliwości nie ma. Ergo, dobro publiczne nie jest własnością zbiorową. (wspólną).

[69] Na początku II wojny światowej, od września 1939 do wiosny 1940, pod nieobecność formalnego rządu polskiego, istniały prywatne (finansowane za pieniądze swoich członków) siły zbrojne, znane jako Organizacja Wojskowa „Wilki”, do której należał m.in. Janusz Kusociński. Z czasem, słynące z ogromnej bojowości i skuteczności „Wilki”, zostały wchłonięte przez quasi-państwową Armię Krajową

[71] Ludwig von Mises, Planning for Freedom, II wyd. South Holland, Illinois; Libertarian Press, 1962, str.str.151-152.

[72] Niekiedy szkodliwa jest tylko dla rządzących. Dążąc do jej „poprawy” zdobywają głosy potrzebne przy reelekcji.

[73] Albo przenosi zatrudnienie do tzw. szarej strefy, czyniąc zatrudnienie nielegalnym.

[74] Legendarny przywódca amerykańskiego Związku Zawodowego Górników, John L. Lewis, który w latach 1925-1960 przewodził pracownikom górnictwa, windując skutecznie płace w całej branży, został przez Thomasa Sowella ochrzczony mianem „najlepszego sprzedawcy ropy naftowej”, ponieważ wysokie ceny węgla, do których działalność Lewisa doprowadziła, a także liczne strajki, spowodowały, że większość odbiorców węgla przerzuciła się na ropę naftową. Spowodowało to ruinę finansową wielu miast, których ludność utrzymywała się z pracy w kopalniach. Podobne zjawisko zaobserwować można w przemyśle samochodowym, gdzie działa skutecznie United Auto Workers. Zob. Thomas Sowell, Ekonomia dla każdego, tłum. Jan M Fijor, Fijorr Publishing, Warszawa, 2003.

[75] Na rynku, podaż znajduje się w relacji do popytu. Podniesienie ceny (w celu neutralizacji wzrostu kosztu) spowoduje spadek popytu. Spadek popytu, ceteris paribus, wymusi obniżenie ceny. Cena danego dobra – wbrew temu co twierdził  Karol Marks – nie zależy od kosztów jego wytworzenia. To koszty produkcji zależą od ceny.

[76] Np. Jules Backman, Advertising and Competition, New York University Press, 1967, s. 31 i n.

[77] Zob. Kenneth Arrow, Toward a Theory of Price Adjustment, Stanford university press, 1959, s. 50.

[78] Zob. Israel Kirzner, Konkurencja i przedsiębiorczość, tłum. K. Śledziński, Fijorr Publishing, Warszawa, 2010. s. 222.

[79] Zob. Israel Kirzner op. cit. S.221: „Jeśli jednak uwagę zwrócimy nie na stopień zgodności z idealną alokacją rozpatrywaną z perspektywy wszechwiedzy, ale na stopień, w jakim znana teraz informacja jest optymalnie używana, będziemy mogli ocenić efektywność procesu konkurencyjnego w zupełnie inny sposób. Nie tylko unikniemy ocen opartych na bezużytecznej mierze wszechwiedzy, ale zauważymy, że podejmowane obecnie decyzje odzwierciedlają najbardziej aktualne informacje zebrane przez czujnych, motywowanych zyskiem przedsiębiorców (…)”

[80] Czego dowodzi chociażby przykład Polski. Mimo zaniechania interwencji rządowych jesienią 2008 roku, Polska gospodarka była jedyną gospodarką Unii Europejskiej, która w latach 2008-2009 nie zanotowała spadku PKB. Zob. Komunikat za III kwartał 2009 Głównego Urzędu Statystycznego, ogłoszony 30 listopada 2009, oraz portal money.pl z 30 listopada 2009, „Polska pozostaje zieloną wyspą”. http://www.money.pl/pieniadze/komentarze/artykul/polska;pozostaje;zielona;wyspa,241,0,562161.html. Pobrano 1 grudnia 2009.

[81] Zob. USA Today, „Private pay shrinks to historic lows as gov’t payouts rise”, 25 maja 2010.

[82] Ironią historii jest to, że traktowana jako paradygmat ekonomii dobrobytu, Ogólna Teoria Keynesa, została obalona na długo przed tym gdy powstała. Dokonał tego Ludwig von Mises w 1912, publikując swą pierwszą książkę, Theorie des Geldes und der Umlaufsmittel, w której zarysował koncepcję austriackiej teorii cyklów koniunkturalnych. Jej trzonem było – pominięte wiele lat później przez Keynesa – spostrzeżenie, że ekspansyjne tworzenie kredytu niepoparte oszczędnościami – do czego w 1930 roku, w swej ogólnej teorii, namawiał JM Keynes – oparte na systemie bankowości centralnej i rezerwie cząstkowej wywołuje niekontrolowany wzrost podaży pieniądza, wzmożone procesy inflacyjne, a w konsekwencji kryzys gospodarczy. Jesus Huerta de Soto w Sprawiedliwość a efektywność, op. cit. s. 462-463 zwraca uwagę na fakt, iż Keynes nie znał pracy Misesa, gdyż sam nie znał języka niemieckiego, a po angielsku dzieło to – już jako The Theory of Money and Credit – ukazało się dopiero w 1953 roku nakładem Yale University Press. Na podkreślenie zasługuje przemilczany bądź zignorowany przez większość zwolenników teorii dobrobytu fakt, że zarówno monopol banku centralnego, jak i system rezerw cząstkowych nie są rozwiązaniami wolnorynkowymi i opierają się na regulacjach państwowych.

[83] Zob. Murray N. Rothbard Złoto, banki, ludzie czyli krótka historia pieniądza, wyd. II, tłum. W. Falkowski, Fijorr Publishing, Warszawa 2009, s. 51-54.

[84] Ludzka skłonność do odkładania konsumpcji w czasie. Im wyższa skłonność, tym niższa preferencja czasowa i odwrotnie.

[85] Interesującą, i jakże ironiczną w kontekście tego co zdarzyło się ok. ćwierć wieku później metaforę, zapożyczoną od Alana Greenspana, późniejszego szefa Federal Reserve Board (1987 – 2006) przytacza w swoim eseju Nathaniel Branden, op.cit. „O ile w warunkach leseferyzmu system bankowy i zasady kontroli dostępnych funduszy działają jako bezpiecznik, który zapobiega krótkiemu spięciu w systemie gospodarczym, o tyle rząd, poprzez Rezerwę Federalną  (FED), naprawia bezpieczniki przy użyciu monet. W rezultacie takiego majsterkowania powstało spięcie, znane jako Wielka Spięcie 1929 roku”.

[86] Wzrost ten nie odbywa się w sposób równomierny w całej gospodarce, lecz zależy od sposobu wydawania pieniędzy przez instytucje, które z pieniądza inflacyjnego korzystają jako pierwsze. Ponieważ należą do nich najczęściej instytucje państwa: rząd, administracja, wojsko, system edukacyjny etc. oraz banki, to właśnie one korzystają z inflacji najbardziej, one kierują strumieniem pieniądza inflacyjnego wywołując tym samym swoistą redystrybucję; transfer majątku od tych, którzy inflację finansują, do tych, którzy na niej korzystają.

[87] Zwraca na to uwagę Jesus Huerta de Soto w Sprawiedliwość a efektywność, tłum. K. Śledziński, Fijorr Publishing, Warszawa 2010, s. 327 i n. oraz Pieniądze, kredyt bankowy, cykle koniunkturalne, tłum. G. Łuczkiewicz, Instytut Misesa, Warszawa, 2009 s.174 i n.

[88] Jesus Huerta de Soto, Pieniądz, kredyt bankowy, cykle koniunkturalne, s.112-113.

[89] Zob. Izrael Kirzner, Niedobry rynek w pracy zbiorowej Moralność kapitalizmu, red. Grzegorz Nowak, tłum. Paweł Mroczkowski, Instytut Liberalno – Konserwatywny, Lublin 1998 s. 193.

[90] Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, op.cit. s. 556.

[91] Jedną z konsekwencji tego zjawiska jest np. fakt ograniczania prawa do posiadania obszarów morskich i oceanicznych (akwenów) przez osoby prywatne, a także upaństwowienie takich dóbr, jak powietrze (air rights), częstotliwości radiowe, czy drzewostan, zwłaszcza w obszarach dżungli tropikalnych. Przejawem tej tendencji jest także monopolizowanie przez państwo niektórych form działalności takich, jak wybrane serwisy pocztowe, drogi, edukacja, lasy czy usługi obronne, w tym policja i obrona narodowa.

 

Patron honorowy: MENNICA MAZOVIA

0

DOŚWIADCZONY DEALER NA POLSKIM RYNKU METALI SZLACHETNYCH!

Mennica Mazovia (mennicamazovia.pl) jest patronem honorowym AKADEMII MŁODYCH MILIONERÓW, serii książek dla przedsiębiorczych dzieci, ich Wydawcą jest Fundacja Instytut Carla Mengera.

Zobacz również:

Zobacz również: